czwartek, 12 maja 2016

Szukałam daleko, a byłeś tak blisko.

       

Szukałam daleko, a byłeś tak blisko.

Nie wiem, dlaczego los był dla mnie taki okrutny.  Dawałam z siebie wszystko, zawsze byłam na tym drugim miejscu, a i tak wciąż dostawałam przysłowiowego kopa od życia. Pamiętam jak poznałam Jarka, rozpieszczonego synalka swojej mamusi. To dla niego cały świat się kręcił.  

Wciąż strofowana przez jego matkę nie miałam nic do powiedzenia. Ten toksyczny związek trwał dwa lata, dwa zmarnowane lata, aż powiedziałam – dość! Potem poznałam Krzyśka. Narcyz, laluś, jak mawiała moja przyjaciółka Karolina. W łazience spędzał więcej czasu niż ja. Jego kosmetyki zajmowały prawie całą szafkę łazienkową, ja miałam tylko malutki skrawek, gdzie ledwo mieścił się krem i lakier do włosów. Krzysiek wpadał w panikę z powodu zwykłego pryszcza na twarzy.  Pamiętam jak byliśmy umówieni na parapetówkę do Karoliny. Szykowałam się na to wyjście od rana. Niestety, Krzyś wypatrzył na swojej brodzie krostę wielkości główki od szpilki i po spotkaniu.

- Mowy nie ma, nie pokażę się taki zeszpecony! – Mówił spacerując po mieszkaniu z wacikiem na twarzy.

Próbowałam go przekonać, że mam korektor do zatuszowania wszelkich defektów skóry, ale on był nieugięty. Tego było już za wiele. Karolina przygotowała się na nasza wizytę, ja kupiłam prezent na nowe mieszkanie, a mój facet, przez mały wykwit skórny wszystko zepsuł. Oczywiście nie dałam za wygraną i poszłam sama, co spowodowało ciche dni na resztę tygodnia.

Ten związek przetrwał tylko rok. Rozstaliśmy się bez zbędnych ceregieli, a ja na jakiś czas dałam sobie spokój z szukaniem mężczyzny mojego życia.

Minął rok, od czasu, kiedy Krzysiek wyprowadził się z mojego mieszkania. Nareszcie miałam całą łazienkę dla siebie i mnóstwo miejsca w szafie. Do dziś zastanawiam się nad tym, jak mogłam tak długo wytrzymać z tym zniewieściałym chłopakiem, zakochanym wyłącznie w sobie.

Nareszcie zakochałam się do szaleństwa. Marek okazał się najlepszym kandydatem na resztę mojego życia. Ciepły, opiekuńczy, pracowity i zaradny. Byłam taka szczęśliwa. Doczekaliśmy się dwójki cudownych dzieci, Marysi i Janka i nic nie zapowiadało, że ta cała idylla się kiedyś skończy. Niestety, po dwudziestu pięciu latach naszego małżeństwa, moje życie zawaliło się jak domek z kart. Kryzys wieku średniego u męża, zniszczył totalnie nasz związek. Marek nie mógł się pogodzić z upływającym czasem. Zaczął przesadnie dbać o swoje zdrowie i sprawność fizyczną. Dzieci odchowane – mówił, teraz czas na nas. Zaczął się ubierać jak nastolatek, codziennie uprawiał przed praca jogging i zapisał się na siłownię.

- Zrób coś z sobą – powiedział któregoś dnia, wracając z siłowni. Przytyłaś, zaniedbałaś się, spójrz na siebie.

