poniedziałek, 14 lipca 2014

Spełnione marzenia odcinek 25


Witam serdecznie po dłuższej przerwie. Ale tak to bywa, jak żeni się swoje dzieci.Zapraszam na kolejny odcinek * Spełnionych marzeń *


Zbliżał się dzień ślubu moich synów. Wszystko było zapięte na przysłowiowy, ostatni guzik. Jutro - czyli w dzień ślubu, miałam zamówioną fryzjerkę do domu. Lucyna przyjechała dzień wcześniej, by mi pomóc.
- Wanda – zapytała siostra. Kiedy ścinamy kwiaty i które to mają być?
- Liczę na twoją fantazję. Ma być kolorowo, więc wybierz co uważasz – odpowiedziałam. Ale zrobimy to jutro rano, żeby dłużej były świeże.
- Ok. A wystarczy ci tych mis? Zapytała.
- Nie martw się, wystarczy – uspokoiłam siostrę.
Tak jak planowałam, stół ozdobimy pękatymi misami z wodą, do których wrzuci się kolorowe główki kwiatów. Na dzień ceremonii zapowiadali piękną pogodę, więc postanowiłyśmy z Lucyną przystroić stół dzień wcześniej. Mama spisała się na medal. Uszyła śnieżnobiałe obrusy i oddała do magla. Kiedy Zbyszek je odbierał, strasznie marudziła, że się pobrudzą w bagażniku. Musiał wszystko wyciągnąć i wyłożyć bagażnik prześcieradłem, dopiero wtedy się uspokoiła. Ślub zaplanowany był na godzinę piętnastą. Bałam się, czy dorożki przyjadą na czas. To była straszna nerwówka. Wieczorem zapaliliśmy oświetlenie w ogrodzie i usiedliśmy w trójkę w leszczynowym zagajniku, popijając gin z tonikiem i zastanawialiśmy się, czy o czymś nie zapomniałam.
- Myślę, że o wszystkim pomyśleliśmy – zwróciłam się do Lucyny i Zbyszka.
- Tak kochanie – powiedział mąż. Wszystko jest ok. Nie martw się już, tylko dokończ drinka i chodźmy spać, bo jutro wielki dzień – dodał.
- Siora, długo będziesz mnie trzymać w niepewności – zapytałam. Zobaczę w końcu twoją kreację?
- Tak, teraz już mogę ci ją pokazać – powiedziała Lucyna wstając z ławki. To co? Wracamy do domu?
- Czas najwyższy – zgodził się mąż i  głośno ziewając pierwszy opuścił zagajnik.
Postanowiłyśmy z siostrą, że tę noc spędzimy razem w moim pokoju na górze. Przebrane w koszule nocne, usadowiłyśmy się na sofie.
- Wiesz – zwróciłam się do Lucyny. Tak się boję czy wszystko dobrze wyjdzie. To mała wioska. Czy taki ślub, w stylu retro spodoba się okolicznej ludności?
- E.... co się ma nie spodobać. To jakaś odmiana dla tych ludzi. Jutro w ich miejscowości, odbędzie się impra jak z bajki, hi, hi. Nie martw się siostra. Zapewniam cię, że ten dzień przejdzie do historii. Ale co tam ślub, hi, hi – zaśmiała się i podeszła do szafy. Zamknij oczy to przebiorę się w suknię. Tylko nie podglądaj!
- Po chwili usłyszałam. No, możesz już spojrzeć.
Lucyna stała na pufie, w szafirowej sukni z cieniutkiego batystu. Przód był mocno udrapowany na biuście, a sztywny gorset, przetykany białymi perełkami, pięknie podkreślał jej wcięcie w pasie. Dół sukni, rozkloszowany w biodrach i wąski w dole, uszyto w kształcie bombki. Wszystko podbite atłasową podszewką. Do tego biały kapelusz, ozdobiony chabrami i koronkowa parasolka do kompletu. Zaparło mi dech z zachwytu.
- No.... siostra, wyglądasz naprawdę pięknie – powiedziałam.
Lucyna z miną wielkiej damy, próbowała skłonić się w moją stronę i wtedy zachwiała się pufa. Siostra machała rękami jak wiatrak, próbując utrzymać równowagę, ale nic to nie dało i ostatecznie wylądowała na podłodze. Nigdy nie zapomnę tego widoku. Leżała jak długa na dywanie z zadartą do góry sukienką. Parasolka przekoziołkowała przez cały pokój i zatrzymała się na szafie. Zamarłam w bezruchu, widząc Lucynę w komicznej pozycji. Kiedy zobaczyłam, że się rusza, wybuchłam śmiechem i zeskakując prędko z sofy próbowałam ją podnieść z podłogi.
- Hehe... Czy wszystko w porządku jaśnie pani? Zapytałam zanosząc się od śmiechu.
- Ależ to zabawne – mruczała pod nosem, próbując wygramolić się na sofę. Ała!! walnęłam się w kostkę – powiedziała rozcierając bolącą stopę. No co się tak gapisz? Zapytała wściekła jak osa.
Siedziałam jak trusia i nic nie mówiłam, widząc złość na twarzy Lucyny.
- Hehe... w końcu się rozpromieniła. Trudno być prawdziwą damą, Hehe.
Pomogłam jej oswobodzić się z sukni i rozbawione tą komiczną sceną położyłyśmy się do łóżka.
- I tak dobrze, że sobie czegoś nie złamałaś – powiedziałam. Pożal się Boże modelka, hi, hi.
- Przestań! Lucyna szturchnęła mnie łokciem w bok. Ty się módl, żebym jutro stanęła na tę nogę.
- Co? Chcesz mi zepsuć najważniejszy dzień w moim życiu? Niedoczekanie! – Zawołałam. Zaraz zrobię ci okład z kwaśnej wody i na jutro będziesz jak nowa – dodałam.
Po opatrzeniu stopy, jeszcze chwilę plotkowałyśmy.  Jednak zmęczenie zrobiło swoje i bez najmniejszego problemu, szybko usnęłyśmy.

http://wandasewiol.blogspot.com/p/spenione-marzenia_1.html



Prześlij komentarz