Spełnione marzenia (FRAGMENTY OPUBLIKOWANE)

Fragment 1

Jeśli ktoś kocha stare dworki, historie z nimi związane, gdzie snują się po pokojach duchy......
To wszystko w mojej powieści * Spełnione marzenia*
 Krótkie wprowadzenie.
 Będąc na emeryturze, mimo protestów mojego męża, kupuję stary dworek.
Czy żałuję swojej decyzji? Co kryje stary dwór? Czy są w nim duchy? I jak to się wszystko skończy?

- Jestem już gotowa! - zawołałam do męża. Czekam w samochodzie - dodałam zamykając drzwi.
Chciałabym być już na miejscu. Byłam pełna obaw reakcji mojego męża na to, co dla niego przygotowałam, jak zareaguje na mój pomysł? Czy uda mi się go przekonać do kupna tego dworku?
Pytania kłębiły się w mojej głowie, ale postanowiłam na razie o tym myśleć.
- Mam nadzieję, że tam trafisz? – powiedział Zbyszek siadając do samochodu, bo nie chciałbym błądzić jak zwykle – dodał.
Przyznam, że kiepski ze mnie pilot, ale drogę dobrze zapamiętałam. To jakieś czterdzieści kilometrów od Krakowa. Bałam się tylko, że przeoczę mało widoczny zakręt, który prowadzi do celu.
- To tu! Zawołałam – skręć w prawo!
Zbyszek wykonał manewr kierownicą, i znaleźliśmy się już na wąskiej drodze prowadzącej do dworku.
- Daleko jeszcze? - Zbyszek spojrzał na mnie badawczo.
- Nie, odparłam wypatrując niewielkiego wzniesienia. – O, tam - wskazałam ręką na majaczące się zabudowania.
Kiedy dojechaliśmy już na miejsce, serce zaczęło mi mocniej bić.
-Co to jest? Zbyszek uchylił okno i spojrzał na mnie przerażony.
- To nasze marzenia – odpowiedziałam wysiadając z samochodu, na drżących nogach.
- Wanda - wydusił z siebie - gdzie ty mnie tu przywiozłaś? To chyba jakiś żart?
- Oj przestań - przełknęłam ślinę, bo z nerwów, aż zaschło mi w gardle.
- Długo będziesz się dąsać? – pogłaskałam mojego lubego po ramieniu – skoro tu już jesteśmy, warto oglądnąć to miejsce.
Po chwili staliśmy oboje przed drzwiami wiekowego domu, nieco zniszczonego, lecz pełnego uroku jak na taką budowlę.
- Przecież to ruina. Kobieto, co cię opętało?
No cóż przyznam, że obiekt moich marzeń nie wyglądał najlepiej. Stara waląca się weranda i mocno zniszczony dach nie dodawał uroku temu dworkowi.
- Chodź, wejdziemy do środka – powiedziałam i wyciągnęłam duży, zardzewiały klucz. Zamek otworzył się z oporem, drzwi zaskrzypiały i już po chwili znaleźliśmy się w chłodnym pomieszczeniu.
- Zobacz tu był kiedyś prawdopodobnie salon - wskazałam ręką na duże pomieszczenie z kominkiem. A tam...chyba kuchnia, bo jest kaflowy piec i żeliwny zlew. Myślę, że tu mieszkała służba – spojrzałam na wejście z kuchni do małego ciasnego pokoiku.
Po drewnianych schodach udaliśmy się na piętro, gdzie było jeszcze kilka mniejszych  pokoi.
- I co ty na to?- zapytałam męża, który już nieco się uspokoił.
- Co ja na  to?- spojrzał na mnie zrezygnowany - to nie dla nas dziewczyno.
- Dobrze, porozmawiamy jeszcze o tym, a teraz chodźmy na zewnątrz. Mam dla ciebie niespodziankę - powiedziałam.
Podeszłam do bagażnika i poprosiłam Zbyszka, żeby go otworzył.
- Co tam jest? - Spytał zaciekawiony.
W środku z pomocą mojego syna Piotrka, zapakowałam mały dwuosobowy namiot, dwa dmuchane materace i śpiwory.
- Masz tu zamiar zostać na noc?- spojrzał na mnie zaskoczony.
- Tak, odparłam tajemniczo. Ale to jeszcze nie koniec mojej niespodzianki.
W bagażniku stała turystyczna lodówka i grill
- Zobacz do środka - spojrzałam na męża, któremu wrócił na nowo humor. Wiedziałam, że teraz niczego mi już nie odmówi. Dobrze się przygotowałam do tej wycieczki. W lodówce były smakowite szaszłyki, soczysta karkówka, kiełbasa na grilla i zimne piwo.
- I jak, zadowolony?
- No.... Powiem ci, że mnie naprawdę zaskoczyłaś – oznajmił otwierając z trzaskiem puszkę z piwem -Teraz to mogę zostać na noc, ale jeśli myślisz, że uda ci się mnie przekupić do kupna tej kupy gruzu, to się kochaniutka mylisz - dodał całując mnie delikatnie w czoło.
To on się mylił. Byłam pewna, że zmięknie, potrzebowałam tylko trochę czasu.
Zbyszek przebrał się w luźne bermudy i założył letnie klapaki. Ja natomiast rozłożyłam koc na miękkiej trawie, w cieniu wysokiej starej sosny. Dzień był wyjątkowo piękny. Świeciło słońce i wiał lekki wiaterek. Patrzyłam z przyjemnością na krzątającego się męża. Kochał grillować, to jedno z zajęć, które wykonywał z pasją.
- Wiesz co? Skoro mamy tu zostać do jutra – powiedział zasłaniając dłonią oczy - to myślę, że trzeba będzie dokupić jeszcze butelkę wody i coś słodkiego.
 - Masz rację – pojedziesz?
 - Jasne, skoczę do tego sklepu, który mijaliśmy po drodze -  powiedział wsiadając do samochodu.
Zostałam na chwilę sama. Wkoło panowała zbawienna cisza, z dala od gwaru miasta, w którym niestety musimy mieszkać. Zawsze marzyliśmy z mężem o tym, że jak przejdziemy na zasłużoną emeryturę, to przeniesiemy się gdzieś za miasto. Od kilku lat zbieraliśmy pieniądze na kupno małego domku. Dzięki mojemu teściowi, który sprzedał swoją działkę pod budowę autostrady, dostaliśmy pokaźną sumkę, która powiększyła w dość znaczny sposób nasze oszczędności. Nagle ogarnęło mnie przerażenie. Jak ja mu to powiem? Jak ja mu powiem, że dałam już zaliczkę? Ta myśl nie dawała mi spokoju.
Moje rozmyślania przerwał powracający ze sklepu Zbyszek.
- Jestem !  krzyknął tak głośno, jakbym była głucha.
- Cii..- przyłożyłam palec do ust - zakłócasz ciszę.
 Resztę dnia spędziliśmy na grillowaniu, karkówka wyszła znakomicie, a szaszłyki palce lizać. Mój ślubny nawiązał tylko raz do kupna dworku. Starał mi się usilnie wyjaśnić, że to rudera i koszt remontu znacznie przekroczy nasze zasoby finansowe. Nie miałam sumienia psuć mu nastroju.  Zostawię to do jutra – pomyślałam.
Kiedy skończyliśmy biesiadować, Zbyszek położył się na kocu i zasnął jak dziecko, a ja postanowiłam obejrzeć bliżej dworek. Dopiero teraz zauważyłam, że w małym zagajniku miedzy leszczynami, stoi kamienny stół z marmurowymi ławami. Blat był popękany, a w szczelinach zielenił się mech.
Usunęłam suche liście i przysiadłam na jednej z ławek. Z tego miejsca widać były całą okolicę. Zielone łąki, przepasane, świeżo zaoranymi połaciami ziemi wyglądały jak wielka szachownica, wkoło rozpościerały się gęste lasy. Widok kojący skołatane nerwy. Zaczęłam się zastanawiać, czy dobrze  postąpiłam, czy nie podjęłam pochopnie decyzji. Byłam naprawdę z godziny na godzinę coraz bardziej przerażona.
- Hej hrabianko, gdzie jesteś? Usłyszałam nawoływanie Zbyszka.
- Już idę do ciebie- odpowiedziałam.
Mąż właśnie zabierał się za rozkładanie namiotu. Słońce już zaszło i zbliżał się wieczór.
- Musimy się z tym uporać jak najszybciej – oznajmił. Po ciemku raczej nic nie zdziałamy, prawda wielmożna Pani? Ha, ha, pewnie w pierwszym wcieleniu, byłaś hrabianką, skoro tak cię ciągnie do starych dworów.
- Czy możesz sobie darować te twoje złośliwości? - wyrzuciłam z siebie rozżalona.
- No dobrze już dziubeczku, żartowałem tylko - spojrzał na mnie trochę zawstydzony.
Namiot był wyjątkowo łatwy do złożenia. Napompowałam materace i umieściłam je, wraz ze śpiworami do środka. Przypomniałam sobie, że mamy dwie oliwne lampki w samochodzie. Kiedy przyjdzie wieczór i zrobi się ciemno, będą jak znalazł.
Świeże powietrze na łonie natury spowodowało, że usnęliśmy natychmiast.
Rano obudził mnie jakiś ruch na zewnątrz. Rozsunęłam zamek od namiotu i wyjrzałam. Obok reklamówki z wczorajszymi resztkami z grilla, posilał się wcześniej poznany już przeze mnie pies. Kiedy byłam tu pierwszy raz z agentem od nieruchomości, kręcił się w pobliżu.
- Witaj piesku! - zawołałam cicho, żeby nie zbudzić Zbyszka.
Psiak podniósł łeb z nad papierowego talerzyka i oblizując się ze smakiem, pomachał mi na powitanie ogonem.
Podeszłam do niego ostrożnie bo mimo wszystko jeszcze, tak dobrze się nie znaliśmy. Ostatnio przekupiłam go kanapką z salami.
- Pamiętasz mnie? – zapytałam czochrając go między uszami. W zamian za te czułości, dostałam soczystego całusa w nos.
-  Z  kim rozmawiasz? -  usłyszałam  głos  z namiotu.
- Mamy gościa, sam zobacz!
Małżonek wyczołgał się z niezbyt wygodnego pomieszczenia i rozprostowując z trzaskiem kości, spojrzał na mnie z przerażeniem.
- Odsuń się od niego! – krzyknął. Wygląda na bezdomnego i może mieć wściekliznę.
Pies podkulił ogon i uciekł za ogrodzenie.
 - Dlaczego  tak krzyczysz? Spojrzałam na niego z wyrzutem. Spłoszyłeś go. My się znamy. Poznaliśmy się jak byłam tu pierwszy raz. Wabi się Bary - wyjaśniłam.
Przywołałam z powrotem Barego. Z podkulonym ogonem, czołgając się, podszedł do mnie i wystraszony przyglądał się Zbyszkowi.
- No spokojnie piesku, nie zrobię ci krzywdy - powiedział mąż, głaszcząc delikatnie psiaka po karku. Bary uspokoił się widząc, że nic mu już nie grozi i na dowód sympatii do nowo poznanego pana pomachał ogonem, parskając przy tym śmiesznie, swoim roześmianym pyskiem.
Wyglądało na to, że będzie padać. Złożyliśmy namiot i resztę sprzętu zapakowaliśmy do bagażnika. Na koniec jeszcze dokładnie wszystko sprawdziłam i weszłam do samochodu. Zbyszek przebrał swoje turystyczne ubranie i usiadł za kierownicą.
- A gdzie twój pupilek? Nawet się z nami nie pożegnał - spytał mąż przekręcając kluczyki w stacyjce.
Na te słowa usłyszeliśmy ciche skomlenie. Odwróciliśmy się jednocześnie. Na tylnym siedzeniu zwinięty w kłębek leżał pies i patrzył na nas błagalnym wzrokiem.
 - Chyba nie myślisz zwierzaku, że cię ze sobą zabierzemy. No, zmykaj! Zawołał mąż otwierając tylne drzwi, delikatnie popychając psa do wyjścia.
Bary niechętnie opuścił samochód, a mnie zrobiło się go żal. Ale nie zareagowałam mając na uwadze to, co czekało mnie w domu, kiedy powiem całą prawdę o moich poczynaniach związanych z dworkiem. Ruszyliśmy w powrotną drogę. Deszcz zaczął już na dobre padać. Odwróciłam się jeszcze do tyłu, żeby sprawdzić czy wszystko zabraliśmy.
- Zbyszek! - krzyknęłam do męża. - On biegnie za samochodem.
Zatrzymaliśmy się na poboczu. Pies stał w bezpiecznej odległości ze spuszczonym łbem.
- Co my teraz zrobimy? – zapytałam. Deszcz padał coraz intensywniej a Bary stał skulony i cały drżał.
- Boże, nie możemy go tak zostawić – powiedziałam, on nie ma nikogo. Z tego  co się dowiedziałam od sklepowej, jego właściciel wyjechał za granicę i zostawił tego biedaka samego.
- Dobrze – Zbyszek machnął ręką na znak, że się zgadza. Rozłóż koc na siedzeniu i niech wskakuje – powiedział.
- No chodź piesku, jedziesz z nami – zawołałam szczęśliwa z takiego obrotu sprawy.
Psu nie trzeba było drugi raz powtarzać. Jednym susem znalazł się z powrotem na siedzeniu i wtulając zmoczony nos w welurowy koc, spojrzał na mnie z wdzięcznością.

Tak jak przeczuwałam, mąż na wiadomość o zaliczce, dostał po prostu szału. Wrzeszczał wniebogłosy i wymachiwał rękami, od czasu do czasu pukając się palcem w czoło, co oznaczało tylko jedno, że jestem niepoważna i niespełna rozumu. Siedziałam cicho w fotelu, bojąc się mu przerwać. Nie pomogły tłumaczenia, że to była okazja, że mam już nawet tanią ekipę do naprawy dachu i werandy. Przez następne dni nie odezwał się do mnie ani słowem. Na całe szczęście Bary skutecznie rozładowywał zważoną atmosferę.
Psiak dostał nową smycz z obrożą i kaganiec z którego nie bardzo był zadowolony, ale spacerki z jego ukochanym panem rekompensowały wszystkie niedogodności.
Po tygodniu musiałam wrócić do tematu. Mijał termin sfinalizowania transakcji. O dziwo emocje opadły i uzgodniliśmy wspólnie, że skoro tak się stało, to kupujemy dworek. Już w sobotę pojechaliśmy tam znowu, żeby zorientować się czego brakuje i zrobić listę najpotrzebniejszych rzeczy. Na miejscu Zbyszek spojrzał na nasz dworek i powiedział.
- Oj, dużo mnie roboty tu czeka, oj dużooo!
Odetchnęłam z ulgą, widząc ten jego błysk w oczach. Zaraz na wstępie zajął się elektryką, bo najważniejszy był przecież prąd. Uzgodniliśmy, że poszukamy starych mebli do renowacji. Takie mocno zniszczone sprzęty nie były drogie, a mój mąż kiedyś zajmował się odnową antyków.
Pierwszym naszym zakupem był żyrandol. Wypatrzyłam go w jednym z małych krakowskich sklepików. Pięcioramienny, wykonany z miedzi. Z każdego z ramion zwisały szklane koraliki. Po dokładnym wypolerowaniu wyglądał naprawdę pięknie. Zaraz powiesiliśmy go w naszym salonie i zrobiliśmy próbę generalną. Światło odbijało się w drobniutkich kryształkach, rzucając na ściany salonu, tęczowy refleks. Widziałam zadowolenie na twarzy męża i byłam pewna, że teraz już nie żałuje podjętej decyzji. Kolejnym zakupem, była skórzana sofa. Porządkowanie dworku zabierało sporo czasu i czasami musieliśmy zostać na noc. Ale skoro był już prąd i miejsce do spania to właściwie było wszystko.                
Z tygodnia na tydzień przybywało mebli. Stołki z wysokimi oparciami,  duży okrągły stół na pięknie rzeźbionych nogach, kredens do kuchni, wszystko to w mgnieniu oka, nabierało błysku w sprawnych rękach Zbyszka.
Zaprzyjaźniony stolarz naprawił werandę i wymienił zbutwiałe deski na schodach. Czekaliśmy tylko na ekipę od dachu. Zamówiłam cykliniarzy, którzy doprowadzili dębowy parkiet do dawnej świetności. Powoli stary dworek nabierał rumieńców.
Moi synowie Marcin i Piotrek wraz z dziewczynami pomagali w  weekendy. Każdy z osobna wybrał sobie pokój na górze i solidnie przystosowywał go do zamieszkania.
Cieszył mnie zapał mojej rodzinki, aż miło było patrzeć na ich zaangażowanie w pracy. Niestety do zamieszkania jak na razie, nadawał się tylko salon.
Postanowiłam zrobić parapetówkę. Przywieźliśmy z Krakowa kilka materaców i pożyczone śpiwory. Pomyślałam, że jest sporo miejsca na dole i moi goście pomieszczą się, gdyby chcieli zostać na noc.
W końcu przestało padać. Zaprosiłam siostrę z jej przyjacielem, synów z dziewczynami i mamę. Oczywiście kupiliśmy większego grilla, a w prodiżu upiekłam szarlotkę. Byłam bardzo szczęśliwa, bo wyjątkowo dobrze czułam się w tym miejscu. Coraz częściej  szukałam wymówki, żeby nie wracać do domu.
Pierwszy przyjechał Piotrek, wypatrywałam go z daleka, pełna obaw. Dopiero niedawno zrobił prawo jazdy. Kiedy już zobaczyłam jego samochód odetchnęłam z ulgą.
- Cześć mamuśka - podszedł do mnie i przywitał mnie całusem. Za nim wyszła z samochodu Marzenka, moja przyszła synowa.
- Dzień dobry pani Wando.
- Witajcie dzieciaki. Jak tam panie kierowco?
- Spoko - odpowiedział Piotrek zapalając papierosa.
Bary witał się z gośćmi szczekając radośnie i usiłując przy tym każdego uraczyć swoim psim buziakiem.
- Pomóżcie tacie w rozpaleniu grilla - powiedziałam i wróciłam do kuchni. Przez uchyloną firankę w oknie obserwowałam przygotowania do naszej parapetówki.
Kiedy wszyscy już dojechali, zaczęło się wspólne grillowanie. Każdy przywiózł ze sobą jakiś drobiazg w prezencie na nowe miejsce. Lucyna zrobiła piękne koronkowe serwetki na komodę, Marcin z Agnieszką kupili na pchlim targu, dwa mosiężne świeczniki, mama  wyszukała gdzieś na placu targowym stojące lusterko w złoconej oprawie, a Piotrek z Marzeną podarowali nam duży kolorowy wazon na kwiaty.
Moja siostra zwiedzała dom cmokając przy tym z podziwu.
- Ale ci zazdroszczę Wanda. To wspaniałe miejsce, takie tajemnicze i magiczne - powiedziała rozglądając się z zachwytem wkoło.
- Dziewczyny!- usłyszałam wołanie mojego męża - chodźcie tu do nas, bo wszystko już gotowe.
 - Już idziemy- odpowiedziałam.
Siedzieliśmy do późnego wieczora. Nalewka własnej roboty smakowała wszystkim i nikomu, mimo wieczornego chłodu nie było zimno. Kiedy zrobiło się późno wróciliśmy do salonu, który wypełnił się dmuchanymi materacami. Mamę ułożyłam na sofie, jak przystało na seniorkę rodu. Reszta towarzystwa  położyła się w śpiworach. Do późnej nocy opowiadaliśmy sobie  historie o duchach i snuliśmy różne domysły, na temat pierwszych właścicieli tego starego dworu.
Rano wstałam pierwsza. Nie ukrywam, że byłam niewyspana, ale patrząc na śpiącą rodzinkę zaraz zapominałam o niedogodnościach minionej nocy. Włączyłam termę w łazience, żeby woda zdążyła się nagrzać i zabrałam się za szykowanie śniadania dla moich gości.
Pierwsza obudziła się Lucyna, delikatnie wysunęła się ze śpiwora, żeby nie zbudzić Tadzia.
- Cześć siostra - powiedziała prawie szeptem, przymykając drzwi od salonu.
- Dzień dobry, jak się spało?- zapytałam.
 - No wiesz, nie było to królewskie posłanie. Na przyszłość proszę o osobny materac. Tadziu niestety całą noc się wiercił, a na dodatek w duecie z mamą, dawał niezły koncert - powiedziała Lucyna przeciągając się leniwie.
To prawda, seniorka słynęła z głośnego chrapania. Wakacje z jej udziałem były koszmarem, ale to przecież nie jej wina i w końcu to nasza  kochana mamusia, więc przymykaliśmy oczy na te niedogodności.
- To co, idziesz pierwsza do łazienki? – zapytałam.- Bo jak wstaną wszyscy, to zrobi się tłok.
- Tak masz rację, idę doprowadzić się do ładu. A co szykujesz na śniadanko? - spytała zaglądając mi przez ramię.
Właśnie kończyłam kroić bekon na jajecznicę. Na szczęście kupiłam kiedyś u Cyganów wielką patelnię, co jak pamiętam wywołało wybuchy śmiechu mojego męża i nie kończące się pytania, na co mi taka miednica. A teraz, ta miednica przydała się jak znalazł.
- Jajecznicę na bekonie - powiedziałam wsypując skrojone kawałki bekonu na patelnię.
- Cha, cha- zaśmiała się Lucyna. – A skąd masz taką wielką patelnię?
- Cha, cha - odpowiedziałam jej tym samym.- A mam i tyle. Gdyby nie ta patelnia to czekałabyś w kolejce na śniadanko, prawda?
 - Sorry, ale jak żyję nie widziałam takiego śmiesznego i o takich  gabarytach sprzętu gospodarstwa domowego. Toż to chyba dla wojska.
Po tych słowach Lucyna udała się do łazienki, a ja wróciłam do przygotowania rodzinnego śniadania. W salonie słychać już było gwar, co znaczyło, że wszyscy już wstali.
- Agnieszka! Wychodź już – wołała Marzena.
- Zaraz, dopiero weszłam - słychać było głos z łazienki.
- Cześć mamo - Marcin wszedł do kuchni i nachylił się nad patelnią - czyżby jajecznica na bekonie?
- Tak, ale błagam was pospieszcie się, bo nic z tego bekonu nie zostanie, jak tak wiecznie będę go odsmażać.
Kiedy wszyscy zasiedli już przy kuchennym stole mogłam w końcu podać śniadanie. Cała rodzinka była w doskonałym humorze. Moje przyszłe synowe rozmawiały o ciuchach, Zbyszek zamęczał Tadzia informacjami na temat samochodów, mama jak zwykle gderała, że wszędzie dobrze ale najlepiej w domu, Marcin z Piotrkiem wyszli na zewnątrz zapalić papierosa, a moja siostra Lucyna, gdzieś znikła.
- Lucka! Gdzie jesteś? –zawołałam.
- Tu, na górze - usłyszałam odpowiedź.
Weszłam na piętro i znalazłam ją w jednym z pokoi.
- A co ty tu robisz? - zapytałam.
- Zwiedzam, a co? Przecież to stary dwór a nie jakiś motel - prawda?
- Widzę siostra, że jesteś na serio zauroczona tym miejscem.
- Masz rację, czuję tu dobre fluidy. To miejsce jest zarazem tajemnicze ale i szczęśliwe.
- Hi, hi - uśmiechnęłam się pod nosem - chyba nie sprawdzałaś tego swoim wahadełkiem?
 - A jak myślisz…?
Wiedziałam już, że miałam rację. Moja siostra wierzyła w takie zjawiska, dlatego wahadełko miała w torebce na każdą okazję.
- I co? zapytałam - krąży tu jakiś duch?
- Możesz się śmiać, ducha tu pewnie nie ma, ale ten dom kryje w sobie jakąś tajemnicę.
 - A możesz uściślić? Bo nadal nie wiem, co jest grane.
 - Niestety rozczaruję cię, wahadełko tego nie powie, sama musisz się dowiedzieć czegoś na temat pierwszych właścicieli tego dworu - powiedziała chowając błyszczący przedmiot głęboko w torebce.
 - Tak jest proszę pani. Zajmę się tym w najbliższym czasie, ale teraz chodźmy już na dół, bo mama przebiera nogami i wszystkich popędza do powrotu.
Tak jak przypuszczałam, mama zdominowała cała rodzinkę. Nie było mowy, by ją przekonać do pozostania na obiad.
- Oj dziecko, ty też jesteś pewnie zmęczona, a oni wszyscy muszą jutro wstać do pracy. Czas najwyższy, żeby już wracać - nalegała.
Podziękowałam wszystkim za przybycie oraz prezenty i po uściskach i życzeniach bezpiecznej drogi pożegnałam z żalem moich gości. Dochodziło południe, słońce od czasu do czasu przebijało się przez gęste ciemne chmury. Wyglądało na to, że będzie po południu burza.
- Zmęczona? - usłyszałam za plecami głos Zbyszka.
- Tak trochę, ale myślę, że było super - prawda?
- Oczywiście, że było super kochanie.
Mąż objął mnie serdecznie i pocałował w policzek. Zauważyłam na jego twarzy zmęczenie. W końcu nie mieliśmy już po osiemnaście lat. Zbyszek zobowiązał się do sprzątnięcia kuchni, a ja wywietrzyłam salon i włączyłam telewizor, sadowiąc się na wygodnej sofie. O tak, to było mi teraz bardzo potrzebne.
Poczułam silne szarpnięcie, otworzyłam zaspane oczy i zobaczyłam pochylającego się męża.
- Hej! Pani na włościach, czy wydała pani już dyspozycje służbie?
- O matko! Która to godzina?- zerwałam się z sofy przecierając zaspane oczy.
- Mamy już dziesiątą wieczór śpiąca królewno. Wstań to ci pościelę. Dokonałam szybkiej toalety i z wielką przyjemnością wsunęłam się pod kołdrę.
Trudy minionego dnia  i nieprzespanej nocy sprawiły, że usnęłam jak dziecko. W środku nocy obudziła mnie szalejąca burza, błyskawice rozświetlały ciemnogranatowe niebo a silny porywisty wiatr szarpał drewnianą okiennicą okna w salonie.
- Zbyszek- obudź się, szturchałam nerwowo męża, aż otworzył oczy.
- Co się dzieje?- zapytał półprzytomnym głosem.
- Straszna burza, nie słyszysz? - dodałam z wyrzutem.
- I co z tego, mruknął pod nosem i odwrócił się do mnie plecami.
- Jak to co z tego?- zaraz wiatr wyrwie nam okiennicę z zawiasów, czy to ci nie przeszkadza? – powiedziałam, już mocno podniesionym głosem.
Mąż niechętnie wstał z sofy i podszedł do okna. Musiał je otworzyć szeroko, by dostać się do zaczepów drewnianej okiennicy. Wiatr wdarł się do salonu miotając przy tym firanką  zawieszoną w oknie. Na zewnątrz lało jak z cebra. W pewnym momencie strzelił piorun, zobaczyłam na niebie złowrogą błyskawicę, która jakby ostrym skalpelem przecięła kłębiaste chmury. Skuliłam się jak mały wystraszony psiak i z nosem wtulonym pod kołdrę obserwowałam zmagania mojego męża z szalejącym żywiołem. W końcu udało mu się. Wrócił na sofę i ziewając, pogłaskał mnie po głowie mówiąc
- Śpijże już dziecko - bo nie zniosę drugiej nieprzespanej nocy. Po czym wtulił się w poduszkę i po chwili usłyszałam jego miarowy oddech.

Zazdroszczę mu właśnie tego, że potrafi tak szybko usnąć, ja natomiast byłam kompletnie wybita ze snu. Przypomniałam sobie opowieść Marcina o starym dworze w którym dokonano morderstwa. Mąż zabił tam swoją żonę zrzucając ją ze schodów, a potem zakopał zwłoki w ogrodzie. Moja wyobraźnia zaczęła pracować na przyspieszonych obrotach. Jestem w starym dworze, są schody jest ogród. Boże! A może tu też ktoś kogoś zabił? - pomyślałam. Muszę jak najszybciej dowiedzieć się kto mieszkał w tym domu, inaczej nie zaznam tu nigdy spokoju.

 Fragment 2

Co dowiem się w okolicznej Parafii? 
Czy poprzednie właścicielki dworku, spoczywają na starym cmentarzu?
Mam nadzieję, że jutro po mszy otrzymam odpowiedź na te pytania.
Teraz z siostrą odpoczywamy w leszczynowym zagajniku.
Zapraszam na drugą część .

Rano wstałam kompletnie rozbita. W salonie panował przejmujący chłód. Nasunęłam kołdrę wysoko pod brodę i przypomniałam sobie swoje ciepłe, przytulne mieszkanko w Krakowie. Dworki są piękne i tajemnicze, ale mają jedną wadę, wymagają wielkich nakładów finansowych aby je ogrzać. Zasoby drzewa do kominka topniały jak śnieg w składziku na opał. Z przerażeniem uświadomiłam sobie, w jak zastraszającym tempie ubywają i topnieją również nasze pieniądze na koncie. Zbyszek miał rację mówiąc, że wartość tej posiadłości wzrośnie wielokrotnie. Coraz częściej nachodziły mnie myśli, czy nie popełniłam błędu, decydując się na taki krok. Jednak było już za późno, musiałam się z tym pogodzić. Odgoniłam od siebie dołujące myśli.
Czas wstawać, pomyślałam i z niechęcią wysunęłam stopę z pod ciepłego posłania. Brr... jak tu zimno i wilgotno! Zarzuciłam welurowy szlafrok i udałam się do kuchni. Deszcz przestał padać i powoli zaczęło się rozpogadzać. Czas wracać do miasta - stwierdziłam i włączyłam ekspres do kawy.
 Na szczęście burza nie wyrządziła wielu szkód. Oprócz kilku połamanych gałęzi owocowych drzew, nic więcej nie ucierpiało po wczorajszej ulewie. Sprawdziliśmy dokładnie czy wszystko w porządku i ruszyliśmy w powrotną drogę.
- Nareszcie w domu - powiedziałam do męża siadając w wygodnym fotelu - tak tu cieplutko.
- A cóż to? Nie lubimy już naszego domku na wsi - powiedział mój mąż z nieukrywaną ironią.
Zbagatelizowałam tę jego wypowiedź, nie miałam nastroju na niepotrzebne dyskusje.
- Wanda! Telefon dzwoni ci w torebce - zawołał Zbyszek.
Uporałam się z zamkiem mojej przepastnej torby i odszukałam komórkę.
- Tak słucham?
Po drugiej stronie usłyszałam głos Lucyny.
- No  co tam? Przeżyliście burzę? Zapytała siostra.
- A...  daj spokój, koszmar! Miałam niezłego boja. Myślałam, że wszystko się zawali i pochłonie nas ziemia.
- Cha, cha - siostra czytasz za dużo kryminałów, może weź się za jakieś romansidło - powiedziała Lucyna wyraźnie rozbawiona.
 Od poniedziałku pogoda wyraźnie się popsuła, padał deszcz i było bardzo zimno. Postanowiliśmy z mężem że zostajemy w Krakowie. Ja miałam parę ważnych spraw do załatwienia na miejscu, a Zbyszek obiecał teściowej że odmaluje jej pokój.
- Uporasz się z tym do końca tygodnia?- zapytałam męża.
- Nie mogę ci tego obiecać, raczej nie licz na to, że pojedziemy na naszą posesję w tym tygodniu.
- Ale zapowiadają poprawę pogody - powiedziałam zawiedziona.
- Nie możesz  po prostu jechać busem? Zadzwoń do Lucyny, może będzie miała ochotę wybrać się tam  z tobą.
- To dobry pomysł wezmę Barego - powiedziałam.
 Siostra  z entuzjazmem przyjęła zaproszenie na weekend. W sobotę zaraz z samego rana spotkałyśmy się na przystanku. Moja siostra ubrana na sportowo jak przystało na turystkę, zjawiła się o określonej porze. Spojrzałam na nią i starłam się ukryć moje rozbawienie. Prawdziwa turystka - pomyślałam. Sztruksowe rybaczki, zielona ortalionowa kurtka, adidasy, plecaczek i...... dyndające w uszach kolczyki z perłą. Lucyna nie przywiązywała wielkiej wagi do makijażu, jest zwolenniczką naturalności, ale jej uszy musiały być zawsze ozdobione. Kochała wszelkiego rodzaju zawieszki i kolczyki, Miała ich niezliczone ilości. Zawsze mówiła, że jak sobie ich nie założy, to czuje się naga. No cóż do tego sportowego stroju te ozdoby z perłą pasowały jak kwiatek do kożucha.
Nadjechał  w końcu bus. Denerwowałam się bardzo czy kierowca zabierze nas z psem.
- Podeszłam do mężczyzny, który zrobił sobie przerwę na papierosa. Czy zabierze nas pan z psem? Zapytałam.
 Bary stał ze spuszczonym łbem obrażony na cały świat z powodu kagańca, który najwyraźniej go denerwował.
- Ma pani szczęście, dziś jestem prawie pusty i istnieje taka możliwość. Jedziecie panie do końca? Zapytał.
- Tak, do samiuśkiego - odpowiedziałam z ulgą w głosie.
- To proszę zająć miejsca na końcu, bo po drodze zabieram innych pasażerów.
Szczęśliwe usadowiłyśmy się na ostatnich siedzeniach. Bary na nasze szczęście, mimo, że wyglądał na wilczura, był dużo drobniejszy od oryginału.         
Wysiadłyśmy  na małym rynku, obok starego drewnianego kościółka.
- Wanda! Lucyna złapała mnie za rękę - chodźmy do tego kościółka- powiedziała zaaferowana - może dowiemy się czegoś na temat twojego dworku i jego prawowitych właścicieli.
Była dopiero dziesiąta rano, więc miałyśmy mnóstwo czasu. Dlatego bez oporu przystałam na jej propozycję. Niestety kościół był zamknięty a  na drzwiach widniał napis, że msza odbywa się tylko w niedzielę i święta o godzinie dwunastej.
- Trudno - powiedziała Lucyna - skoro tu już jesteśmy, to zwiedzimy cmentarz – dodała.
Przywiązałyśmy psa do jednej z ławek przy kościele i ruszyłyśmy w stronę cmentarza.
Na nasze szczęście brama była otwarta. To był stary cmentarz. Według dat na nagrobkach już od dawna nie chowano tam zmarłych. Moja siostra przystawała przy każdym grobie.
- Zobacz - wskazała ręką na mały grobowiec z wykutym w kamieniu aniołem, który w dłoniach trzymał owalne zdjęcie przedstawiające twarz małej dziewczynki.
Pod spodem wykuto napis, który z wiekiem wytarł się już w paru miejscach.
Lucyna ubrała okulary i nachyliła się nad grobem czytając na głos.