To było bardzo przykre, bo być może miał trochę racji, ale ja byłam typową pracoholiczką i nie miałam nigdy czasu dla siebie. Zbagatelizowałam jego słowa i to był mój błąd. Czy żałuję? Żałuję, ale jest już za późno. Marek poznał na zajęciach kobietę, młodszą ode mnie o czternaście lat. Myślałam na początku, ze to zwykłe zauroczenie, aż do chwili, kiedy zabrał swoje rzeczy i wyprowadził się z dnia na dzień. Nie było odwrotu. Wtedy zrozumiałam, że nic już nie wskóram i czas pogodzić się z zaistniałą sytuacją. Przez rok, od odejścia męża żyłam jak w letargu. Nadal miałam nadzieję, że zrozumie swój błąd i wróci, a ja mu przebaczę, bo nadal go bardzo kochałam i wszystko będzie jak dawniej. Nie wrócił, a kiedy dowiedziałam się, że jego wybranka spodziewa się dziecka, porzuciłam nadzieję na odzyskanie Marka.

Minęło kilka lat, zanim doszłam do siebie. Rzuciłam się w wir pracy, by nie myśleć o swoim losie. Przysięgłam sobie, że już nigdy, żaden mężczyzna nie stanie u mego boku.

Dziś wstałam w doskonałym humorze. Za oknem słychać było śpiew ptaków. Zapowiadała się piękna słoneczna pogoda. Umówiłam się z Karoliną, moją długoletnią przyjaciółką, że pojedziemy na działkę. Kaziu, jej mąż, lekarz pediatra, miał mieć w weekend dyżur w szpitalu, więc przyjaciółka z chęcią przystała na moją propozycję wyjazdu za miasto. Kiedy żyła jeszcze moja mama, jeździłyśmy na działkę prawie w każdy weekend. To urokliwe miejsce, usytuowane kilkanaście kilometrów za Krakowem, było wymarzoną oazą spokoju. W niewielkiej wsi, pod nazwą Sygneczów, koło Wieliczki, mama otrzymała z zakładu pracy taką rekreacyjną działeczkę. Sąsiedzi spokojni, cisza, no może nie zawsze, bo jak zbliżały się wakacje, lub wydłużony weekend, zjeżdżały się rodziny z małymi dziećmi i ruch był czasami nie do zniesienia. Ale tak, na co dzień starsi właściciele nie sprawiali kłopotu i starali się, by można

było spokojnie spędzić czas na łonie natury. Mama wyjątkowo dbała o ten zalesiony kawałek ziemi. Koło altanki, było mnóstwo kwiatów, a poniżej na małej polance z krótko przystrzyżoną trawą, odpoczywałyśmy w cieniu wysokiej jodły.

- Pamiętaj dziecko – wciąż powtarzała – dbaj o to miejsce, bo teraz tego może nie doceniasz, ale kiedyś będziesz uciekać z miasta, jak tylko nadarzy się okazja.

I miała rację. Po całym tygodniu pracy, jadę tam jak tylko jest ładna pogoda i odpoczywam w ciszy, bez radia, telewizji i gwaru, jaki panuje na osiedlowych placach.

Spakowałam wszystko, co niezbędne do samochodu i pojechałam po Karolinę.

- Słuchaj, może zostaniemy tam na noc? – Powiedziała przyjaciółka, kiedy wsiadała do auta. Kaziu wraca dopiero jutro rano i jak znam życie, będzie tak nieprzytomny i zmęczony, że położy się zaraz do spania.

- Też o tym pomyślałam. Jutro ma być dwadzieścia pięć stopni w słońcu, więc lepiej nam będzie poza miastem.

Kiedy dotarłyśmy na miejsce, zobaczyłam na ogrodzeniu u pani Jadzi, zaprzyjaźnionej sąsiadki, ogłoszenie o sprzedaży działki.

- Zobacz Karola, pani Jadzia sprzedaje działkę? To dziwne.  Co ją do tego skłoniło? Muszę się koniecznie dowiedzieć.

