wtorek, 25 października 2016

Wanda Sewioł - Czy to był cud ?

adopcja_02
Czy wierzycie w cuda? Bo ja tak.

Dziś postanowiłam opisać historię, jak zwykle z życia wziętą. To bardzo wzruszająca historia, która wydarzyła się na moich oczach. Opisując to wydarzenie, sama płakałam ze szczęścia, a ja już jak płaczę, to musi być coś, co mnie do głębi wzruszy.

Przeczytajcie uważnie i sami zastanówcie się, czy istnieją cuda, czy też tak wielka wiara i siła, może pokonać góry, a nawet raka.
Zaraz po opuszczeniu gabinetu lekarskiego, wystukałam numer do męża. Już nie mogłam się doczekać, kiedy oznajmię mu wspaniałą nowinę. Właśnie potwierdziło się, że jestem w ciąży. Trochę mnie to zdziwiło, że Tomek nie odbiera telefonu i nawet byłam zła na niego w związku z tym, bo wiedział o mojej wizycie u ginekologa.
Kiedy po raz kolejny nie miałam połączenia, odłożyłam komórkę do torebki i wróciłam do domu.
- O.... W końcu się opamiętał – pomyślałam, słysząc dzwonek telefonu.
- Marta?
- Tak. Kto mówi?
- Cześć, Jurek z tej strony. Marta, Piotrek jest w szpitalu. Dostał  silnych boleści brzucha i zabrało go pogotowie.
- Boże! Co ty mówisz? Przecież rano czuł się dobrze.
- No, nie wiem co mogło mu zaszkodzić, ale sama się dowiesz na miejscu. To na razie. Daj znać co z nim. Ok.?
- Ok.
Nie zwlekając, złapałam płaszcz i natychmiast pojechałam do szpitala. W recepcji dostałam informację, że mąż jest teraz na badaniach i muszę poczekać.
Usiadłam na poczekalni i zastanawiałam się, co mogło Piotrkowi zaszkodzić. Przecież jedliśmy to samo i mnie nic nie jest. Może w pracy na coś się skusił – myślałam.
Po dwóch godzinach oczekiwania, wezwano mnie do gabinetu lekarskiego.
- Pani jest żoną pacjenta?
- Tak.
- Zrobiliśmy mężowi USG. Jamy brzusznej i gastroskopię. Nie mam dobrych wieści dla pani – lekarz spojrzał na mnie takim wzrokiem, jakby mnie przepraszał za te wyniki. Wiedziałam, że coś złego się stało.
- To znaczy? Co jest mężowi?
- To rozległy guz żołądka. Ale jeszcze nie wiemy, czy złośliwy, czy łagodny. Materiał został wysłany do badania i myślę, że najpóźniej jutro będą wyniki.
- A jakie rokowania – zapytałam drżącym głosem.
- No cóż, nie będę pani okłamywał. Przede wszystkim cały żołądek nadaje się do resekcji, ale to nie jest takie straszne. Wiele osób po takich operacjach żyje spokojnie i ma się dobrze. Tu  najważniejsze jest, by guz nie był złośliwy.
- Panie doktorze, czy mąż już wie co mu dolega?
- Tak oględnie. Póki nie mamy wszystkich wyników, staramy się nie denerwować pacjentów.
- Czy można go zobaczyć?
- Tak, oczywiście.
Wyszłam z gabinetu na trzęsących nogach. Musiałam się trochę uspokoić, więc usiadłam na chwilę w poczekalni. Dlaczego musiało to spotkać właśnie nas? Teraz, kiedy ma się pojawić nowy członek rodziny. To niesprawiedliwe. Mąż był zawsze okazem zdrowia. To ja wiecznie chorowałam . A Piotr nie miał nawet kataru.
- Cześć Piotruś. Jak się czujesz?
- Cześć Martusia. Bywało lepiej, hehe.
Mąż próbował być zabawny, ale kiepsko mu to wychodziło. Leżał blady, podłączony do kroplówki i widać było, że cierpi.
- Będziemy mieć dzidziusia – powiedziałam, całując go w czoło.
Piotr gwałtownie się poderwał z łóżka i złapał mnie za rękę.
- To już pewne? Jesteś w ciąży?
- Tak. Początek trzeciego miesiąca. Jak widać nie były to zaburzenia hormonalne, tylko ciąża.
- Marta! Jak się cieszę! Dbaj teraz o siebie i broń Boże nie denerwuj się mną. Wiesz, że jestem chłop nie do zdarcia.
Naszą rozmowę przerwała pielęgniarka, która właśnie nadeszła.
- Muszę panią teraz przeprosić, bo zabieram męża na kolejne badania.
- Oczywiście. Pa kochanie, będę tu jutro zaraz po pracy.
- Pa Martusia. Tylko nie denerwuj się. Mąż przymrużył porozumiewawczo  jedno oko . Będzie dobrze.