Powiększyłaś grono aniołów kochana córeczko, nam zostawiłaś tylko ból.
                        Ur. 15 IV 1900 r.  Zm. 3 VIII 1903.
Obserwowałam kątem oka, moją siostrę, była bardzo wzruszona. Odwróciła się i wytarła oczy chusteczką.
- Siora - płaczesz? – zapytałam.
- Chyba sobie żartujesz – odpowiedziała. Łzawią mi oczy. Ostatnio często siedzę na komputerze i to dlatego.
Wiedziałam, że to nie prawda. Lucyna jest bardzo wrażliwa i każda rodzinna tragedia tak ją wzrusza.
Zwiedzanie cmentarza zajęło nam dobre dwie godziny, przystawałyśmy nad każdym grobem. Lucynie zabrakło już chusteczek na jej zmęczone komputerem oczy. Musiałam to przerwać.
- Idziemy - zwróciłam się do siostry. Mamy dwa kilometry do pokonania pieszo, jutro po mszy tu jeszcze wrócimy.
Poddała się. Opuściłyśmy cmentarz i skierowałyśmy swoje kroki na znaną nam już drogę do mojej posiadłości.
My kobiety z miasta miałyśmy problemy z dotarciem do celu. Już w połowie drogi nogi odmawiały nam posłuszeństwa.
- Wanda! Zatrzymajmy się na chwilkę, buty mnie otarły i nie mam już siły - powiedziała Lucyna, siadając na brzegu przydrożnej kapliczki.
Sama byłam zmęczona, ale nie było innego wyjścia, musiałyśmy tam jakoś dotrzeć.
- Dobrze - może złapiemy jakąś okazję - pocieszyłam siostrę.
Ale jak na złość nikt nie jechał w tym kierunku.
Nagle w oddali zauważyłam zbliżający się samochód. Zdesperowana wybiegłam na środek drogi machając nerwowo rękami. Samochód zatrzymał się z piskiem opon.
- Co to? Życie pani nie miłe!- powiedział kierowca przez uchylone okno.
- Bardzo pana przepraszam, ale mamy jeszcze sporo drogi do domu. Czy mógłby nas pan podrzucić?
- Nie ma sprawy - mężczyzna zaprosił nas do środka.
- Ale nie jesteśmy same - wskazałam na psa który właśnie załatwiał swoją potrzebę fizjologiczną.
- Niech wskakuje, też mam psa w domu.
- A gdzie panie mieszkacie?
W tym starym dworku na wzniesieniu - wyjaśniłam.
Lucyna była szczęśliwa. Usadowiła się od razu po stronie przystojnego kierowcy, nie dając mi możliwości wyboru.
- To panie nie boją się mieszkać na takim pustkowiu? Zapytał nasz wybawca.
- A dlaczego miałybyśmy się bać? Zapytałam.
- To odludne miejsce, a ludzie raczej wolą mieć kogoś w pobliżu - tłumaczył. Ten dworek nie miał wielu chętnych, dlatego bardzo mnie dziwi, że takie niewiasty spędzą tam noc.
Po tych słowach dostałam gęsiej skórki na całym ciele. Co miał na myśli? Czy coś wie? Ale Lucyna zareagowała natychmiast na jego słowa.
- Czy wie pan coś na temat tego miejsca? - zapytała
- Właściwie niewiele, tylko tyle co dowiedziałem się od teściowej. Podobno mieszkała tu kiedyś matka z ułomną córką - kontynuował. Kobieta kazała sobie postawić wysoki mur, nie wiedzieć dlaczego. Nie przyjmowały gości, a każdy komiwojażer został przepędzany. Nikt z okolicznych mieszkańców nie widział na oczy córki właścicielki dworu.
- To naprawdę ciekawe - ale niech nam pan powie - czy nikt tu nikogo nie zamordował? Zapytałam.
- Cha, cha! Kierowca był wyraźnie rozbawiony moim pytaniem.
- Spokojnie - umarły śmiercią naturalną - dodał zatrzymując samochód tuż przed wzniesieniem gdzie stał mój dworek.
Podziękowałyśmy za podwiezienie i dotarłyśmy w końcu do celu. Otworzyłam żelazną bramę. Dopiero teraz zauważyłam, że mur okalający posesję jest tak wysoki, że nikt z zewnątrz nie mógł widzieć co dzieje się na dziedzińcu.
Zaraz napaliłyśmy w kominku. W salonie panowała wilgoć i trzeba było trochę poczekać, aż ogrzeje się całe pomieszczenie. W Krakowie zrobiłam kotlety na obiad, ziemniaki były, ogórki kiszone były i gin z tonikiem mroził się w lodówce. Co nam jeszcze brakowało - pogaduszek, tak po prostu zwykłych pogaduszek. Nadawałyśmy  z  siostrą na tych samych falach, dlatego nigdy nie nudziłyśmy się w swoim towarzystwie.
Po obiedzie udałyśmy się do leszczynowego zagajnika zaopatrzone w szklanki z ginem rozcieńczonym tonikiem i kostkami lodu. Na nasze szczęście pogoda była wymarzona. Świeciło słońce i nic nie zapowiadało, że się popsuje.
- Co ty na to co powiedział ten facet? - zagadnęła mnie siostra przechylając szklaneczkę z jej ulubionym trunkiem.
Bo jeżeli chodzi o gin z tonikiem, to raczyłyśmy się nim w wyjątkowych okazjach. Lucyna jest pisarką wydała już kilka książek i każda z nich była oblewana tym właśnie trunkiem. Teraz też była okazja. Miałyśmy zadanie do wykonania. Musiałyśmy sprawdzić wszystko to, co jest związane z tym miejscem.
- Nie wiem – odparłam.
- Wiesz, to naprawdę ciekawa historia z tą ułomną córką. Czy była aż tak szpetna, że matka się jej wstydziła? - powiedziała Lucyna obracając w dłoni kryształową szklankę.
- Sama nie wiem – odpowiedziałam.
Doszłyśmy do wniosku, że jutrzejsza msza pomoże nam w odnowieniu duchowym i być może dowiemy się czegoś na temat tej kobiety i jej córki.
Resztę dnia spędziłyśmy na zwykłym leniuchowaniu. Lucyna czytała książkę, a ja zebrałam w tym czasie kosz gruszek z myślą, że jutro zrobię z nich mus.
Przed nocą sprawdziłyśmy wszystkie drzwi czy są pozamykane. Nie ukrywam że słowa naszego rozmówcy, zasiały w nas ziarno niepokoju.
Przeżycia minionego dnia i trunek którym raczyłyśmy się do wieczora sprawił, że nie miałyśmy problemów z uśnięciem.

Rano obudził mnie gwar rozśpiewanego za oknem ptactwa. Spojrzałam na  siostrę, która przykryta po sam czubek głowy spała kamiennym snem.
Uśmiechnęłam się pod nosem widząc wystające ucho z kolczykiem. Dama pod każdym względem - pomyślałam, nawet w łóżku. Nie chciało mi się wstawać, ale ktoś w tym towarzystwie musiał pełnić obowiązki służby. Dziś to ja byłam ta nisko urodzona, a szlachcianką była oczywiście dama z perłą. Poszłam szybko do łazienki żeby włączyć farelkę. Znając skłonności mojej siostry do częstego zapalenia pęcherza, wolałam nie ryzykować. Zamknęłam drzwi żeby ciepło nie uciekało i udałam się do kuchni.
Bary podniósł łeb ze swojego posłania i zamerdał na powitanie ogonem.
- Cześć psiaku- chcesz siusiu?
Pies zerwał się natychmiast i podbiegł zadowolony do wyjścia.
- Idź - powiedziałam otwierając szeroko drzwi.
Poranny chłód wdarł się do środka, ale niebo było czyste, co zapowiadało ładny dzień.
Włączyłam ekspres do kawy i zabrałam się za robienie kanapek na śniadanie.
- Jak tu zimno! - usłyszałam głos z salonu. Wanda może zapalisz w kominku?
- A nie poprzewracało się w główeczce? – zapytałam patrząc na siostrę która szczelnie okryta kołdrą, wciąż marudziła.
- Niestety musimy oszczędzać proszę pani. W łazience zagrzano, czas na poranną toaletę, bo śniadanie czeka.
Po tych słowach wróciłam do swoich zajęć. Bary szczekał pod drzwiami, informując mnie że załatwił to co trzeba.
- Wygląda na to, że musimy wyjść dwie godziny wcześniej żeby dotrzeć tam na dwunastą - powiedziała siostra z pełnymi ustami.
- Myślę, że jest na to rozwiązanie. Piotrek z Marzeną przywieźli tu swoje rowery. Pojedziemy tam na dwóch kółkach - co ty na to? – zwróciłam się do siostry.
- To świetny pomysł. Lucyna była wyraźnie zadowolona z takiego obrotu sprawy.
-  Zabiorę aparat - powiedziała. Zrobimy parę zdjęć - co ty na to?
- Dobry pomysł. Ten kościółek jest wart uwiecznienia.
Sprawdziłyśmy dokładnie rowery. Lucyna dopompowała koła i ruszyłyśmy w stronę rynku.
Kiedy dotarłyśmy na miejsce, kościół wypełniony był już wiernymi. Msza trwała około trzydziestu minut. Po ogłoszeniach parafialnych, okoliczni mieszkańcy powoli opuszczali to piękne zabytkowe miejsce.
- Idziemy - powiedziałam się do siostry, która biegała po dziedzińcu robiąc niezliczoną ilość zdjęć.
W środku oprócz kościelnego, który gasił po kolei wszystkie świece, nie było już nikogo.
- Szczęść Boże - zwróciłam się do mężczyzny odwróconego do nas plecami.
- Szczęść Boże - odpowiedział starszy pan. Czy mogę w czymś pomóc? zapytał.
Przedstawiłyśmy w skrócie cel naszej wizyty. Mężczyzna wysłuchał nas dokładnie i kazał poczekać, po czym udał się do zachrystii.
Po około piętnastu minutach wrócił z uzyskaną zgodą na rozmowę z obecnym proboszczem. W kancelarii parafialnej czekał na nas sympatyczny ksiądz. Wyglądał na jakieś osiemdziesiąt parę lat.
- Witam panie - Ignacy mówił, że macie jakąś sprawę do mnie - powiedział poprawiając się wygodnie na krześle.
Po krótce wyjaśniłam o co nam chodzi. Proboszcz kiwał głową ze zrozumienie i stwierdził, że nie może nam pomóc.
- Dlaczego? Zapytałam zawiedziona.
- To są archiwalne dane - nie mam uprawnień do ujawniania ich osobom postronnym - wyjaśnił.
Byłam nieugięta i próbowałam przekonać duchownego o naszych jak najlepszych zamiarach. W końcu kiedy pokazałam akt własności dworku, pomogło.
Wydał dyspozycje kościelnemu instruując go, z jakiego okresu ma wyszukać księgę. Po paru minutach, które wydawały się wiecznością, Ignacy wrócił z pokaźną w rozmiarach, starą oprawioną w skórę księgą.
Staruszek wertował pożółkłe kartki mrucząc coś pod nosem, a my z Lucyną siedziałyśmy z wypiekami na twarzy, czekając na jakieś wiadomości.
 W końcu na jednej ze stron zatrzymał swój wzrok i kościstym zniekształconym artretyzmem palcem zaznaczył umieszczony tam wpis.
- Właścicielką tego dworu, była Antonina Bilewska oraz jej córka Konstancja.
 Poczułyśmy z siostrą niesamowity przypływ adrenaliny. W końcu miałyśmy pierwsze interesujące nas fakty.
- Czy są pochowane na tym cmentarzu?- zapytałam.
- Tak - Ignacy zaprowadzi panie na grób - powiedział staruszek zamykając delikatnie księgę.
Pożegnałyśmy sympatycznego staruszka, który wstając od biurka, dał nam do zrozumienia, że czas wizyty dobiegł końca.
Grobowiec znajdował się na samym końcu  cmentarza. Był bardzo zaniedbany i widać było że czas zrobił swoje. Napis na płycie nagrobnej z powodu minionych lat, prawie nie nadawał się do odczytu. Poznany przez nas kościelny, tłumacząc się obowiązkami oddalił się w stronę kościoła.
Stałyśmy z siostrą nad grobowcem w całkowitym milczeniu. Cisza panująca na cmentarzu przerywana była od czasu, do czasu, pięknym, a zarazem żałosnym śpiewem ptaka, który stosownie do miejsca dostosował swój koncert.
Grób jak na tamte czasy, kamienny, popękany w kilku miejscach, krył w sobie tajemnicę, którą chciałyśmy koniecznie poznać. Lucyna po zrobieniu kilku zdjęć przystąpiła do odszyfrowania prawie niewidocznego napisu. Po usunięciu zeschłych liści, zaopatrzone w małą lupkę próbowałyśmy odczytać prawdopodobne daty urodzenia i śmierci kobiet.
- Spójrz - wygląda na to, że Konstancja, córka Antoniny zmarła pierwsza - powiedziała Lucyna.
Na płycie nagrobnej zachowała się część imienia dziewczyny i końcówka jej daty urodzin. Wyglądało na to że urodziła się w1915 r. Datę śmierci na nasze szczęście, można było bez najmniejszego trudu odczytać. To był maj 1937 r.
- To straszne - powiedziałam wzruszona naszym odkryciem. Ona miała  tylko dwadzieścia dwa lata. Co się musiało stać, że tak młodo zmarła. Może to jakaś dziedziczna choroba?
- Ten facet mówił, że Antonina urodziła ułomne dziecko – powiedziała siostra.
Lucyna miała rację. Z tego co opowiadał poznany przez nas mężczyzna wynikało, że w dworku mieszkała matka z chorą córką.
Po chwili zadumy, przeszłyśmy do rozszyfrowania napisu umieszczonego poniżej. Tu zaopatrzone w lupkę, przesuwając palcami po zagłębieniach napisu, udało nam się odczytać wyrytą datę ur. i śmierci Antoniny.
Matka Konstancji urodziła się w 1897 roku a zmarła w 1939 r. mając 42 lata.
- Popatrz - zmarła dwa lata później - to takie tragiczne i wzruszające - powiedziała Lucyna.
Kiedy tak stałyśmy nad grobem analizując fakty, podeszła do nas kobieta która od pewnego czasu przyglądała nam się z uwagą.
- Widzę, że spotkałam tu, w tym szczególnym miejscu pokrewne dusze -powiedziała wyciągając dłoń na powitanie.
- Nazywam się Grażyna Masłowska - przedstawiając się uścisnęła po kolei nasze dłonie. Zastanowiło mnie to, dlaczego jesteście panie zainteresowane tym grobem który i ja często odwiedzam.
- To znaczy że ma pani jakieś informacje na temat tych kobiet? -zapytałam.
- Coś, niecoś  wiem, tyle co  opowiadała mi babcia, a jej przekazała prababcia.
- To znakomita wiadomość! Lucyna aż krzyknęła, zasłaniając usta z przerażeniem, uświadamiając sobie, że nie jest to miejsce na takie głośne zachowanie.
Wyjaśniłam nowo poznanej znajomej, że jestem teraz właścicielką dworku w którym mieszkały Antonina z Konstancją.
- To teraz wszystko jasne - kobieta uśmiechnęła się pokazując przy tym śnieżnobiałe zęby. Widzę, że mamy te same zainteresowania, to moje klimaty. Musimy się kiedyś spotkać i porozmawiać o tamtych zamierzchłych czasach.
- A co pani sądzi o dzisiejszym wieczorze? - zapytałam z nutką nadziei. Zapraszam do siebie, jeżeli nie ma pani oczywiście innych planów?
- To dobry pomysł - powiedziała pani Grażyna.
- Czy odpowiada osiemnasta? Zapytałam.
- Oczywiście, może być osiemnasta.
Pożegnałyśmy naszą znajomą i po zapaleniu kilku zniczy na grobie, ruszyłyśmy w powrotną drogę.
Ostatkiem sił dotarłyśmy w końcu do domu. Nie da się ukryć, że skończyłyśmy z siostrą już dawno osiemnaście lat i takie rowerowe eskapady dla starszych pań, to nie lada wyczyn. Bary oparty przednimi łapami o wejściową bramę szczekał radośnie na nasze powitanie.
- Cześć Baruś - stęskniłeś się za pantusią - zwróciłam się do podskakującego śmiesznie psiaka.
Mój pupil  podbiegł w podskokach do drzwi dając nam do zrozumienia, że czas zająć się jego miską.
- O matko! Padam z nóg - powiedziała Lucyna siadając na sofie w salonie.
Ja także ledwo powłócząc nogami, dołączyłam do niej  rozcierając obolałe łydki. Nasza wczorajsza piesza wycieczka pozostawiła totalne zakwasy.
- To nie dla mnie – stwierdziłam - czas pomyśleć o jakimś małym samochodziku.
- To prawda - musiałaś się z tym liczyć, nabywając dom w tak odludnym miejscu - powiedziała siostra.
- Myślałby kto?- Ty pewnie wszystko robisz według ustalonego szablonu  - odparłam z przekąsem.
Ale ona miała rację. Decydując się na kupno domu w takim miejscu, powinnam o tym pomyśleć. Nie było czasu na rozczulanie się nad sobą, mamy przecież gościa  wieczorem i mimo tego, że chętnie przystałabym na mały odpoczynek, musiałam o tym zapomnieć.
- Pomożesz mi z tymi gruszkami? - zwróciłam się do siostry.
- A mam jakieś wyjście?- Lucyna podniosła się z sofy i suwając ledwo nogami, usiadła z miną męczennika na stołku w kuchni.
Bary stał w drzwiach, przekrzywiając komicznie głowę. Na nasz widok ożywił się trącając pyskiem pustą miskę.
- I na dobitkę jeszcze ten głodomór. To mnie przerasta - powiedziałam wsypując do miski suchą karmę.
Pies z wielkim apetytem pochłaniał w zastraszającym tempie pachnące kuleczki, na koniec chlipiąc głośno, wypił prawie wiadro wody, rozlewając jej sporą część na podłogę.
- No cóż - zwróciłam się do psiaka - średnio tu pasujesz kochany. Twoje maniery pozostawiają wiele do życzenia - powiedziałam czochrając go miedzy uszami.
Nawet szybko uporałyśmy się z pracą. Gruszki na nasze szczęście, były bardzo dojrzałe i szybko się rozprażyły. Nagle zadzwonił telefon, to był Zbyszek.
- Halo!- Jak tam panie sobie radzicie? - Zapytał
Opowiedziałam mężowi w telegraficznym skrócie o naszej wizycie w kościele i poznanej na cmentarzu kobiecie.
- To znaczy, że nie wracacie dziś?- zapytał
- Odłożyłyśmy powrót do jutra, taka okazja już się może nie zdarzyć - dlatego umówiłyśmy się z panią Grażyną na dzisiejszy wieczór – wyjaśniłam mężowi.
- To żałuj, że nie wracasz. Szykuję właśnie kolację przy świecach - ale skoro wolisz spędzić czas w babskim towarzystwie, a nie z mężczyzną twojego życia to trudno. Będę musiał sobie kogoś zaprosić, żeby nic się nie zmarnowało.
- Cha, cha! Myślałby kto - a gdzież ty znajdziesz taką jak ja?- zapytałam wyraźnie rozbawiona przechwałkami mojego lubego.
- To fakt - takiej jak ty szukać ze świecą. Bo muszę przyznać, że życie z tobą, może nie jest zbyt bezpieczne, ale zabawne na pewno.
- Z kim ty tak długo pytlujesz?- zapytała Lucyna wchodząc do kuchni z ręcznikiem na głowie.
Gestem podniesionej ręki dałam jej do zrozumienia, że już kończę rozmowę.
- Zapomniałem ci powiedzieć że dzwonił wczoraj Wojtek - kontynuował dalej rozmowę mąż.
Wojtek to brat Zbyszka. Trzynaście lat temu wyjechał z żoną do Stanów Zjednoczonych. Kupili tam mieszkanie i pracują w małej fabryce kosmetycznej.
- Kiedy mu powiedziałem o naszym zakupie – kontynuował mąż, to od razu mnie wkurzył. Wyobraź sobie, zaczął mi prawić morały. Mówił, że to nierozważne i widocznie nie mamy na co wydawać pieniędzy.
- Niech sobie te uwagi zostawi dla siebie - powiedziałam zdenerwowana, to nasza sprawa na co wydajemy swoje pieniądze.
- Spokojnie! Nie wiesz jeszcze wszystkiego - kiedy opowiedziałem mu o naszym dworku i za jaką cenę go kupiliśmy, zmienił zdanie i zobowiązał się do przesłania pewnej sumki na nasze konto.
- To super! Zapiszczałam do słuchawki - proszę cię idź do tego sklepu, gdzie widzieliśmy tę komodę i zarez......
Mój mąż przerwał mi w pół słowa.
- Hola, hola! Kochana - zapomnij o swojej komódce. Idzie zima i trzeba zabezpieczyć dom i kupić opał - powiedział Zbyszek.
Miał rację. Zachowywałam się jak rozpieszczone dziecko. To on w naszym związku myślał na szczęście racjonalnie, ja natomiast miałam wiecznie zwariowane pomysły, które mój małżonek delikatnie wybijał mi z głowy.
- O której jutro będziecie? Bo wyjadę po was samochodem - Zbyszek delikatnie zmienił kłopotliwy temat.
- Myślę, że o dwunastej będziemy w Krakowie.
- To do jutra - pa!
Lucyna zdjęła ręcznik z głowy i przesunęła palcami po krótko ostrzyżonych na jeżyka włosach.
- Ja już jestem gotowa, a ty? - Wyglądasz tragicznie w tym wyplamionym fartuchu, a czasu zostało niewiele - stwierdziła.
Rzeczywiście spojrzałam na zegar, dochodziła siedemnasta, a ja w polu - pomyślałam.
- Nie bądź taka mądra - kiedy ty siedziałaś w łazience, ja musiałam mieszać owoce żeby się nie przypaliły. Miałaś dziewczyno czas na toaletę - prawda?
- Byłam tam tylko chwilkę, bo jako kobieta prześlicznej urody nie potrzebuję żadnych dodatkowych zabiegów kosmetycznych, w przeciwieństwie do ciebie – hi, hi.
- Zaraz ci przyłożę jak nie przestaniesz! Powiedziałam machając ścierką nad jej głową.
Zrezygnowałam z mycia włosów, bo w przeciwieństwie do siostry potrzebowałam więcej czasu na fryzurę. Ograniczyłam się tylko do pogrubienia tuszem rzęs i przypudrowaniem nosa.
Wróciłam szybko do kuchni, żeby sprawdzić co mamy w lodówce na przyjęcie naszego gościa. Na szczęście zostało jeszcze trochę ginu i spora część sernika.
- Nie jest źle - powiedziałam do siostry, która układała w wazonie polne kwiaty w błękitnym kolorze i delikatnym zapachu. Przyznam, że ten skromny bukiet prezentował się pięknie w zestawie, z kremową mocno wykrochmaloną serwetką od Lucyny, na wiśniowym lśniącym blacie stołu w salonie.
Bary zerwał się z poobiedniej drzemki i szczekając głośno podbiegł do drzwi.
Wyjrzałam przez kuchenne okno, właśnie nadjeżdżał  jakiś samochód.
- Przyjechała!- krzyknęłam w stronę salonu - Lucyna musisz jej otworzyć bramę!
Siostra potykając się o psa który jak zwykle musiał być pierwszy, podbiegła do bramy. Pani Grażyna stała w bezpiecznej odległości od wejścia osłaniając się torebką.
- Czy on gryzie?- zapytała mocno wystraszona.
- Proszę się nie obawiać - Lucyna starała się uspokoić kobietę - najwyżej zaliże panią na śmierć - to naprawdę poczciwe psisko. Po chwili zastanowienia, nasz gość witał się serdecznie, z naszym pożal się Boże obrońcą.

Fragment 3

- Jak Pani widzi - Powiedziałam, zapraszając gościa do salonu, do obronnego psa to mu jeszcze daleko.
Kiedy ja szykowałam aromatyczną herbatę i układałam kawałki sernika na małych deserowych talerzykach, moja siostra zabawiała w tym czasie panią Grażynę rozmową.
- To fascynujące, że jest pani pisarką! – powiedziała pani Grażyna.
- No jakoś tak wyszło - Lucyna zmieszała się lekko, machając przy tym ręką, ale muszę pani zdradzić, że Wanda też nieźle pisze - za moją namową postanowiła spróbować swoich sił - a powiem, że nawet jak na amatorkę, nieźle jej to wychodzi.
- Szkoda, że przyjechała Pani samochodem - chciałyśmy uczcić to spotkanie ginem - powiedziałam
- Oj! Gdybym wiedziała?
- No cóż trudno, pozostała mi w takim razie ta  pyszna herbatka.Tak więc, my z siostrą sączyłyśmy cierpki trunek z kryształowych szklanek, a nasza znajoma musiała zadowolić się bezalkoholowym płynem. Po chwili plotkowania na różne tematy, postanowiłyśmy mówić sobie po imieniu.
- Myślę Grażynko, że czas na twoje informacje - podniosłam się z krzesła i podeszłam do pokojowego kredensu na którym stały dwa świeczniki. Zapaliłam świece. W salonie panował już półmrok i zrobiło się naprawdę nastrojowo Usadowiłyśmy się wygodnie na sofie. W kominku leniwie palił się ogień, a trzaskające po wpływem żaru drewno, wpływało na nas wyjątkowo kojąco.
Grażyna zaczęła w końcu swoją opowieść, na którą czekałyśmy z niecierpliwością.
- To wszystko co usłyszycie teraz dziewczyny, może być prawdą ale może też być tylko przypuszczeniem, że tak właśnie było. Jak to w życiu bywa, plotka przekazywana z ust do ust, czasami zmienia fakty. Ale zawsze można z tych wiadomości wyciągnąć przypuszczalne wnioski.
- Grażynko! Nie trzymaj nas tak długo w niepewności - powiedziałam poprawiając się na sofie - opowiadaj jak to było.
- Dobrze - więc słuchajcie. Antonina pochodziła ze szlacheckiej rodziny. Wraz z rodzicami i bratem mieszkali w pięknym dworze, którego niestety nie będziecie miały okazji zobaczyć, bo został  całkowicie spalony w czasie pierwszej wojny światowej. Jak wiemy z historii, takie dwory w tym okresie były wykorzystywane przez stacjonujące tam wojska. W tym właśnie czasie dwór w którym mieszkała rodzina Antoniny, zajęli legioniści z pułku Józefa Piłsudzkiego. Nasza szlachcianka miała wtedy jakieś siedemnaście lat. Na piękną dziewczynę zwrócił szczególną uwagę jeden z legionistów - tak opowiadała służba zatrudniona w tym dworze. Młodzi zakochali się od razu w sobie. Chłopak miał niezwykłe zdolności manualne, rzeźbił w drzewie przepiękne figurki dla swojej ukochanej, były to przeważnie ptaki. Dziewczyna była tak zauroczona legionistą, że nie zwracając uwagi na konsekwencje, wymykała się ukradkiem przy każdej okazji, żeby spotkać się z ukochanym. Lecz wojna była okrutna, wojsko otrzymało rozkaz do wymarszu i nadszedł czas na rozstanie. Chłopak zapewniał Antoninę, że wróci tu po nią jak tylko skończy się wojna i poprosi o jej rękę. Na ,pożegnanie wyrzeźbił  jej piękne serce z lipowego drewna. Kiedy opuścił dwór, dziewczyna zamknęła się całkowicie w sobie.Ojciec był bardzo zaniepokojony jej zachowaniem, lecz nie domyślał się w żaden sposób, co było powodem, że córka tak się zmieniła
Jednak stało się to najgorsze. Antonina uświadomiła sobie, że jest w ciąży. Do pewnego czasu udawało się jej ukrywać swój sekret przed rodzicami, ale matka jak to kobieta, odkryła tajemnicę swojej córki. To był najgorszy okres w życiu naszej szlachcianki. Wzburzony ojciec, aby uniknąć wstydu przed rodziną, wywiózł dziewczynę do ubogich krewnych na czas rozwiązania.
 - Ufff... muszę się napić, bo zaschło mi w ustach - mówiąc to Grażyna    przechyliła filiżankę z niedopitą herbatą.
Kiedy nadszedł czas porodu - kontynuowała, wezwano miejscową akuszerkę. Wszystko właściwie przebiegało dobrze. Mieszkające w tym domu kobiety, pomagały jak tylko potrafiły w narodzinach dziecka.
Po kilku godzinach na świat przyszła Konstancja. Radość była tak wielka, że kobiety przekazywały sobie dziewczynkę, z rąk do rąk. I wtedy stało się nieszczęście. Jednej z kobiet dziecko wyślizgnęło się z objęć i upadło na podłogę. Na całe szczęście żyło. Natychmiast posłano po okolicznego doktora,który stwierdził na miejscu, że dziewczynka ma złamany obojczyk. Lekarz zaopatrzył złamanie tak jak potrafił, lecz nie zrobił tego profesjonalnie, co okazało się później. Rodzice Antoniny na wieść o porodzie przyjechali po córkę próbując ją przekonać do oddania dziecka bezdzietnej rodzinie. Rozżalona dziewczyna, nawet nie chciała słyszeć o przekazaniu córeczki w adopcję. Zażądała od rodziców części swego spadku, obwiniając ich za to, że gdyby została w domu, dziecko przyszłoby na świat w lepszych warunkach i można było uniknąć nieszczęścia, jakie ją spotkało. Nie pomogły tłumaczenia ojca i płacz matki, że wszystko można jeszcze naprawić, że znajdą jej wspaniałego kandydata na męża i urodzi jeszcze nie jedno dziecko. Antonina jednak była nieugięta.
-To straszne!- powiedziała Lucyna, dopijając resztą ginu. Tak prawdę mówiąc to były okropne czasy - cholerna ciemnota i zakłamanie. Jak można było tak postąpić?
-To prawda - powiedziała Grażyna. Najważniejszy był honor, reszta się nie liczyła.
- Słuchajcie! Może zrobimy krótką przerwę – powiedziałam. Skoczę do kuchni i przygotuję coś na ząb, co wy na to? – zaproponowałam.
W czasie, kiedy szykowałam tuńczyka z kukurydzą i majonezem, moją popisową sałatkę, Lucyna z Grażyną wyszły na zewnątrz rozprostować kości.
Przy kolacji zapytałam Grażynę, czy ma kogoś znajomego, co mógłby za oczywiście odpowiednią opłatą, doglądać domu w czasie naszej nieobecności.
- Wanda! Po co mamy szukać, przecież ja z wielką przyjemnością zajmę się twoim dworem i to całkiem za darmo. Przecież tu mieszkam i mam samochód.
- Naprawdę? Podniosłam się gwałtownie z krzesła, które z wielkim hukiem przewróciło się na podłogę. Bary wybudzony z drzemki, zerwał się na równe nogi i z podkulonym ogonem uciekł do kuchni.
- Nie wiedziałam, że jesteś taka narwana..
- jak tak dalej pójdzie, to zniszczysz wszystkie meble, i nie będzie czego pilnować, - powiedziała Grażyna, śmiejąc się przy tym serdecznie.Po skończonym posiłku, wróciłyśmy do salonu, na dalszą część opowieści.
- Antonina postawiła na swoim i została u krewnych - kontynuowała nasza znajoma. Konstancja dorastała wśród biednych dzieci, ale nie to było najgorsze.
Źle zrośnięty obojczyk spowodował duże zniekształcenia kręgosłupa. Na plecach dziewczynki pojawiał się garb, który z latami był coraz bardziej widoczny, a na dodatek tego dziewczynka utykała na jedną nogę. To były najgorsze lata życia Konstancji. Okoliczne dzieci śmiały się z jej kalectwa, nazywając ją garbuską i kulawką. Dziewczynka, aby uniknąć szykan i drwin, prawie nie opuszczała swego pokoju. Kiedy skończyła dziesięć lat, Antonina nie mogąc znieść cierpienia swojej córki, postanowiła się wyprowadzić. Kupiła dworek w odludnym miejscu i kazała postawić wysoki mur w koło domu, aby jej córka mogła spokojnie dorastać. Zatrudniła kucharkę i służącą, oraz guwernantkę, która zajęła się jej edukacją.
- To wszystko wyjaśnia.... Ta jej ułomność była skutkiem nieszczęśliwego wypadku, a nie jakiejś dziedzicznej choroby jak z początku myślałam - Lucyna splotła dłonie na kolanach i na moment się zamyśliła.- O! Rany! Grażyna spojrzała na zegar - to już dziesiąta?
Faktycznie, nawet nie zauważyłyśmy, że czas tak szybko upłynął. Mimo naszych prób nakłonienia jej do pozostania jeszcze jakiś czas, odmówiła. Musiałyśmy się poddać.
Na pożegnanie nasza nowo poznana koleżanka obiecała, że wróci jeszcze do tej historii przy następnym spotkaniu. Odprowadziłyśmy ją do bramy. Kiedy samochód ruszył, Bary przeciskając się między moimi nogami puścił się pędem, za oddalającym się srebrnym nissanem.
- Bary!- Krzyknęłam przerażona - wracaj!
Ale po psie nie było już śladu, zapaliłam światło na werandzie i wypatrywałam jego powrotu, lecz bezskutecznie. Było już bardzo ciemno i zbliżała się noc, a pies nie wracał. Za namową siostry wróciłam do domu zmartwiona zachowaniem Barego.
- Wróci - Lucyna próbowała mnie pocieszyć. Zobaczysz, że wróci.
- No, nie jestem tego taka pewna - powiedziałam ze smutkiem w głosie, z nami też tak było. Wtedy także pobiegł za naszym samochodem. Jeszcze chwilę stałam w oknie wypatrując uciekiniera, jednak na próżno. Zrezygnowana poszłam do łazienki. Chciało mi się płakać, bo przyzwyczaiłam się do tego sympatycznego psiaka.
- Wanda - usłyszałam wołanie mojej siostry - długo tam będziesz?
- Możesz, dać mi chwilę spokoju - powiedziałam łamiącym się głosem.
- A mogę na moment do ciebie wejść?- Lucyna nie czekając na odpowiedź, uchyliła lekko drzwi, przez które Bary próbował wcisnąć swój śmieszny pysk.
- O ty powsinogo! Gdzie byłeś? Zawołałam próbując opanować cieknące ze szczęścia łzy.
- Mówiłam ci, że wróci - powiedziała Lucyna. On tylko, jak przystało na dobrego gospodarza, odprowadził gościa do domu. Bekso, przestań się już mazać i wychodź z łazienki, bo usnę tu pod, drzwiami tak jak stoję.
W tę noc nie mogłyśmy usnąć z nadmiaru wrażeń minionego dnia. Próbowałyśmy sobie wyobrazić ten salon, w którym ponad sto lat temu, mieszkały matka z córką. Lucyna nagle poderwała się z sofy i wyszła do kuchni.-Co tam szukasz-? Zapytałam, zdziwiona jej zachowaniem
 - Zaraz ci pokażę - usłyszałam odpowiedź.
Po krótkiej chwili wróciła na miejsce z wahadełkiem w ręku. Była dokładnie dwunasta w nocy.
- Sprawdzimy to miejsce - powiedziała podnosząc rękę do góry z srebrzystym przedmiotem.
- Zobacz jak szaleje! - siostra wpatrywała się z uwagą w wirujący przedmiot.
- I co z tego? Spojrzałam na nią ziewając.
- Uruchom swoją wyobraźnię dziewczyno, takie zachowanie wahadła świadczy tylko o jednym, że to miejsce przepełnione jest niesamowitą aurą - kumasz?
Zamknęłam na moment oczy i próbowałam sobie wyobrazić jakąś scenę z tamtego okresu. Nie wiedziałam przecież jak wyglądały te kobiety, więc trochę pofantazjowałam.
 Piękna kobieta siedząca na wygodnym wyściełanym fotelu, prowadzi rozmowę ze swoją córką.
- Jak minął dzień? Konstancjo – czy pani Róża jest zadowolona z twoich wyników w nauczaniu.
- Tak matko - nawet dziś miałam pochwałę.
W salonie panował półmrok. Obok matki, na skórzanej otomanie siedziała dziewczynka. Upięte wysoko włosy perłową klamrą, dodawały jej szczególnego uroku. Konstancja była bardzo podobna do matki, ale duże brązowe oczy, wyrażały niesamowity smutek. Wyglądało na to, że rzadko się uśmiecha. Poza, w której siedziała Konstancja, wskazywała na jakieś problemy w postawie. Dziewczynka miała duże zniekształcenie prawego barku. Jej kolorowa, welurowa sukienka była mocno naciągnięta w jednym miejscu.
- Jadę dziś do miasta, masz jakieś życzenie?- Chciałabyś dziecko żebym ci coś kupiła? Zapytała matka podnosząc się z fotela.- Nie mam żadnych życzeń, matko - odpowiedziała ze smutkiem w głosie dziewczynka.
- Wanda, co ty śpisz? Lucyna położyła rękę na moim ramieniu.
- Mówiłaś żebym uruchomiła swoją wyobraźnię - prawda? Właśnie przeniosłam się w czasie i jestem teraz z Antoniną i Konstancją. Mówiąc to zamknęłam ponownie oczy. Pojawiła się kolejna scena. Ktoś zapukał do drzwi.
- Proszę - powiedziała kobieta.
 Do salonu wszedł odświętnie ubrany młody mężczyzna. Jego śnieżnobiała koszula z wysokim, mocno wykrochmalonym kołnierzem, znakomicie komponowała się z ciemną karnacją młodzieńca. Całość stroju uzupełniały, kremowe obcisłe spodnie i wysokie do kolan skórzane buty tak wybłyszczone, że można by było spokojnie się w nich przejrzeć jak w lustrze
- Konie zaprzężone jaśnie pani - powiedział mężczyzna nisko się przy tym pochylając.
Antonina wstała z fotela i zarzuciła na plecy pelerynę, w kolorze ciemnej zieleni, która współgrała idealnie z atłasową suknią, o barwie zielonego groszku, przyozdobioną licznymi falbankami.
- Czy naprawdę nic nie chcesz Konstancjo? Bo następna moja podróż do miasta, będzie dopiero za jakiś miesiąc, zastanów się.
Dziewczynka podniosła się z sofy i wyginając nerwowo palce swoich dłoni, spojrzała na matkę.
- Bo ja..., no... bo ja... chciałabym.. no...
- A wyduś, że dziecko, w końcu, o co ci chodzi, bo tracę już cierpliwość! - Powiedziała matka podniesionym głosem.
-Jeśli mama pozwoli, to chciałabym kawałek materiału - wyrzuciła z siebie jednym tchem wystraszona dziewczynka, widząc zniecierpliwienie swojej matki.- Aha, to o to ci chodzi? Potrzebujesz po prostu materiału, na nową sukienkę dla swojej lalki? Oczywiście, że ci przywiozę. Pójdę do pani Adeli, wiesz – tej, co szyje dla nas stroje i poproszę ją o to. Na pewno, znajdzie jakieś resztki materiałów w swoim magazynie.
- Klemensie - kobieta zwróciła się do stojącego obok chłopaka, jaką mamy dziś pogodę?- Zapytała.
- Świeci słońce jaśnie pani i nie wygląda na to, że będzie padało – odpowiedział.
- Konstancjo proszę cię, wyjdź do ogrodu - jesteś taka blada.
Dziewczynka odprowadziła matkę do powozu i chowając się za wysokim murem obserwowała jak odjeżdża.
W salonie panował zaduch. Podeszłam do okna, aby je uchylić. Na kominku dogasały palące się świece. Odwróciłam się, żeby je zdmuchnąć i stanęłam przerażona. Świece były zgaszone. Po plecach przeszły mi ciarki. Jak to możliwe? Przecież jeszcze przed chwilą się paliły? Wróciłam do sofy i koniecznie chciałam podzielić się tym zjawiskiem z Lucyną, ale ona spała jak suseł z książką w ręku. Jeszcze przez chwilę nasłuchiwałam jakiś odgłosów, jednak oprócz głośnego chrapania Barego nic już nie usłyszałam.
Rano, przy śniadaniu opowiedziałam siostrze, co przydarzyło mi się w nocy.
- Mamy na to dwa wyjaśnienia - powiedziała Lucyna dopijając kawę. Świece mogły zgasnąć od podmuchu wiatru, jak otwierałaś okno, albo.... Ściągnęłaś tu nieświadomie dusze tych dwóch kobiet.
- Przestań! Nie wierzę w duchy, choć…… nie przypominam sobie, żeby w nocy był wiatr.
- No właśnie - czyli druga wersja jest jak najbardziej możliwa. Z tego co dowiedziałyśmy się od Grażyny, w tym dworku rzadko gościła radość. Raczej sądząc z przekazów, nie było to szczęśliwe miejsce. Mieszkała tu przecież samotna, nieszczęśliwa matka z córką. Odgrodziły się od świata tym wysokim murem, nie przyjmowały żadnych gości. Teraz ten dom tętni życiem, dzięki naszej rodzince. Myślę, że te dwie kobiety są ci wdzięczne za to, że ożywiłaś to miejsce - powiedziała Lucyna.- Powiedzmy, że masz rację, ale wolałabym osobiście, żeby ten dom nie nawiedzały jakieś duchy. No! Czas, się zbierać, bo daleka droga przed nami- zakończyłam temat.
Po dokładnych sprawdzeniu czy wszystko jest w porządku, zamknęłyśmy bramę i ruszyłyśmy w powrotną drogę.
Na nasze nieszczęście padał deszcz, nie miałyśmy ze sobą parasolek i w połowie drogi byłyśmy już całkowicie przemoczone. W pewnej chwili z piskiem opon, zatrzymał się samochód. Przez uchylone okno, wyjrzała znajoma twarz poznanego w dniu przyjazdu mężczyzny.
- Witam panie! Zawołał - jedziecie do Krakowa? Zapytał.
- Tak! Odpowiedziałyśmy, prawie jednocześnie.
- To zapraszam do środka, powiedział otwierając drzwi samochodu. Właśnie też się tam wybieram i z miłą chęcią zawiozę panie na miejsce.
Zostałyśmy wybawione. Szczerze mówiąc wizja powrotu busem z przemoczonym psem, nie wyglądała optymistycznie. Rozłożyłam dyżurny kocyk na  tylnym siedzeniu. Bary wskoczył zwinnie do środka i ułożył się w swojej ulubionej pozie. Lucyna zajęła miejsce obok kierowcy. Po drodze zrelacjonowałyśmy Piotrowi, bo tak miał właśnie na imię nasz znajomy, spotkanie z Grażyną i streściłyśmy w skrócie historię, którą nam opowiedziała. Oczywiście przemilczałyśmy sprawę zgaszonych świec na kominku, żeby nie narazić się na śmieszność. Mężczyźni raczej podchodzili sceptycznie do takich zjawisk, co innego my kobiety obdarzone dużą wyobraźnią, mogłyśmy na różne sposoby interpretować takie wydarzenia.
Zadzwoniłam do Zbyszka z wiadomością, że będę wcześniej w domu i żeby po mnie nie przyjeżdżał, bo znajomy podwiezie mnie pod sam dom. Mój mąż nawet się ucieszył z takiego obrotu sprawy, bo rozbierała go właśnie grypa i wolał zostać w domu.
Rozstałam się z Piotrem i Lucyną, która na pożegnanie, szepnęła mi do ucha.
- Nie uważasz, że to dziwny zbieg okoliczności,? Akurat w momencie, kiedy wracałyśmy, pojawił się Piotr - czuję tu opiekę Antoniny - powiedziała mrużąc znacząco oczy na pożegnanie.Zadzwoniłam domofonem, ale nikt nie odbierał. Trochę się zaniepokoiłam, bo przecież miał nigdzie nie wychodzić. Bary pierwszy pokonał przedpokój i pobiegł do męża, który leżał w łóżku przykryty kołdrą po same uszy i nie patrząc na ubłocone łapy wskoczył na wersalkę, zostawiając brudne ślady na jasnej pościeli.
Przywitania nie było końca. Zbyszek zasłaniał się ze wszystkich stron przed szczęśliwym psem, który za wszelką cenę chciał uraczyć go swoimi buziakami.
- Bary! Krzyknęłam, schodź, natychmiast!
Pies skulił się i z wyrzutem w oczach, opuścił w końcu mojego męża chowając się pod stół. Patrzył na mnie zdziwiony, bo nie wiedzieć, czemu pantusia tak go nakrzyczała.
- No tak, nie było mnie w domu tylko dwa dni, a ty przez ten czas zdążyłeś się rozchorować. Gdzie się tak załatwiłeś?
- Robiłem, przy samochodzie do samego wieczora i nawet nie wiem kiedy mnie zawiało – wyjaśnił.Zbyszek pozostał jeszcze dwa następne dni w łóżku, ale dzięki mojej fachowej, opiece wracał szybko do zdrowia.
W piątek zadzwoniła Grażyna z wiadomością, że jej mąż bardzo chętnie zajmie się dworkiem w czasie naszej nieobecności. Powiedziałam jej, że w sobotę tam będziemy i zaprosiłam ich do siebie na kawę, żeby wszystko omówić. Lucyna niestety nie mogła z nami jechać, dostała z wydawnictwa swoją książkę do korekty i musiała się z tym szybko uporać, a takie poprawki zajmują czasami więcej czasu niż napisanie całej książki.
Krzysiek, mąż Grażyny okazał się całkiem sympatycznym facetem.Z rozmowy wynikało, że to dusza towarzystwa. Podczas spotkania zabawiał nas różnymi, zabawnymi historyjkami. Nie pamiętam już, kiedy tak się uśmiałam.
Grażyna dopijając resztkę kawy, zaproponowała mi wycieczkę.
- A gdzie mnie zabierasz?- Zapytałam
- Niespodzianka - odpowiedziała tajemniczo.
Zostawiłyśmy naszych panów i zabierając ze sobą Barego, który stał już w progu drzwi, ruszyłyśmy do samochodu. Po drodze moja znajoma milczała, co wzbudzało we mnie narastającą w czasie jazdy ciekawość, na myśl o obiecanej niespodziance. W pewnym momencie zatrzymała samochód.
- Dalej musimy iść pieszo - powiedziała.
Przed nami rozciągała się polna droga. Po obu jej stronach mijałyśmy mniejsze lub większe domy. Niektóre z nich wyglądały jak piękne pałace.
W końcu Grażyna zatrzymała się i wskazała ręką kępkę drzew jakieś parę kroków dalej.
- Tu mieszkała Antonina - powiedziała.
Podeszłyśmy bliżej. Tak jak nam wtedy opowiadała, z dworu zostały tylko jego marne szczątki. Gdzie, nie gdzie można było zauważyć resztki wystającego muru, zarośniętego dzikimi chaszczami.
Patrząc na to opuszczone i zniszczone miejsce, poczułam lekkie ukłucie w sercu. Próbowałam sobie wyobrazić tamte czasy, w których żyła Antonina. To w tym miejscu ponad sto lat temu zakochała się w młodym legioniście i to z tego właśnie miejsca rozgniewany ojciec wywiózł ją, kiedy okazało się, że jest  w ciąży. Zrobiło mi się smutno. Jak się musiała wtedy czuć ta biedna dziewczyna po rozstaniu z ukochanym.
- O.. czym myślisz Wanda? - zapytała Grażyna.
- O niej - odpowiedziałam zgodnie z prawdą. Chodźmy już.... To miejsce mnie przygnębia - powiedziałam zrywając białą stokrotkę, rosnącą, między omszałymi kamieniami, pozostałością po zapewne pięknym murowanym dworze.
W powrotnej drodze moja znajoma miała wyrzuty sumienia, że mnie tam zabrała. Zapewniałam ją, że ta zmiana nastroju nie ma nic wspólnego z jej pomysłem odwiedzenia tego miejsca. Tłumaczyłam się bólem głowy. Oczywiście musiałam skłamać, żeby nie zrobić jej przykrości.
Pożegnaliśmy naszych miłych gości, przyjmując zaproszenie na następne spotkanie w ich domu. Zbyszek poszedł na górę, bo miał zamiar uszczelnić okna, a ja usiadłam przy kominku i próbowałam sobie wyobrazić dom, w którym dorastała Antonina. Zerwaną stokrotkę wsadziłam do książki, żeby ją zasuszyć na pamiątkę tamtego miejsca, do którego już nigdy nie chciałam wracać.Czy tak było? Nie wiem, ale tak sobie to wymyśliłam, korzystając z uzyskanych informacji. Przeniosłam się w czasie.........
W dworze panował chaos. Żołnierze, przemieszczali się z miejsca na miejsce, rozmawiając przy tym bardzo głośno. Jedni czyścili broń, inni pisali listy do swoich rodzin, a reszta po prostu wypoczywała. Nie wiadomo, kiedy przyjdzie czas wymarszu, dlatego każdy z nich wykorzystywał ten postój na swoje potrzeby.
- Antonino - postawny mężczyzna zwrócił się do krzątającej się w salonie córki.
- Tak, tatku - dziewczyna dygnęła przed ojcem jak przystało na dobrze wychowaną pannę.
- Twoja matka jest teraz zajęta w kuchni przygotowaniem posiłku dla naszych żołnierzy, zanieś to śniadanie do pokoju temu młodzianowi, co to wczoraj miał wysoką gorączkę. Musisz sprawdzić, co z nim, bo jeszcze mi tego potrzeba, żeby w moim domu, ktoś sobie pomyślał, że jesteśmy bezduszni i niegościnni.
- Dobrze tatku, już tam idę - powiedziała Antonina zabierając ze stołu przygotowaną już wcześniej przez kucharkę, tacę ze śniadaniem.
Zapukała delikatnie do drzwi - pytając.
- Czy można? Lecz po drugiej stronie nie było odpowiedzi.
Weszła do pokoju zaniepokojona. Na łóżku leżał młody mężczyzna. Był bardzo blady, usta miał spierzchnięte od gorączki.
Dziewczyna podeszła bliżej i położyła dłoń na wilgotnym czole chorego. Wyglądał na jakieś osiemnaście lat. Jego czarne kręcone włosy, zlepione były od potu. Chłopak otworzył szeroko oczy i powiedział.
- Czyżbym był w niebie? Bo widzę anioła.
- Mówiąc te słowa, położył swoją dłoń na ręce dziewczyny.
Antonina cofnęła się spłoszona, jej twarz oblała się rumieńcem.
- Tatko kazał spytać jak się pan dzisiaj czuje - powiedziała drżącym głosem, unikając wzroku przystojnego młodzieńca.