Okazało się, że nasza sąsiadka miała wylew i jest częściowo sparaliżowana, więc jej syn, postanowił sprzedać działkę. To była dla mnie przykra wiadomość. Lubiłam panią Jadwigę, często odwiedzałyśmy się i wymieniały sadzonkami kwiatów i krzewów. Wciąż mi powtarzała – szkoda, że mój syn jest zajęty, bo ty nadawałabyś się na wymarzoną synową. Dlaczego taka piękna kobieta jest wciąż sama?  Jesteś jeszcze młoda i twój były mąż nie wie, co stracił – mówiła patrząc mi głęboko w oczy. Ale ja wiem księżno Diano, że gdzieś tam czeka na ciebie rycerz na białym koniu i przybędzie, by odmienić twoje życie, bo na to w pełni zasługujesz.  Byłam jej wdzięczna za te słowa, bo, mimo, że zapierałam się kiedyś, że z mężczyznami już koniec, dziś czuję się bardzo samotna i brak mi kogoś, kto obudzi się przy moim boku, zje ze mną śniadanie, poradzi w sprawach życiowych i tak po prostu przytuli.

- No cóż, życie – powiedziała Karolina, kiedy usiadłam zrezygnowana z powodu informacji o naszej Jadzi. To przykre, bo sama darzyłam tę staruszkę sympatią. Ale nie psujmy sobie nastroju, i tak nic nie zmienimy w tym temacie – dodała, klepiąc mnie po ramieniu. Ja wykorzystam słonko i podpalę swoje grzeszne ciało, a ty?

- A ja, przebiorę pościel i pozbieram porzeczki na kompot.

Wolałam być teraz sama, bo mojej przyjaciółce buzia się nie zamykała, a mnie mimo wszystko nie było do śmiechu. Kto teraz to kupi? Myślałam. Mieć dobrego sąsiada obok, to bardzo ważne, a nasza pani Jadwiga do takich właśnie należała.

Kiedy miska była już wypełniona po brzegi porzeczkami, ruszyłam do domku.

- Ktoś tam przyjechał – Karolina podniosła się z leżaka. To chyba syn pani Jadzi?

Rzeczywiście, to był syn sąsiadki. Wysiadł z samochodu w towarzystwie jakiegoś mężczyzny.

- Dzień dobry pani Diano – powiedział otwierając bramę od posiadłości.

- Dzień dobry panie Adamie. To straszne, co się stało - właśnie się dowiedziałam o mamie.

- No, niestety. Nie jest dobrze. Staram się jak mogę, ale to był rozległy wylew, a i wiek mamusi robi swoje. Ma rehabilitację w domu, niby jest lekka poprawa, jednak już nigdy nie wróci do poprzedniej formy – powiedział ze smutkiem w głosie. Właśnie przywiozłem ze sobą nowego właściciela, bo ja mam dość roboty w swoim ogrodzie, a mama już nie podoła pracy na działce. To będzie pani nowy sąsiad – powiedział wskazując ręką w stronę mężczyzny, który stał obok.

- Witam panią, mam nadzieję, że jakoś się dogadamy. Dawid Górski – przedstawił się podając mi dłoń przez ogrodzenie.

- Diana Pachońska, miło mi.

- Niezłe ciacho – szepnęła konspiracyjnie Karolina. Ciekawe czy żonaty? Na pierwszy rzut oka, jest po pięćdziesiątce, to pewnie żonaty – stwierdziła z grymasem niezadowolenia na twarzy.

- No wiesz.... Czy ty Serca nie masz kobieto? Taka tragedia, a tobie żarty w głowie - strofowałam Karolinę. A poza tym, dlaczego interesuje cię jego stan cywilny?

- Żarty, nie żarty, ale chyba lepiej mieć takiego sąsiada obok, niż na przykład jakiegoś zgrzybiałego dziadka – przyznasz mi chyba rację?

 W czasie, gdy przyjaciółka korzystała z pięknego słonecznego dnia, ja szykowałam wszystko na grilla. Zawsze ją podziwiałam, jak może tak długo leżeć na słońcu, ale ona uwielbiała się opalać, czego ja nie znosiłam.

- No, raz kozie śmierć! – Krzyknęłam w stronę Karoliny – pierwsza próba rozpalenia ognia.

