wtorek, 14 czerwca 2016

Wolność Tomku w swoim domku - Wanda Sewioł

Witam ponownie moich sympatycznych gości. Czy dobrze mieć sąsiada? Przedstawiam historię jak zwykle z życia wziętą, było nerwowo, ale zakończyło się całkiem dobrze.

Zapraszam na opowiadanie.



Nareszcie oczekiwane klucze, do swojego małego domku. Nie był to nasz szczyt marzeń, bo w zabudowie szeregowej, ale cóż, jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma.
Spakowaliśmy z mężem najpotrzebniejsze rzeczy i ruszyliśmy do naszej oazy spokoju.
Jak przystało na dobrze wychowanych sąsiadów, ruszyliśmy poznać okolicznych mieszkańców.
- Dzień dobry, zagadałam kobietę sprzątającą przed wejściem.
- Dzień dobry.
- Nazywam się Malinowska, a to mój mąż.
- Kozłowska – kobieta podała mi rękę na przywitanie.
Nasz Wiarus - owczarek szkocki, biegał jak szalony po ogrodzie sąsiadów.
- Ale tu nie wolno mieć zwierząt – kobieta spojrzała na mnie z wyrzutem.
- A gdzie tak jest napisane? Bo ja nic o tym nie wiem.
- To w takim razie – Kozłowska stanęła w rozkroku i dodała. Skoro mamy być sąsiadami, musimy ustalić pewne warunki.
Po pierwsze, żadnych grilli, bo mąż ma astmę i strasznie go dusi dym. Po drugie, cisza nocna obowiązuje od dwudziestej drugiej i prosimy o ciszę. A.... i radio też go denerwuje, no i oczywiście.....
- Zaraz, zaraz przerwałam jej w pół słowa, To może krócej będzie jak pani to wszystko napisze na kartce – wypaliłam niezbyt grzecznie, podpierając się pod boki. Pani tu może szefuje? Przyszliśmy się grzecznie przywitać, a pani już na wstępie dyktuje warunki.
- Kochanie, zaparz mi ziółka, bo już pora – odezwał się mąż Kozłowskiej.
- Przepraszam, ale nie mam czasu więcej z panią rozmawiać, bo jak pani widzi i słyszy, mąż mysi wypić ziółka na wzdęcia...
- Niech już pani nie kończy, wiem co to wzdęcia i wiatry.
- Marek – zwróciłam się do swojego męża, idziemy. Wyciągaj grila, bo kuchnia jeszcze nie gotowa, a ja jestem głodna.
Gdyby wzrok zabijał, to leżałabym już u stóp Kozłowskiej.
- No coś podobnego, ja mam chodzić na palcach w swoim domu, wiązać psa, słuchać radia na słuchawkach, o nie!!!!
I zaczęła się wojna domowa.
Sąsiadce wszystko przeszkadzało, a to, że się za głośno śmiejemy, a to, że pies zostawia sierść na krzewach, a pan Kozłowski ma alergię. Powoli miałam już tego dość. Z każdym dniem skutecznie odgradzaliśmy się od marudnych sąsiadów. Na tyłach domu urządziliśmy sobie mały kącik, gdzie można było spokojnie przeczytać gazetę i wypić kawę. Starłam się ignorować przytyczki Kozłowskiej, aż do chwili kiedy przyjechała córka z dziećmi. Tego było już za wiele. Wpadła do naszego ogródka z awanturą, że jest głośno. Wyjaśniłam jej, ze cisza nocna jest dopiero o dwudziestej drugiej, a teraz jest piętnasta.
- Zostaliście spacyfikowani mamo, hi, hi, Ania nie mogła powstrzymać się od śmiechu.
- To nie jest śmieszne.
Pozostali sąsiedzi tylko kiwali głowami i serdecznie nam współczuli. Ale cóż, dom kupiony i nie było innego wyjścia, musieliśmy przywyknąć i tyle.
Oczywiście z naszej strony robiliśmy wszystko, by uszanować także ich prywatność, jednak na dłuższą metę, było to męczące. Nawet pranie wypłukane w pachnącym płynie drażniło pana Kozłowskiego.
Już byłam gotowa sprzedać dom i kupić coś w innym miejscu, ale los sprawił, że nie musiałam tego robić.
To była sobota, czas na porządki w domu i ogarnięcie ogrodu. Byłam wtedy w łazience.