Fragment 4

- Już powiedziałem panienko, czuję się jak w niebie - mając przed sobą anioła.
- Widzę, że wraca pan do zdrowia - przyniosłam śniadanie. Czy potrzeba jeszcze czego?
- Zapytała, zmieszana jego słowami.
- O tak! Chłopak podniósł głowę z poduszki - proszę tu jeszcze chwilę ze mną zostać.
- Myślę, że nadużywa pan naszej gościnności ,mówiąc to dziewczyna pospiesznie opuściła pokój, zamykając z trzaskiem drzwi. Na moment stanęła w holu i opierając się o ścianę, próbowała uspokoić silne bicie serca.
Dlaczego zrobił na mnie takie wrażenie? - Myślała schodząc po schodach. Już dawno tak się nie czułam, jednak przyznam, że było to przyjemne uczucie – pomyślała.
- No... jak tam nasz chory? Z zamyśleń wyrwał ją głos ojca.
- Dochodzi do siebie tatku - gorączka już spadła.
- To dobra wiadomość moje dziecko, bo już miałem wzywać medyka.
W tym momencie pod wpływem żaru, kawałek palącego się drewna upadł prosto pod moje stopy. Czyżbyś Antonino nie chciała bym poznała twoją tajemnicę? Pomyślałam, podnosząc z podłogi osmalony kawałek drzewa. Dobrze, zostawmy na razie twój rodzinny dom. Zobaczymy teraz, co dzieje się u twojej córki.
Konstancja skończyła właśnie  przyszywać ostatnią  falbanę do wzorzystej sukienki dla swojej lalki Odstawiła igłę z nicią i ubrała lalę, zadowolona ze swojego dzieła. Do pokoju weszła służąca.
- Pora na kolację panienko.
- A cóż to? Nie jemy dzisiaj kolacji? Zapytał Zbyszek schodząc po schodach.
- No tak! Pora  już najwyższa, zaraz coś przygotuję - uspokoiłam męża.
Wieczorem oglądaliśmy jakiś film w telewizji, ale był taki nudny, że zabrałam się do czytania książki. Telewizor działał na Zbyszka jak środek usypiający. W połowie filmu mój małżonek zasnął kamiennym snem. Mnie też kleiły się oczy, odłożyłam książkę i próbowałam zasnąć. Ale przed oczami miałam wciąż tamto miejsce w które zabrała mnie Grażyna. Przeklęte miejsce.
Rano Zbyszek zarządził, że trzeba zebrać jabłka. Poszliśmy więc do ogrodu zaopatrzeni w skrzynki, które stały w składziku na drewno.
- Może po obiedzie zrobimy sobie wycieczkę rowerową? - Co ty na to?- zapytał mąż.
Przystałam na jego propozycję. Mieliśmy okazję zwiedzić okolicę. Samochodem nie wszędzie można dojechać, ale rowerem właściwie w każde miejsce.
Ustaliliśmy wspólnie, że wybierzemy się do lasu. Podczas jazdy na polnej wyboistej drodze, zaczęłam już żałować, że zgodziłam się, na tę wycieczkę. Wszystko mnie już bolało, a szczególnie tam gdzie plecy kończą swoją  nazwę. Zatrzymaliśmy się tuż przed lasem. Zsiadłam szczęśliwa z tego, nie zbyt wygodnego pojazdu, masując obolałe miejsce. Bary cały czas nam towarzyszył, tylko od czasu, do czasu znikał na chwilę w gęstym lesie.
- Jak tu pięknie – powiedziałam czując zapach sosnowych drzew. Rowery zostawiliśmy na małej polance i ruszyliśmy przed siebie. Co jakiś czas Zbyszek z wielkim entuzjazmem oznajmiał mi, że znalazł grzyby na które ja prawie weszłam. Po prawie pół godziny, mój podręczny plecaczek zapełnił się, kurkami, prawdziwkami i kozakami. Usiedliśmy zmęczeni na pniu ściętego drzewa i wsłuchiwaliśmy się w odgłosy tętniącego życiem lasu.
W powrotnej drodze postanowiłam, że poprowadzę rower, bo nie miałam zamiaru już tak cierpieć. Mąż co jakiś czas zawracał dogadując mi, że chyba płynie we mnie błękitna krew, skoro jestem taka delikatna.
I rano znów miałam zakwasy.
- Cholera, zaklęłam pod nosem, już nigdy nie dam się namówić na żadną rowerową wycieczkę.
Zbyszek znalazł sobie następne zajęcie, a ja poszłam na ławeczkę do leszczynowego zagajnika
Na miejscu które teraz zajęłam, siedziała kiedyś Antonina. O czym myślała? Uruchomiłam swoją wyobraźnię... i zamknęłam oczy.
Zobaczyłam kobietę trzymającą w ręku tamborek, czyli drewniane kółko z mocno naciągniętym materiałem. Jej sprawne palce zaopatrzone w igłę z kolorową nicią, misternie wyszywały na płótnie prześliczne ornamenty z kwiatów. Tuż obok na zawieszonej między dwoma drzewami huśtawce, kołysała się dziewczynka, tuląc do siebie lalkę.
I niby wszystko w porządku, piękny widok matki z córką, wyglądają na szczęśliwe, lecz to tylko pozory. Antonina co jakiś czas przerywa wyszywanie i patrzy na swoją córkę. Na chwilę zamyśla się. Czy wspomina teraz swojego ukochanego? Czy on ją jeszcze pamięta? Obiecał, że wróci, obiecał, że się z nią ożeni. Wraca do wyszywania. Jej palce są w tej chwili niezgrane, kwiatowy ornament nie idzie po wytyczonym torze, widać złość na jej twarzy, zakłuwa się igłą, kropla krwi plami biały materiał. Kobieta odkłada  zniecierpliwiona kółko, po czym już nieco uspokojona wraca do haftu.
Konstancja kołysze się na huśtawce, o czym marzy dziewczynka? Jest taka samotna mimo, że matka kocha ją nad życie, jednak brakuje jej dzieci, roześmianych dzieci, brakuje jej koleżanki z którą mogłaby się pobawić lalkami.
Jakie to przykre - poczułam napływające do oczu łzy.
Konstancja zatrzymała huśtawkę, spojrzała w stronę bramy, przed którą podjechał powóz, zerwała się wystraszona i utykając pobiegła w stronę domu nie oglądając się za siebie.
Antonina odłożyła robótkę i podeszła do bramy, za którą stała jej matka.
- Witaj córko - powiedziała kobieta.
- Witaj matko - co cię do nas sprowadza ?Zapytała otwierając żelazną bramę.
Obie kobiety weszły do salonu, matka Antoniny, usiadła ciężko na krześle, jej twarz pokryta była licznymi zmarszczkami, zamaskowanymi  gęstą warstwą pudru. Z spod dużego słomkowego kapelusza, wystawały siwe, ale bardzo gęste włosy.
- Chciałam zobaczyć co u was, jak sobie radzicie? I czy......
- Radzimy sobie dobrze matko i niczego nam nie trzeba – odparła Antonina przerywając matce w pół słowa.
- Chciałabym zobaczyć wnuczkę - czy mogę?
- Mario - idź po panienkę - Antonina wydała polecenie służącej.
Po chwili do salonu weszła Konstancja.
- Dzień dobry babci - powiedziała dygając w stronę starszej pani.
- Witam cię kruszynko. Kobieta ze łzami w oczach, przytuliła do siebie swoją wnuczkę. Jak ty wyrosłaś i wypiękniałaś. Jak tam twoje nauczanie? Słyszałam, że robisz duże postępy. Kobieta zadawała pytanie za pytaniem, gładząc dziecko po główce i nie dając możliwości na jakąkolwiek odpowiedź.
- Uczę się dobrze babciu - dziewczynka w końcu została dopuszczona do głosu. Lubię malować i szyć stroje dla moich lalek. Mogę ci zaraz pokazać jaką ostatnio uszyłam sukienkę dla mojej ulubionej laki i nie czekając na odpowiedź, pobiegła pokonując z trudem schody prowadzące do jej pokoju.
Starsza pani splotła dłonie i ukryła w nich swoją twarz.
- Boże, westchnęła - ona jest taka mądra, to nasza wina, wybacz mi córko - powiedziała, wybacz mi!
- Czasu nie da się cofnąć matko, ja też kiedyś popełniłam błąd, zawiodłam was! Ale byłam taka młoda. Teraz za to pokutuję i muszę sama płacić za swoje błędy. Jedno wiem, że nie żałuję niczego, nie żałuję, że pozostawiłam swoją córkę przy sobie. Antonina prawie wykrzyczała te słowa, była tak wzburzona ,że nie zauważyła jak w salonie pojawiła się Konstancja.
Dziecko moje, ty nie wiesz wszystkiego, powiedziała matka do córki. Antonino, ty nie wiesz wszystkiego!
Starsza kobieta ocierając łzy, wstała z krzesła i oznajmiła.
- No cóż myślę, że na mnie już czas. Ojciec nie wie, że tu jestem. On nie jest taki zły, uwierz mi. On tylko chciał twojego dobra.
- Do widzenia Konstancjo - bądź grzeczna i słuchaj swojej mamy, odwiedzę cię już niedługo. Kobieta przytuliła dziewczynkę, która kurczowo trzymała za sobą lalkę, ubraną w nową, uszytą przez nią sukienkę. Ale jej babcia ocierając tylko łzy chusteczką, wsiadła do powozu i  odjechała.
- Mamusiu, dlaczego babcia płacze? Czy coś ją boli? Bo nawet nie spojrzała na moją lalkę.
- Tak córeczko, jak to bywa z ludźmi w tym wieku, pewnie ją coś boli. Musimy jej wybaczyć- chodźmy już do domu bo zmierzcha.
Zrobiło się chłodno, wstałam z ławki, żeby przynieść sobie z domu jakiś sweter. Kiedy byłam już na schodach werandy, usłyszałam odgłos podjeżdżającego samochodu.
- Dzień dobry – powiedział nieznajomy.
Podeszłam do bramy.
- W czym mogę pomóc?- Zwróciłam się do przyjezdnego, otwierając szeroko żelazną bramę.
- Można zająć chwilkę? Zapytał.
Zaprosiłam gościa do zagajnika i wskazałam miejsce przy stole.
- Piękna okolica - powiedział rozglądając się wkoło, od dawana tu pani mieszka?
- Od jakiegoś czasu - odpowiedziałam zgodnie z prawdą, ale czy mogę poznać cel pana wizyty? Zapytałam
- Jestem właśnie na kupnie działki i powiem, że to miejsce najbardziej by mi odpowiadało - powiedział mięśniak zaciągając się mocno papierosem. Mam dla pani propozycję nie do odrzucenia - zwrócił się do mnie z hollywoodzkim uśmiechem.
Kiepska robota – pomyślałam, patrząc na jego śnieżnobiały garnitur zębów. Musiał to wykonać jakiś partacz?- stwierdziłam. Zawsze zwracam baczną uwagę na uzębienie, po prostu skrzywienie zawodowe. Pracowałam w stomatologii dwadzieścia osiem lat i potrafię rozpoznać fuszerkę.
- Nie rozumiem? Może pan jaśniej?
- Chciałbym kupić od pani tę działkę i proponuję niezłą sumkę, co pani na to?
 Krew uderzyła mi do głowy. Zacisnęłam mocno pięści, starając się opanować wzburzenie.
- Nie jestem zainteresowana pana propozycją, działka nie jest do sprzedania - powiedziałam podnosząc się z ławki, dając tym do zrozumienia, że rozmowa zakończona. Myślę, że się pan spieszy, wobec tego nie zatrzymuję już dłużej pana - dodałam z przekąsem.
-Cha, cha, do gościnnych to pani nie należy - mężczyzna spojrzał na mnie rozbawiony. Nie usłyszała pani jeszcze ceny? Mam zamiar postawić tu pensjonat, oczywiście po wyburzeniu tej kupy gruzu, ale niech to będzie moja strata - powiedział, machając przy tym ręką. Proponuję pół miliona i myślę, że taka okazja już się pani nie trafi.
- Kupa gruzu! Krzyknęłam! - co sobie pan wyobraża? - Kim pan jest, żeby tak mówić. To zabytek młody człowieku. Pewnie kiedy o tym uczyli w szkole, pan wagarował - mam rację?
- Widzę, że mamy gościa - usłyszałam głos Zbyszka, który pojawił się na werandzie.
- Pan właśnie wychodzi – zwróciłam się do męża, kierując kroki w stronę bramy.
- No cóż rozumiem. Taką decyzję trzeba przemyśleć. Osiłek podniósł się z ławki i sięgnął do portfela. To moja wizytówka - proszę do mnie zadzwonić, jak się pani  zdecyduje. Mówiąc te słowa położył kolorowy kartonik na blacie stołu i ruszył do swojego czarnego  BMW.
Zamknęłam bramę za intruzem i wróciłam do męża. Poirytowana, przedstawiłam mu w skrócie cel wizyty naszego gościa, używając przy tym niecenzuralnych słów.
- Pół miliona? to spora sumka - Zbyszek zapalił papierosa, a co ty na to? Zapytał.
- Nie było rozmowy! - Rozumiesz? - Zapomnij. Nawet gdyby to był cały milion, nie mam zamiaru sprzedawać dworu.
Żeby opanować nerwy, zabrałam się za przygotowania do obiadu. Kupa gruzu, znalazł się znawca, tuman cholerny! Mamrotałam pod nosem.
- Co ty tam mruczysz kochanie? Zbyszek podszedł do mnie wyraźnie rozbawiony. Nie złość się, bo to urodzie szkodzi - powiedział przytulając mnie czule. Co jemy dziś na obiad? Zapytał, aby rozładować napięcie.
Przez resztę dnia staraliśmy się nie wracać już do tematu. Jednak wspomnienie wizyty tego człowieka nie dawało mi spokoju. Nie podobał mi się, miał wygląd cwaniaczka z grubą forsą, co można było wywnioskować z jego markowego ubrania i grubego złotego łańcucha zawieszonego na owłosionym torsie. Czułam, że tak szybko nie odpuści, już widziałam jak wraca tu z grupą podobnych do niego mięśniaków z żądaniem haraczu. Jednak postanowiłam zachować swoje obawy dla siebie, nie chcąc denerwować męża. Wieczorem zadzwoniłam do Lucyny i opowiedziałam jej o wizycie nieznajomego.
- To mamy pasztet! siostra była mocno zaniepokojona moją relacją. Czy nigdy nie będzie spokoju? Tyle w koło miejsca, a on musiał sobie upatrzyć akurat twoją posesję! Lucyna prawie krzyczała do słuchawki. Wyrzuć po prostu tą wizytówkę i zapomnij o całej sprawie radziła.
 Dopiero teraz przypomniałam sobie o małym kartoniku, który zostawił mężczyzna. Z telefonem przy uchu poszłam na miejsce, gdzie leżała pozostawiona przez mężczyznę wizytówka.
- Jesteś tam? - Usłyszałam pytanie w słuchawce.
- Tak jestem, właśnie sprawdzam kto to taki.
Na wizytówce było zdjęcie samochodu, a pod spodem dane właściciela.

                                    Robert Motyka
Komis samochodowy telefon- 686 18 56 19 ul Wiślana 12.
Kupno i sprzedaż samochodów, profesjonalna, obsługa możliwość negocjacji.