Ale nie było dobrze. Na drugi dzień dowiedziałam się, że to nowotwór złośliwy i Piotr musi być natychmiast operowany. Nie zdążyłam się z nim zobaczyć przed zabiegiem, bo godzinę przed moim przyjściem, zabrali go na salę operacyjną.
Piotr zaraz po operacji został poddany zabiegom z chemio terapii . Źle to znosił, wymiotował i bardzo schudł. Nie pozwalał mi na wizyty w szpitalu. Tłumaczył, że zaszkodzi to naszemu dziecku. Musiałam uszanować jego decyzję.
Po trzech miesiącach wypisali go do domu. Był już po pierwszej serii naświetleń i chemii.
To był bardzo trudny dla nas okres. Ja źle znosiłam ciążę, a Piotr też nie czuł się najlepiej. Był na specjalnej diecie, więc wszystko spadło na mnie. Musiałam osobno przygotowywać posiłki dla nas, a przy ciągłych nudnościach jakie towarzyszyły mi na co dzień, nie było to łatwe.
Wyniki Piotra poprawiały się z dnia na dzień. Zrobiono mu przerwę w chemii, by organizm trochę odpoczął.
Zaczął się siódmy miesiąc ciąży. Nudności na szczęście ustąpiły i mogłam normalnie egzystować.
Piotr każdego ranka witał się z naszym nienarodzonym jeszcze synkiem.
- Hej, synek. Jak tam? Byłeś grzeczny? Czy kopałeś znów mamusię – mówił, przykładając rękę do mojego brzucha.
- Oj, kopał, kopał – śmiałam się z męża. Ale dziwne? Bo jak przykładasz swoją dłoń, on natychmiast staje się spokojniejszy.
- Cha, cha, czuje respekt przed ojcem.
I faktycznie. To dziwne, ale kiedy miałam rewolucję w brzuchu, Piotr łagodził to, jakby miał jakąś nić porozumienia z naszym synkiem.
Byłam taka szczęśliwa. Piotr wracał do zdrowia, już niebawem miał przyjść na świat nasz synek. Cóż można jeszcze chcieć.
Ale moja radość nie trwała długo.
Pewnej nocy, Piotr obudził się z silnym bólem. Natychmiast zadzwoniłam na pogotowie.
Kiedy pojawiłam się w szpitalu, lekarz prowadzący już na mnie czekał.
- Pani Marto, niestety są już przerzuty na wątrobę. Spróbujemy wdrożyć ponownie chemię. Ale nie będę owijał w bawełnę. Jeśli chemia nie pomoże, to zostało mężowi jakieś dwa miesiące ży.....
Reszty już nie usłyszałam. Podobno osunęłam się na ziemię i lekarz w ostatniej chwili uchronił mnie przed upadkiem.
Mąż został w szpitalu.
Zaczął się wyścig z czasem. Byłam w siódmym miesiącu ciąży. Piotr z każdą chwilą był coraz słabszy. Przychodziłam do niego, jak tylko mi na to pozwalano.
- Martuś – powiedział na jednej z wizyt. Nie zdążę go już zobaczyć – prawda?
- Co ty pleciesz! Już niedługo urodzę. To tylko niecałe dwa miesiące.
- Martuś, przecież wiesz, że ja tego już nie dożyję. Dobrze, że chociaż mam to zdjęcie z UZG.
Jak zwykle kładł swoją dłoń na brzuchu i rozmawiał ze swoim synkiem. Tłumaczył mu, że musi się mną opiekować i ma być grzeczny. Ja siedziałam bezradnie i nie potrafiłam go nawet pocieszyć. Wstrzymywałam łzy, aż do momentu, kiedy opuszczałam salę. Potem już mogłam spokojnie się wypłakać.
Zostały mi dwa tygodnie do rozwiązania. Piotr nadal był w szpitalu. Ponieważ dostawał morfinę, nie zawsze mogłam się z nim dogadać. Wtedy przeważnie spał, albo mnie nie poznawał. Podobno pytał personel, czy już urodził się jego syn, bo żona długo się nie pokazuje. A ja tam byłam prawie codziennie.
Wreszcie nie wytrzymałam i umówiłam się na wizytę do swojej lekarki.
- Co tam pani Marto? Czyżby się zaczęło.
- Nie. Ale ja nie mogę dłużej czekać.
- Cha, cha, zaśmiała się lekarka. Nic pani nie poradzi. Widocznie synuś jeszcze się nie wybiera na ten świat. Przecież nie przyspieszymy tego.
- A dlaczego nie? Przecież są cesarskie cięcia.
- Rany boskie! Kobieto! Co też pani mówi. Cesarskie cięcie robi się tylko w szczególnych wypadkach, a u pani nie ma wskazań.
Wtedy wszystko jej opowiedziałam.
- Czy teraz rozumie pani moją prośbę?