- Na wieczór będzie? Bo jak znam życie, to kilka godzin ci to zajmie – powiedziała przyjaciółka, polewając się wodą z węża ogrodowego.

- To może ty pokażesz swoje umiejętności mądralo, proszę – zwróciłam się do Karoliny, podając jej garść suchych patyków.

- Hehehe... Ja tu przyjechałam w gości kochaniutka – skwitowała i wróciła na leżak.

No tak, wszystko w moich rękach, cholera jasna – zaklęłam w duchu. Niestety rozpalanie jak zwykle mi nie wychodziło. Płuca od dmuchania w żar, o mało mi nie pękły, a ognia nadal nie było widać.

- Może pomóc? Usłyszałam za plecami.

Przy ogrodzeniu stał nowopoznany sąsiad.

- No..... Jeśli pan ma lepsze umiejętności wykrzesania ognia, to proszę – odparłam.

Dawid nie czekając na zaproszenie, wszedł na moją posiadłość i od razu zabrał się do roboty. Sprytnie ułożył małą piramidkę z suchych patyczków, do środka wsadził garść wysuszonych liści i po chwili pojawił się upragniony ogień. Przyglądałam się z bliska jak to robi i próbowałam zapamiętać krok po kroku.

- Jestem pod wrażeniem – zwróciłam się do niego, kiedy węgiel drzewny robił się popielaty, co sygnalizowało o gotowości do grillowania.

- Lata praktyki, proszę pani, lata praktyki – odparł, wycierając zroszone potem czoło.

- Dziękuję. W takim razie chyba zasłużył pan na nasze specjały?

- Byłoby niegrzecznie nie skorzystać z takiej propozycji – powiedział z uśmiechem na twarzy. Czy panie zostają tu na noc?

- Tak, planujemy powrót jutro późnym popołudniem, ale dlaczego pan pyta?

-, Bo do tych szaszłyków potrzebne będzie dobrze schłodzone, wytrawne wino. Zaraz wracam.

- Zaprosiłaś go? – Zapytała Karolina, czerwona od słońca jak piwonia.

- Tak, pomógł mi w rozpaleniu grilla.

- No, moja droga - tylko z tego powodu go zaprosiłaś? Bo ja tu widzę, że wpadł ci w oko.

Przyznam, Dawid miał coś w sobie, oprócz tego, że był przystojny, ale nie to mnie w nim urzekło. Zafascynowało mnie jego zaangażowane w uruchomienie grilla. Robił to z takim spokojem i zamiłowaniem, aż przyjemnie było patrzeć.

Po kilkunastu minutach wrócił z butelką czerwonego wina i trzema kieliszkami w dłoni.

- No jak tam jedzonko? Zapytał, pochylając się nad grillem. Pachnie fantastycznie.

Kiedy wszystko było już gotowe, zasiedliśmy wszyscy w cieniu rozległej jodły. Dawid rozlał wino do kieliszków, a ja rozłożyłam szaszłyki na plastikowych talerzykach.

- To w takim razie proponuję toast za nową znajomość – powiedział Dawid, podnosząc kieliszek w górę.

Po chwili przeszliśmy wszyscy na ty, i dalsza część biesiadowania upłynęła w przyjemnym nastroju. Nowy sąsiad okazał się większym gadułą niż moja przyjaciółka. Opowiadał o sobie, nie dając nam dojść do głosu. Z wykształcenia był ogrodnikiem, ale nie tylko z wykształcenia, bo on po prostu kochał pracę w ogrodzie. Słuchałyśmy go z Karoliną z wielką przyjemnością. Mówił o planach zagospodarowania swojej działki. Z kieszeni swoich ogrodniczek wyciągnął kartki, na których rozrysowane były rabatki kwiatowe, ścieżki z kamieni rzecznych, oraz oczko wodne. Kiedy na to patrzyłam, zazdrość mnie wręcz zżerała. U mnie było tak sobie, bez fantazji, jak to na zwykłej pracowniczej działce.