- A to ci się trafił klient, siostra! - nie mogłaś trafić gorzej. Lucyna była wyraźnie zaniepokojona. Coś mi mówi to nazwisko. Wydaje mi się jakbym gdzieś czytała, o jakiejś aferze samochodowej. Ale to może tylko moje przypuszczenia. Jak was będzie nachodził to musicie to zgłosić na Policję, dodała.
- Mam nadzieję, że już tu nie wróci bo dałam mu wyraźnie do zrozumienia, że nie jestem zainteresowana jego propozycją.
Wieczorem nie mogłam zasnąć w przeciwieństwie do mojego męża, po którym ta dzisiejsza sytuacja spłynęła jak po kaczce. W końcu zmęczona usnęłam. Tej nocy przyśniła mi się Antonina. Była wyjątkowo uśmiechnięta. Wracała z łąki z naręczem polnych kwiatów. Jej kolorowa, wykonana z delikatnego tiulu sukienka, unosiła się fantazyjnie pod wpływem lekkiego wiatru. Na  spotkanie z kobietą wyszła mała dziewczynka i  utykając na jedną nóżkę, podeszła do matki. Kobieta odłożyła kwiaty i porywając Konstancję w swoje objęcia, zatoczyła koło wokół swojej osi, śmiejąc się przy tym serdecznie. Po chwili postawiła bezpiecznie dziecko na ziemi i trzymając jej malutką rączkę w swojej dłoni, udały się do dworu.
 Rano obudziłam się całkiem rozbita. Wydarzenia poprzedniego dnia zepsuły mi zupełnie nastrój. Jednak przypomniałam sobie mój sen, był taki optymistyczny. Może to jakiś znak od Antoniny, że wszystko dobrze się skończy. Była taka spokojna i szczęśliwa. Przyjęłam to jako dobry znak i postanowiłam już o tym na razie nie myśleć.
Wróciliśmy do Krakowa. Przez następne dwa tygodnie lało jak z cebra, dlatego uzgodniliśmy z mężem, że odłożymy wyjazd do dworu, do momentu, jak poprawi się pogoda.
Właściwie zapomniałam już o facecie z komisu samochodowego kiedy zadzwonił telefon.
- Halo! Robert Motyka z tej strony, czy rozmawiam z panią Wandą?
Ciarki przeszły mi po plecach, nie odpuścił – pomyślałam. Jak on zdobył mój numer telefonu? – Kurcze mafia jak nic.
- Tak słucham pana - powiedziałam próbując opanować drżenie rąk.
- Czy zastanowiła się pani nad moją propozycją? -Zapytał.
Przełknęłam ślinę, bo zaschło mi w gardle ze strachu. Muszę coś zrobić, ale co? Uruchomiłam swój mózg na szybkie myślenie.
-Halo! Jest tam pani - zapytał zniecierpliwiony.
-Tak jestem panie Robercie, ale muszę pana rozczarować. Nie zmieniłam zdania. Dworek nie jest na sprzedaż - powiedziałam. Jednak mam dla pana świetną wiadomość. Zmieniłam zupełnie swój ton. Szczebiotałam jak młódka, nie dając mu możliwości dojścia do głosu. Układałam w głowie niewinne kłamstewko. Uznałam, że to było jedyne wyjście aby uśpić jego czujność.
- Cóż to za wiadomość? - Zapytał.
- Mam dla pana świetne miejsce na pensjonat, jakieś cztery kilometry od mojej posesji. Panie Robercie niech mi pan wierzy, cudowny kawałek ziemi. Blisko lasu, wspaniały dojazd -  tam kiedyś stał stary dwór i na pocieszenie nic po nim nie zostało, oprócz kupki kamieni - powiedziałam jednym tchem. Zostanie trochę kasy w kieszeni, którą musiałby pan wydać na rozbiórkę. Czy to nie rewelacyjna okazja? Zapytałam.
- Hm.. musiałbym to zobaczyć - usłyszałam głos w słuchawce.
- Oczywiście - udawałam całkiem spokojną, chociaż moje dłonie były mokre z nerwów. Jak tylko poprawi się pogoda, zawiozę tam pana.
- Dobrze - proszę do mnie zadzwonić, ale mam nadzieję, że nie zmarnuję czasu, bo jestem naprawdę bardzo zajęty. Czekam na telefon.
Po tych słowach, na moje szczęście rozłączył się.
Łyknął przynętę, więc nie jest źle - pomyślałam.
Teraz muszę tylko znaleźć kogoś do pomocy, sama nie dam rady przeforsować mojego diabelskiego planu. Lucyna niestety nadal była zajęta, a na męża nie miałam co liczyć, bo tylko by wszystko zepsuł. Jest bardzo porywczy i mogło się to skończyć kłótnią. Zadzwoniłam więc do Grażyny i przedstawiłam jej swój plan. Zgodziła się mi pomóc. Ponieważ przestało w końcu padać, uzgodniłam z panem Robertem termin spotkania na niedzielę o godzinie piętnastej.
Moja znajoma przyjechała dużo wcześniej, żeby omówić wszystko przed jego przyjazdem.
Kiedy zjawił się  pan Motyka, mocno  spóźniony, zaprosiłam go do salonu. Zbyszek przepraszając gości, opuścił nas tłumacząc się obowiązkami.
Podałam herbatę w małych filiżankach i świeżutkie kremówki.
Przedstawiłam Robertowi moją przyjaciółkę, który na jej widok zmienił się z drapieżnego lwa, w małego kociaka. Zerkał co jakiś czas na atrakcyjna kobietę, zapominając przy tym o dobrych manierach przy stole. Mieszał herbatę srebrną łyżeczką tak głośno, jakby wzywał wiernych na Anioł Pański, po czym oblizał ją i położył na moim czystym obrusie. Ale to nie wszystko. Walczył jak lew z wierzchem kremówki, która tańczyła po całym talerzyku, a puder rozsypywał się na wszystkie strony. Boże! - Gdzie on się chował? - Pomyślałam. Żal mi się go zrobiło, więc postanowiłam przerwać jego cierpienia i dałam sygnał  do wyjazdu. Bary oczywiście był chętny jechać z nami.
Pojechaliśmy tam dwoma samochodami, ja z Grażyną swoim, a on swoją be -emką. Na miejscu moja znajoma poprosiła mnie, żeby dać jej wolną rękę, mrugając porozumiewawczo oczami.
Nasz przystojniak wyszedł z samochodu i jak baletnica, próbował omijać zwały błota, pozostałość po ostatnich opadach. Patrzyłam jak Grażyna zmiękcza naszego mięśniaka.
- Powiem panu, że to miejsce jest magiczne – powiedziała moja znajoma. Jak mam chandrę, to tu przychodzę. Niech pan spojrzy na te widoki! - czyż nie jest piękne? - Chodźmy tam do góry - mówiąc to chwyciła jego dłoń i ruszyła przed siebie. Pan Motyka był jak w letargu, prawie unosił się niczym motyl, podążając za nią. Wcale mu się nie dziwię. Grażynka to piękna kobieta. Na dzisiejsze spotkanie ubrała się na sportowo. Miała na sobie białe obcisłe rybaczki, wrzosowy polar z kapturem i liliowe adidasy. Patrzyłam z zazdrością na jej długie, sięgające do ramion blond włosy i niebieskie oczy w ciemnej oprawie łukowatych brwi. Miała czterdzieści lat, ale nie wyglądała na swój wiek. Obserwowałam z zaciekawieniem teatr dwóch aktorów, w którym główną rolę grała moja znajoma i byłam pod wrażeniem jej zdolności aktorskich Robercik ugotowany! Pomyślałam.
- Robertowi podoba się to miejsce - powiedziała Grażyna. Obiecałam mu, że zaraz pojedziemy do mojej kuzynki, która pracuje w Urzędzie Gminnym i przedstawimy jej sprawę. Wrócisz sama do domu? – Zapytała.
Nasz przystojniak jednorazową chusteczką, próbował usunąć błoto ze swoich nowiuśkich adidasów, a my w tym czasie miałyśmy czas aby wymienić parę słów na osobności.
- Nie boisz się wsiadać z nim do samochodu? - Zapytałam zaniepokojona.
- Spoko, nic mi się nie stanie, -  pracuję w Policji i mam za sobą szkolenie z samoobrony. Takie grabie -  sorry, Motyka na pewno mi nie zagrażają - dodała z rozbrajającym uśmiechem.
- Pracujesz w Policji - nic nie mówiłaś?
- Hi, hi, a po co miałam mówić? - nie jestem detektywem, tylko policyjnym psychologiem – wyjaśniła i ruszyła w stronę jego samochodu.
Przywołałam Barego i ruszyliśmy w powrotną drogę.
 - Policyjnym psychologiem? Zbyszek  spojrzał na mnie zdziwiony. A to dopiero nowina!
- To jak jej w takim razie poszło z naszym natrętnym kupcem?
- Znakomicie! - jadł Grażce  z ręki - odpowiedziałam.
Zrelacjonowałam mężowi przedstawienie, na którym byłam jedynym widzem. Zbyszek był mocno ubawiony, aż w końcu powiedział.
- To chyba mamy go z głowy? - Możesz być już spokojna o swój dworek, prawda kochanie?
-  No jeszcze nic nie wiadomo, zależy jak im pójdzie u kuzynki Grażyny. On jeszcze nie powiedział ostatniego słowa, dlatego nie ma się co cieszyć za wcześnie.
- A Baruś jak się spisywał? Powiedział Zbyszek głaskając natrętnego psiaka, który stęskniony za panem domagał się pieszczot.
- Oprócz tego że pogonił kilka zajączków i skopał panu Motyce pokaźną część działki, to był grzeczny- powiedziałam.
Zostań w zagajniku, mąż spojrzał na mnie tajemniczo. Zaraz do ciebie wrócę.
Nie wiedziałam co kombinuje mój małżonek, ale z chęcią przystałam na jego propozycję, z racji tego, że pogoda była piękna, a zagajnik dawał zbawienną osłonę przed palącym słońcem.
Zamyśliłam się na moment i wróciłam do moich hrabianek.
Czy tak było? Nie wiem, ale tak ja to przedstawiam w mojej wyobraźni.
-Konstancjo! Jesteś gotowa? Czas na nas, powóz czeka – zawołała Antonina.
Na werandzie pojawiła się mała dziewczynka. W ręku miała swoją ulubioną lalkę. Była bardzo szczęśliwa. Kochała wycieczki do lasu w towarzystwie matki i swojej guwernantki.
Antonina zabierała córkę często do lasu. Dziecko musiało od czasu do czasu opuszczać mury swojego więzienia. Po każdej takiej wycieczce, wracała zadowolona z kieszeniami pełnymi leśnych skarbów. Zachwycała się każdym napotkanym zwierzątkiem, słuchała z zaciekawieniem śpiewu ptaków i trudno było ją namówić do powrotu.
- Czy życzy sobie pani do obiadu białe, czy czerwone wino?
Otworzyłam oczy i spojrzałam w stronę męża, który stanął przy mnie w kuchennym fartuchu, trzymając w ręku dymiącą wazę z aromatyczną zupą grzybową.
- A.... to ta niespodzianka. Ucieszyłam się na widok mojego kelnera, bo tak szczerze mówiąc byłam głodna jak wilk, a tu na świeżym powietrzu, apetyt dopisywał mi bardzo, co też było moim utrapieniem w związku z przybywających w zastraszającym tempie, kilogramów.
- Zależy co mamy na drugie? Powiedziałam nalewając zupę do talerza.
- Pstrąg z grilla, proszę pani - odpowiedział
- To w takim razie poproszę białe, schłodzone wino - dodałam zajadając ze smakiem pyszną zupką.
Po południu odwiedziła nas Grażyna. Poinformowała nas, że Motyka jest zdecydowany na kupno tej działki i nie będzie żadnych problemów z załatwieniem formalności. Podobno Robercik wpadł w oko jej kuzynce, która obiecała zająć się w pierwszej kolejności jego sprawą.
- Dziękuję Grażynko, jesteś wielka!
- Nie ma o czym mówić - odpowiedziała skromnie, to naprawdę nie było trudne.
Czyli wyglądało na to, że problem mam z głowy. Poczułam w końcu ulgę. Miałam tylko malutkie wyrzuty sumienia, że wskazałam mu miejsce, które dla mnie było przeklęte. Ale przecież tam ma powstać pensjonat, nie dom dla rodziny, czyli właściwie nic się nie stało. Próbowałam jakoś się usprawiedliwić.
Po odjeździe Grażyny, poszliśmy z Barym na spacer, a Zbyszek w tym czasie wrócił do rozpoczętej wcześniej pracy.
Pies był bardzo szczęśliwy, co jakiś czas przynosił mi pod nogi patyki i czekał aż mu rzucę. Kochał wszelkiego rodzaju dziury w ziemi. Potrafił tak długo kopać, aż znikał cały w takim tunelu. Bałam się, że ziemia kiedyś się osunie i może to się dla niego źle skończyć.
Wracając do domu, zauważyłam Zbyszka na werandzie. Czyżby coś się stało? Pomyślałam.
- Dobrze, że jesteś - musimy wracać do Krakowa – powiedział
- Dlaczego? Przecież mieliśmy zostać dłużej. Co się stało?
 Dzwoniła mama. Ma jakiś poważny problem z piecykiem łazienkowym i prosiła, żebym przyjechał, bo nie może znaleźć żadnego fachowca – wyjaśnił Zbyszek.
Nie byłam zadowolona z takiego obrotu sprawy. To był już koniec lata i chciałam wykorzystać ostatnie słoneczne dni na wsi. Dość się jeszcze nasiedzę w mieście.
- To jedź, ja nie będę wam tam potrzebna.
- Chcesz tu sama zostać? Bo ja już dzisiaj nie wrócę.
- Nie zostaję sama, mam przecież  Barego. Muszę się powoli przyzwyczajać, nie zawsze będę z tobą - prawda?
- No dobrze, skoro tak uważasz. Ja wrócę jutro w południe.
Pożegnałam mojego męża i zamknęłam dokładnie bramę. Zostaliśmy z Barym na gospodarstwie. Powoli zbliżał się wieczór, zapaliłam lampę na werandzie i udałam się do salonu. W telewizji nie było nic ciekawego, więc zabrałam się za pisanie mojej książki. Na zewnątrz zerwał się silny wiatr, zamknęłam wszystkie okiennice i wróciłam do pisania. Nagle zgasło światło. Salon pogrążył się w całkowitej ciemności. Jeszcze mi tego brakowało - pomyślałam przerażona. Po omacku, trafiłam na świecznik, dobrze że zapałki były obok. Drżącymi rękami zapaliłam świeczki. W całym domu nie było światła, a ja pierwszy raz, tak naprawdę się bałam. Spojrzałam na zegar, dochodziła jedenasta w nocy. Wydawało mi się, że ktoś chodzi na górze. Słyszałam wyraźnie czyjeś kroki. Boże - dlaczego nie pojechałam do Krakowa? jak ja przeżyję tę noc?
- Bary -  choć tu do mnie - zawołałam.
Pies leniwie podszedł do mnie, wdrapał się na sofę i wtulił nos pod kołdrę. Teraz było mi już raźniej, jednak mimo wszystko trzęsłam się jak galareta. Na dworze zerwała się prawdziwa wichura. Przytuliłam się do Barego i próbowałam usnąć, ale nie było to łatwe. Byłam dosłownie sparaliżowana strachem. Cały czas słyszałam jakieś odgłosy na górze. Modliłam się, żeby ta koszmarna noc w końcu się skończyła.
- Antonino, pomóż mi – wyszeptałam.
I w tym momencie w salonie zapaliło się światło. Poczułam ulgę. Czyżby ona mi pomogła? -  Nie wiem czy miałam się cieszyć tym zjawiskiem, czy martwić, że mieszkam z duchami. Próbowałam sobie wytłumaczyć, że to tylko moja wyobraźnia tak działa i nie ma tu żadnych duchów. Zgasiłam szybko światło i zdmuchnęłam świece. Jedyne co przyszło mi do głowy, to próbować zasnąć.
Rano uświadomiłam sobie, że spałam w ubraniu. Byłam cała zdrętwiała, bo Bary zajął prawie całą sofę. Najważniejsze, że jest już ranek i ustał wiatr. Zaparzyłam kawę i usiadłam do komputera. Jakież było moje zdziwienie, kiedy spojrzałam na monitor. Wszystko co wczoraj napisałam gdzieś zniknęło. Pewnie z tego strachu nie nacisnęłam klawisz zapisz. Tylko takie znalazłam wytłumaczenie.
 - No to miałaś niezłego boja, powiedział mój mąż, kiedy skończyłam swoja relację z minionej nocy . Chyba nie myślisz, że to Antonina ci pomogła, to tylko twoja literacka wyobraźnia. Myślę, że już nie będziesz taka chętna zostać sama, prawda?
- Na pewno!- powiedziałam.
Mąż wytłumaczył mi że światło zgasło, bo prawdopodobnie wiatr uszkodził linię elektryczną.
- Wandula! Pozwól tu na górę
- O co chodzi? Weszłam do pokoju który wybrał sobie Piotrek.
- Chciałem pokazać ci twojego ducha – Zbyszek wskazał ręką w stronę ściany pod oknem.
W rogu pokoju siedział wystraszony gołąb, na mój widok zerwał się do lotu. Okazało się, że w czasie wczorajszej wichury, dostał się tu przez otwarte okno. Poczułam ulgę. Te odgłosy które słyszałam, były dziełem tego nieszczęśnika. Mąż złapał ptaka i wypuścił go na wolność, a ja byłam się trochę zawiedziona, że w tak prosty sposób zostały wyjaśnione moje nocne przeżycia.
Lucyna obiecała, że przyjedzie do nas na dwa dni. Uzgodniłyśmy, że zaprosimy Grażynę na dalszą część opowieści o Antoninie. Zbyszek postanowił wyjechać do Krakowa, żeby zrobić zakupy.
Grażynę przywiózł Krzysiek i obiecał, że przyjedzie po nią o dziesiątej wieczorem.
Zrobiłyśmy sobie odpowiedni nastrój. Zapaliłam jak poprzednim razem świece i usiadłyśmy ze szklaneczkami ginu z tonikiem, czekając na dalsze informacje na temat życia hrabianek.
 Wyobraźcie sobie - Grażyna odstawiła szklankę na stół, że podobno zaraz po wojnie, ten chłopak przyjechał do posiadłości Antoniny. Tak jak jej obiecał, chciał prosić o jej rękę. Jednak zaborczy ojciec, wymyślił historię o jej śmierci, nie dając mu żadnych złudzeń. Biedna dziewczyna, w tym czasie mieszkała u kuzynostwa z córką i nie miała pojęcia że jej ukochany dotrzymał słowa.
- To straszne! Lucyna postawiła ze złością szklankę na stół, rozlewając przy tym przeźroczysty trunek - jak można było tak postąpić!
-To prawda - ten człowiek nie miał żadnych skrupułów – powiedziała Grażyna.
- Czyli  chłopak nie wiedział, że ma córkę, a Konstancja nigdy nie poznała ojca - powiedziałam.
- Na to wygląda. Ojciec dopiero na  łożu śmierci, wyznał wszystko Antoninie i przekazał jej listy od ukochanego. Chłopak pisał do niej, ale nigdy nie dostał żadnej odpowiedzi.
- Wyobrażam sobie co ona wtedy czuła, jak musiała cierpieć z powodu kłamstw swoich rodziców - powiedziała Lucyna.
- Powiedz Grażynko, dlaczego Konstancja tak młodo zmarła?
W dalszej części opowiadania dowiedziałyśmy się że, dziewczyna chorowała na gruźlicę, a w tych czasach ta choroba dziesiątkowała ludność, bo nie było odpowiednich leków.
- Jednak mimo tak krótkiego życia, Konstancja zaznała odrobinę miłości - Grażyna kontynuowała swoją opowieść. Młody lekarz, który opiekował się nią w czasie choroby, zakochał się w dziewczynie. To była krótka, ale gorąca miłość. Kiedy Konstancja zmarła, chłopak bardzo rozpaczał i podobno nigdy się nie ożenił.
- To takie smutne, Lucyna była bardzo wzruszona. Los nie oszczędzał tych kobiet.
- To prawda, obie były bardzo nieszczęśliwe - powiedziała Grażyna.
Zbliżała się godzina dziesiąta. Pod bramę podjechał Krzysiek. Pożegnałyśmy znajomą i wróciłyśmy do salonu.
Lucyna poszła do łazienki, a ja  przeniosłam się w czasie.
 - Jest dzisiaj piękne słońce Konstancjo, zabieram cię na spacer- powiedział mężczyzna do dziewczyny, która czesała swoje gęste rude włosy.
Zakochana para skierowała swoje kroki na polną drogę. Młodzi trzymali się za ręce, byli tacy szczęśliwi. Antonina stojąc na werandzie obserwowała swoją córkę.
Spacer trwał jednak krótko. Konstancja dostała ataku kaszlu, na haftowanej chusteczce, pojawiła się krew. Matka zaprowadziła córkę do pokoju i podała jej ciepły napar z lipy.
- Mamo czy ja umrę? - dziewczyna spojrzała przez łzy na matkę.
- Wyzdrowiejesz kochanie, wyzdrowiejesz - powiedziała Antonina, ukrywając smutek, jaki malował się na jej twarzy.
Młody medyk usiadł na brzegu łóżka swojej ukochanej i pogłaskał ją po drobnej bladej twarzy. Wiedział że choroba postępuje w zastraszającym tempie, nic nie mógł zrobić, był zupełnie bezradny.
Konstancja czuła się coraz gorzej, już praktycznie nie wstawała z łóżka, aż przyszedł ten najgorszy w życiu dzień. Do salonu wbiegła zapłakana służąca.
-Jaśnie pani! - panienka nie żyje!
-Antonina zerwała się z fotela i pobiegła do pokoju córki. Dziewczyna leżała nieruchomo na łóżku, wyglądała jakby spała.
-Boże - dlaczego mi ją zabrałeś? Matka tuliła swoje dziecko, dlaczego?
 Przerwałam swoje rozmyślania, być może tak było? Być może tak właśnie przedstawiała się scena z życia tych kobiet. Nie wiem, ale tak sobie to wszystko wyobraziłam, to było prawdopodobne.
Z werandy usłyszałam wołanie Zbyszka, który rozmawiał przez telefon z Marcinem.
Mąż oddał mi słuchawkę.
- Cześć mamuśka - co tam u was?
- Wszystko w porządku odpowiedziałam, a co u was?
- Mamo chcielibyśmy z kolegami zrobić sobie pożegnanie lata.
- To świetny pomysł – powiedziałam. Przyjeżdżajcie, wszystko przygotuję.
- Mamo z całym szacunkiem, ale to nie jest impreza dla was.
Przyznałam Marcinowi rację. Młodzi chcieli być sami, a nam pozostało spakować się i wrócić do miasta. Nie byłam z tego zadowolona, bo akurat na naszym osiedlu budowali nowy blok. Hałas młotów pneumatycznych i
przekrzykujących się robotników, doprowadzał mnie do szału. Tu na wsi naprawdę odpoczywałam, takiej ciszy na pewno nie zaznam w mieście.
Zostaliśmy w Krakowie dwa dni, które poświęciłam na sprzątanie mieszkania.
W poniedziałek zaraz z samego rana pojechaliśmy z mężem do naszej oazy spokoju. Bałam się co tam zastanę po imprezce moich synów, ale byłam pozytywnie zaskoczona. Mój kochany dworek zastałam taki, jaki zostawiłam. Wszystko było uprzątnięte i tylko dwa worki śmieci, wskazywały na to, że ktoś tu był.
Bary też kochał to miejsce. Tu mógł sobie biegać do woli, a w mieście miał tylko trzy przymusowe spacery. Dlatego jak wracaliśmy na wieś, pół dnia spędzał na dworze i trudno było go zagonić do domu.
Usiedliśmy z mężem w kuchni przy kawie. Przez okno obserwowałam szczęśliwego psiaka, który zawzięcie kopał dołek, w leszczynowym zagajniku.
Nagle usłyszałam przeraźliwy skowyt. Poderwałam się z krzesła i razem z mężem, pobiegliśmy w stronę zagajnika. Bary szczekał żałośnie. Kamienna ława leżała na ziemi, przygniatając mu jedną z łap.
- Spokojnie piesku - spokojnie, zaraz ci pomożemy - powiedziałam przerażona.
Zbyszek usiłował podnieść ciężką ławę, a ja w tym czasie uspakajałam cierpiącego psa. Udało się uwolnić Barego z pułapki. Mąż pobiegł do samochodu po apteczkę. Ułożyliśmy zranioną łapę na małej deseczce i owinęliśmy bandażem. Teraz trzeba było jechać jak najszybciej do weterynarza.
Bary był bardzo dzielny, po drodze tylko cichutko piszczał i próbował sobie lizać bolącą łapkę.
Na miejscu okazało się, że nie jest to złamanie ale pęknięcie. Lekarz założył opatrunek gipsowy, podał lek przeciwbólowy i zalecił kontrolę za tydzień.
Wróciliśmy do domu. Zbyszek wniósł Barego na rękach i położył na posłaniu. Pies zmęczony nadmiarem wrażeń od razu usnął.
- Jak to się mogło stać? - zapytałam męża
- Sam nie wiem - ale ostatnie deszcze, pewnie podmyły te ławy, a nasz kopacz zrobił resztę - powiedział
Poszliśmy zobaczyć miejsce wypadku. Kamienna ława leżała na boku. Zobaczyliśmy spore pęknięcie. W jednym miejscu odpadł kawałek kamienia.
- Popatrz! – ta ława jest w środku pusta - powiedziałam.
- Faktycznie - to dziwne? – wygląda jakby zrobiono ją z dwóch części - stwierdził mąż.
Spojrzałam na drugą ławę, była inna niż ta uszkodzona. Wykonano ją z całości, a tę uszkodzoną, ktoś jakby scalił z dwóch części. Próbowaliśmy ją podnieść. W trakcie dźwigania, pęknięcie powiększyło się i ława rozpadła się na dwie części. To co ujrzeliśmy, zaparło nam dech w piersiach. W środku leżała żelazna szkatuła.
Moje serce zaczęło bić w nienaturalnym tempie. Spojrzałam na męża. Był tak samo zaskoczony jak ja.
- Znaleźliśmy skarb? - powiedział.
- To się okaże – odpowiedziałam siadając na drugiej ławie.
W ty momencie nie byliśmy w stanie nic zrobić. Patrzyliśmy tylko na nasze znalezisko i żadne z nas nie miało pomysłu co dalej. Pierwszy przemówił Zbyszek.
- Wanda - pada deszcz, musimy wracać do domu
- Tak masz rację, musimy wracać do domu - powiedziałam.
Mąż nie zwracając na mnie uwagi, zabrał szkatułę i skierował swoje kroki do domu, a ja niczym potulny baranek, podążyłam zaraz za nim. W kuchni rozłożyłam ceratowy obrus na stole, a Zbyszek umieścił na nim nasz skarb. Otworzył kuchenny kredens i wyciągnął z niego butelkę dobrego koniaku, oraz dwa kieliszki.
- Myślę, że to szczególna chwila - powiedział napełniając koniakówki złocistym płynem. Za nasze hrabianki! Powiedział i  podniósł kieliszek do góry.
- Za nasze hrabianki - odpowiedziałam.
Nie wiem czy lampka mocnego koniaku, czy nadmiar wrażeń, spowodował, że rozbolała mnie głowa. Miałam mieszane uczucia , czy mamy takie  prawo ingerować w tamte czasy, czy mamy takie prawo? otworzyć tę szkatułę.
Pytania kłębiły się w mojej głowie. Byłam bezradna i nie wiedziałam co robić.
- Co dalej? - spojrzałam na męża. To zabytek, może to gdzieś zgłosimy?
- O czym ty mówisz kobieto! Co mamy zgłosić! Nasz dworek, nasza ziemia i wszystko co tu jest to nasze - pojęłaś!
- Zaraz wracam , idę po jakieś narzędzia, żeby to otworzyć, a ty weź się w garść! dodał.
Zostałam na chwilę sama, patrzyłam na żelazną skrzyneczkę, która za moment miała nam ujawnić tajemnicę z prze stu lat.
- Jestem! Mój mąż wrócił właśnie z małym metalowym dłutkiem i młotkiem.
- To co? Zaczynamy?
Nie czekając odpowiedzi, Zbyszek zabrał się za otwieranie szkatuły. Patrzyłam na jego zmagania, zamek nie chciał się otworzyć, po chwili coś drgnęło. Wieko pod naporem metalowego dłuta puściło. Chciałam być pierwsza, otworzyłam żelazną pokrywę. W środku były prawdziwe skarby. Sięgnęłam ręką do środka skrzyni i wyjęłam dwa piękne medaliony, kilka bransolet wykonanych prawdopodobnie ze szczerego złota, parę pierścionków, dwa z pięknymi opalami, a reszta z kamieniami których  nie znałam. Otwarłam jeden z medalionów. W środku znajdowało się zdjęcie pięknej kobiety, wyglądało na to, że to zdjęcie przedstawia Antoninę.  W Drugim medalionie , było zdjęcie małej dziewczynki o gęstych kręconych włosach, to pewnie zdjęcie Konstancji. Ręce drżały mi z przejęcia. Miałam przed oczami, wizerunki kobiet które tu kiedyś żyły. Ale było jeszcze coś, na dnie zobaczyłam zwinięty rulon z dobrze wyprawionej skóry, związany skórzanym rzemieniem.
- A to co? Zapytałam męża
- Zaraz się dowiemy - odpowiedział i ostrym nożem przeciął supeł  rzemienia. W środku znajdowały się listy. Te z zewnątrz były sklejone i tekst prawie się był rozmyły, ale następne utrzymały się w miarę dobrym stanie. Papier był nieco pożółknięty, lecz można było z powodzeniem odczytać ich treść.
- No kochana! Teraz już na pewno nie będę miał z ciebie pożytku. Te listy odsuną twojego męża na drugi tor – mam rację? Powiedział Zbyszek przechylając lampkę koniaku.
Jego słowa słyszałam jak z oddali, nie reagowałam, byłam jak w letargu. Dla mnie w tym momencie, liczyła się tylko Antonina i Konstancja. Dlaczego ukryła to wszystko? Ktoś musiał o tym wiedzieć. Kto pomógł jej w przygotowaniu takiej skrytki? Jaki miała cel by to wszystko tu zostawić? Znalazłam tylko jedno wytłumaczenie na obecną chwilę. Antonina po śmierci swojej córki żyła jeszcze dwa lata, tak przynajmniej wynika z dat na grobowcu. Nie miała żadnych spadkobierców, dlatego postanowiła zostawić swoje kosztowności ludziom, którzy chcieliby zamieszkać w jej dworku. Ale wiedziała, że chętnych nie było wielu. Pomyślała, że jeśli ktoś tu zamieszka, będzie próbował odrestaurować dom i wszystko w koło, wtedy dostanie od niej pomoc. Czy mogło tak być? Mogło - odpowiedziałam sobie sama na zadane pytanie.
Włożyłam wszystkie kosztowności z powrotem do żelaznej szkatułki i powiedziałam do męża.
- Ja mam osobiście dość! Myślę, że nie nadaję się już do niczego, czas do snu - stwierdziłam i nie patrząc na mojego lubego poszłam do salonu. Zbyszek pościelił już nam sofę. Po wieczornej toalecie położyłam się w świeżej pościeli i usnęłam jak dziecko.
Obudziłam się w środku nocy i zaczęłam się zastanawiać, czy to wszystko mi się śniło, czy to możliwe, że znaleźliśmy skarb? Przewracałam się z boku na bok. Uznałam, że nie ma sensu tak się męczyć. Cichutko wyszłam z łóżka i udałam się do kuchni. Zapaliłam lampę naftową, bo elektryczne światło mogło rozbudzić mojego męża i usiadłam przy stole. Spojrzałam na podłogę gdzie stała metalowa szkatuła, to nie był sen, to naprawdę się wydarzyło.
Myślałam co dalej robić. Kiedy to zgłoszę w Gminie, stracę wszystko. Stracę przede wszystkim cenne dla mnie osobiście, dwa medaliony z fotografiami kobiet z którymi tak naprawdę, zżyłam się już od pewnego czasu. Nie wspomnę już o tym, że pieniądze ze sprzedaży tych kosztowności pomogłyby w znacznej części na renowację tego dworku. Zrobiłabym to również dla Antoniny i Konstancji. Pamiętam  jak pisali czasami w gazetach o znalezionych skarbach, które trzeba było zwrócić Państwu, bo to co w ziemi to własność Państwa. Ale ja nie znalazłam tego w ziemi, to zostało ukryte w kamiennej ławie, ktoś miał jakiś cel w tym, żeby tam schować  kosztowności. Zamknęłam oczy i próbowałam podejrzeć tamte czasy, usiłowałam sobie wyobrazić jak wyglądało życie Antoniny po śmierci córki.
- Klemensie, poproś wszystkich do salonu, chciałabym wam coś oświadczyć- powiedziała kobieta w czerni.
Antonina usiadła w głębokim wyściełanym  fotelu, była bardzo blada, jej podpuchnięte i zaczerwienione oczy wskazywały na to, że często płakała. Do salonu prawie bezszelestnie, weszli wszyscy którzy mieszkali w tym dworku. Dwie służące, kucharka, guwernantka i Klemens stangret.
- Wezwałam was tu - powiedziała ze smutkiem w głosie Antonina, bo jak wiecie sami, po śmierci mojej kochanej córki, nie potrzebuję już waszej pomocy. Jestem bardzo z wami związana, ale teraz zostałam sama i wystarczy mi jedna z was i Klemens. Myślę, że Maria zostanie ze mną, bo to ona do ostatniej chwili życia mojej córki była przy niej. Oczywiście każda z was dostanie odpowiednią odprawę na dalsze życie. Wiem, że ze znalezieniem sobie innej pracy nie będziecie miały żadnego problemu, bo ja byłam bardzo zadowolona z waszych usług.
W salonie panowało całkowite milczenie, tylko Maria ocierała łzy chusteczką, starając się ukryć swoje wzruszenie.
- Jutro Klemens odwiezie was do waszych rodzinnych domów. Po tych słowach Antonina wstała z fotela i podchodząc do każdego po kolei, wręczała zwitek banknotów, dziękując za dotychczasowa pracę.
Salon opustoszał i kobieta została sama. Wszyscy wiedzieli, że teraz nie należy jej przeszkadzać, że trudno było jej podjąć taką decyzję, ale to musiało kiedyś nastąpić. Antonina podeszła, do sekretarzyka i wyjęła z niego plik listów, który przytuliła do piersi, mówiąc.
- Kochany, dlaczego tak szybko ze mnie zrezygnowałeś? Dlaczego tak szybko się poddałeś. Czekałam na ciebie, czekała na ciebie twoja córka. Dlaczego tak łatwo uwierzyłeś mojemu ojcu?
Do kuchni wszedł zaspany Zbyszek, usiadł przy mnie i położył dłoń na mojej ręce.
- Nie miała baba kłopotu, to znalazła skarb - powiedział
- To prawda - nie mogę się jeszcze oswoić z tym wydarzeniem – stwierdziłam. To wszystko jak na razie mnie przerasta, ale jedno wiem, nie oddam nikomu tego, co uważam, że zostało dla nas przeznaczone.
- Nareszcie - w końcu zrozumiałaś, że to jest przeznaczenie, że to ty właśnie odnalazłaś to miejsce i to właśnie tobie należy się ten spadek - powiedział mąż. Chodźmy spać, bo rano będziemy nieprzytomni. Jutro też jest dzień.
Zaraz po śniadaniu zadzwoniłam do Lucyny. Moja siostra piszczała ze szczęścia do słuchawki i obiecała, że zrobi sobie dwa dni odpoczynku i jak najprędzej do nas przyjeżdża. Zawiadomiłam też Marcina i Piotrka. Obiecali, że postarają się załatwić na jutrzejszy dzień urlopu i zaraz po pracy przyjadą. Ja natomiast rzuciłam się w wir kulinarnej pracy, miałam przecież mieć gości, a tak poza tym tylko takie zajęcie, pomogło mi oderwać się na chwilę od wydarzeń z wczorajszego dnia. Pierwsza przybyła Lucyna, rzucając mi się na szyję i powiedziała.
- Ja to czułam, ja czułam, że tu są dobre fluidy. Śmiałaś się z mojego wahadełka, jednak coś w tym jest - dodała.
- Siostra te twoje fluidy to dla mnie jak na razie kłopot.
- Kłopot? -  O czym ty mówisz - znalazłaś skarb dziewczyno. Nie ważne ile jest wart - dochodzi to do ciebie. Czy tak często ludzie coś znajdują. Skarby znajduje się w bajkach, a ty jesteś w posiadaniu znaleziska z przed stu lat. Więc nie pojmuję czym ty się martwisz. Dobra - pokaż mi to, bo pęknę z ciekawości.
- Musimy jeszcze chwilę poczekać - ostudziłam szybko zapał mojej siostry. Zaraz przyjadą chłopcy, zrobimy to jak będziemy wszyscy w komplecie.
- Biedny Baruś -  Lucyna podeszła do psa, który kuśtykając próbował ją przywitać. Narobiłeś niezłego bigosu swojej pantusi - powiedziała głaszcząc go po karku.
- A o której oni przyjadą? – Zapytała siostra.
- Myślę, że do godziny powinni być - powiedziałam zapraszając ją do salonu.
 Zbyszek zajął się w tym czasie Lucyną, a ja kończyłam obiad.
- Przyjechali! Zawołała Lucyna.
- Cześć chłopaki - dobrze, że już jesteście - bo wasza ciotka ma chyba dwieście ciśnienia – oznajmiłam moim synom.

Fragment 5

Marcin z Piotrkiem po przywitaniu się ze wszystkimi, usiedli w kuchni.
- Co takiego stało się mamo, że tak alarmujesz? Zapytał Marcin.
- Co takiego się stało? - Wasza matka jest w posiadaniu skarbu - powiedziała Lucyna.
- Skarbu? Piotrek aż podniósł się z krzesła.
- To prawda - powiedziałam stawiając kufer na stole. Drżącymi rękami otworzyłam wieko i powoli zaczęłam wyciągać biżuterię na stół.
Lucyna była w swoim żywiole, znała się na kosztownościach. Wiedziałam, że zaraz dowiemy się coś na temat tych cacek z końca XIX wieku.
Pierwszym eksponatem był duży owalny pierścień z opalem, opleciony wianuszkiem błyszczących kamieni umieszczonych, w koronkowej oprawie z białego złota.
- Jaki piękny! Lucyna nałożyła pierścień na palec swojej ręki i podniosła ją do góry. Pokaż dalej - zwróciła się do mnie.
Teraz przyszła kolej na medaliony.
Wypukła część tych wisiorów wykonana była z emalii kobaltowej, oprawionej w srebro i ozdobionej kilkoma sztukami malutkich, prawdopodobnie diamencików. Po otwarciu zobaczyliśmy zdjęcia. Jedno przedstawiało twarz dojrzałej kobiety. Jej oczy wyrażały smutek, ale były naprawdę piękne i tajemnicze. Włosy miała upięte wysoko nad czołem, przetkane drobnymi koralikami i ozdobnymi spinkami. Drugi medalion wykonany tą samą techniką, zawierał zdjęcie małej dziewczynki o pucołowatych policzkach. Drobne loczki wystawały spod  koronkowego kapelusika. Dziewczynka ze zdjęcia uśmiechała się, w przeciwieństwie do swojej matki.
To była dla mnie szczególna chwila i przyznam, że moje dotychczasowe wyobrażenia na temat wyglądu właścicielki dworu, niewiele odbiegały od rzeczywistości.
Odłożyłam medaliony na stół i sięgnęłam po kolejny eksponat.
Podałam Lucynie jedną z brosz. Nikt z nas nie mógł wydobyć z siebie głosu. Siedzieliśmy jak zaklęci i słuchaliśmy Lucyny z zapartym tchem.
- Wykonana jest z czarnej emalii i ozdobiona motywem floralnym. To styl sztuki panujący w XIX wieku. Te ornamenty składające się przeważnie z kwiatów, ptaków i motyli, stosowano najczęściej w produkcji biżuterii - wyjaśniła Lucyna.
Przyszła kolej na naszyjnik z małych perełek, ze złotym zapięciem. Był bardzo delikatny. Perełki nawleczono na cienki sznurek. Drugi naszyjnik wykonano prawdopodobnie z białego złota, lub platyny techniką Sutasz.
 - Zaraz wyjaśnię - powiedziała Lucyna. Metoda Sutasz oznaczała tak zwany haft sutaszowy. W jedwabne sznureczki, wplatano różnego rodzaju koraliki i kryształki. Słowo soutache pochodzi z francuskiego i oznacza pleciony sznurek.
- Słuchajcie.....zwróciłam się do rodziny - może zrobimy krótką przerwę - co wy na to?
- Szczerze mówiąc to zgłodniałem powiedział Piotrek i wstał aby rozprostować kości.
- To są właśnie chłopy – Lucyna machnęła ręką. Tylko brzuch ich interesuje, zero romantyzmu i szacunku do sztuki – dodała.
- Siostra – mamy czas do wieczora. Emocje trzeba sobie dawkować, a  z pełnym brzuchem będzie łatwiej - prawda?
- Poddaję się - co tam masz na ząb?
- To w takim razie ,zapraszam na ruskie pierogi.
Wszyscy byli zgodni, że po moich pierogach zgłębianie tajemnicy z przed stu lat będzie łatwiejsze. Przy obiedzie prowadziliśmy ożywioną dyskusję  na temat znaleziska. Byliśmy zgodni co do tego, że skarb należy do właściciela tej posesji, chociaż ja miałam jednak obawy, że nie będzie to takie proste.
- To co? Wracamy do lekcji historii - powiedziałam do rodzinki.
Usiedliśmy ponownie do stołu. Teraz przyszła kolej na bransoletę. Była szeroka, pokryta niebieską emalią, ozdobiona drobnymi kryształkami. Lucyna podniosła ją do góry i przyglądała jej się z uwagą.
- Jeśli myślicie, że to diamenty to muszę was rozczarować. To markazyty, naturalne minerały, i tu  ciekawostka. Kamienie te są bardzo wrażliwe na wilgoć. Jeśli nie będą odpowiednio zabezpieczone, potrafią się zamienić w kupę pyłu. Sama nie wiem jak przetrwały tyle lat nienaruszone, ale może to nastąpić teraz, jak ujrzały światło dzienne. Biżuterię z tymi kamieniami nosiły osoby wrażliwe. Słyną z tego, że poprawiają jasność umysłu, zwiększają koncentrację, wzmacniają pamięć, sprzyjają relaksacji i dają odprężenie - Powiedziała Lucyna.
-  Czy myślisz, że te błyszczące kryształki rozsypią się zaraz w pył? - zapytałam.
- To całkiem prawdopodobne, ale bądźmy dobrej myśli, że tak nie będzie. Siostra odłożyła bransoletę i wyjęła kilka pierścionków. Każdy z nich wykonany był z cyzelowanego złota, jak wyjaśniła Lucyna.
 Jeden z nich miał oczko z różowego korala, wtopionego w kwiaty utworzone z malutkich perełek. Był bardzo delikatny. Drugi  pierścień miał podłużne oczko z ametystu, które zajmowało właściwie całą jego powierzchnię. Jak żyję nie widziałam tak dużego ametystu. Reszta mniejszych pierścionków miała turkusowe oczka i malutkie opale.
Sięgnęłam do kufra, przyszedł czas na skórzany zwitek.
- A to co? - zapytała Lucyna.
Ręce trzęsły mi się z przejęcia kiedy rozwijałam rulonik
- To listy pisane przez niejakiego Marcela – powiedziałam i podałam jeden z nich siostrze.
 Chłopak pisał do Antoniny, zapewniając ją o swojej miłości. Obiecywał, że jak tylko wojna się skończy, to przyjedzie prosić o jej rękę. W jednym z nich pisze, że został ranny i leży w szpitalu polowym. Był też list przepełniony żalem, że nie ma od niej żadnych wieści.
 Nachyliłam się nad kuferkiem, by zobaczyć czy coś tam jeszcze zostało. Na samym jego dnie, leżał papierowy rulonik, związany cienkim rzemykiem zatopionym w laku. Rozerwałam sznurek i rozwinęłam list.
- Posłuchajcie! – Zawołałam. Mamy rozwiązanie naszych obaw co do skarbu.
List napisany był kobiecą ręką, różnił się od listów chłopaka, stylem i charakterem pisma.
Głos mi drżał jak czytałam jego treść.

5 sierpień 1939 r.

Moje życie dobiega końca. Po śmierci Konstancji, zostałam zupełnie sama. Nie doczekałam się spadkobierców, dlatego piszę do tego kto znajdzie list. W tym domu wraz z córką spędziłam szczęśliwe chwile, był dla nas oazą spokoju, fortem, który chronił naszą prywatność. Moim pragnieniem i ostatnią wolą jest, by to miejsce przetrwało następne pokolenia, aby w tym domu panowała radość, aby słychać było śmiech narodzonych tu dzieci. Ten dom powinien być schronieniem dla szczęśliwych ludzi. Pozostawiam część moich kosztowności, dla tych, co będą  tu kiedyś mieszkać. Niech wam służy na wiele lat.
              