- Bardzo współczuję, ale nikt się nie zgodzi na tę cesarkę. Nawet jeśli ja byłabym skłonna, to inni lekarze nie wyrażą na to zgody. To poważny zabieg, zagrażający pani życiu i dziecka. Proszę nas zrozumieć.
- Ale to tylko dwa tygodnie – powiedziałam błagalnym głosem.
- Pani Marto. Być może dwa tygodnie, ale jest jeszcze granica błędu w obliczeniach. Jeśli dziecko nie jest jeszcze gotowe, to nie możemy go pospieszać. Przykro mi.
Wróciłam do domu załamana. Wiedziałam, że lekarka ma rację, ale wiedziałam też jak bardzo czeka mój mąż na synka.
Ja im jeszcze pokażę! A ty też się już przestań lenić, tylko wychodź, bo tata tam na ciebie czeka – powiedziałam i pogłaskałam się po brzuchu.
W tym dniu zabrałam się za mycie okien. Potem za pastowanie podłóg. Po dwóch godzinach w końcu padłam zmęczona na łóżko. Ale mimo zmęczenia i ciężkiej pracy, oprócz zwykłego kopania, nic innego się nie działo.
W nocy obudził mnie pierwszy skurcz. Leżałam bez ruchu i patrzyłam na zegarek. Skurcze pojawiały się co kilka minut.
Niewiele myśląc zadzwoniłam na pogotowie. Przyjechali po piętnastu minutach. Urodziłam pięknego synka o piątej nad ranem.
Poprosiłam położną o jakieś informacje o moim mężu, ale nie były pomyślne. Piotr był już cały czas na morfinie i właściwie to mogły być ostatnie godziny jego życia.
Poprosiłam ordynatora szpitala, by pozwolił mi z dzieckiem odwiedzić męża. Zgodził się i dostałam naszego Jasia.
Kiedy weszłam do sali, nie mogłam poznać Piotra. Szkielet człowieka. Pielęgniarka zmieniała mu właśnie kroplówkę.
- To ja nie przeszkadzam – powiedziała szeptem i wyszła z sali.
- Dzień dobry kochanie, masz gościa.
Piotr otworzył oczy. Z trudem podparł się na łokciach.
- Boże! Czy to mój syn? Powiedział i łzy jak groch spłynęły po jego twarzy.
Martuś.... A mogę go wziąć na ręce? Nie zaszkodzę mu tym?
- Oczywiście, że możesz. Po to tu przybyliśmy.
Podałam mężowi małe zawiniątko.
- Jaki on piękny.... Podobny do ciebie kochanie. Ale to dobrze, bo jak syn podobny do matki, to będzie miał szczęście w życiu – mówił wpatrzony w naszego synka.
Dziecko było wyjątkowo spokojne. Poprawiłam poduszkę mężowi, bo widziałam jak zamykają się mu oczy. Boże... on tylko usypia, tak usypia – powtarzałam w myśli.
Czas było wracać. Wyciągnęłam synka z objęć męża i wtedy mały dopiero zaczął płakać, jakby czuł, że już nigdy nie zobaczy taty.
Po kilku dniach wróciliśmy z Jasiem do pustego domu. Na szczęście mama przyjechała do mnie. Musiałam skorzystać z pomocy psychologa, bo nie mogłam sobie już sama poradzić z tym co mnie jeszcze czeka. Z trwogą patrzyłam na telefon, bo czekałam na tę ostatnią straszną wiadomość. Ale telefon nie dzwonił. Minęły trzy dni od mojego powrotu do domu.
Wreszcie usłyszałam dźwięk mojej komórki.
- Mamo, proszę odbierz. Ja nie potrafię.
Mama wyszła z telefonem do kuchni i dość długo rozmawiała. Po chwili wróciła zapłakana do pokoju.
- Mamo! Nie chce słuchać! Zawołałam i zatkałam uszy.
- Martusia! Dziecko moje, twój mąż wraca do zdrowia. W szpitalu mówią, że to cud.
- Co ty mówisz? Wraca do zdrowia? Jak to możliwe?
- Fakty mówią za siebie. Piotr zapadł w śpiączkę, tuż po waszym wyjściu. Dziś się wybudził. Zrobili mu badania. Są o niebo lepsze. Dostał kolejną chemię. To cud, Marta, to cud.
 
Nie ma na to innego wytłumaczenia. To był najprawdziwszy cud. Po przerzutach nie było śladu. Piotr wracał do zdrowia z dnia na dzień. Czy to wielka miłość do synka, dała mu siłę na walkę z chorobą? Na to wygląda.
Jestem taka szczęśliwa, jak ich widzę razem. Piotr jest zakochany w naszym Jasiu. Właśnie wybiera się na mecz klasowy, by kibicować synowi. To pierwszy jego mecz, a trenerem naszego małego piłkarza jest sam ojciec.
I ktoś mi powie, że cuda się nie zdarzają. Ja wiem, że tak – cuda się zdarzają, jak w naszym przypadku.
Prześlij komentarz