- Józiu! Błagam cię nie umieraj! Pomocy! Niech mi ktoś pomorze!
Wyjrzałam przez okno.
- Co się stało?
- Mąż zemdlał, proszę mi pomóc.
Czym prędzej pobiegłam do sąsiadów. Na trawie leżał Kozłowski.
- Co się dzieje? Zapytałam zapłakaną Kozłowską.
- Nie wiem, Boże nie wiem.
- Panie Kozłowski - słyszy mnie pan? Halo, panie Kozłowski!
Niestety, nie słyszał. Leżał bez ruchu i był blady jak papier. Zbadałam tętno, niewyczuwalne. Jezu, co mam robić?
Jestem pielęgniarką, przeszłam kurs pierwszej pomocy, ale nigdy nie miałam okazji się sprawdzić na żywym człowieku. Ułożyłam chorego w odpowiedniej pozycji i rozpoczęłam reanimację. Masaż serca i wdech, masaż i wdech. Nadal nic. Może coś źle robię? Spokojnie, nie mogę się poddać. Ucisk i wdech, ucisk i wdech.
- Niech pani dzwoni po pogotowie! Krzyknęłam do rozhisteryzowanej sąsiadki.
- Ale ja nie wiem jak?
- 112, niech pani wykręci 112.
- Ja nie potrafię, nie znam się na komórce. To komórka męża.
- To niech pani biegnie po któregoś z sąsiadów.
- Ale po kogo?
- Boże, kobieto, czy to ma jakieś znaczenie? Mąż potrzebuje natychmiastowej pomocy,  niech się pani weźmie się w garść.
Nareszcie zrozumiała i po chwili przybiegł do nas pan Dąbrowski.
- Już wezwałem pomoc, co z nim?
- Jest.... wyczuwam puls, uffff.
Pomoc przybyła prawie natychmiast. Ekipa karetki, przejęła chorego.
- Dobra robota, brawo – usłyszałam jak z zaświatów. Potem była tylko ciemność.
- Halo! proszę pani... słyszy mnie pani?
- Tak, słyszę, co się stało?
- Faceta pani odratowała, a sama omal nie zeszła, hi, hi. Zemdlała pani i tyle. Proszę leżeć, daliśmy pani zastrzyk.
- A co z nim?
- Zawał serca, jest reanimowany w karetce, zaraz go zabierzemy do szpitala.
- O matko, to dobrze. Zaopiekujcie się również jego żoną, bo ona chyba w gorszym stanie.
- Jedzie z nami. Ale u pani wszystko już ok.? Możemy spokojnie odjechać?
- Ja zostanę z sąsiadką – wtrącił Dąbrowski.
I pojechali.
Wsparta silnym ramieniem sąsiada, wróciłam do domu. Zadzwoniłam do męża, który w tym czasie był u swoich rodziców. Kiedy dowiedział się o wszystkim, natychmiast wrócił do domu.
Wieczorem wyjrzałam przez okno. Naprzeciw paliło się światło, prawie w całym domu.
- Idę tam do niej – powiedziałam do męża.
- Można? Zapytałam w progu.
- Tak, bardzo proszę.
Siedziała skulona na fotelu.
- Będzie dobrze, niech się pani się położy do łóżka.
- Boże.... jak mam dziękować. W szpitalu powiedzieli, że gdyby nie pani pomoc, mąż by nie przeżył.
- Nie musi pani dziękować, każdy by tak postąpił na moim miejscu. A tak na marginesie, dzięki temu przypadkowi mogłam sprawdzić swoje umiejętności w pierwszej pomocy.
- Czy pani mi wybaczy?
- Ale co?
- To moje zachowanie. Tyle przykrości panią spotkało z moje strony.
- Nie ma o czym mówić, jakoś się chyba dogadamy – powiedziałam przytulając szlochającą sąsiadkę.
Kozłowski spędził w szpitalu trzy tygodnie, a my w tym czasie opiekowaliśmy się jego żoną. O dziwo, polubiła Wiarusa, oczywiście z wzajemnością i bardzo mu się przytyło, bo bez mojej wiedzy nasz pupilek był pokątnie dokarmiany.
Od tego feralnego dnia, nasze relacje bardzo się poprawiły. Staramy się, by nikt nikomu nie był wrogiem. Pani Kozłowska rozpieszcza nas swoimi wypiekami, a ja jestem u nich w domu etatową pielęgniarką.
Nie ma tego złego, co by nie wyszło na dobre.
Prześlij komentarz