 Antonina Bilewska

Zapanowało milczenie. Nikt z obecnych nie odezwał się ani słowem.
Przemówiłam pierwsza. Z trudem próbowałam sklecić jakieś normalne zdanie, lecz wzruszenie i łzy spowodowały, że był to jakiś niezrozumiały bełkot.
- Wanda, spokojnie – Lucyna pogłaskała mnie po ramieniu.
Wzięłam się w garść, wytarłam oczy i powiedziałam.
- Pamiętam jak pierwszy raz przyjechałam tu z agentem nieruchomości. Od razu wiedziałam, że to jest to. Chciał mi pokazać jeszcze inne miejsca, ale ja  czułam się tak, jakby jakiś magnes przyciągnął mnie do tego dworu. Kiedy powiedział, że ma jeszcze kilku chętnych na tę posiadłość, zaproponowałam zaliczkę. Resztę już znacie, a szczególnie ty mężu. Przeszłam ciężką drogę, kosztowało mnie to wiele nerwów, ale jak widać moje przeczucia opłaciły się.
- Nie rozumiem, przecież zgodziłem się - powiedział Zbyszek.
- Tak, to prawda. Po tygodniowych cichych dniach – czyż nie mam racji?
- Mamuśka daj spokój - co było, to było. Dworek na początku nie wyglądał dobrze, trudno się więc dziwić tacie i jego reakcji. My z Piotrkiem też mieliśmy podobne zdanie – powiedział Marcin.
- No dobrze, co dalej? – zapytałam.
- Mam pomysł – wtrąciła Lucyna. Wiesz, że przyjaźnię się z pewnym kolekcjonerem starej biżuterii. Karol jest znawcą i ma totalnego bzika na punkcie staroci. Zaraz do niego zadzwonię, co ty na to siostra?
- Jestem za, ale jeszcze nie teraz. Chciałabym się nacieszyć moim spadkiem. Wrócimy jeszcze do tego tematu – powiedziałam.
- To co? – czas na szampana – powiedział mąż i wyciągnął  z lodówki, schłodzoną butelkę. Żono - masz jakieś szkło?
Oczywiście, że miałam. Szampanówki dostałam w prezencie od swoich synów na czterdzieste urodziny. O matko! Kiedy to było? Jeden stłukłam już w tym samym dniu, ale zostało jeszcze pięć, prawie dla nas.
Mąż precyzyjnie otworzył korek i nalał każdemu po równo.
- Wznoszę toast za naszą spadkobierczynię – powiedział Zbyszek, podnosząc kieliszek do góry.
W tym dniu czułam się jak gwiazda filmowa. Lucyna robiła mi zdjęcia, zakładając po kolei wszystkie  kosztowności, a ja zaciekle się broniłam tłumacząc, że nie mam fryzury i odpowiedniej kreacji.
Siostra śmiejąc się, sprowadziła mnie zaraz na ziemię.
- Wandula, hi, hi, tu nie o ciebie chodzi, tylko o prezentację tych pięknych wyrobów, a ty służysz tu jaki manekin, hi, hi.
- No dzięki za porównanie – udawałam lekko urażoną.
- Przestań się już boczyć – powiedziała Lucyna, przypinając mi, do bluzki jedną z brosz. To tylko żart, a ja robię te zdjęcia, żebyś miała pamiątkę skoro chcesz to sprzedać – dodała.
- No, to jesteśmy bogaci – powiedział mąż.
To fakt. Dzięki Antoninie moje życie nabierało barw. Miałam już środki finansowe na remont dworku. Nie wiedziałam tak naprawdę, ile to wszystko jest warte, ale na pewno wystarczy na drobne naprawy.
- Lucyna, wybierz sobie cos dla siebie – zwróciłam się do siostry.
- No, co ty? Naprawdę?
- Oczywiście. Należy ci się od nas jakiś drobiazg – powiedziałam.
Lucyna z wypiekami na twarzy, nawinęła na dłoń naszyjnik z pereł i spojrzała na mnie mówiąc.
- Wiesz jak kocham perły. Czy mogę zatrzymać ten naszyjnik?
- Jest twój - skinęłam głową na znak, że się zgadzam. Ale z tego, co wiem, nie powinno się darować pereł, bo podobno przynoszą nieszczęście.
- Dzięki siostra – Lucyna rzuciła mi się na szyję i tak ściskała, aż zabolało. Chyba nie wierzysz w zabobony – powiedziała przesuwając mleczno, białe koraliki miedzy palcami.
- Dosyć! – krzyknęłam – bo mnie udusisz. Pamiętaj, że cię ostrzegałam.
- Teraz kolej na was chłopaki. Niech sobie każdy z was wybierze jakiś pierścionki dla swoich dziewczyn, bo myślę, że już najwyższy czas na zaręczyny i zalegalizowanie waszych związków – powiedziałam.
Nie trzeba było drugi raz powtarzać. Piotr upatrzył sobie dla Marzenki pierścionek z turkusem tłumacząc, że będzie pasował do jej oczu. A Marcin wybrał dla Agnieszki pierścionek z opalem.
Przyznam, że moi synowie maja dobry gust, sama bym tak wybrała.
Po obdarowaniu całej rodzinki, schowałam resztę kosztowności do kuferka i zaproponowałam spacer. Ostatnie promienie słońca zachęcały do wyjścia na zewnątrz.
Bary był bardzo zawiedziony, że nie może nam towarzyszyć w spacerze, ale jego kontuzja nie pozwala na forsowanie chorej łapy.
Po drodze rozmawialiśmy o spadku. Ja snułam plany, od czego zaczniemy po spieniężeniu biżuterii. Zdecydowałam, że zaczniemy od wykończenia pokoi moich synów. Powiedziałam im, żeby rozejrzeli się za meblami, ale zaznaczyłam, iż mają to być meble zrobione na stary styl, by wnętrze dworu przypominało nam tamte czasy.
Wieczorem zorganizowaliśmy ognisko. Lucyna pojawiła się na nim, z perłami na szyi.
- To profanacja sztuki – powiedziałam. Bawełniany podkoszulek i sztruksowe spodnie? Do tych pięknych pereł? Przesadziłaś troszkę, hi, hi.
- No co? wyobraź sobie, ze jestem w wieczorowej sukni – powiedziała siostra, głaszcząc naszyjnik.
- To ja też coś założę na dzisiejszy wieczór – oznajmiłam i pobiegłam do domu.
Wyciągnęłam z kuferka medalion z wizerunkiem Antoniny i w chwili kiedy założyłam go na szyję, poczułam jakiś dziwny przypływ energii. Dobiegający gwar z zewnątrz nagle ucichł, a ja stałam w salonie, który był zupełnie inaczej urządzony. Na otomanie wyściełanej welurem w kolorowe kwiaty, siedziała kobieta ze zdjęcia, która gestem ręki zapraszała mnie do siebie. Zaskoczona tym zjawiskiem podeszłam do niej i usiadłam obok. Ona coś do mnie mówiła, lecz nic nie mogłam zrozumieć. Wszystko działo się jak w zwolnionym tempie.
W pewnej chwili, położyła swoją dłoń na mojej, a ja poczułam chłód.
Kobieta wstała i podeszła do czarnej toaletki z dużym owalnym lustrem. Na błyszczącym blacie, stało kilka kryształowych flakoników, dwie pudernice z masy perłowej i kilka pędzelków do pudru. Antonina podniosła jeden z flakoników i otwierając korek, przechyliła buteleczkę, mocząc swój palec perfumami. Po chwili, musnęła mnie w okolicy skroni. Poczułam intensywny zapach fiołków.
- Wanda, dobrze się czujesz? – Usłyszałam głos męża.
Znalazłam się z powrotem w moim salonie, wszystko w jednym momencie rozmyło się jak bańka mydlana.
- Tak - wszystko w porządku. Starałam się ukryć moje podniecenie i nie patrząc mu w oczy powiedziałam. Wracamy na ognisko.
- Co ty tam tak długo robiłaś? - zapytała Lucyna.
Nie był to czas, ani miejsce, żeby opowiedzieć siostrze o tym co wydarzyło się przed chwilą. Sama zastanawiałam się, czy moja bujna wyobraźnia tak zadziałała, czy jednak ostatnie wydarzenia spowodowały, że powinnam udać się do lekarza.
Lucyna podeszła do mnie i powiedziała.
- Siostra - masz ładne perfumy, pachną fiołkami.
Tego było już za wiele jak dla mnie. Zakręciło mi się w głowie, a patyk z nabitą kiełbasą wpadł do ogniska.
- Nic się nie stało kochanie - powiedział Zbyszek widząc moją żałosną minę. Weź moją, jest dobrze upieczona.
Kiedy panowie wygaszali ognisko, ja z Lucyną usiadłam na werandzie i wszystko jej opowiedziałam.
- To fascynujące! I wcale nie uważam, że masz problemy z psychiką - powiedziała Lucyna. Przecież do dziś nie wyjaśnione są zjawiska paranormalne. Czyż nie czytałaś wiele razy o nawiedzonych przez duchy domach? O wzywanych egzorcystach, którzy pomagają uwolnić zbłąkane dusze? To całkiem prawdopodobne, że tym dworem opiekuje się duch Antoniny. Na twoje szczęście to dobry duch.
- Czy naprawdę czujesz te perfumy? Zapytałam.
Lucyna przysunęła się bliżej.
- Teraz nic nie czuję, ale zapewniam cię, że tam na ognisku wyraźnie pachniałaś fiołkami - powiedziała.
- Jakieś kiepskie te perfumy, skoro tak krótko pachną - powiedziałam.
- A co ty byś chciała, Lucyna była bardzo rozbawiona. Przez tyle lat miały prawo wywietrzeć.
Marzyłam teraz tylko o łóżku, zresztą wszyscy byli zgodni co do tego, że czas do snu.
Rano Marcin z Piotrkiem pożegnali się z nami i ruszyli w powrotną drogę. Lucyna postanowiła zostać do obiadu. Chciała zrobić jeszcze kilka zdjęć biżuterii dla znajomego kolekcjonera. Po południu Zbyszek podrzucił ją do busa.
- Dam ci znać, co załatwiłam z Karolem, powiedziała Lucyna wsiadając do busa.
Wieczorem zadzwoniła do mnie Magda, moja siostrzenica.
- Część ciociu, mama jest w szpitalu, miała wypadek.
- Boże! Dziecko, o czym ty mówisz? Co się stało!
- Bus, którym wracała do domu, zderzył się z osobowym samochodem, nikt nie zginął na szczęście, ale mama jest trochę poobijana. Zatrzymali ją na obserwację, bo uderzyła się w głowę.
- Jezu! - Zawołałam do słuchawki, ostrzegałam ja przed tym naszyjnikiem, to mówiła, że to zabobony.
- Nie rozumiem - powiedziała Magda, co ma wspólnego jakiś naszyjnik.
- Mama wybrała sobie naszyjnik z pereł, ostrzegałam ją, że darowane perły przynoszą nieszczęście, to mnie wyśmiała - wyjaśniłam.
- Ciocia, ty taka inteligentna kobieta wierzysz w te bzdury?
- Możesz sobie myśleć, co chcesz, możesz mnie uważać za ciemną babę, ja tam wiem swoje. W którym szpitalu mama leży? Zaraz do niej jadę.
- W szpitalu Żeromskiego. O której będziesz? Zapytała.

Fragment 6

- Już się zbieram, spotkamy się na miejscu.
Zbyszek bardzo się zmartwił wiadomością jaką mu przekazałam. Obiecał odwieść mnie do busa, bo musiał zostać w domu. Odnawiał właśnie komodę i położył pierwszą warstwę politury.
Po drodze kupiłam kilka kolorowych czasopism, owoce i wodę mineralną. Szybko odnalazłam salę, w której leżała moja siostra. Kiedy ją zobaczyłam, nie mogłam opanować płaczu. Miała owiniętą bandażem głową i podsiniałe oczy.
- Siostra, mój Boże..... jak to się stało? - Zapytałam siadając na brzegu łóżka.
- Sama nie wiem. Czytałam wtedy książkę.
- Gdzie masz perły? - zapytałam.
- W torebce. A o co chodzi? Lucyna spojrzała na mnie zdziwiona.
- Wycofuję się z darowizny. Te perły trafią do kolekcjonera - powiedziałam.
- No co ty, Wanda zwariowałaś? Kto daje i odbiera ten się w piekle poniewiera. Lucyna była wyraźnie zaskoczona moją decyzją.
- Nie zmienię swojego zdania - powiedziałam tonem nie znoszącym sprzeciwu. Wybierzesz sobie coś innego. Mówiłam ci, że darowane perły przynoszą nieszczęście, czyż nie miałam racji? Ten wypadek był ostrzeżeniem.
- Ale, one są takie piękne, wiesz jak kocham perły. Moja siostra była niepocieszona.
- To kupię ci sztuczne. Teraz mamy takie świetne podróbki, że nikt niczego nie zauważy.
- To zwykłe zabobony, ale niech ci będzie. Lucyna w końcu się poddała.
Pielęgniarka, która weszła do sali, zakomunikowała nam, że czas odwiedzin się skończył. Faktycznie w tych nerwach nie zauważyłam jak już późno. Chciałam zostać w Krakowie, ale moja siostra wybiła mi to z głowy. Powiedziała, że i tak jej nic tu nie pomogę i wystarczy nam kontakt telefoniczny. Wróciłam, więc do domu. Wyjęłam naszyjnik z torebki i położyłam go na segmencie. Miałam wrażenie jakby perły parzyły mnie w ręce. Postanowiłam, że jak tylko wrócę na wieś, to natychmiast schowam je z powrotem do kuferka.
Siostra wyszła ze szpitala już w drugiej dobie. Na całe szczęście, obyło się bez komplikacji, a po wypadku zostały tylko siniaki, które z dnia na dzień zmieniały swoją barwę. Lucyna była wściekła, bo akurat w tym okresie miała spotkanie z literatkami we Wrocławiu, na które niestety nie mogła pojechać. Po tygodniu zadzwoniła do mnie z wiadomością, że Karol jest zainteresowany biżuterią i postarają się przyjechać w ciągu tygodnia.
Przyjechali w środę. Kolekcjoner nie mógł oderwać oczu od wyłożonej na stół biżuterii. Zaopatrzony w małą lupkę, dokładnie i w całkowitym milczeniu przyglądał się eksponatom. Po godzinie, powiedział.
- To wspaniałe dzieła sztuki, jestem poważnie zainteresowany, kupnem części tej biżuterii. Niestety tylko części, bowiem musiałbym sprzedać swój sklep jubilerski, żeby kupić wszystko naraz. Ale zostawię pani zaliczkę, ponieważ chcę mieć prawo pierwokupu. Zgadza się pani? - Zapytał.
Byłam zaskoczona sumą, jaką wymienił. Oczywiście, że się zgodziłam.  Nawet w najśmielszych oczekiwaniach nie spodziewałam się takich pieniędzy. Umówiliśmy się w Krakowie, aby podpisać odpowiednie dokumenty i dokonać transakcji.
- To podobno ja urodziłam się w czepku, jakoś nie widzę, żebym miała szczęście - powiedziała Lucyna. Ty zapewne urodziłaś się w koronie, tylko nikt tego nie zauważył - jesteś siostra bogata - dodała.
- Siedziałam oszołomiona. W jednej chwili moje życie diametralnie się zmieniło. Dzięki Antoninie, stałam się majętną osobą.
Sfinalizowaliśmy z Karolem transakcję i pieniądze zostały już przelane na nasze konto. Miałam pewne obawy, czy nie pospieszyłam się ze sprzedaniem mojego skarbu, czy nie powinnam jeszcze spróbować w innym miejscu wycenić te kosztowności. Jednak Lucyna rozwiała moje obawy. Powiedziała, że jej znajomy jest uczciwym i bardzo bogatym człowiekiem. Pochodzi z zamożnej rodziny, która ma w Krakowie kilka ekskluzywnych sklepów jubilerskich i na pewno mnie nie oszuka. Okazało się, że Karol nie jest tylko kolekcjonerem sztuki, lecz także uznanym rzeczoznawcą w tej dziedzinie. Znajomy Lucyny skontaktował mnie z adwokatem, który obiecał, zająć się sprawą zalegalizowania testamentu i wszelkimi formalnościami związanymi z podatkiem.

Był już koniec września, więc musieliśmy działać szybko, aby przed zimą zrobić przynajmniej część prac związanych z remontem dworku. Zamówiłam solidną ekipę budowlaną.
Miałam już na ten cel środki finansowe. Teraz trzeba było się spieszyć z pracami w dworku.
Pojechaliśmy całą rodziną na zakupy. Marcin z Piotrkiem wybrali sobie stylowe tapety do swoich pokoi, a mnie spodobała się welurowa tapeta, w kolorze bordo. Dobrałam do tego ciężkie story w tej samej tonacji i zamówiłam firanę do okna. Potem przyszła kolej na stare biurko i biblioteczkę. Pomyślałam, że Zbyszek sam sobie nie poradzi z renowacją tych mebli, dlatego zleciliśmy to fachowcowi. Kupiłam także starą  otomanę do swojego pokoju. Tapicer dokonał cudu, zmieniając pokrycie na bladoróżowe i odnowił drewniane oparcia. Robotnicy okazali się bardzo solidni, robota paliła im się w rękach. Z dnia na dzień, pokoje na piętrze nabierały blasku. Jeden z nich przeznaczyłam dla mojej siostry, która sama sobie zaprojektowała jego wnętrze.
 Zamówieni cykliniarze doprowadzili stary dębowy parkiet do pierwotnego wyglądu. W domu pachniało farbami i  lakierem do podłóg. Na nasze szczęście pogoda nadal dopisywała i można było pracować przy otwartych oknach. Stolarze wyczyścili balustradę przy schodach i naprawili okna. W połowie października zakończono prace w wewnątrz domu. Wypłaciłam pracowników za dobrze wykonaną pracę. Teraz przyszła kolej na meble. W dzisiejszych czasach mając taką gotówkę nie było z tym problemu.
Część mebli zakupiłam na Allegro. Zostały nam tylko drobiazgi. Żyrandole i stojące lampy, każdy dobrał sobie według własnego gustu. Agnieszka i Marzena dopieszczały pokoje swoich chłopaków. Patrzyłam z zadowoleniem na te dziewczyny, które miały naprawdę dobry gust. Nasze pokoje otrzymały swoje nazwy. Mój był bordo, Piotrka zielony, Marcina łososiowy a Lucyny kremowy. Pokój gościnny otrzymał nazwę słonecznego. Odetchnęłam z ulgą. Teraz nie było już problemu z noclegiem. Mięliśmy w końcu z mężem salon tylko do naszej dyspozycji, kiedy odwiedzała nas rodzina. Prace na zewnątrz domu zostawiliśmy na przyszły rok. Kiedy wszystko zostało już zapięte na przysłowiowy guzik, postanowiliśmy to uczcić. W pierwszej kolejności udaliśmy się na cmentarz, żeby podziękować naszej sponsorce. Każde z nas zakupiło od siebie wiązankę kwiatów, które ułożyliśmy na grobie Antoniny i Konstancji. Po zapaleniu zniczy i chwili zadumy, wróciliśmy do domu z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku.
Bary po zdjęciu kłopotliwego opatrunku jeszcze trochę kulał, jednak z każdym dniem było co raz lepiej, ale widać było, że miał uraz do miejsca w leszczynowym zagajniku, bo omijał go z daleka
Urządziliśmy sobie w tym dniu prawdziwą ucztę. Ja przygotowałam kaczkę w pomarańczach, Lucyna upiekła czekoladowy tort, a dziewczyny zrobiły sałatki. Stół uginał się od nadmiaru tych pyszności. Zaopatrzeni w kieliszki z schłodzonym szampanem, zwiedzaliśmy nasz odnowiony dworek. Co chwilę moja rodzinka wznosiła toast za spadkobierczynię, czyli za mnie.
Byłam bardzo szczęśliwa patrząc na zadowolone miny moich bliskich. Kiedy wróciliśmy do salonu, podeszłam do kufra i wyjęłam z niego bransoletę z markazytami.
- Myślę siostra, że to ukoi twój ból po stracie naszyjnika z pereł. Jak sama twierdziłaś, te kamienie mają szczególne właściwości. Ostatnio martwiłaś się, że opuściła cię wena - prawda? - Zapytałam.
- To prawda, od prawie dwóch tygodni stoję w miejscu z moją nową książką i nic nie przychodzi mi do głowy, totalna pustka - powiedziała
- No właśnie – zwróciłam się do siostry podając jej bransoletę. Te magiczne kryształki, rozjaśniają  umysł, poprawiają pamięć i relaksują. Czyli  prezent idealny jak dla ciebie. Czyż nie mam racji? – Zapytałam.
- Zgadzam się z tobą. Tylko czy to nie jest za drogi prezent jak dla mnie?
Podeszłam do siostry i przytuliłam ją do siebie.
- Jesteś tego warta siostrzyczko - powiedziałam.
- Dzięki - Lucyna spojrzała na mnie z łzami w oczach.
- Cha, cha - roześmiałam się widząc wzruszenie mojej siostry. Ty płaczesz ze szczęścia, czy z żałości po perełkach? - Zapytałam.
- Przestań - Lucyna wytarła chusteczką wilgotne oczy - o perłach już dawno zapomniałam. Myślę, że miałaś rację i wcale nie uważam cię za ciemną babę. Ten wypadek był ostrzeżeniem, więc dobrze, że mi je zabrałaś. Ta bransoleta jest naprawdę piękna.
- Co jest grane? Zapytał Zbyszek przerywając tę wzruszającą scenę z udziałem dwóch sióstr. Mieliśmy dziś się radować, a nie płakać - dodał.
Chłopcy przyznali rację ojcu. Wróciliśmy więc do celebrowania dzisiejszego wieczoru. Resztę czasu spędziliśmy na konsumowaniu zgromadzonych na stole smakołyków. O dwunastej w nocy, każdy udał się do swojego pokoju. W całym domu zapanowała cisza. Zbyszek jak to w jego zwyczaju, usnął od razu a ja jeszcze przez chwilę wróciłam pamięcią do sceny z ogniska. Czy to możliwe, że połączyłam się wtedy z duchem Antoniny zakładając jej medalion? Fiołkowy zapach perfum dobrze pamiętam, zresztą Lucyna wyraźnie go czuła. Czy za każdym razem, kiedy go zawieszę na szyi, ona się pojawi? Nie dawało mi to spokoju. Wysunęłam się cichutko z pod kołdry i podeszłam do kuferka. Muszę to sprawdzić - pomyślałam i drżącymi rękami założyłam medalion. Stałam tak przez chwilę nieruchomo. Na niebie jasno świecił księżyc. Jego srebrny blask rozjaśniał wnętrze salonu. Mijały kolejne minuty, ale nadal nic się nie działo. Salonik nie zmienił się jak tamtym razem. Rozglądałam się wkoło, ale nigdzie nie było kobiety ze zdjęcia. Rozczarowana odłożyłam medalion na miejsce i wróciłam na sofę. Doszłam do wniosku, że scena z ogniska musiała być wytworem mojej wyobraźni. Mimo tego, te perfumy nie dawały mi spokoju. Zmęczona zamknęłam oczy i próbowałam usnąć i w tym momencie poczułam zapach fiołków. Czy tak było naprawdę? Nie wiem, bo usnęłam.

Rano wstałam wyjątkowo wyspana. Zbyszek był już na nogach, a na stole w kuchni czekało już na mnie śniadanie i zaparzona w ekspresie kawa.
- Idę po drzewo do kominka – powiedział mąż. Musimy napalić zanim oni wstaną, bo zimno tu jak cholera – dodał wychodząc z domu.
Byłam teraz sama, nikt mi nie przeszkadzał. Wytężyłam umysł i próbowałam na swój sposób odtworzyć tamtą scenę z udziałem kobiety ze zdjęcia.
Tak sobie to wyobraziłam.
Antonina zaprosiła mnie gestem ręki, abym usiadła obok niej. Z ruchu warg, mogłam odtworzyć co do mnie mówiła.
- Wando, nie bądź taka wystraszona - powiedziała z uśmiechem na ustach, widząc przerażenie w moich oczach. Nic ci nie grozi z mojej strony, jestem szczęśliwa, że to właśnie ty zamieszkałaś w naszym domu.
 Położyła dłoń na mojej i powiedziała.
- Nie będę często cię niepokoić, bo zdaję sobie sprawę z tego, że dla ciebie jest to niewyobrażalne, obcować z duchami. Dlatego postanowiłam, łączyć się z tobą w inny sposób.
Wtedy wstała z otomany i podeszła do toaletki. Zabrała jeden z flakoników i natarła moje skronie perfumami o fiołkowym zapachu, mówiąc.
- Ile razy, poczujesz fiołki, to będzie oznaczać, że jestem przy tobie. Jeszcze tylko raz zobaczysz mnie. Przybędę z moją kochaną córką Konstancją, ale to będzie tylko ten jeden raz, potem nie będę cię już nawiedzać.
Rozbolała mnie głowa, więc przerwałam swoje rozmyślania i dopiłam kawę.
Czy moja wymyślona wersja mogła być realną? Myślę że tak, sądząc po wczorajszej nocy, kiedy mimo założonego medalionu nie widziałam Antoniny, ale czułam zapach fiołków.
Musiałam wyjść na świeże powietrze. Bary zerwał się z posłania i podążył za mną. Zbyszek właśnie wracał ze stosem drewna do kominka.

Po śniadaniu pożegnaliśmy naszych gości.
Musiałam wrócić do rzeczywistości. Sprzątanie takiego dużego domu, zajęło mi czas do wieczora. Przysięgłam sobie, że na jakiś czas zapomnę o Antoninie i Konstancji. Wróciłam w końcu do pisania mojej książki. Jednak nie mogłam ruszyć z miejsca i wtedy pomyślałam, że mnie  też przydałaby się taka bransoleta z Markazytami.
Postanowiłam oglądnąć jeszcze raz pokoje na górze. Od kiedy moi synowie, wraz ze swoimi sympatiami urządzili je na swój sposób, starałam się tam nie zaglądać, by nie naruszać ich prywatności Chciałam sprawdzić tylko czy wszystko jest w porządku, bo Marcin z Piotrem zapowiedzieli się z wizytą na koniec tygodnia. Obiecali, że mają dla mnie niespodziankę.
Zajrzałam najpierw do pokoju łososiowego który należał do Marcina. Ściany wyłożone były tapetą w drobniutkie kwiatuszki na łososiowym tle. W tej samej tonacji, Agnieszka zamówiła stylowe story i gęsto udrapowaną śnieżnobiałą firankę. Nawet otomana była wyściełana tym samym materiałem co story. Całość tego wystroju uzupełniała mała, w kolorze ciemnego brązu toaletka. Dziewczyna Marcina ustawiła tam niezliczoną ilość mniejszych i większych puzderek i flakoników z perfumami. W rogu pokoju stał idealnie dobrany do toaletki kredens. Politurowany blat, Agnieszka ozdobiła porcelanowymi figurkami baletnic. Za szklaną witryną pysznił się serwis kawowy z motywem kwiatów. Na kremowym tle filigranowych filiżanek, czerwone maki wyglądały naprawdę pięknie. Na środku pokoju, młodzi postawili okrągły szklany stolik na łukowatych złoconych nogach,  i dwa  drewniane krzesła z miękkim obiciem pasującym idealnie do otomany.
Usiadłam na jednym z nich i zastanawiałam się, czy tak mógł wyglądać ten pokój w czasach,  kiedy mieszkała tu Antonina. Może nie było tak, ale myślę, że podobnie. Przeszłam do zielonego pokoju, który wybrał sobie Piotr. Na tle ciemnozielonej tapety, rozjaśnionej szerokimi jasnymi pasami, kremowe meble idealnie pasowały. Marzenka stwierdziła, że skoro ma być tak jak w tamtych czasach, to rezygnuje z szafy. Odnaleźli z Piotrkiem w jednym ze sklepów ze starociami, duży kufer na ubrania. Oczywiście nie mogło tam zabraknąć toaletki, która jest marzeniem każdej kobiety. Zakupili także prostokątny drewniany stolik, ozdobiony ornamentami z liści i kwiatów. W oknie wisiała krótka, sięgającą do parapetu firanka i jasno zielone story, fantastycznie upięte po bokach okna i związane szeroką szarfą. Mały sekretarzyk, dwa krzesła i stojący stary zegar, znakomicie pasowały do wystroju zielonego pokoju. Uchyliłam lekko okno i udałam się do pokoju Lucyny.
Moja siostra postanowiła, urządzić go na wzór gabinetu. Chciała w przyszłości tworzyć tu swoje książki. Dlatego stało tam biurko z niezliczoną ilością szuflad i lampa z  kolorowym mozaikowym abażurem. Na blacie ustawiła stary ozdobny kałamarz, nożyk do papieru i stojak na pióra. Na ścianie wisiały reprodukcje obrazów. Jeden z nich oprawiony w złoconą ramę, przedstawiał kobietę z dzieckiem na ręku. Była bardzo piękna. Jej kruczoczarne włosy, kontrastowały znakomicie z alabastrową delikatną twarzą i wypukłymi czerwonymi ustami. Dziewczynka, którą tuliła do siebie kobieta, miała na sobie niebieską sukienkę, obszytą mnóstwem falbanek. Autor tego obrazu przyłożył wielką wagę do włosów dziecka. Miały jasno - złoty kolor, a główka dziewczynki tonęła prawie w drobniutkich loczkach.
Drugi z obrazów przedstawiał stary drewniany dworek, stojący na tle pięknego ogrodu i stawu, po którym pływały śnieżnobiałe łabędzie.
Podobał mi się ten pokoik Lucyny i myślę, że właśnie w tym miejscu, powstaną same hity literackie napisane przez moją siostrę. Słoneczny pokój przeznaczony dla gości jeszcze nie został urządzony. Nie miałam jak na razie pomysłu, jak powinien wyglądać.
Wróciłam z powrotem do salonu, na zegarze była już godzina czternasta. Musiałam przygotować obiad i wrócić do rzeczywistości.

Fragment 7

Po południu zaczęło padać i w salonie zrobiło się wilgotno, więc zapaliliśmy w kominku. Zbyszek oglądał jakiś wojenny film w telewizji, a ja wsłuchiwałam się w szum padającego deszczu za oknem i wróciłam pamięcią do dnia, kiedy przyjechałam tu pierwszy raz z agentem nieruchomości. Mimo tego, że dworek był w opłakanym stanie, zdecydowałam się  od razu na jego kupno. Co mną wtedy kierowało? Czy Antonina wpłynęła na moją decyzję?

Przecież nie wiedziałam nic o skarbie, a środki finansowe, jakimi dysponowaliśmy wtedy, nie były wystarczające na remont tego dworu. Mimo to kupiłam tę posiadłość. Do dziś widzę zdziwioną minę  mężczyzny, który próbował  mi przedstawić jeszcze dwie oferty. Ja byłam nieugięta i nie chciałam nawet słuchać o innych propozycjach.
Teraz już jestem prawie pewna. To wpływ tej kobiety sprawił, że tak postąpiłam. Innego wyjaśnienia nie widzę.
 Błogie ciepełko i trudy minionego dnia sprawiły, że tym razem usnęłam od razu.
Minął tydzień.
W sobotę przyjechali moi synowie ze swoimi sympatiami. Zachowywali się bardzo tajemniczo. Wymieniali między sobą co jakiś czas spojrzenia, a na  pytanie co to za niespodzianka, Piotr odpowiedział, że przyjdzie na to czas i będę zadowolona. Usiedliśmy z mężem w salonie. Podałam lody z owocami i wraz z dziewczętami czekaliśmy z niecierpliwością na chłopców, którzy wyszli na moment, by po chwili wrócić z bukietami kwiatów.
Podeszli do swoich dziewczyn i uroczyście się oświadczyli wręczając każdej, wybrane przez siebie pierścionki. Marzena i Agnieszka były wzruszone, a ja widząc tę scenę, aż się popłakałam. Jestem wprawdzie nowoczesną osobą, ale mam też swoje zasady. W dzisiejszych czasach wolne związki to standard. Jednak bardzo mnie to bolało, że moi synowie nie spieszą się z ożenkiem. Dlatego dzisiejsze oświadczyny sprawiły, że poczułam się lepiej. Marcin oświadczył iż z bratem, zaplanowali poślubić swoje sympatie w starym kościele.
- Dwa śluby w jednym dniu?- Zapytałam
- A dlaczego nie? –Odezwał się Piotr.
- Co na to powie rodzina? Pomyślą, że przy jednym ogniu chcemy upiec dwie pieczenie – wyjaśniłam.
- Nie dbamy o to, Marcin machnął ręką - tak postanowiliśmy z Piotrkiem. Nie musimy robić wszystkiego według ustalonego szablonu.
- Mają rację - do rozmowy wtrącił się Zbyszek. Dwa śluby w jednym dniu? Może być ciekawie, a i dla nas to będzie wygodne - prawda żono?
Właściwie to przyznała im rację. Dwa śluby przy jednym ołtarzu ,w starym zabytkowym kościele? Czemu nie?.
Obiecałam porozmawiać z proboszczem. Chłopcy zaplanowali ceremonie zaślubin swoich wybranek na lato.
- Przyjęcie można zrobić w ogrodzie, na wolnym powietrzu – zaproponował Piotr. Wystawimy stoły na zewnątrz i zrobi się podest na tańce. Mamuśka, będzie git!
- Synuś - zakładasz, że będzie ładna pogoda? A jeśli nie? To, co wtedy? Zapytałam.
- Kochanie – wtrącił mąż. To będzie lato, nie zima. Zostaw to mnie. Mam nawet już pewien pomysł.
- Jaki? Zapytałam.
- Słyszałaś o namiotach wojskowych? Tu jest tyle miejsca, że spokojnie można taki postawić. Mam kolegę, jest zawodowym żołnierzem i pracuje w magazynach wojskowych, więc z wypożyczeniem czegoś takiego, nie będzie problemu.
- Tato! Jesteś genialny! Zawołał Marcin. To świetny pomysł.
- Halo! Panowie – wtrąciłam. Może jednak zapytamy o zdanie przyszłe panny młode?
Dziewczęta tak były zajęte rozmową z sobą, że kompletnie nie wiedziały, o czym rozprawiamy.
- Dosyć tego plotkowania – zwróciłam się do rozgadanych panien. Czy uważacie, że przyjęcie weselne możemy zrobić w naszym ogrodzie? Bo we wsi jest przecież Remiza Strażacka.
- W Remizie ? Nigdy! – Odezwała się Marzenka. Oświadczyny były w dworze, to i uczta w dworze. Takie jest moje zdanie. A co ty na to Aga?
- No jasne, że tu zaprosimy naszych gości. To będzie takie romantyczne, nietuzinkowe i podejrzewam, że będzie to wielkie zaskoczenie dla znajomych i rodziny. To super pomysł – dodała.
Byłam też tego zdania, co moje przyszłe synowe. Już planowałam jak to
urządzę, ale musiałam dostać pozwolenie od moich synów i odetchnęłam z ulgą, kiedy odezwał się mój młodszy syn.
- Mamuś. Ty masz tyle pomysłów, możesz się wszystkim zająć? Oczywiście z naszą pomocą – zapytał Piotr.
- Spokojnie dzieciaki! Urządzimy wam z tatą takie wesele, że cała wieś będzie o tym mówiła przez kolejne lata.
- Ok. czas na szampana – zakomunikował Zbyszek i wyciągnął z lodówki schłodzony trunek. Wznieśmy żono toast za naszych młodych!
Ten dzień był dla mnie bardzo wyjątkowy. Panowie udali się do salonu na męskie rozmowy, a  my kobiety ulokowałyśmy się w pokoju Lucyny, w celu przedyskutowania szczegółów wesela. Obłożone poduszkami, usadowiłyśmy się na sofie mojej siostry.
- Nie wiem czy zgodzicie się ze mną – zapytałam niepewnie, ale myślę, że skoro śluby odbędą się tu, to może urządzimy je w starym stylu. Co wy na to?
Ja myślę, że suknie powinny być na wzór mody z tamtych lat. Chłopakom też coś znajdziemy na te okoliczność – paplałam jak najęta, nie zwracając wcale uwagi na dziewczyny, które z uwagą słuchały mojego monologu.
O rany!! Ja tu cały czas mówię, jakbym to ja miała wychodzić za mąż, hi, hi. Uśmiechnęłam się, nieco zażenowana swoim zachowaniem.
- Jesteśmy tego samego zdania co pani – powiedziała Agnieszka. Zawsze marzyłam wystąpić kiedyś w pięknej, stylowej sukni jak prawdziwa dama.
- Ja też – wtrąciła Marzena. To będzie wspaniała uroczystość. Ale mi będą zazdrościć koleżanki. Byłam już na kilku ślubach i weselach, ale nasz będzie wyjątkowy – dodała gładząc welurową poduszeczkę w kształcie serca.
Rozmawiałyśmy do późnych godzin nocnych. Stanęło na tym, że dziewczęta zamówią sobie suknie ślubne na wzór tych z XIX wieku. Oczywiście każda inną, ale muszą być białe i z trenami. Do tego delikatne kapelusze z woalkami, przyozdobione kwiatami, takie jakie nosiły prawdziwe damy z tamtych lat.
Tak się rozmarzyłyśmy, że nie zauważyłam jak zrobiło się późno.
Pożegnałam dziewczęta i wróciłam do salonu. Chłopców już tam nie było, a mój kochany małżonek dopijał właśnie resztkę koniaku, zapraszając mnie do towarzystwa.
- Czyś ty chłopie zwariował! Powiedziałam podniesionym głosem. Jest pierwsza w nocy, a ty chyba trochę przeholowałeś z tymi trunkami?
- Oj żoneczko - daj spokój i usiądź tu przy mnie, teściowo, cha, cha, podwójna teściowo.
- Koniec imprezy! Zbieraj się do łóżka – krzyknęłam. Ale mój luby już tego nie usłyszał. Osunął się jak kłoda na sofę i pozostało mi tylko przykryć go kocem i wrócić do pokoju Lucyny.
Obudziłam się o dziewiątej. Boże już tak późno, przecież muszę przygotować śniadanie. Zerwałam się szybko z sofy i zbiegłam do kuchni. Już na schodach poczułam zapach świeżo zaparzonej kawy. Przy stole krzątała się Marzena.
- Śniadanie podano jaśnie pani – zakomunikowała Marzenka w koronkowym czepku na głowie i moim odświętnym kuchennym fartuchu. Odsunęła krzesło i zaprosiła mnie do stołu.
- Zaraz, zaraz kochana. Najpierw toaleta, a potem jedzonko – powiedziałam rozbawiona jej wyglądem. A łazience pewnie zimno, brrr.
- Jaśnie pani się myli, pokojówka Agens, już napaliła, hi, hi.
- No widzę moje drogie, że już przesiąkłyście tą atmosferą. Antonina z Konstancją powinny być zadowolone. Ale chyba naszymi panami, to nie możemy się pochwalić, nieprawdaż?
- To fakt – powiedziała Agnieszka, która właśnie weszła do kuchni. Wczoraj trochę przeholowali, a dziś będzie kac okrutnik – dodała zajmując miejsce przy stole.
Panów miałyśmy z głowy do obiadu. Ten czas przeznaczyłyśmy na dwugodzinny spacer z Barym.
Przy obiedzie już nie poruszałam tematu wczorajszej libacji, bo aż żal się robiło na sercu, widząc skacowane gębusie naszych mężczyzn.
- No cóż kochani, musicie zostać tu jeszcze do jutra, czy wam się to podoba, czy nie. Chyba zdajecie sobie sprawę z tego, że jazda samochodem w obecnej chwili nie wchodzi w grę.
Na szczęście przyznali mi rację i resztę dnia spędzili wszyscy w łóżkach. Dopiero na kolację powrócili do żywych.