- A takie oczko wodne, to chyba kłopot? Zagadnęłam.

- Dlaczego tak sądzisz? Czyż nie przyjemnie jest usiąść sobie przy takiej sadzawce, patrzeć na kolorowe rybki i wodne lilie? A praca z tym nie jest aż taka ciężka. Trzeba wykopać dół, wystarczy na pół metra, wyłożyć go odpowiednią folią i umieścić kwiaty w specjalnych koszach, a w tym przypadku sprawdzają się lilie wodne. Jeśli dobierzemy odpowiednie kolory tych pięknych kwiatów, to efekt murowany.

Siedzieliśmy do późnego wieczora, aż zrobiło się chłodno, więc pożegnałyśmy się życząc sobie dobrej nocy.

- Super facet– stwierdziła Karola. Jestem pod wrażeniem jego pasji ogrodniczej. Zauważyłaś, jak omijał temat o swojej rodzinie? Nadal ciekawi mnie, czy ma żonę.

- Ciekawość to pierwszy stopień do piekła, moja droga. A co? Jesteś nim zainteresowana? Bo jak mi się zdaje, to jesteś już zajęta.

- Przestań, nie myślę o sobie, ale o tobie – kobieto.

- W swatkę się bawisz? Ja na razie nie szukam nikogo – powiedziałam z rumieńcem wstydu na twarzy i dziękowałam Bogu, że światło w altance było przyciemnione i moja wścibska przyjaciółka nic nie zauważy, bo byłam wyjątkowo zauroczona Dawidem i dawno tak dobrze się nie czułam, w towarzystwie obcego mężczyzny.

Rano wstałyśmy w doskonałym humorze. Zrobiłam kanapki na śniadanie i zaparzyłam kawę.

- Popatrz Diana, jaki z tego Dawidka ranny ptaszek – powiedziała przyjaciółka patrząc przez okno domku. Taki ogrodnik to prawdziwy skarb. Trzymaj z nim, bo i u ciebie jest ogródek do przekopania – dodała z figlarnym uśmiechem.

- Przestań, bo ci zaraz przyłożę – machnęłam ścierką nad głową Karoliny i wyszłam na zewnątrz.

- Dzień dobry. Co to spać nie możesz?

- Dlaczego? Ja już jestem wyspany, a praca się sama nie zrobi – odparł Dawid, opierając się o siatkę ogrodzeniową. A wam dziewczyny, jak minęła noc?

- Super, właśnie zjadłyśmy śniadanie i mam zamiar oplewić grządki. Tak mnie wczoraj zaraziłeś tym oczkiem wodnym, że o niczym innym teraz nie myślę.

- Nie widzę problemu. Mogę pomóc w realizacji – powiedział.

I tak zmieniło się nagle moje życie. Z Dawidem nadawaliśmy na tych samych falach, więc nasze sąsiedzkie stosunki, po pewnym czasie zamieniły się w uczucie, które rozkwitało z każdą zmianą na działce. Wyglądało na to, że jest sam. Kiedy próbowałam go pytać o jego dotychczasowe życie, on ucinał zaraz temat, tłumacząc, że przyjdzie pora, kiedy dowiem się o nim wszystkiego. Dlatego nie nalegałam, być może wspomnienia były jeszcze bardzo świeże i potrzebował więcej czasu, by podzielić się nimi ze mną.

Po trzech miesiącach usunęliśmy ogrodzenie dzielące nasze posiadłości i na środku powstało piękne wodne oczko z kolorowymi rybkami i pięknymi wodnymi liliami. Nasz wspólny ogród jest jak z bajki, a Dawid okazał się wzorowym ogrodnikiem i wspaniałym partnerem na resztę życia. Aż boję się, że to sen, ale wszystko zrobię, by się z niego nie obudzić.

Szkoda tylko, że poczciwa pani Jadzia, w taki sposób znalazła mi partnera na resztę życia. No cóż, widocznie tak było nam pisane.

Prześlij komentarz