Fragment 8
 
Nazajutrz po śniadaniu, pożegnaliśmy z mężem naszych gości. Ja zabrałam się za porządki, a mój małżonek pojechał po drzewo do kominka. Zostałam wreszcie sama i przyznam, że było mi to bardzo potrzebne. Lubię gości, ale lubię czasami samotność. No cóż nie da się oszukać czasu. Mam już swoje lata i najlepiej czuję się w moim dworku, gdzie jest cicho i spokojnie.
W końcu podjęliśmy z mężem decyzję o całkowitej przeprowadzce na wieś.
Teraz, kiedy dworek jest już w pełni umeblowany, można było spokojnie w nim zamieszkać.
Zbyszek podjął już pewne kroki z przeróbką pieców kaflowych na elektryczne. Ogrzewanie domu kominkiem nie wystarczało, a na palenie węglem, w takich piecach nie mogliśmy sobie pozwolić.
Zaplanowaliśmy w końcu z mężem przeprowadzkę, na którą z niecierpliwością czekał już Piotr z Marzenką. Od paru lat wynajmowali mieszkanie, więc wiadomość o naszej decyzji, młodzi przyjęli z wielką radością.
Marcin na szczęście mieszkał u Agnieszki, w dużym jednorodzinnym domu, więc na całe szczęście jemu się udało.
Powoli wszystko układało się jak należy. Ja w końcu mam swój wymarzony kąt, moi synowie nareszcie się ożenią. Czy jest coś, co mi jeszcze potrzebne do szczęścia? Tak... coraz częściej myślę o wnukach. Już widzę małe dzieciaki bawiące się w ogrodzie, słyszę jak wołają do mnie babciu. To moje następne marzenie. Teraz miałam na głowie śluby synów i to było w tym momencie najważniejsze.

Od prawie miesiąca nie miałam żadnych wiadomości od Grażyny. Próbowałam
wielokrotnie do niej dzwonić, jednak bez rezultatu. Właśnie dochodziła dwunasta w południe, kiedy zadzwonił telefon. Na wyświetlaczu zobaczyłam jej numer.
- Halo! Witaj Wandziu - usłyszałam znajomy głos w słuchawce.
- No! W końcu się odezwałaś - co się z tobą działo dziewczyno? Od miesiąca próbuję się z tobą skontaktować - powiedziałam.
- Wybacz, ale byłam w Warszawie. Dostałam zadanie do wykonania i w tym czasie nie mogłam korzystać z prywatnego telefonu - no wiesz, takie procedury.
- A cóż to za zadanie? Zapytałam.
- Psychologiczne, taką przecież wykonuję pracę. Ale nic więcej nie mogę ci zdradzić, sory.
- Oczywiście nie było pytania - odparłam trochę zawstydzona. Zapomniałam na śmierć, że moja znajoma pracuje w Policji i obowiązuje ją tajemnica zawodowa.
- A co tam u was? Zapytała.
- Moja droga! U nas totalne zmiany! Prawie krzyknęłam do słuchawki. Musimy się spotkać.
- Jesteś bardzo tajemnicza - czy możesz  uchylić rąbka tajemnicy? Zapytała.
- Nie ma mowy, sama zobaczysz na miejscu. Czy możemy spotkać się u mnie wieczorem?
- No jasne, że tak! Może być o dwudziestej? Zapytała
-  Tak, czekam o dwudziestej - przygotuj się na rewelacje.
Grażyna przyjechała punktualnie. Najpierw zaprosiłam ją do salonu i pokazałam zdjęcia, które zrobiła Lucyna.
- To piękna biżuteria, ale nadal nic nie kumam - o co chodzi z tymi zdjęciami?
- Te cudeńka Należą do mnie, no.... właściwie to należały do mnie, z małymi wyjątkami - powiedziałam.
- Wygrałaś w Totolotka? Zapytała zdziwiona.
- Coś w tym rodzaju - powiedziałam.
- To w takim razie zamieniam się w słuch. Grażyna usiadła na sofie i utkwiła we mnie wzrok.
Opowiedziałam jej wszystko z najmniejszymi detalami. Moja znajoma słuchała tego wszystkiego z otwartymi ustami. Chłonęła każde słowo nie próbując mi przerywać. Kiedy skończyłam, przełknęła głośno ślinę i poprosiła o szklankę wody.
- Otrzymałaś spadek z przed stu lat? To niewiarygodne!
- To prawda. Takie rzeczy zdarzają się tylko w bajkach, a ja chyba jestem w jakiejś bajce.
Postawiłam na stole kufer z resztą kosztowności. Grażyna wyciągała powoli jego zawartość i z wypiekami na twarzy przyglądała się dokładnie każdej rzeczy
Otwarła medalion ze zdjęciem Antoniny i długo mu się przyglądała. Ręce jej drżały z przejęcia.
- To tak wyglądała nasza szlachcianka.... Trzeba przyznać, że była naprawdę piękną kobietą. A to zapewne Konstancja? Zapytała, patrząc na drugi medalion.
- Na to wygląda – wtrąciłam.
- A to co? Zapytała wyciągając listy.
- Ten temat zostawmy na potem. Muszę dawkować napięcie. Mam nadzieję, że jeszcze nie zbierasz się do domu?
- No, wiesz? W takiej sytuacji ? Mowy nie ma.
- Wanda, czy orientowałaś się już, jak to wszystko wygląda ze strony prawnej? No wiesz, podatek, znaleźne i te sprawy? Zapytała.
- Tak, zaraz do tego wrócimy. Przy filiżance dobrej kawy dowiesz się więcej, ale teraz chcę ci coś pokazać – zwróciłam się do znajomej i zaprosiłam ją do naszych pokoi na piętrze.
Grażyna była pod wielkim wrażeniem zmian, jakich dokonaliśmy.
- No, no... kochanieńka.... twoje chłopaki mają dobry gust. Nawet nie przypuszczałam, że tak można było zmienić te wnętrza.
- Chłopaki też tu miały swój udział, ale ich narzeczone same sobie zaprojektowały swoje gniazdka. Na oko widać, że kobieca ręka dokonała tego wszystkiego.
- Zaraz, zaraz, czy jest jeszcze coś o czym nie wiem? Zapytała.
- Tak... ale to już za chwilę – odpowiedziałam tajemniczym tonem.
 Po prezentacji, wróciłyśmy do salonu. Ja poszłam zaparzyć kawę, a Grażyna zajęła miejsce na sofie. Przez uchylone drzwi z kuchni, obserwowałam jak  przegląda listy.
- I co ty na to wszystko? Zapytałam stawiając na stole filiżanki z kawą
- Brak mi słów – powiedziała, odkładając pożółkłą kartkę papieru na stół.
Mam nadzieję, że nie obrazisz się za  moją wścibskość, ale przejrzałam pobieżnie te listy. Wygląda na to, że historia tych kobiet, opowiadana  z  pokolenia  na pokolenie wydaje się być bardzo wiarygodna. Antonina żyła w świadomości, że chłopak ją zostawił, a jej córka nigdy nie poznała swojego ojca. Popatrz, jak on ją musiał kochać. Pisał do niej takie piękne listy i nigdy nie dostał żadnej odpowiedzi. To straszne, czego dopuścili się jej rodzice. Boże! Dobrze, że my żyjemy w innych czasach. Wanda, ty musisz koniecznie się dowiedzieć coś na temat tego legionisty, a ja ci w tym pomogę. Być może, żyje jeszcze jakiś jego potomek, lub ktoś z rodziny.
- Też o tym pomyślałam, ale nie będzie to takie łatwe – powiedziałam rozkładając bezradnie ręce.
- Nie ma rzeczy niemożliwych, tylko trzeba trochę cierpliwości. Można zasięgnąć informacji na temat tego pułku, który stacjonował w dworze. Przecież istnieją jakieś stare kroniki?
- Masz rację, spróbuję się tym zająć w najbliższym  czasie, musisz mi pomóc.
- Masz moje słowo – powiedziała Grażyna, wkładając listy z powrotem do kuferka. No ale ta biżuteria? To dla mnie szok! I co dalej zrobisz z tym fantem?
Wytłumaczyłam znajomej, że wszystko jest według prawa.
- Podatek zapłacony i testament został zalegalizowany – wyjaśniłam. Znajomy Karola od ubezpieczeń zajął się wszystkim, nawet namówił mnie na zabezpieczenie pozostałych kosztowności, twierdząc, że licho nie śpi.
Chciałam jeszcze opowiedzieć o zmianach w mojej rodzinie, ale spostrzegłam na jej twarzy zmęczenie. Była blada, a sińce pod oczami wskazywały a to, że jest po wielu nieprzespanych nocach.
- Grażynko padasz z nóg - powiedziałam. Twoje ostatnie zadanie chyba całkowicie cię wykończyło - czy  mam rację?
- To prawda jestem cholernie wykończona – odpowiedziała.
- No dobra... jak to mówi mój mąż - jutro też jest dzień. Dlatego zwalniam cię, oczywiście dla twojego dobra. Spotkamy się jak odzyskasz formę.
Widziałam, że z ulgą przyjęła moją decyzję. Po uzyskanej obietnicy z jej strony, że niebawem się spotkamy, pożegnałam przyjaciółkę i wróciłam do salonu.
Na jutrzejszy dzień zaplanowałam sobie odwiedziny u mojej przyjaciółki.
Asia, była świeżo po rozwodzie i nie najlepiej znosiła tą sytuację. Postanowiłam ją odwiedzić i jakoś pocieszyć. Spakowałam zdjęcia moich kosztowności, odłożyłam na komodę medalion ze fotografią Antoniny, bo chciałam go jutro ubrać na wizytę u przyjaciółki. Zbyszek miał coś do załatwienia w Krakowie, więc obiecał zawieźć mnie na miejsce.
Rano zaraz po śniadaniu, zabraliśmy Barego i ruszyliśmy do miasta. Umówiliśmy się na wizytę z zaprzyjaźnionym weterynarzem, bo pies miał być zaszczepiony na wściekliznę. Mąż wysadził mnie przed blokiem Asi i odjechał.
Kupiłam ciastka w pobliskiej cukierni i pokonując dwa pietra stanęłam przed drzwiami przyjaciółki. Mimo, ze głośno pukałam, nikt nie otwierał, Stałam tak prawie dziesięć minut. W końcu usłyszałam kroki za drzwiami, które po chwili otworzyła jakaś obca kobieta.
- O... przepraszam, chyba pomyliłam adres – powiedziałam zaskoczona.
- A pani do kogo? Zapytała nieznajoma.
- Do Joanny Zorskiej – odpowiedziałam.
- To dobrze pani trafiła, proszę wejść.
Kobieta zaprosiła mnie do środka.
- Jestem matką Joanny – zwróciła się do mnie podając dłoń na przywitanie. Długo się znacie z córką? Zapytała, wskazując mi miejsce na skórzanym fotelu.
- Tak – odparłam. Pracowałyśmy razem, przez kilkanaście lat. Czy coś się stało?
Starsza pani, wyjęła chusteczkę z kieszeni swetra i wytarła załzawione oczy.
- Joasia..... ona.... proszę pani jest w szpitalu. Próbowała popełnić samobójstwo – wykrztusiła z siebie i zaniosła się płaczem.
- Boże miłosierny!! Dlaczego? Dopiero z nią rozmawiałam jakieś parę dni temu – krzyknęłam.
- Wczoraj chciała się otruć i gdyby nie listonosz który poczuł gaz, pewnie by jej nie odratowali. To on zawiadomił sąsiadów i wezwał pogotowie – powiedziała kobieta zanosząc się płaczem. Proszę pani, ona go tak kochała, a ten drań zostawił ją dla jakiejś lafiryndy. Tłumaczyłam jej, że nie jest wart funta kłaków, ale nie chciała mnie słuchać. Czuję się trochę winna – kontynuowała. W ostatnich dniach była bardzo przygnębiona. Nie wychodziła prawie z domu. Prosiła mnie, żebym do niej przyjechała, ale ja obiecałam drugiej córce, że zajmę się wnukami. Nie było mnie przy niej, kiedy tak potrzebowała kogoś bliskiego. Boże, nigdy sobie tego nie wybaczę.
 - To nie pani wina - próbowałam uspokoić matkę Asi. Jeśli miała zamiar coś sobie zrobić, to i tak by jej pani nie upilnowała. Teraz już obie wiemy, że trzeba jej pomóc z tego wyjść. W którym leży szpitalu? Zapytałam.
- Na Kopernika – odpowiedziała.
- To w takim razie, nic tu po mnie – zwróciłam się do kobiety, wstając z fotela.
Jadę ją odwiedzić. Do zobaczenia! Krzyknęłam na odchodne i zbiegłam szybko po schodach. Dopiero na zewnątrz, rozbeczałam się jak dziecko..

Fragment 9

Zadzwoniłam po taksówkę i pojechałam do szpitala.
Na portierni dowiedziałam się, na którym oddziale leży Asia.
- Pani do kogo? Zapytała pielęgniarka wychodząca z dyżurki.
- Do Joanny Zorskiej – odparłam.
- Czy pani jest z rodziny?
- Nie, jestem przyjaciółką. Właśnie przed chwilą dowiedziałam się od jej matki co się stało. Dlatego tu jestem.
- Przykro mi, ale pacjentka nie życzy sobie żadnych odwiedzin. Gdyby była pani z rodziny to co innego, ale pani Joanna wyraźnie zaznaczyła, że nie chce nikogo widzieć – powiedziała dziewczyna stanowczym tonem.
Zagotowałam. Momentalnie podniosło mi się ciśnienie. Zagrodziłam jej drogę, bo próbowała mnie wyminąć, uznając rozmowę za zakończoną.
- Posłuchaj mnie dziecko uważnie – zwróciłam się do młodej dziewczyny, próbując opanować nerwy. Nie odejdę stąd, póki nie zobaczę się z koleżanką. Byłyśmy dziś mówione na spotkanie u niej w domu, jednak jej tam nie zastałam. Kiedy się dowiedziałam co chciała zrobić, natychmiast tu przyjechałam i nie odejdę, zanim jej nie zobaczę. Czy teraz już pani rozumie?
- No... ale.... miałam wyraźny zakaz wpuszczania tu kogoś obcego.
Dziewczyna próbowała się tłumaczyć, jednak widząc moje wzburzenie skapitulowała.
- No dobrze, tylko proszę jej długo nie męczyć swoją obecnością. Leży w siódemce – powiedziała machając dłonią tak, jakby chciała pozbyć się natrętnej muchy.
Bez problemu odnalazłam salę wskazaną przez pielęgniarkę i stanęłam pod drzwiami z bijącym sercem. Dopiero kiedy się  trochę uspokoiłam, nacisnęłam klamkę i weszłam do środka.
- Dzień dobry Asiu – powiedziałam. Byłyśmy dziś umówione na spotkanie, czyżbym źle zapisała adres? – Próbowałam być zabawna.
- Przyjaciółka podniosła głowę z poduszki i spojrzała na mnie zdziwiona.
- A co ty tu Wandziu robisz? – zapytała prawie szeptem, odwracając się do mnie plecami.
Stałam zupełnie bezradna przy łóżku Asi i nie wiedziałam co robić. Słyszałam, jak płacze, chowając głowę pod kołdrę.
- Dobra Aśka, dosyć tego mazania się. Kiedy wychodzisz? Muszę to wiedzieć, bo mam zamiar zabrać cię do siebie – wypaliłam jednym tchem. Mamy sobie chyba do pogadania, więc zbieraj się do życia, jedziesz do mnie – dodałam siadając na brzegu lóżka.
Przyjaciółka odwróciła się w moją stronę i poprawiając zmiętą kołdrę, usiadła na łóżku.
- Jutro mnie wypisują – powiedziała wycierając zapłakane oczy, zmiętą i mokrą od łez jednorazową chusteczką.
Sięgnęłam do torebki i podałam jej nowe opakowanie.
- Dzięki za wszystko – zwróciła się do mnie, ale nie mam nastroju na wizyty. Wybacz. Muszę przemyśleć parę spraw i nie chcę cię nimi obarczać.
- A... czy pytałaś mnie o zdanie? Powiedziałam. Może ja chcę byś mnie obarczyła swoimi problemami, przecież jesteśmy przyjaciółkami na dobre i na złe, czyż nie mam racji?
Naszą rozmowę przerwała wizyta lekarska. Musiałam opuścić salę i wyjść na korytarz.
- Czy można już tam wejść? Spytałam lekarza który ostatni opuszczał salę chorych. Skinął głową na znak, że obchód zakończony.
Asia wstała z łóżka i założyła szlafrok. Przed lustrem przyczesała włosy i zaproponowała spacer do szpitalnego parku. Dopiero na zewnątrz, zauważyłam jak źle wygląda. Była przeraźliwie blada i miała podkrążone i opuchnięte od płaczu oczy.  Usiadłyśmy na pobliskiej ławce.
- Aśka.... to co zrobiłaś, było głupie. Powiedz mi tak szczerze, czy ten człowiek był tego wart? – Zwróciłam się do przyjaciółki, która siedziała z opuszczoną głową, zawiązując kolejny supeł na pasku od szlafroka.
- Kochałam go bardzo, dlaczego mi to zrobił? I to jeszcze z taką młodą dziewczyną. Przeżyliśmy tyle lat ze sobą, niczego nam nie brakowało... No... Może tylko dzieci. Wiedziałam, że był bezpłodny, ale przecież to nie jego wina. Mimo, że marzyłam o dziecku, nigdy nie dawałam mu do zrozumienia, że to przez niego. To wszystko mnie przerosło, Wandziu.
- Jeszcze do ciebie wróci jak zbity pies z podkulonym ogonem, zobaczysz. Typowy samiec, włos siwieje a tyłek szaleje. Chciał się sprawdzić u boku młodej kobiety i tyle. Tylko zapomniał o jednym. Jego zegar biologiczny bije już na alarm, czasu nie cofnie, a jego nowa lala szybko się znudzi podstarzałym facetem. Pomyśl teraz o sobie. To co się stało, nie jest jeszcze końcem świata.
Masz dobrą emeryturę, zostawił ci mieszkanie, zacznij działać bez niego. Czy rozumiesz o czym mówię? Zapytałam.
- Pewnie masz rację, ale teraz mam taki mętlik w głowie.
- Dlatego zabieram cię jutro na wieś. Pobędziesz jakiś czas na świeżym powietrzu i zaraz się lepiej poczujesz. Zgoda?
Asia, wstała z ławki i wtuliła się w moje ramiona.
- Myślę, że to dobry pomysł Wandula. Teraz jest mi potrzebny ktoś taki jak ty, z pozytywna energią – powiedziała zanosząc się ponownie płaczem.
- Wracaj do sali koleżanko. Ja teraz pędzę na jakieś zakupy, bo jeśli mam zostać w Krakowie, to muszę zadbać o jakieś zaopatrzenie na dziś. W drodze powrotnej zadzwoniłam do Zbyszka z wiadomością, że odkładamy powrót do jutra. Krótko zrelacjonowałam mu powód. Mąż zmartwił się bardzo tym co usłyszał. Asia była jedną z moich przyjaciółek, którą wyjątkowo tolerował.
Następnego dnia, w południe, pojechaliśmy po Aśkę do szpitala. Na miejscu była już tam jej matka. Dziękowała mi bardzo za to, co robię dla jej córki. W końcu zauważyłam spokój na twarzy tej kobiety.
Asia zabrała z mieszkania kila drobiazgów i  zeszła do samochodu, gdzie czekaliśmy na nią z mężem i Barym.
Pies jak zwykle po wizycie u weterynarza był na nas obrażony. Siedział tyłem do mnie i dopiero kiedy weszła Asia, odwrócił się łaskawie, witając ją leniwym ruchem ogona.
Zbyszek podczas podróży zabawiał nas rozmową, unikając kłopotliwego tematu.
Kiedy dotarliśmy na miejsce, zauważyłam u przyjaciółki lekkie rozluźnienie. Odetchnęłam z ulgą. Będzie dobrze – pomyślałam  wysiadając z auta.
- Boże, jak tu pięknie – zawołała Asia. To prawdziwy wiekowy dwór, nic się nie chwaliłaś – dodała, kierując swoje kroki w stronę leszczynowego zagajnika.
- Mówiłam ci kochana, tylko ty mnie chyba nie słuchałaś – wyjaśniłam.
- Zostań tu, zaraz wracam - powiedziałam. Zrobię coś do picia i póki słońce świeci, posiedzimy sobie w tych leszczynach.
Kiedy wróciłam, Asia spacerowała po ogrodzie. Pomyślałam, że może przez chwilę chce być sama, więc postanowiłam nie zakłócać jej spokoju.
Uzgodniłam z mężem, że na jakiś czas przeniesie się do mojego pokoju na górze. Asia nie może teraz być sama. Zbyszek zgodził się ze mną, a nawet wpadł na świetny pomysł powrotu do Krakowa. Piotrek z Marzenką planowali właśnie przeprowadzkę do naszego mieszkania, więc postanowił im w tym pomóc.
- No jak, podoba ci się u mnie? Zapytałam przyjaciółkę, która wróciła do zagajnika.
- Tu jest cudownie Wandziu, tak cicho i ten ogród... Sama go zaprojektowałaś?
- Właściwie sama. Zbyszek wszystko tu skopał, bo ja bym sobie z tym nie poradziła, ale kwiaty i krzewy to wyłącznie moja zasługa – wyjaśniłam z dumą w głosie. Jak wypijemy kawę, to pokażę ci dworek w środku, ale teraz usiądź przy mnie.
Przez chwilę siedziałyśmy w milczeniu. Przyjaciółka była jakaś nieobecna, patrzyła przed siebie tępym wzrokiem, a na jej twarzy widać było smutek i cierpienie.
- Wiesz Asiu – zagadnęłam. Myślę, że zostawimy ten temat na inny czas. Postaraj się na chwilę zapomnieć o tym co się stało. Jak będziesz gotowa porozmawiać, to daj mi znać. A teraz zabieram cię do mojego królestwa – powiedziałam chwytając ją za rękę. Idziemy.
Moja przyjaciółka była zachwycona wnętrzem dworku. Co jakiś czas klaskała na znak, jak bardzo jej się wszystko podoba. Kiedy zeszłyśmy z piętra, zaprowadziłam ja do salonu i usadziłam na sofie.
- A teraz moja kochana przygotuj się na rewelacje – powiedziałam tajemniczym głosem.
Na stole postawiłam kufer z kosztownościami i  wyjęłam jego zawartość. Podałam jej listy.
- Zanim zacznę swoją opowieść – zwróciłam się do przyjaciółki, przejrzyj to. Ja w tym czasie zajmę się przygotowaniem obiadu.
- O Boże! A skąd ty to masz? Ta biżuteria... znalazłaś skarb? Zapytała patrząc na mnie, szeroko otwartymi ze zdziwienia oczami.
- Zgadłaś, ale to za chwilę. Teraz zostawiam cię samą – powiedziałam i udałam się do kuchni.
- Myślisz, że dojdzie do siebie? Zapytał mąż, który kończył właśnie dopijać kawę.
- Ciii.... bo jeszcze usłyszy – powiedziałam ściszonym głosem. Myślę, że tak. Trzeba tylko odwrócić jej uwagę od problemu i będzie dobrze, no przynajmniej mam taka nadzieję – dodałam.
- Ok. Pomóc ci coś? Zapytał Zbyszek
- Nie, poradzę sobie.
- To w takim razie idę na górę trochę się zdrzemnąć.
- Obudzę cię na obiad – powiedziałam do męża całując go w policzek.
Byłam mu bardzo wdzięczna za wyrozumiałość i zrozumienie problemu. Zawsze mogłam na niego liczyć w trudnych sytuacjach, a ta była wyjątkowa.
Po godzinie wróciłam do salonu. Moja przyjaciółka siedziała z wypiekami na twarzy. Była tak pochłonięta czytaniem listów, że nawet nie zauważyła
 jak weszłam.
- To jakaś niesamowita historia – zwróciła się do mnie, kiedy chrząknęłam na znak, że tu jestem. Dlaczego ona mu nie odpisała ani na jeden list? Zapytała.
- Zaraz ci wszystko opowiem – powiedziałam siadając obok niej na sofie.
Zaczęłam od początku. Jak kupiłam dworek, ile miałam z tym problemów, jak Bary odkopał skarb i co było dalej. Powiedziałam o dziwnych zjawiskach w dworku, o zgaszonych świecach i zapachu fiołków. Kiedy skończyłam moją opowieść – zapytała.
- Czy myślisz, że w dworze krążą duchy tych szlachcianek?
- Myślę, że tak – odpowiedziałam. Bo jak wytłumaczyć sytuację ze świecami, czy też zapach fiołków, który czuła Lucyna jak wróciłam na ognisko. To wszystko jest takie tajemnicze i nie potrafię inaczej tego wyjaśnić.
- Niesamowite! A nie boisz się? Zapytała z przerażeniem w oczach.
- Cha, cha, czego mam się bać. To zapewne dobre duchy Asiu. Nie rzucają sprzętami, nie starszą mnie po nocach. To pozytywne duszyczki, jeśli oczywiście nie są tylko w mojej wyobraźni – dodałam.
- Sama nie wiem, co mam o tym wszystkim myśleć – powiedziała Asia odkładając listy na stół. Ale.... przecież nikt nie wie tak naprawdę, czy istnieje życie pozagrobowe.
- No właśnie. Mnie to osobiście nie przeszkadza. Jeśli w tym dworku mieszkają duchy, to ja nie mam nic przeciwko temu, hi, hi. – zaśmiałam się przytulając wystraszoną przyjaciółkę. Ale ty się chyba nie boisz? Zapytałam.
Asia pokiwała przecząco głową, ale nie byłam do końca pewna, czy tak jest naprawdę.
Odstawiłyśmy kosztowności do kufra i wróciłyśmy do kuchni. Przyjaciółka zaproponowała, że obierze ziemniaki do obiadu, a ja zajęłam się rozbijaniem kotletów. Podczas tych przygotowań, opowiadałam jej o moich synach i ślubach, które miały odbyć się za rok. Paplałam tak przez cały czas, nie dając jej dojść do słowa. Kątem oka, zauważyłam zmiany na jej twarzy. Wyraźnie znikło napięcie i nawet parę razy, pojawił się delikatny uśmiech.
Kiedy obiad był już gotowy, zawołałam męża i wszyscy razem zasiedliśmy do stołu. Po skończonym posiłku, zaproponowałam Asi poobiednią drzemkę. Widziałam, że z ulgą przyjęła moją propozycję. Ulokowałam ją w salonie i otuliłam welurowym kocem. Kiedy zamykałam drzwi, usłyszałam miarowy oddech. Zasnęła jak dziecko.

Fragment 10

Z każdą chwilą dochodzi do mnie, że duch Antoniny, to nie moja wybujała fantazja.
Czy sprawię, by przyjaciółka odnalazła upragniony spokój.
Zaczynamy poszukiwania.

Wyszłam do ogrodu i usiadłam na mojej ulubionej ławeczce. Ptaki w tym dniu wyjątkowo pięknie śpiewały. Z przyjemnością patrzyłam na swój wypielęgnowany ogród. Marzyło mi się jeszcze oczko wodne, z małymi kolorowymi rybkami. Zbyszek obiecał się tym zająć jeszcze przed zimą. Już nawet wykarczował kawałek ziemi na końcu ogrodu. Ale teraz głowę miałam zaprzątniętą czymś innym. Układałam plan zorganizowania pobytu Asi w moim dworku.
Moje rozmyślania przerwała przyjaciółka, która pojawiła się na werandzie.
- Dusia - dlaczego mnie nie obudziłaś? Zapytała.
Dusia to skrót od Wandusia, jakiego używały moje koleżanki w pracy.
- Szkoda czasu na sen – powiedziała Asia siadając obok mnie. Nie wiem czy byłaś tak bardzo przekonująca w swoim opowiadaniu, czy mi się tylko wydawało, bo kiedy się obudziłam to czułam intensywny zapach fiołków. No... powiem ci, że przeszły mnie ciarki i nawet zajrzałam na parapet aby sprawdzić, czy nie ma tam tych kwiatów na parapecie.
- Mówisz serio? A może sobie ze mnie żartujesz? Zapytałam.
- Daleko mi do żartów, wyraźnie pachniało fiołkami.
- To znaczy.... to znaczy, że ona tu jest! Czyli nie muszę się już obawiać o swój stan psychiczny – powiedziałam z ulgą w głosie.
- Wygląda na to Dusia, że w tym dworku są duchy – powiedziała Asia. A co na to wszystko Zbyszek? Zapytała.
- Jak każdy mężczyzna. Słucha wszystkiego z przymrużeniem oka i czasami ironizuje – wyjaśniłam. Ale wcale się mu nie dziwię, bo sama musisz przyznać, że to co tu się dzieje, jest dziwne i niewytłumaczalne.
- A ja w to wierzę – odezwała się Asia. Kiedyś czytałam książkę o zjawiskach paranormalnych. Było tam kilka opowieści ludzi, którzy mieli styczność z duchami. Pamiętam jedną z nich. Pewna kobieta zgłosiła się do egzorcysty z prośbą o pomoc. Twierdziła, że w jej domu dzieją się dziwne rzeczy. Książki spadają z półek, światło samo gaśnie i wydaje jej się, jakby ktoś chodził po domu, a mieszkała sama.
- I co dalej? Zapytałam.
- Podobno wizyta egzorcysty pomogła.  Ustały wszystkie hałasy i kobieta odzyskała spokój.
- Czy sugerujesz, że ja też powinnam tu wezwać księdza?
- Niczego nie sugeruję, tylko dałam ci przykład na to, że jednak występują takie zjawiska i jak do tej pory, nikt nie potrafił znaleźć na to stosownego wytłumaczenia – powiedziała Asia.
- To mi teraz nabiłaś ćwieka do głowy. Bo ja cały czas myślałam, że to tylko moja wyobraźnia, ale teraz kiedy i ty czułaś ten zapach, a przecież Lucyna też sobie tego nie wymyśliła, wtedy na ognisku, to już sama nie wiem co mam o tym myśleć.
 - To w takim razie musimy coś zrobić, aby duch Antoniny wrócił tam gdzie jest jego miejsce. Widocznie za życia nie załatwiła jakiś spraw do końca i teraz szuka pomocy u ciebie. Tylko co takiego ją tu trzyma? Zapytała przyjaciółka.
- Ja myślę, że jedynym powodem który ją tu trzyma, jest   Marcel. Kiedy ojciec na łożu śmierci przekazał jej listy od niego, musiała bardzo rozpaczać. Może nawet chciała go odnaleźć, żeby wytłumaczyć się, dlaczego nie odpisywała. Pomożesz mi w rozwikłaniu tej zagadki?
- Oczywiście, że tak, nie mam nic innego do roboty. Z chęcią zajmę się tym. Tylko co mam robić?
- Musimy opracować plan. Grażyna i Lucyna, też wezmą w tym udział. Czyli działamy?
Naszą rozmowę przerwał Zbyszek, który wyszedł z domu.
- To co dziewczyny - zastawiam was same na gospodarstwie – powiedział wsiadając do samochodu. Wrócę tu za dwa dni. Czy potrzebujesz coś z mieszkania Wandziu? Zapytał.
- Sama nie wiem – odparłam. Muszę w najbliższym czasie zrobić listę najważniejszych rzeczy. Ale mamy jeszcze sporo czasu, bo zanim Piotrek się tam przeprowadzi to trochę minie.
- To trzymajcie się! Zawołał i odjechał z piskiem opon.
Zamknęłam bramę i wróciłam do Asi.
- Ta brawura kiedyś go zgubi. Mój mąż lubi szybką jazdę, ale nic sobie z tego nie robi, jak go ostrzegam, że kiedyś może się to źle skończyć.
 No, to mamy trochę spokoju i możemy bez problemów ustalić plan działania – zwróciłam się do przyjaciółki.
Na dworze zmierzchało i zrobiło się chłodno. Uznałyśmy, że czas opuścić leszczynowy zagajnik.
Po kolacji, usadowiłyśmy się z Asią w salonie. Zbyszek przed wyjściem dołożył drewna do kominka, więc zrobiło się przytulnie i ciepło. Zapaliłam świece i wyjęłam z kufra listy.

Próbowałyśmy z przyjaciółką przeanalizować, każde napisane tam słowo. Miałyśmy nadzieję, że trafimy na jaki ślad, który nam pomoże w dalszych poszukiwaniach.

Fragment 11

A jednak duchy istnieją

Po godzinie czytania listów stwierdziłyśmy z Asią, że nie tędy droga.
Nie było kopert, więc nie bardzo wiedziałyśmy, skąd przychodziła korespondencja.
- Wiesz – zwróciłam się do Asi - myślę, że trzeba poszukać w starych kronikach z tego okresu. To chyba nie będzie trudne. Jak wrócisz do Krakowa, to zajmij się tym. Masz już pierwsze wskazówki. Czyli, to co do tej pory odkryłyśmy. Teraz dużo od ciebie zależy. Jakieś przekazy z tamtego okresu. Może uda ci się zdobyć informację, gdzie po opuszczeniu dworu Bilewskich, stacjonował pułk Marcela. To nas powinno  naprowadzić na ślad.
- A gdzie mam szukać materiałów? Zapytała Asia.
- Myślę, że w Epikach, lub w jakiś archiwach? Sama nie mam pojęcia. No cóż kochana... Jesteś w grupie dochodzeniowej?  Działaj. Ja już mam na głowie ducha Antoniny, wiec nie wymagaj ode mnie więcej –powiedziałam. No dobra, nie przejmuj się Asiu. Nie ma takiej zagadki, której bym nie rozwiązała. Nawet jak  nie dasz rady to i tak będę ci wdzięczna, że spróbujesz -  dodałam.
Asia próbowała grać wyluzowaną, ale kiepsko jej to wychodziło. To był dla mnie najgorszy egzamin.  Czy sobie poradzę? Czy tajemnica którą kryje stary dwór, odciągnie ją od bieżących spraw? Miałam poważne obawy.
Kiedy odbierałam wypis ze szpitala, lekarz ostrzegł mnie, że jeśli pacjentka nie będzie zażywać leków na uspokojenie, to depresja się pogłębi  i mogą powrócić myśli samobójcze. Teraz wszystko zależało ode mnie.
 - Nikt oprócz pani i jej matki nie interesował się  jej stanem. Czy jest pani świadoma, jaka odpowiedzialność na pani ciąży? Zapytał, odbierając w tym czasie telefon.
Siedziałam jak  ten muł, kiedy doktorek szczebiotał do jakiejś lali, że nie ma problemu i zamówi stolik na dzisiejszy wieczór, itd. Kiedy wreszcie skończył rozmowę, zadałam pytanie.
- Od kiedy pan doktor w branży?
-To jakiś sondaż? Zapytał.
- Nie, samo życie doktorze. Próbuję do Pana dotrzeć.
- Tak? A w jakim celu?
- A w takim panie doktorze, że prywatne sprawy to jedna sprawa a ludzkie tragedie to druga sprawa. Widzę, że pan o tym zapomniał.
- Może pani jaśniej, bo zmęczony jestem – powiedział wstając od biurka.
- Oczywiście, że mogę tylko jestem tak nauczona, że jak ktoś jest w gościach, to należy poświęcić mu więcej uwagi i czasu. A pan jakby nie patrząc na to co się dzieje, próbuje opuścić nasze spotkanie po angielsku. Czyż nie mam racji?
- A pani u mnie w gościach, hi, hi. – zażartował.
- Sądząc po pana zachowaniu, to raczej nie wygląda na wizytę w szpitalu? Mam rację?
- Już wiem, pani jest z telewizji. Ale tak z zaskoczenia? To nie fair. Nie jestem przygotowany, niech mi pani da przysłowiowe pięć minut, ok.? – powiedział z nutką ironii w głosie.
- Sorry, gdybym była z telewizji, to pana już tu nie ma, rozumiemy się?
- Pani mi grozi? Zapytał .
- Ależ panie doktorze! Ja tylko próbuję pomóc mojej przyjaciólce i w jej imieniu proszę pana o wskazówki, co dalej. Wypisanie leków nie załatwi sprawy. Jej potrzebna jest psychoterapia, dlatego poproszę o skierowanie.
- Tym zajmuje się lekarz pierwszego kontaktu, moja rola zakończona – powiedział, kierując swoje kroki w stronę drzwi.
- Ale ja jeszcze nie skończyłam z panem rozmowy.
- Dobrze. Nie wiem kto panią tu nasłał, wypiszę odpowiednie skierowanie dla pani Zorskiej.
- No, w końcu się dogadaliśmy panie doktorze. Sprawy prywatne niech pan załatwia po godzinach pracy – wycedziłam przez zaciśnięte zęby i żegnając się ozięble, wyszłam z gabinetu.
Teraz ja jestem odpowiedzialna za Asię. Zdobyłam skierowanie do psychiatry, ale jak mam jej o tym powiedzieć. Mój Boże! Może wizyta u mnie ustrzeże ją przed wizytami w takich gabinetach? Ale jak do tej pory, czarno to widziałam.  Asia cały czas grała i udawała, że wszystko jest ok. Ja jednak wiedziałam swoje.
Zrobiło się późno. Zaproponowałam koleżance, że jutro wrócimy do tematu. Asia przyjęła moją propozycję z ulgą.
- To jak? Zapytałam -  chcesz tu spać sama? Bo ja mogę sobie pościelić na górze.
- Dusia... nie zostawiaj mnie! Nie dlatego, że boję się duchów, tylko nie chcę być sama – powiedziała łamiącym się głosem.
- Ok. Śpimy razem, tylko nie chrap, bo tego nie znoszę – powiedziałam, żartobliwie.
Dobrze, że nasza sofa w salonie była wyjątkowo duża. Bez problemu, mogło tam spać kilka osób. Ale jak to bywa w życiu, nie obyło się bez niespodzianek. Kiedy wypalił się ostatni kawałek drewna w kominku, do naszej dwójki dołączył Bary. Stanął naprzeciw mojego nosa wystającego spod kołdry i skamlał  tak żałośnie, że musiałam go wpuścić. Usadowił się w naszych nogach i parskając z zadowolenia usnął, w przeciwieństwie do mnie.
Nie mogłam zasnąć. Patrzyłam na śpiącą przyjaciółkę i było mi jej bardzo żal. Wyglądała jak mała dziewczynka, którą ktoś strasznie skrzywdził. Co jakiś czas, pojawiał się na jej twarzy bolesny grymas. Nawet przez sen cierpiała.
Kiedy próbowałam się odwrócić na drugi bok, nagle... tuż przy komodzie zauważyłam postać kobiety. To była ona, Antonina. Ta sama, jaką widziałam wtedy w salonie. Teraz stała nieruchomo, trzymając w ręku flakonik z perfumami. Kiedy podniosłam głowę, by lepiej się przyjrzeć, rozpłynęła się jak mgła. I kto mi w to uwierzy? – Pomyślałam. Asia? Czy może mój pies?
Co chciała mi przekazać? Dlaczego tak szybko znikła? – Zadawałam sobie w myślach pytania. W końcu zmęczona usnęłam.
Rano, z przerażeniem zobaczyłam puste miejsce obok mnie. Zerwałam się z sofy i pobiegłam do kuchni.
- Boże! Ale mnie wystraszyłaś – powiedziałam do przyjaciółki, która krzątała się po kuchni. Widzę, że ranny ptaszek z ciebie. Dlaczego mnie nie obudziłaś? Zapytałam, widząc kanapki z pastą serową na stole.
- A... tak słodko spałaś, więc postanowiłam zrobić ci niespodziankę i sama zajęłam się śniadaniem – powiedziała, nalewając świeżo zaparzoną kawę do filiżanek. Wiesz... miałam piękny sen. Śniła mi się Antonina. Stała przy twojej komodzie z flakonikiem perfum w dłoni i uśmiechała się do mnie. Jak myślisz? Co może oznaczać ten sen?
Spojrzałam na przyjaciółkę, która z wielką starannością ścierała ceratowy obrus na stole. Przecież spała jak suseł, kiedy ja miałam taką samą wizję. Jak to możliwe, że duch tej kobiety, nie tylko mnie się ukazał, ale również Asi. Czy powinnam jej o tym powiedzieć? Nie, jeszcze nie teraz! – Stwierdziłam i zinterpretowałam ten sen po swojemu.
- Myślę, że skoro przyśniła ci się Antonina, to oznacza tylko jedno. Postanowiła otoczyć cię swoją opieką.  Teraz już będzie tylko dobrze Asiula, zobaczysz – powiedziałam.
- Skoro tak twierdzisz, to tym bardziej musimy jej pomóc, by odzyskała spokój i wróciła tam, gdzie jest jej miejsce.
Na dzisiejszy dzień zaplanowałam spacer do lasu. Zbliżała się jesień. Drzewa i krzewy w tym okresie wyglądały pięknie i kolorowo. Pomyślałam, że taki spacer, obu nam dobrze zrobi. Zabrałyśmy Barego i ruszyłyśmy w plener. Asia zachwycała się okolicą, a ja w końcu zauważyłam, że powoli dochodzi do siebie. Zebrałyśmy trochę szyszek sosnowych do kominka i owoce czerwonej jarzębiny. Przyjaciółka zerwała ziele skrzypu tłumacząc mi, że zrobimy sobie napar do pielęgnacji włosów.
Po dwóch godzinach wróciłyśmy do domu. Ja zajęłam się obiadem, a Asia postanowiła poszperać w Internecie. Liczyła na to, że coś się tam znajdzie w naszej sprawie.
Kiedy skończyłam przygotowania do obiadu, poszłam do salonu, aby sprawdzić co Robi moja przyjaciółka. Siedziała przed monitorem i tak była zajęta czytaniem, że nie zauważyła jak weszłam..
- O rany! Ale mnie przestraszyłaś – powiedziała, kiedy stanęłam obok niej. Przeczytaj to – powiedziała, robiąc mi miejsce przy komputerze.
To był artykuł z gazety * Super Ekspres*

Pojawia się tak samo, jak znika. Zupełnie niespodziewanie. To duch księdza, który nawiedza kościół w Sułowie Wielkim niedaleko Rawicza (woj. wielkopolskie). - Widziało go wiele osób. Ma sutannę, przechadza się po kościelnym chórze i zawsze wygląda przez okna - opisuje zjawę Elżbieta Maćkowska, nauczycielka historii i regionalistka z pobliskiej Góry.

Na pierwszy rzut oka to mały, uroczy drewniany kościółek położony w centralnym punkcie malowniczej wioski. Ale nie ma mieszkańca, który przechodząc obok świątyni, nie poczułby... dreszczu na plecach. Wszystko przez tajemniczą zjawę, która pojawia się w oknie. Na szyi ma koloratkę, z jej twarzy bije przerażenie. Przenika przez ściany i porusza się wyjątkowo szybko.

- Bardzo chciałabym poznać tego ducha, jego historię i powód, dla którego się pojawia - mówi z nadzieją pani Elżbieta.

Upiora widzieli ludzie jadący o świcie do pracy. Tajemniczy ksiądz przestraszył też robotników z Wrocławia, którzy zakładali w kościele alarm. - Nie wywiązali się z terminu i musieli dokańczać nocą. Duchowi chyba się to nie spodobało i odwiedził ich, gdy ślamazarnie rozprowadzali po ścianach przewody - opowiadają mieszkańcy Sułowa. Dorośli mężczyźni przestraszyli się jak małe dzieci i odmówili pracy w nawiedzonym miejscu. Wzięli nogi za pas i wrócili do Wrocławia.

Na rozwikłaniu zagadki tajemniczej zjawy najbardziej zależy pani Elżbiecie, która o duchach pisze książki. Kobieta ma już kilka hipotez na temat mary w kościele. - To najprawdopodobniej duch księdza Henryka Foryckiego, poprzedniego proboszcza parafii, który jako jedyny został pochowany tuż przy świątyni - mówi pani Elżbieta. Mieszkańcy Sułowa do ducha w zasadzie już się przyzwyczaili. Gdy jest szaro lub ciemno, po prostu nie patrzą w stronę kościoła...


- No, to mamy dowód na istnienie duchów – powiedziałam do Asi.

fragment 12

- Dusia - dobrze, że mnie tu zabrałaś. Dzięki tobie, powoli dochodzę do siebie. Przemyślałam pewne sprawy i podjęłam decyzję. Koniec mazania się i rozpamiętywania tego, co już się stało.  Zamykam ten rozdział życia na zawsze i mimo wszystko, życzę mu powodzenia. W końcu, kiedyś bardzo się kochaliśmy – powiedziała przyjaciółka.
Podeszłam do niej i mocno do siebie przytuliłam. Stałyśmy tak przez chwilę w milczeniu.
- Ej!! Co ty płaczesz? Zawołała Asia. Myślałam, że się ucieszysz.
- No przestań, ja ze szczęścia beczę, hi, hi. To dobra decyzja przyjaciółko. Wracaj na ziemię, bo mamy dużo do zrobienia w naszym babskim gronie. Antonina bardzo liczy na nas i miałam ci tego nie mówić, ale skoro zaczynasz na nowo swoje życie, to musisz o tym wiedzieć. To nie był sen Asia, ona ci się ukazała, tak jak mnie. Do tej pory myślałam, że tylko ja ją widzę, ale teraz jestem przekonana, że i ciebie wyróżniła.
 - Tak myślisz? Zapytała. Miałam wrażenie, że to był sen. Ale jeśli ty ją też widziałaś z flakonikiem perfum w ręku, to oznacza, że masz rację.
Powiem szczerze, że ulżyło mi, bo miałam do tej pory mieszane uczucia, co do moich wizji.
Obiad miał być za godzinę, więc koleżanka postanowiła wybrać się na rowerową wycieczkę do lasu. Pewnie chciała pobyć trochę sama. Kiedy odjechała, ja usiadłam w leszczynowym zagajniku i przeniosłam się w czasie.
 Po śmierci Konstancji, dwór opustoszał. Antonina pożegnała służbę, została jej tylko Maria i Klemens. Przez długi czas prawie nie opuszczała salonu. Maria załamywała ręce, nad swoją panią, która odmawiała przyjmowania posiłków.
- Tak nie może być – zwróciła się do Antoniny, zabierając tacę z nienaruszonym śniadaniem. A może pani ma ochotę na coś specjalnego? To przygotuję – zapytała.
Antonina spojrzała na służącą martwym wzrokiem. Na jej twarzy widać było wielkie cierpienie. W ręce trzymała medalion ze zdjęciem swojej malutkiej córeczki.
- Powiedz mi Mario, dlaczego los mnie tak skrzywdził? Zapytała. Ona była taka młoda, tyle w życiu wycierpiała i kiedy los się do niej w końcu uśmiechnął, musiała odejść. To takie niesprawiedliwe.
- Jaśnie pani – odezwała się Maria. Tak widocznie było jej pisane, nic na to nie mogłyśmy poradzić. Ale życie toczy się dalej. Nasza Konstancja patrzy teraz z góry i martwi się, widząc jak pani cierpi. Dziś na dworze świeci piękne słońce, może zaparzę dobrą herbatę i podam w leszczynowym zagajniku, co pani na to? Zapytała.
- Dobrze Mario, zaraz tam przyjdę.
Służąca zaniosła do zagajnika dzbanek z herbatą i  świeżo upieczone ciasto. Miała nadzieję, że na  powietrzu jej pani odzyska apetyt. Razem z Klemensem obserwowali przez okno Antoninę, która siedziała nieruchomo, otulona ciepłym szale mimo, że w tym dniu było wyjątkowo ciepło.
Kiedy stangret pojawił się na werandzie, przywołała go do siebie.
- Klemensie - zaprzęgaj konie, zawieziesz mnie na cmentarz – powiedziała dopijając herbatę.
- Dobrze jaśnie pani –zaraz się tym zajmę – odpowiedział.
Antonina kazała Marii zerwać kwiaty w ogrodzie i zrobić piękny bukiet dla Konstancji. Kiedy powóz był już gotowy do wyjazdu, z wielkim trudem wsiadła do niego i odjechała.
To może i my z Asią, wybierzemy się dziś na ich grób? – Pomyślałam. Wybiorę najpiękniejsze kwiaty z mojego ogrodu i zawieziemy je na cmentarz.
Przyjaciółce spodobał się bardzo mój pomysł, więc zaraz po obiedzie wsiadłyśmy na rowery i pojechałyśmy na cmentarz.
Asia stanęła nad grobem szlachcianek.
- To bardzo wzruszające – wyszeptała, usuwając suche liście z płyty. To tu spoczywają te biedne kobiety – powiedziała łamiącym się głosem. Myślałaś może Dusiu, o naprawie tego grobowca? Zapytała.
- Tak oczywiście, że myślę o tym, lecz nie jest to takie proste – odpowiedziałam. To zabytek, więc musze mieć odpowiednie zezwolenie na naprawę. Ale już złożyłam odpowiednie dokumenty i pisma w tej sprawie do konserwatora zabytków. Czekam na odpowiedź – wyjaśniłam.
- To dobrze, bo czas zrobił swoje i grób się rozpada, a my nie możemy na to pozwolić.
Ułożyłyśmy kwiaty w kamionkowym wazonie i stałyśmy jeszcze chwilę nad grobem, w całkowitym milczeniu.
Minął tydzień, jak gościłam u siebie Asię. Przyjaciółka postanowiła wrócić do domu.
- Wszędzie dobrze, ale najlepiej u siebie – powiedziała pąkując swoje rzeczy.
- Wiesz Asiu, że możesz tu zostać tak długo jak będziesz chciała – zwróciłam się do przyjaciółki.
- To bardzo miłe z twojej strony – odpowiedziała, ale nadszedł czas na uporządkowanie swoich osobistych spraw, a muszę to zrobić sama, bo tylko wtedy osiągnę spokój – dodała.
Zawieźliśmy Asię do Krakowa i postanowiliśmy z mężem zostać w mieście na noc. Miałam do zabrania z mieszkania jeszcze kilka osobistych rzeczy.
Rano tuż po śniadaniu, wyruszyliśmy w powrotną drogę. Kiedy zbliżaliśmy się  do celu, Bary był  bardzo niespokojny. Kręcił się na siedzeniu, dyszał i drapał łapami po szybie samochodu.
- Co się piesku dzieje? Powiedziałam głaskając mojego pupila.
 Podjechaliśmy na posesję i kiedy mąż zatrzymał samochód, zaniepokojona wysiadłam pierwsza. Pies wyskoczył i z głośnym szczekaniem pobiegł w stronę domu
- Nie zamknąłeś bramy? Zwróciłam się do męża.
- Zamknąłem..... odpowiedział.
Poczułam dziwny niepokój. Zamek w bramie został wyłamany. Podbiegłam do werandy, która była otwarta. Z bijącym sercem weszliśmy do środka.
Na widok tego co ujrzałam zrobiło mi się słabo. W środku panował straszny bałagan. Wszystko było porozrzucane. Na podłodze leżały ubrania, szuflady w kredensie pootwierane. Spojrzałam na kufer, był pusty.
- Boże! Zawołałam przerażona - mieliśmy włamanie!
 Mąż pobiegł na górę sprawdzić czy coś jeszcze zginęło.
- Tam też byli - powiedział, lepiej żebyś tego nie widziała. Dzwonię na Policję - powiedział.
Poradziłam mężowi, żeby wstrzymał się z tym telefonem, bo przecież Grażyna pracuje w Policji i w pierwszej kolejności trzeba ją zawiadomić.
Moja znajoma była  poruszona tą wiadomością. Wyrzucała sobie, że czuje się winna tego co się stało, miała przecież doglądać mojego domu.
- Nie przypuszczałam, że zostaniecie w Krakowie na noc. Myślałam, że wrócicie zaraz w tym samym dniu - powiedziała zdenerwowana. Czy coś zginęło? Zapytała.
- Zabrali całą biżuterię - powiedziałam ze łzami w oczach.
- Boże! Nic nie ruszajcie! Zaraz tam do was przyjedziemy!
Wyszliśmy z mężem na zewnątrz. Ja płakałam a Zbyszek palił papierosa za papierosem. Po godzinie samochód policyjny podjechał na nasza posesję.  Złapałam Barego, który na widok policyjnego psa dostał dosłownie szału. Dwóch funkcjonariuszy weszło do domu, a Grażyna dołączyła do nas.
- Gdybym tylko mogła to przewidzieć - powiedziała próbując mnie uspokoić. W czasie kiedy byłam w Warszawie, było w tym rejonie kilka włamań do prywatnych domów.
- Ale skąd wiedzieli? Zapytałam.
- Myślę, że nie wiedzieli. Weszli tu po prostu, na tak zwanego czuja - wyjaśniła.
Po dwóch godzinach wyszedł do nas młody policjant zaopatrzony w notes.
- Czy może pani powiedzieć co zginęło! Zapytał.
- Tak dokładnie to nie wiem - opuściliśmy dom, żeby nie zatrzeć śladów- powiedziałam, ale jedno co mogę stwierdzić już teraz, to zginęła wartościowa biżuteria.
- Była ubezpieczona? Policjant spojrzał na mnie i zanotował coś w swoim notesie.
- Tak była ubezpieczona - odpowiedziałam, mam tu zdjęcia. Czy chce pan je zobaczyć.
- Oczywiście wszystko co może nam pomóc w tej sprawie jest bardzo ważne. Ale myślę, że postąpiła pani bardzo nierozsądnie. Jak można było trzymać takie drogie rzeczy bez zabezpieczenia, może się pani pożegnać z odszkodowaniem.
- Marek! Przestań! Wtrąciła się do rozmowy Grażyna. Możesz sobie darować swoje osobiste uwagi? Nie twoja sprawa, więc zajmij się dochodzeniem - okey?
Młody policjant wyraźnie się zmieszał słysząc słowa mojej znajomej. Na jego twarzy pojawił się lekki rumieniec. Podrapał się trzymanym w ręce długopisem po ogolonej głowie i powiedział.
- Przepraszam panią, ale takie mamy procedury. Oczywiście to nie moja sprawa. Ja tylko tak.... zupełnie osobiście.
- Nie ma o czym mówić. Sama wiem, że zawaliłam ale ta biżuteria miała być odebrana jeszcze w tym miesiącu, dlatego nie pomyślałam – wyjaśniłam.
Całe przesłuchanie trwało jeszcze dwie godziny. Musiałam opowiedzieć wszystko po kolei jak to się stało, że zostałam właścicielką skarbu, komu o tym powiedziałam i tak dalej.
 Policjanci  zakończyli swoje zadanie i odjechali. Grażyna została jeszcze na chwilę.
- Nic się nie martw - powiedziała głaszcząc mnie po ramieniu - znajdziemy ich. Mamy kilku swoich informatorów. Jak tylko ktoś będzie próbował coś sprzedać, to zaraz się o tym się dowiemy.
- Tak, ale jest też możliwość, że spróbują to przetopić wtedy nikt już mi nie pomoże!
- Nie wydaje mi się, cena złomu jest bardzo niska i myślę, że połakomią się na sprzedaż oryginałów – powiedziała Grażyna. Bądź dobrej myśli - znajdziemy ich.
Pożegnałam moją znajomą i wróciłam do domu. Tak naprawdę to nie wiedziałam od czego zacząć. Zbyszek już zdążył uprzątnąć największy bałagan, a ja usiadłam na sofie całkiem zrezygnowana. Ile razy spojrzałam na pusty kuferek, tyle razy płakałam. Musiałam zadzwonić do Karola, bo dostałam przecież zaliczkę, którą muszę oddać.
Ale znajomy Lucyny nie panikował. Uspokoił mnie, że szybko trafimy na złodziei.
- Pani Wando -  powiedział. Jeśli będą próbowali upłynnić to w Krakowie, to po nich. Mam rozległe znajomości, żadna konkretna transakcja nie pozostanie bez echa. Spokojnie! Proszę zatrzymać zaliczkę - moja w tym głowa, żeby odzyskać to co do mnie w części już należy. Ufam znajomym pani przyjaciółki, ale więcej ufam sobie - bez urazy.
Po tych optymistycznych słowach nic nam nie pozostało jak położyć się spać.
W nocy przyśniła mi się Antonina, była bardzo wzburzona, chodziła nerwowo po salonie. Ja też tam byłam, siedziałam na otomanie i płakałam. W pewnym momencie podeszła do mnie, położyła swoją dłoń na moim ramieniu mówiąc.
-To nie twoja wina, nie martw się! Wszystko niebawem  zostanie wyjaśnione, już ja się o to postaram.
Rano obudziłam się z dobrym nastawieniem i byłam prawie przekonana, że wszystko pomyślnie się zakończy.
Mijały tygodnie, a ja nadal nie miałam żadnych wiadomości  na temat skradzionej biżuterii. Aż któregoś dnia zadzwonił telefon.
To był Karol.
- Mam już pewien ślad - powiedział. W jednym z zaprzyjaźnionych sklepów z biżuterią zjawił się młody człowiek. Zostawił w komis naszyjnik z pereł - nasz naszyjnik pani Wando.
- Hi, hi - zaśmiałam się nerwowo - dobrze mu tak! Perły przynoszą nieszczęście. Mam nadzieję panie Karolu, że to dobry ślad.
- Myślę, że tak. Zawiadomiłem już Policję, mają okazję się wykazać - powiedział. Teraz to tylko kwestia czasu, musimy uzbroić się w cierpliwość.
Pozostało mi tylko czekać, dlatego wróciłam do pisania mojej książki. Przyznam, że kiedy piszę to zapominam o całym świecie. Nawet nie jestem w stanie wyliczyć spalonych obiadów. Pisząc zamykam się w świecie moich bohaterów i nic mi w tym nie jest w stanie przeszkodzić. Tylko Lucyna to potrafi zrozumieć. Moja siostra mówi, że jak jest wena to wszystko inne nie ma znaczenia.
W tygodniu przyjechali robotnicy, więc o pisaniu książki nie było już mowy. Huk, kurz i głośne rozmowy nie sprzyjały mojej wenie. Przez kilka dni miałam  Sajgon w domu. Gotowałam pracownikom, robiłam hektolitry kaw i marzyłam, żeby ten koszmar wreszcie się skończył. W końcu nastąpiła ta upragniona chwila. Zbyszek odebrał robotę i wypłacił robotników. Odetchnęliśmy z ulgą, a do domu wróciła cisza. Błogie ciepełko zrekompensowało nam przebyte trudy z remontem zabytkowych pieców.
Listopad jest miesiącem którego nie lubię, po pierwsze że jest to smutne święto, a po drugie, że ciągle pada deszcz. Ale mieszkając w moim cieplutkim, przytulnym dworku miałam w końcu czas na pisanie. Jednak w tym deszczowym miesiącu, dostałam pomyślną wiadomość od Karola. Okazało się że po nitce do kłębka policja dotarła do włamywaczy. Karol odzyskał to co do niego należało i wypłacił mi resztę należności. Na całe szczęście złodzieje okazali się amatorami, dlatego tak szybko dali się złapać. Kuferek świecił pustką, a moje konto powiększyło się o dodatkowe pieniądze.
Nareszcie nadeszła zima, nasz dworek otulony puszystym śniegiem wyglądał przepięknie. Były też te złe strony mieszkania na wsi. W mieście nic nas nie obchodziło. Zasypane chodniki i ulice sprzątali dozorcy, a tu musiał to zrobić Zbyszek, który nie zawsze był zadowolony z takiego obrotu sprawy.
Postanowiliśmy zorganizować Sylwestra na wsi. Zaprosiłam rodzinkę na przywitanie Nowego Roku w naszej posiadłości. Wigilię jak zwykle mieliśmy spędzić u mamy, bo tylko ona potrafi stworzyć wspaniałą atmosferę tego dnia.
Mój mąż ozdobił kilka jodełek rosnących przed domem w kolorowe światełka. Było naprawdę pięknie i świątecznie. Miałam jednak obawy, opuszczając dom w dniu Wigilii Bożego Narodzenia. Po ostatnich przeżyciach związanych z włamaniem czułam pewien niepokój. Postanowiliśmy, że na straży naszego dobytku zostanie ochroniarz Bary, który na każdy przejeżdżający samochód obok naszego dworku, robi niesamowity ruch. Na odchodne dostał kilka wskazówek, które cierpliwie wysłuchał przekrzywiając śmiesznie głowę.
Wigilijny wieczór jak co roku był uroczysty. Choinka, prezenty i wspaniałe potrawy wpędziły nas w dobry nastrój. Przy stole omawialiśmy pożegnanie Nowego Roku. Ja jako gospodyni ustaliłam menu. Każdy miał coś przygotować, tylko nasza seniorka została zwolniona z przygotowań, ona miała być gościem.
Pierwszy raz od wielu lat mieliśmy prawdziwą pachnącą lasem choinkę, wysoką aż po sam sufit. W tym dniu od rana zajęłam się przygotowaniami do Sylwestra. Kupiliśmy z mężem mnóstwo kolorowych baloników i serpentyn. Wiekowy salon powoli zmieniał się w salę balową. Z kuchni dochodziły zapachy przygotowanych przeze mnie potraw, a w lodówce mroził się szampan. Teraz tylko pozostało czekać na zaproszonych gości. Zaprosiłam także Asię i Grażynę z mężem, która obiecała, że przyjadą o godzinie dwudziestej, bo chcą jeszcze odwiedzić swoich znajomych z życzeniami.
Kiedy siedzieliśmy z mężem na sofie, Bary oznajmił swoim głośnym szczekaniem, że ktoś zajechał pod nasz dom. Spojrzałam przez okno i zobaczyłam pana Motykę, który właśnie wysiadał z samochodu z kuzynką Grażyny.
- Witam panie Robercie - powiedziałam otwierając bramę
- Dzień dobry pani Wando. Przedstawiam pani moją dziewczynę - powiedział patrząc z uwielbieniem na drobną szatynkę.
Młoda kobieta podeszła do mnie i podając mi swoją dłoń - powiedziała.
- Miło mi panią poznać jestem kuzynką Grażynki. Magda Sołecka - dodała
- Wanda Sewioł - powiedziałam ściskając jej drobną dłoń – zapraszam do środka.
- Mężu! Mamy gości, zawołałam otrzepując buty ze śniegu.
Pan Robert wyciągnął z reklamówki francuskiego szampana i postawił na stole w salonie - mówiąc.
- Chcieliśmy złożyć państwu serdeczne życzenia na nadchodzący  Nowy Rok. To dzięki pani, i tu zwrócił się w moją stronę, znalazłem swoje miejsce na  ziemi, a także kobietę mojego życia. Po tych słowach ujął dłoń Magdy i złożył na niej szarmancki pocałunek.
Zrobiło mi się głupio. Wskazując mu miejsce na budowę pensjonatu, miałam zupełnie inne zamiary. Teraz już wiem jak można mylnie ocenić człowieka. Na szczęście los okazał się łaskawy i wszystko dobrze się skończyło.
Robert opowiadał o pracach związanych z budową  pensjonatu i wszystko to co było do zrobienia na zewnątrz, zostało wykonane przed zimą.
- Pani Wando mam żal, że ani razu nie była pani zobaczyć jak powstaje moje królestwo odnowy biologicznej. Magdusia okazała się wspaniałym architektem. To według jej planu powstaje ta oaza spokoju  powiedział.
- No.... no, Grażyna nic nie mówiła, że ma pani takie zdolności- powiedziałam.
- Robert jak zwykle przesadza. Skończyłam studia plastyczne i tyle, ale jak państwo widzicie nie szczególnie przydało się to do mojej obecnej pracy w Gminie - powiedziała z uśmiechem na twarzy.
Sącząc schłodzonego szampana, słuchaliśmy Roberta który z wielkim zaangażowaniem opowiadał nam o swoich planach na przyszłość.
Na pożegnanie obiecaliśmy z mężem, że odwiedzimy go w najbliższym czasie.
- Popatrz - zwróciłam się do Zbyszka, jak to można się pomylić oceniając człowieka po jego wyglądzie - powiedziałam zamykając za naszymi gośćmi bramę. I tu sprawdza się powiedzenie mojej koleżanki. Opakowanie nie zawsze świadczy o zawartości.
Zbliżał się wieczór. Powoli nasi goście zaczęli się zjeżdżać. W domu zrobiło się głośno a dziewczyny moich synów okupowały łazienkę. Na szczęście zdążyłam  się ubrać przed ich przyjazdem, bo teraz nie miałabym najmniejszych szans.
Lucyna przyjechała z Tadziem i mamą. Nasza rodzicielka przyćmiła swoim wyglądem wszystkie kobiety. Jak zwykle wyglądała pięknie jak na jej lata.
Trzeba przyznać że mimo jej osiemdziesięciu pięciu lat, jest nadal bardzo atrakcyjną kobietą. Jednak miała jedną wadę, jak zwykle marudziła ale już zdążyliśmy się do tego przyzwyczaić.
Marcin przywiózł ze sobą odtwarzacz i puścił muzykę. Siedzieliśmy przy stole a nogi same rwały się do tańca. Jako gospodarze, pierwszym tańcem rozpoczęliśmy bal sylwestrowy. Tylko Bary nie był szczególnie zadowolony, głośna muzyka zmusiła go do opuszczenia salonu. Z podkulonym ogonem pobiegł na piętro, zaszywając się w moim pokoju.
Grażyna wraz z mężem zjawiła się punktualnie o dwudziestej. Patrzyłam z przyjemnością na tańczące pary. Nasi synowie w związku ze zbliżającym się ślubem zapisali się na kurs tańca bo teraz taka moda. My z mężem podrygiwaliśmy w starym stylu i myślę, że nam też przydałoby się parę lekcji.
Krzysiek okazał się naprawdę dobrym tancerzem. Nie powiedział ani słowa kiedy deptałam mu po stopach, jednak widziałam w jego oczach cierpienie jakie niestety zadawałam mu z każdym krokiem.
Zbliżała się godzina dwunasta, wskazówki na antycznym zegarze w salonie, leniwie przesuwały się w kierunku godziny zero. Panowie przygotowali butelki z szampanem i petardy które mięliśmy odpalić na zewnątrz.
Na szczęście przestał padać śnieg, noc była wyjątkowo jasna, na niebie świeciły gwiazdy. To była cudowna sylwestrowa noc.
Wybiła dwunasta, strzelały korki od szampana, złożyliśmy sobie wszyscy życzenia pomyślnego Nowego Roku i wyszliśmy na zewnątrz. Panowie odpalali petardy, było na co popatrzeć. W mieście nie da się zorganizować takiego pokazu sztucznych ogni, dlatego pomyślałam sobie w tym momencie o Antoninie i Konstancji, to dzięki tym kobietom mogę się tym wszystkim cieszyć. Kiedy wystrzeliła ostatnia petarda, wróciliśmy z mężem do domu. Musiałam przygotować coś na ciepło, bo przyznam że trochę zmarzliśmy. Oczywiście młodzi zostali na zewnątrz. Patrzyłam przez okno w kuchni jak próbują ulepić ze śniegu bałwana, ale nic im z tego nie wyszło, ze względu na siarczysty mróz Zajrzałam jeszcze do salonu. Świece prawie się dopalały więc wymieniłam na nowe i w tym momencie poczułam znajomy zapach, to były fiołki. Usiadłam na sofie i przetarłam oczy, obok mnie siedziała Antonina i  Konstancja.
- Jak widzisz Wando, dotrzymałam danego ci słowa. Ostatni raz nas widzisz – powiedziała Antonina.
Konstancja wstała z fotela i podeszła do mnie. Poczułam chłód i dostałam dziwnych dreszczy, po prostu trzęsłam się jak galareta. Dziewczyna zdjęła z siebie delikatny wełniany szal i okryła moje plecy.
- Cieplej? - Zapytała nachylając się nade mną. Dzięki tobie jesteśmy z mamą bardzo szczęśliwe, o takim domu zawsze marzyłyśmy. Jednak to były inne czasy, dałabym wszystko, żeby teraz być tu z wami- powiedziała ocierając łzy. Bądź szczęśliwa.


Po tych słowach obie kobiety, skierowały swoje kroki w stronę drzwi. Zostałam w salonie sama, sprawdziłam ręką czy nadal mam na sobie szal. Nie miałam, ale było mi wyjątkowo ciepło.

Fragment 13

- Wszystko w porządku Dusia? Usłyszałam za sobą głos Asi. Ona tu była, mam rację?
- Tak, masz rację. Były tu obie, Antonina z Konstancją i pewnie ostatni raz.
- Widzę, że będzie ci ich brakowało – powiedziała Asia, siadając obok mnie na sofie.
- A co wy tu tak same? Zapytał Zbyszek. Żono, czas pożegnać gości. Grażyna z Krzyśkiem już zamówili sobie taksówkę i zaraz wychodzą. Chodźcie jeszcze na dwór, jest taka piękna noc – dodał.
Kiedy nasi goście odjechali, wróciliśmy wszyscy do domu. Podałam gorące gołąbki i usiedliśmy wszyscy do stołu.
- Czas do snu – powiedziałam. Ja osobiście mam dość. Mamusiu - myślę, że prześpisz się w salonie.
- O, tak dziecko. Pokonanie tych schodów na piętro, to już nie dla mnie – powiedziała seniorka.
Przyzwyczaiłam się już do tych paranormalnych zjawisk, jednak mimo wszystko ta niezwykła sylwestrowa noc pozostanie na długo w mojej pamięci.
Poszłam na górę do swojego pokoju, Zbyszek już spał, ale nie było dla mnie miejsca u jego boku, spod  kołdry wystawały nogi naszego pupilka. No tak, pomyślałam - muszę skorzystać z gościnnego pokoju.
Razem z Asią ułożyłyśmy się w jedynym wolnym pokoju i mimo, że chciałyśmy jeszcze poplotkować, zmęczenie zrobiło swoje.
- Dobranoc Asia – zwróciłam się do przyjaciółki i nie czekając na odpowiedź usnęłam.
Rano spotkała mnie niespodzianka. Dziewczyny wszystko posprzątały po sylwestrowych szaleństwach i zrobiły śniadanie, na którym były tylko kobiety, bo panowie nawet nie chcieli słyszeć, o tak wczesnym wstawaniu.
Po śniadaniu, zaproponowałam siostrze i Asi spacer.
- To dobry pomysł – powiedziała Lucyna, przeciągając się leniwie.
Zabrałyśmy Barego i ciepło ubrane, ruszyłyśmy w stronę lasu. Dzień był wyjątkowo mroźny.
- Wiesz – zwróciłam się do siostry, w nocy miałam odwiedziny naszych hrabianek.
- Serio? Lucyna spojrzała na mnie zaskoczona.
- Tak, pojawiły się, kiedy zmieniałam świece. Czasami myślę, że to wszystko mi się śni. Nie potrafię tego wyjaśnić i wiem jedno, że gdybym opowiedziała o tym komuś innemu, to pewnie wysłałby mnie do psychiatry.
- Masz rację, to co się dzieje w twoim dworku, jest niewiarygodne, ale ja ci wierzę – powiedziała Lucyna.
- Tylko co dalej? Zapytałam. Wygląda na to, że już więcej ich nie zobaczę. Szkoda, bo mimo wszystko przyzwyczaiłam się do wizyt tych kobiet.
- Pewnie tak, ale sama wiesz, że nie można zatrzymywać dusz. One teraz mogą spokojnie odejść. Sprawiłaś, że w końcu odnalazły spokój. Zaopiekowałaś się miejscem, które bardzo kochały, spełniłaś ich oczekiwania. Dlatego pozwól im odejść, tam gdzie ich miejsce – powiedziała Lucyna, patrząc na mnie ze łzami w oczach. Wydaje mi się, że myśląc o tych kobietach, nieświadomie je przywołujesz.
- Ja tez tak myślę – wtrąciła Asia. Ale może one czegoś oczekują od nas. Antonina zadała sobie tyle trudu, by ten dworek przetrwał, zostawiła kosztowności, listy od swojego ukochanego, więc miała jakiś w tym cel. Musimy się wziąć do roboty i poszperać w przeszłości.
- Macie rację, te listy...? Są dla mnie zagadką. Dlaczego jej zostawiła? Dlaczego ich nie zniszczyła? Przecież to były jej osobiste listy. Może ona chciała, w zamian za to co zostawiła przyszłym właścicielom dworku, może chciała, by ktoś odszukał jej ukochanego. Jej dusza błąka się tu na ziemi, bo nie zazna spokoju, póki nie dowie się, co działo się z jej ukochanym.
Mam pomysł – zmieniłam temat. Kiedy robiliśmy remont w dworku, zauważyłam taką ziemiankę, tuż przy głównym wejściu. Zbyszek nie chciał tego ruszać, obawiając się obsunięcia ziemi. Ale ja cały czas, myślę o tym miejscu. W lecie to było wszystko zarośnięte, jednak wczoraj zauważyłam tam wejście, co o tym sądzisz siostra? Zapytałam.
- Co ja o tym sadzę! Dziewczyno! Znasz mnie! Zawołała Lucyna. Musimy to sprawdzić.
- Ale jak? Zbyszek na pewno się na to nie zgodzi – ostudziłam zapał mojej Lucyny.
- To się jeszcze okaże – powiedziała moja siostra. Musimy go przekonać, ale teraz wracajmy, bo zmarzłam jak cholera.
- O, jesteście dziewczyny – powiedział mój mąż dopijając kawę. Jakie mamy plany na dziś? Zapytał.
- No... bo tak...
- Bo tak sobie pomyślałyśmy, Lucyna przerwała mi w pół słowa, mrugając porozumiewawczo okiem, że wybierzemy się z Wandą i Asią do kościoła. Mamy przecież Nowy rok, czy ktoś do nas dołączy? Zapytała. No widzę las rąk. Okay, pójdziemy same, ale wy macie przygotować obiad – dodała.
- Nie teraz - Lucyna szepnęła mi do ucha. Musimy ustalić plan działania. Co nagle to po diable.
Miała rację. Dostać się teraz do tej ziemianki, nie było takie łatwe. Wszystko zasypane śniegiem i zmarznięta ziemia, było sporym utrudnieniem, dlatego zdałam się na siostrę i jej pomysły.
Po mszy, udałyśmy się na grób Antoniny i Konstancji. W chwili skupienia, zmówiłyśmy modlitwę i zapaliłyśmy znicze. Opuszczając cmentarz, odwróciłam się jeszcze za siebie. Jedyny grób na którym paliły się świece, to był grób naszych hrabianek.
Po obiedzie wszyscy goście rozjechali się do swoich domów, a my z mężem mięliśmy w końcu czas dla siebie.
Tegoroczna zima, dała się nam nieźle we znaki. Zużyliśmy cały zapas opału do kominka, a rachunek za prąd przyprawił mnie o zawrót głowy.
- To są właśnie przyjemności mieszkania na wsi – powiedział Zbyszek. W lecie jest pięknie, kiedy nie trzeba dogrzewać, ale zima? Uf.... Myślę żono, że na przyszły rok, zmuszeni będziemy przenieść się do salonu i zapomnieć na ten czas, o naszych pokojach na górze.
Miał rację. Ogrzać taki dom, kosztuje majątek, ale może zima w przyszłym roku okaże się łagodna. Jestem dobrej myśli.
W końcu nadeszła wiosna. Za oknem budził mnie radosny śpiew ptaków, zazieleniła się trawa, a na drzewach pojawiły się pierwsze liście. Cały swój wolny czas spędzałam przed domem. Zbyszek skopał ziemię, a ja z ochotą zabrałam się za aranżację swojego ogródka. Postanowiłam, że muszę mieć mnóstwo kwiatów. Z dnia na dzień, ku przerażeniu mojego męża, przybywały kolejne skalniaki i nowe gatunki roślin. Z przyjemnością patrzyłam, jak kolorowo robi się przed moim dworkiem. W maju wszystko pięknie zakwitło.
Zbyszek uporządkował drzewa. Powycinał suche gałęzie i wysypał przed wejściem do dworku, drobny żwirek.
- No, żono, robi się tu coraz ładniej – powiedział, kiedy usiedliśmy z kawą w naszym leszczynowym zagajniku.
Bary był w swoim żywiole. Co jakiś czas znikał z pola widzenia, by po chwili wrócić z umorusanym w ziemi pyskiem.
Jak widać, nie zniechęciła go nawet przygoda z ławką w zagajniku. Ale mimo wszystko, został mu uraz do tego miejsca, bo omijał go z daleka.
Zbliżał się przedłużony weekend majowy, więc postanowiliśmy z mężem  zaprosić do nas całą rodzinę. Ja zabrałam się do przewietrzenia pokoi moich bliskich, a Zbyszek wybrał się do miasta na zakupy. Kiedy wypucowałam wszystko w domu i zmieniłam pościele, zrobiłam sobie krótką przerwę w pracy. Z wielką przyjemnością patrzyłam na moje kolorowe rabatki. Nawet w najśmielszych oczekiwaniach nie sądziłam, że na stare lata, praca w ogrodzie będzie sprawiać mi taką radość.
Po krótkim odpoczynku, ustaliłam plan na dzisiejszy dzień. Po pierwsze, chciałam upiec ciasto z rabarbarem i kruszonką. To moja specjalność. Zawsze kiedy pojawił się pierwszy rabarbar w warzywniakach, piekłam rodzince ich ulubione ciasto, więc na majówce nie mogło go zabraknąć.
Przed wejściem do domu, spojrzałam na tajemniczą ziemiankę. Teraz porosła mchem i trawą. Przyjrzałam się bliżej metalowym, zardzewiałym drzwiom, na których tkwił duży skobel, zabezpieczony solidnym żelaznym trzpieniem. 
Jaką tajemnicę kryje to wejście? Pomyślałam z wypiekami na twarzy. Czy dowiem się czegoś więcej o moich poprzedniczkach? Te pytania jak na razie, pozostały bez odpowiedzi. Czekałam z niecierpliwością na przyjazd Lucyny, bo tylko z nią mogłam zgłębić tajemnicę tego pomieszczenia. Ale co na to mój mąż? Czy zgodzi się na to by tam wejść? Najważniejsze jest bezpieczeństwo, a według niego otwarcie tych drzwi, grozi obsunięciem się ziemi, co może zaszkodzić fundamentom dworku. Ale kiedy dokładniej się przyjrzałam, odrywając kolejne kępki mchu, zobaczyłam, że żelazne drzwi zamocowane są w kamiennym murze. Czyli.... nie jest tak źle? Jak to się stało, że Zbyszek tego nie zauważył?
- Zauważyłem, zauważyłem – powiedział mąż, kiedy zadałam mu to pytanie, po powrocie ze sklepu. Nie mówiłem ci o tym, bo jak cię znam, a znam cię bardzo dobrze, nie odpuścisz i będziesz chciała tam zajrzeć, he, he. A dla mnie to tylko kłopot. Już widzę jak gonisz mnie do roboty, a ja mam mnóstwo innej, pilniejszej pracy przed domem, więc zapomnij kochana o tej piwniczce, okay?
Tak mi się wydaje, że mimo wszystko mój małżonek nie zna mnie tak dobrze jak sądzi. Jeśli myśli, że zapomnę? To się grubo myli.
Sprawę tajemniczej piwniczki odłożyłam do przyjazdu Lucyny. Teraz musiałam przygotować wszystko na grilla.
Moi bliscy zjawili się punktualnie.
Pierwszym który witał gości, był oczywiście Bary. Biegał jak szalony, szczękając przy tym radośnie.
- Dzień dobry córeczko – zawołała mama, wysiadając z samochodu Piotra. - Jak tu się zmieniło od ostatniego razu – powiedziała rozglądając się  wkoło.  
-  Piotruś otwórz bagażnik –zwróciła się do mojego syna z tajemniczą miną.
- Babciu, wszystko po kolei, daj mi się najpierw przywitać z rodzicami – powiedział Piotrek całując mnie w policzek. Babunia jak zwykle zaczyna rządzić, szepnął mi do ucha.
Poklepałam go po ramieniu na znak, że to normalka i nikt tego nie zmieni.
- Długo tak będę czekać? Powiedziała moja mama. Kwiatki mi zdechną – dodała zniecierpliwiona.
Piotrek wiedział, że jak babcia coś chce, to trzeba to prawie natychmiast wykonać. Bez słowa otworzył bagażnik i wyciągnął z niego skrzynki z pięknymi czerwonymi pelargoniami.
- Mamo! Jakie piękne, klasnęłam w ręce. Właśnie miałam zamiar kupić coś
 na parapety okien. Są cudowne! – Powiedziałam stawiając kwiaty na schodach.
- Wiedziałam, że się ucieszysz – mama była wyraźnie zadowolona z prezentu dla mnie. Ale widzę, że pięknie zaaranżowałaś swój kwiatowy ogródek – dodała.
- No..... przytaknęłam z dumą.
- Wanda! – usłyszałam wołanie. Tak się wita gości? Zapytała Lucyna, podchodząc do nas z Tadeuszem. O czym mówicie? Zapytała.
- Mama podziwia mój rajski ogród– wyjaśniłam. Zapraszam do środka – powiedziałam.
- Dzień dobry pani Wando, piękną mamy dziś pogodę – powiedziała Marzenka.
- O tak, pogoda nam się wyjątkowo udała, a gdzie Marcin z Agnieszką? Zapytałam.
- Zatrzymali się po drodze, żeby kupić piwo.
- Nie potrzebnie, bo mamy wszystko. Idźcie się rozpakować – oznajmiłam moim gościom.
Marcin z Agnieszką przyjechali po kilkunastu minutach. Kiedy rodzinka udała się do swoich pokoi,  my ze Zbyszkiem zajęliśmy się przygotowaniami do grilla. Stół w leszczynowym zagajniku, powoli zapełniał się smakołykami. Tak dużo tego przygotowałam, że musiałam pomyśleć o dodatkowym turystycznym stoliku.
Kiedy wszystko było już gotowe, zawołałam wszystkich i rozpoczęliśmy grillowanie.
- Kocham to miejsce – powiedziała moja siostra, popijając zimne piwo. Może kiedyś i my będziemy mieli taki domek na wsi – zwróciła się do swojego narzeczonego.
- Może – powiedział Tadeusz, przytulając ją serdecznie. Ale wiesz, że mieszkam w Warszawie i musiałbym wszystko zostawić, czyli jak na razie to niemożliwe.
- E... nawet pomarzyć nie można – powiedziała siostra.
- Wiesz, szepnęłam jej do ucha, by zmienić kłopotliwy temat. Ta piwniczka spędza mi sen z powiek. Przyjrzałam się jej dokładniej i mam dla ciebie dobrą wiadomość.
- Tak? Lucynie aż zaświeciły się oczy.
- Te drzwi osadzone są w kamiennym murze, czyli kiedy je otworzymy, to nie obsunie się ziemia, jak sądzi Zbyszek – wyszeptałam.
- A co wy tam knujecie siostrzyczki? Zapytał mąż, przewracając mięso na ruszcie.
- Mamy swoje babskie tematy -  nic co mogłoby cię zainteresować – powiedziałam tak niby od niechcenia.
- He, he, jeśli te babskie sprawy dotyczą tej ziemianki, to zapomnijcie. Nie szukam kłopotów, a widząc minę mojej żony śmiem sądzić, że o tym właśnie szepczecie.
- O jakiej ziemiance mówicie – Piotrek zainteresował się tematem.
- No właśnie, Marzena spojrzała w naszą stronę. Też jestem ciekawa o czym mówicie – dodała.
- Moja żona nie usiedzi spokojnie na miejscu. Uparła się, żeby zajrzeć do tej piwniczki – wyjaśnił mąż wskazując ręką w stronę zarośniętych drzwi obok głównego wejścia do domu. Proszę was, wybijcie jej to z głowy, bo ja nie mam zamiaru tam zaglądać – dodał.
Po tych słowach, spojrzenia wszystkich skierowane były w stronę tajemniczego miejsca.
- Tato, nie jesteś ciekawy co tam się znajduje? Zapytał Marcin. Przecież ten dom, już nie raz cię pozytywnie zaskoczył – powiedział.
- A cóż tam może mnie zaskoczyć – odparł mąż. Nie jesteśmy jedynymi właścicielami tego dworku. Czy sądzicie, że ci co mieszkali tu przed nami, nie zaglądali tam? Dajcie już spokój.
- Ale sprawdzić nie zaszkodzi – powiedziała Lucyna. Taka piwniczka w domu, gdzie mieszka się na stałe, to super sprawa. Wanda planuje tu mały warzywniak, więc będzie gdzie gromadzić płody rolne na zimę. Musimy tam zajrzeć – dodała wstając z ławki.
- Dobra! Poddaję się krzyknął Zbyszek, podnosząc w górę metalowy widelec z kawałkiem pachnącej karkówki. Ale może najpierw coś zjemy! Bo nie po to tu tkwię od godziny, żeby jakaś stara, zapyziała piwnica, zaćmiła moje specjały.
Przyznaliśmy mu wszyscy rację. Specjały mojego męża, znikały w mgnieniu oka. A i mnie dostały się pochwały, za pyszne ciasto z rabarbarem.
Kiedy zakończyliśmy już biesiadowanie, uznaliśmy, że czas rozprostować kości.
- To co, otwieramy? Zapytałam.
- Otwieramy – odpowiedzieli wszyscy, prawie równocześnie.
Zbyszek poszedł do przybudówki po niezbędne narzędzia, a my staliśmy w milczeniu, zastanawiając się, co kryje w sobie to tajemne wejście.
Mąż z pomocą synów, próbował wybić zardzewiały trzpień tkwiący w skoblu metalowych drzwi do piwniczki. Nie było to takie łatwe. Po kilku próbach, w końcu puścił. Napięcie sięgało zenitu. Staliśmy z wypiekami na twarzy. Jedynie moja mama nie wykazywała zainteresowania całą operacją. Dla niej liczył się tylko mój ogródek kwiatowy.
Drzwi zostały w końcu otwarte.
- To kto pierwszy tam wchodzi? Zapytał Zbyszek.
- Ja – odpowiedziałam.
 Weszłam ostrożnie na kamienne schodki, które prowadziły do wnętrza piwniczki. W środku wiało chłodem i czuć było zapach stęchlizny.
- Niech ktoś przyniesie latarkę, bo tu jest strasznie ciemno! Zawołałam.
- I co mamo tam widzisz? Zapytał Piotr, który stanął tuż za mną, uzbrojony w latarkę.
- Zaraz zobaczymy – powiedziałam, kierując strumień światła do wnętrza.
Ściany piwniczki, wyłożone były płaskimi kamieniami. Nie było tam nic szczególnego, co mogło mnie zachwycić. Dwa drewniane regały, stół i długa ława do siedzenia. Na pólkach, stało kilka naftowych lamp, mniejsze i większe świeczniki, oraz dwie kamionkowe misy. Wszystko pokryte szczelnie pajęczynami. W rogu piwniczki, dojrzałam dużą drewnianą skrzynię, z metalowymi okuciami.
- No co tam jest! Usłyszałam wołanie Lucyny. Możemy już wejść?
- Tak – odpowiedziałam.
- Zobaczcie, jakie śmieszne butelki – powiedział Marcin oświetlając swoją latarką, wiklinowy kosz.
Rzeczywiście butelki leżące w koszu, miały nietypowy kształt, jak na obecne czasy. Cześć z nich, miało jeszcze ślady laku na szyjkach. Zapewne służyły do przechowywania wina.
- Nic nam nie zostawili –odezwał się mąż.
- A ty byś zostawił? Powiedziałam rozbawiona, widząc zawiedzioną minę Zbyszka. Kto pierwszy ten lepszy – dodałam. Ale zajrzyjmy do tej skrzyni, zwróciłam się do rodzinki.
W drewnianej skrzyni nie znaleźliśmy skarbu, jak kiedyś w kamiennej ławie. W środku, było kilka drewnianych figurek. Jedne wykończone, inne częściowo obrobione, ale wszystkie przedstawiały ludzkie postaci.  Jedna z nich zwróciła moja szczególną uwagę. W drewnie wyrzeźbiono młodą kobietę. I nie byłoby w tym nic szczególnego, gdyby nie to, że postać tej dziewczyny była nieco zdeformowana. Z bijącym sercem, przyjrzałam się bliżej figurce.
- Czy myślicie o tym samym, co ja? Zapytałam.
-  O matko! Szepnęła Lucyna. To chyba Konstancja? Spójrzcie na ten garb. Ktoś wykonał tę figurkę na jej podobieństwo – dodała.
Nie mieliśmy wątpliwości, że postać wyrzeźbiona w drewnie, przedstawiała córkę Antoniny.
- Tylko po co? odezwała się Agnieszka, która dotąd milczała. To przecież było jej przekleństwem, kto mógł to zrobić? zapytała
- A ja się domyślam, kto mógł to wyrzeźbić – powiedziałam.
- To mów! Bo ja nie mam pojęcia – zagadnęła siostra, obracając w ręku drewnianą figurkę.
- Dziwne, że się nie domyślacie. Przypomnijcie sobie, kto był ojcem Konstancji. Widzę, że nadal nic nie rozumiecie. To ja wam to zaraz wyjaśnię, tylko wyjdźmy na zewnątrz, bo tu strasznie zimno.
Marcin z Piotrkiem, zabrali skrzynię i po chwili znaleźliśmy się wszyscy w leszczynowym zagajniku. Drzwi od piwniczki, zostawiliśmy otwarte, na polecenie męża, bo trzeba było, tam wywietrzyć i osuszyć pomieszczenie z wilgoci.
- He, he, patrzcie, jak nasza seniorka zgłębia tajemnice z tamtych lat, he, he – powiedział Zbyszek, próbując opanować śmiech.
Kiedy my zwiedzaliśmy piwniczkę, moja mama, smacznie sobie spała na leżaku, głośno przy tym, pochrapując.
- Szwagier, masz jeszcze jakieś piwko? Zapytała siostra. Zaschło mi w gardle – dodała.
- Oczywiście, że mam. Piotrek skocz do kuchni. Na dole w lodówce chłodzi się kilka butelek – powiedział ściszonym głosem mąż, tak by nie zbudzić mamy.
- Mamuś, może weźmiemy Barusia i pójdziemy na łąki – zaproponował Piotr.
- Idę z wami – odezwał się Tadeusz. Przyznam szczerze, że mam już dość tych rewelacji z dawnych lat. Sadzę, że siostrzyczki tylko marzą o tym, żebyśmy  teraz zostawili je w spokoju. Mam rację Lucek? Zapytał, głaskając siostrę po twarzy.
- Czytasz w moich myślach kochanie – powiedziała Lucyna. Spacer dobrze wam zrobi, nie zatrzymujemy was – dodała machając ręką, jakby chciała odgonić natrętną muchę.
Po tych słowach, siostra poszła do domu po bluzę od dresu, bo zaszło słońce i zrobiło się chłodno, a ja w tym czasie dokładniej przyjrzałam się figurce.
Obracałam ją kilkakrotnie w rękach, szukając jakiegoś punku zaczepienia. Wyrzeźbiona postać dziewczyny, wykonana została z niezwykłą precyzją. Wprawdzie czas zrobił swoje i drzewo rozeschło się z powodu upływu lat, mimo panującej wilgoci w piwnicy, ale uwydatniony garb został nienaruszony. Byłam prawie całkowicie pewna, że figurka przedstawiała Konstancję.
- I co o tym sądzisz – powiedziała Lucyna, wyciągając z kiszeni dresowej bluzy, swoje nieodzowne w takich przypadkach wahadełko.
- Spójrz – zwróciłam się do siostry. Widzisz ten charakterystyczny znak, o tu w tym miejscu? Zapytałam. Gdzieś już widziałam coś takiego? Wiem! Krzyknęłam, taki sam znak widnieje na drewnianym sercu, no wiesz, tym co wisi w salonie. To prezent wykonany dla Antoniny przez tego żołnierza. To niesamowite! Poczekajcie tu dziewczyny, zaraz wracam! To dopiero odkrycie! Krzyknęłam i potykając się na schodach wpadłam do salonu.
Zdjęłam ze ściany płaskorzeźbę i uważnie przyjrzałam się znakowi na jej tylnej części. To nie był jakiś szczególny znak, raczej wyglądało na to, że są to inicjały rzeźbiarza, który wykonał to serce.
*MJ  -
- MJ – co to może znaczyć? Pomyślałam. Zaraz... Zaraz.... przecież to M, może oznaczać początek imienia. No tak, zgadza się, przecież ten chłopak miał na imię Marcel, a J to zapewne pierwsza litera jego nazwiska. Tak, tak.... on tym imieniem podpisywał się w listach do Antoniny. Z tym odkryciem wróciłam do siostry i Asi, które podczas mojej nieobecności, przeglądały pozostałe figurki.
- Lucyna - to nie znak, tylko inicjały – powiedziałam. Sama zobacz.
Podstawiłam siostrze rzeźbę prosto pod nos.
- No..... myślę, że masz rację. Ale na tej figurce, jest KJ.
- To wszystko wyjaśnia – wtrąciła się Asia. Konstancja J, czyli córka twojej hrabianki. Wyrzeźbiła pierwszą literę swojego imienia, a J to skrót nazwiska ojca.
- Ale ja jaszcze coś innego odkryłam – powiedziała Lucyna, tajemniczym głosem. Spójrz. Ta figurka przedstawiająca kobietę, ma to charakterystyczne uwypuklenie na plecach, a te pozostałe nie mają. Wygląda na to, że ta biedna dziewczyna nie mogła do końca pogodzić się ze swoim kalectwem, o czym świadczą jej pozostałe rzeźby. Jeżeli to jej rzeźby, bo jasności nie mamy. I jeszcze jedno co zauważyłam. Wśród tych kobiecych postaci, jest jedna przedstawiająca mężczyznę, aż ciarki przechodzą mi po plecach.
- Z jakiego powodu? Zapytałam, zaskoczona odkryciem siostry. Z jakiego powodu przechodzą cię ciarki.
- Zobacz, ten mężczyzna jest bez twarzy.
- Może nie dokończyła tej rzeźby z jakiegoś powodu, próbowałam znaleźć jakieś rozsądne wytłumaczenie.
- Nie wydaje mi się – odparła siostra, odkładając figurkę do skrzyni. Wszystko jest raczej dopracowane, więc.... tylko jedno mi przychodzi na myśl. Po prostu Konstancja nigdy nie widziała ojca, dlatego ta figurka pozbawiona jest twarzy. A już tak na marginesie – dodała siostra, nad wszystkimi figurkami wahadełko szaleje, a stoi jedynie nad tą z garbem. To ciekawe, prawda?
- Masz rację - to dziwne – powiedziałam. No dosyć tego, młodzi wracają, chodźmy do domu.
Wróciłyśmy do salonu w którym, mama z moim mężem prowadzili dosyć ożywioną dyskusję. Wolałam nie wiedzieć na jaki temat rozmawiają. Znając mojego męża, który bez względu na wszystko, zawsze miał rację, musiałam przerwać tę konwersację. Ile razy spotkali się z mamą, zawsze były kwasy. Zbyszek atakował moją mamuśkę, a ona nie była mu dłużna.
- A co tobie stało się w rękę? Zapytałam, widząc bandaż na dłoni.
- Skaleczyłem się.
- Skaleczyłeś się? Kiedy? Zapytałam zdziwiona.
- Jak otwierałem te cholerne drzwi od piwniczki – odpowiedział. Wbiłem sobie w rękę ten metalowy trzpień – wyjaśnił.
- Nic nie mówiłeś. A odkaziłeś dokładnie ranę? Bo to wszystko było zardzewiałe - powiedziałam
- Tak, odkaziłem. Daj już spokój, dobrze.
- Ja jednak chciałabym zobaczyć tę ranę – zwróciłam się do męża i nie zwracając uwagi na jego gadanie, odwinęłam bandaż.
- To bardzo głęboka rana – stwierdziłam z przerażeniem. Musimy jechać na pogotowie.
Oczywiście mój małżonek nie chciał słyszeć o jakimś pogotowiu. Uparł się, że to nie pierwsze jego skaleczenie i oświadczył wszystkim obecnym, że jak zwykle zdziwiam. Mama widząc jego upór, zaparzyła szałwię i zrobiła okład.
Ale najgorsze dopiero miało nastąpić. Zbyszek obudził mnie w nocy. Miał dreszcze. Kiedy zmierzyłam mu temperaturę, okazało się, że ma prawie 40 stopni. Natychmiast obudziłam chłopców i pojechaliśmy do miejscowego szpitala.
Na miejscu, zaraz zajęli się nim lekarze. Dostał zastrzyk przeciw tężcowy i zdecydowano, że musi zostać na oddziale, bo nadal utrzymywała się wysoka temperatura.
- Proszę wracać do domu – powiedział lekarz. Jeśli gorączka nie spadnie w ciągu dwóch godzin, włączymy mężowi antybiotyk – dodał.
W powrotnej drodze wyrzucałam sobie, że to wszystko przeze mnie. Uparłam się na otwarcie tej piwnicy, a on był od samego początku przeciwny.
- Mamo - daj spokój - przecież to nie twoja wina – powiedział Piotr. Stało się i tyle. Będzie dobrze, jest już pod dobrą opieką – dodał.
 W domu, oprócz mojej mamy nikt nie spał.
- I co z panem Zbyszkiem?– Zapytała Agnieszka.
- Zostawili go w szpitalu – odpowiedziałam, usiłując opanować płacz.
- Wanda - przestań się mazać – wtrąciła Lucyna. Będzie dobrze, a teraz chodźmy spać – dodała.
Nie zmrużyłam oka do samego rana. Modliłam się, żeby było tak, jak mówiła siostra.
Poczekałam do ósmej rano i nie budząc nikogo, pojechałam do szpitala.

Fragment 14

- Dzień dobry – zwróciłam się do przechodzącej pielęgniarki. Wczoraj przyjęto tu mojego męża, jak się czuje? Zapytałam.
- Chodzi o pana Zbigniewa?
- Tak – odpowiedziałam.
- Mąż dostał antybiotyk, ale resztę dowie się pani od lekarza, zaraz po wizycie – powiedziała młoda kobieta. Proszę poczekać na poczekalni.
Usiadłam na jednej z ławek i pełna niepokoju, czekałam na jakieś wiadomości.
- Pan doktor prosi na panią do gabinetu – zwróciła się do mnie pielęgniarka, z którą rozmawiałam na korytarzu.
- Sytuacja opanowana – powiedział lekarz. Proszę mi powiedzieć jak do tego doszło, bo z mężem nie mieliśmy wczoraj żadnego kontaktu.
-  Otwierał drzwi od piwnicy i skaleczył się w rękę, ale nic nikomu nie powiedział – odparłam, usiłując opanować drżenie w głosie. Gdybym wcześniej o tym wiedziała, to natychmiast przyjechalibyśmy do szpitala, ale on jest taki uparty. Jak się czuje? Zapytałam.
- Dziś jest już dobrze. W ranę wdało się zakażenie, ale antybiotyk zaczął działać i powinno być dobrze – powiedział lekarz, stukając długopisem w blat biurka.
- Czy mogę go zobaczyć?
- Tak. Niech pani do niego zajrzy, jest w 17. Tylko proszę długo tam nie siedzieć, bo to nie jest czas odwiedzin – wyjaśnił.
Odszukałam salę w której leżał Zbyszek i na trzęsących nogach, weszłam do środka.
- Cześć zwróciłam się do męża, który siedział na łóżku. Dobrze się czujesz? Zapytałam.
- Tak. Jak to miło, że jesteś – odpowiedział. Dziś jest lepiej, ale wczoraj to nie było różowo. Wystraszyłaś się co? Hi, hi, - zaśmiał się nerwowo, poprawiając poduszkę. Chcę do domu, wiesz jak nie znoszę szpitali.
- To nie jest śmieszne – powiedziałam do męża. Nieźle nas wystraszyłeś. Czy ty zawsze musisz z wszystkiego żartować? Zapytałam zdenerwowana.
- A co mam płakać? Odpowiedział. Najważniejsze, że piwniczka otwarta – dodał z nieukrywaną ironią.
- Oczywiście jak zwykle moja wina – zwróciłam się do męża. Gdybyś był trochę ostrożniejszy, to być może tak by się to nie skończyło.
- No jasne, dobij leżącego – powiedział Zbyszek z wyrzutem w głosie.
- Przestańmy się kłócić. Najważniejsze, że sytuacja opanowana. Kiedy wychodzisz? – Zapytałam.
- Podobno jutro, ale dam ci znać. Wracaj do domu i zajmij się naszymi gośćmi – powiedział mąż.

Wróciłam do domu totalnie wykończona. Skutki nieprzespanej nocy i mocno nadszarpnięte nerwy, sprawiły, że padałam dosłownie z nóg. Najważniejsze, że wszystko dobrze się skończyło i  Zbyszka jutro wypiszą do domu.
Moi goście właśnie zbierali się do powrotu.
- Dzięki siora. Majówka była udana, oczywiście pomijając incydent ze Zbyszkiem. Ale przecież mówiłam, że wszystko dobrze się skończy – powiedziała Lucyna.
- No właśnie – wtrąciła mama. Złego diabli nie wezmą – powiedziała, malując usta, krwisto czerwoną szminką.
Do takich złośliwych stwierdzeń pod adresem mojego męża, już zdążyłam się przyzwyczaić. Po prostu teściowa z zięciem nie nadawali na tych samych falach.
Kiedy wszyscy już odjechali, usiadłam w salonie i rozkoszowałam się, cudowną, niczym nie zmąconą ciszą. Tak jak siedziałam, tak usnęłam. Dopiero rano obudził mnie Bary, sygnalizując cichym skomleniem, że czas na siusiu.
Po śniadaniu zadzwonił Zbyszek z wiadomością, że wychodzi o dwunastej w południe.
Chory chłop w domu, to tragedia narodowa. To mi podaj, to mi przynieś, miałam naprawdę dość tego usługiwania. Na moje szczęście ręka goiła się dość szybko i po dwóch tygodniach zdjęto mu opatrunek.
Mijał dzień za dniem. Młodzi zajęci byli przygotowaniami do ślubu. Zaliczyli już nauki przedmałżeńskie i czekała ich tylko wizyta w Poradni Małżeńskiej. Dziewczyny biegały na kolejne przymiarki swoich ślubnych sukien, a chłopcy wybierali odpowiednie fraki. Ja zajęłam się resztą. Zamówiłam zaproszenia w stylu Retro i udało mi się nawiązać kontakt, z jednym z okolicznych mieszkańców w sprawie dorożek, które miały nas zawieźć do kościoła. Teraz przyszła kolej na dopracowanie ogrodu. Śluby moich synów zaplanowane były na 20 sierpnia, więc miałam niewiele czasu. Wpadłam na pomysł postawienia stylowej altanki w leszczynowym zagajniku, jednak szybko z niego zrezygnowałam. To szczególne miejsce nie powinno być zmienione. Tu znaleźliśmy kosztowności i tu sto lat temu odpoczywała Antonina z córką. Zbyszek przyciął trochę leszczyny, a reszta została nienaruszona.
Zamówiłam prowizoryczne drewniane stoły i ławy do siedzenia. Kupiłam belę białego lnianego płótna. Mama obiecała, że uszyje mi obrusy, jak tylko podam jej wymiary stołów. W Internecie znalazłam firmę która produkuje lampiony na różne okazje. Wybrałam kolorowe kule, wykonane z cieniutkiej bibuły. Na każdej z nich, wypisane miały być imiona młodych. Lampiony miały być wypełnione gazem, który po wypuszczeniu wznosił je w górę. Wymyśliłam, że zamiast flakonów na kwiaty, kupię duże szklane misy. Wypełnię je rzecznymi kamykami i wodą, oraz uciętymi główkami kwiatów. Pozostały mi świeczniki, jednak tym się nie martwiłam. Można było je kupić w tanich sklepach za psie pieniądze. Grażyna dała mi namiary na kobietę z naszej okolicy, która piecze ciasta i torty na wesela. Znalazłam w Internecie restaurację zajmującą się przygotowaniem posiłków na wesela. Po wstępnej degustacji, spisaliśmy umowę i wybrałam  menu. Zbyszek obiecał zainstalować oświetlenie w ogrodzie i  miał się rozglądnąć w mieście, za jakimś zadaszeniem. Dlatego kiedy oznajmił mi, że wybiera się do Krakowa w tym celu i ma zamiar odwiedzić swoją mamę, nawet się ucieszyłam, że zostanę sama w domu. Te ostatnie dni z chorym mężem, nie były dla mnie najłatwiejsze.
- Myślę ...Wanda, że zostanę na noc u mamy – powiedział wsiadając do samochodu. Prosiła mnie już kilka razy, żeby poprawić coś na grobowcu ojca. Podobno obramowanie się ukruszyło.
- No jasne – powiedziałam z ulgą. Nie jestem małą dziewczynką i mogę zostać sama w domu – dodałam z uśmiechem na twarzy.
- Polemizowałbym co do twojej dorosłości, he, he. Sądząc po tym co  ostatnio wyprawiasz i tu wskazał ręką na piwniczkę, mam obawy czy mogę spokojnie cię zostawić – dodał zamykając drzwi od samochodu.
Uff.... zostałam w końcu sama, no nie całkiem sama, bo Baruś był przecież ze mną. Ale on był tak mało absorbujący.
Popijając kawę w zagajniku przypomniałam sobie o figurkach. Przez to całe zamieszanie z wypadkiem mojego męża, całkiem wyszło mi to z głowy. Wyciągnęłam skrzynię z werandy i zajrzałam tam ponownie.
Ustawiłam figurki na kamiennym stole i zaczęłam się im dokładnie przyglądać.
Zauważyłam, że wszystkie miały ze sobą coś wspólnego. Każda z nich u podstawy, ozdobiona była charakterystycznym wzorem. To były uwypuklenia w kształcie kiści winogron. Takie samo wykończenie miało drewniane serce.
Czyli......? Konstancja tym samym wzorem, jaki był na sercu wykonanym dla jej matki, oznaczała swoje rzeźby. Przerażała mnie nadal postać mężczyzny bez twarzy i jedna z figurek z zaznaczonym garbem na plecach. Reszta z nich miała normalny wygląd dziewcząt.
Myślę, że Konstancja rzeźbiąc kolejne figurki, chciała przynajmniej w taki sposób zapomnieć o swoim kalectwie.
Niezmącona cisza panująca w leszczynowym zagajniku, sprzyjała moim rozmyślaniom na nurtujące mnie tematy. Zamknęłam oczy i próbowałam wyobrazić sobie, w jaki sposób córka dowiedziała się o swoim ojcu. Zamknęłam oczy i przeniosłam się myślami w tamte czasy.
- Mamo, najwyższy czas, bym dowiedziała się coś na temat mojego ojca – powiedziała Konstancja do Antoniny. Nie jestem już małą dziewczynką i chyba powinnam znać prawdę, bez względu na to, jaka ona by nie była – dodała, siadając na kamiennej ławie, obok swojej matki.
Kobieta, odłożyła na stół książkę, którą właśnie czytała i spojrzała smutnym wzrokiem na swoją córkę.
- To przykre wspomnienia – powiedziała, usiłują ukryć przed Konstancją napływające do oczu łzy. Ale skoro nalegasz, to posłuchaj.
Kobieta, opowiedziała całą historię, jaką ja już znałam z przekazów Grażyny. Co jakiś czas robiła przerwę, ocierając haftowaną chusteczką zapłakane oczy. Płakały obie, a i mnie się chyba udzieliło, bo poczułam jak moje oczy robią się wilgotne. Uświadomiłam sobie, jak nieszczęśliwa była ta kobieta, ile przeszła, jak bardzo cierpiała myśląc, że ukochany o niej zapomniał. Kiedy skończyła, Konstancja przytuliła się do matki i powiedziała.
- Dlaczego dziadkowie tak postąpili? Dlaczego nie zaakceptowali waszego związku, dlaczego? – Zapytała.
- No cóż, zawiodłam ich, naraziłam na wstyd, ale byłam taka młoda – dodała głaszcząc Konstancję po dłoni. Mieli prawo tak postąpić, honor był najważniejszy. Kiedyś miałam  wielki żal do swoich rodziców, ale teraz w pełni rozumem ich postępowanie.
- A... czy próbowałaś go odszukać mamo?– Zapytała dziewczyna.
- Wiele razy o tym myślałam, ale tak byłam tobą zajęta. Liczyłam na to,  że on nas odnajdzie. I odnalazł. Jednak kiedy pojawił się u moich rodziców, oni skłamali mówiąc mu, że zmarłam na gruźlicę. Niestety dowiedziałam się o tym od ojca dopiero, gdy leżał na łożu śmierci. Wtedy zwrócił mi listy od niego. Ty byłaś już dużą dziewczynką, a ja dla Marcela umarłam. Dlatego postanowiłam zostawić to tak, jak było. Pozostały mi tylko wspomnienia i nadzieja, że ułożył sobie jakoś życie i jest szczęśliwy.
- Zadecydowałaś również za mnie  mamo – dziewczyna wydawała się być bardzo wzburzona. Wstydziłaś się swojego kalekiego dziecka! Czy mam rację? Zapytała podniesionym głosem. Jeśli go kochałaś, to powinnaś  zrobić wszystko, by go odszukać i wyjaśnić, dlaczego nie odpowiadałaś na jego listy. Ale ty bałaś się jego reakcji, kiedy dowie się, że jego córka jest garbata.
- Mylisz się Konstancjo – powiedziała Antonina. Przecież minęło wiele lat, zanim dowiedziałam się prawdy. Czy miałam prawo rujnować mu życie, czy miałam takie prawo? Pomyśl sama i nie osądzaj mnie źle. W tym czasie mógł się ożenić, założyć rodzinę, czy nadal myślisz, że źle zrobiłam?  Ale Konstancja nie chciała słuchać już słów swojej matki. Zdenerwowana, wstała z ławy i potykając się o wystające kamienie, pobiegła do domu.
Czy tak było? Być może, było całkiem inaczej. Może Antonina w inny sposób przekazała córce swoją historię. Ja przyjęłam taką wersję.
Odstawiłam figurki z powrotem do skrzyni i wróciłam do planów, związanych z weselem moich synów.
Zaplanowałam sobie na jutrzejszy dzień wyjazd do Krakowa. Chciałam kupić jeszcze parę drobiazgów i odwiedzić Piotra i Marzenkę w naszym mieszkaniu. Taka mała kontrola. Umówiłam się z mężem, że rano przyjadę do miasta busem, a potem wrócimy razem.
Będąc w Krakowie, musiałam koniecznie wstąpić na Plac Żydowski, gdzie prawie codziennie można było poszperać w starociach, które wystawiali kolekcjonerzy na swoich stołach.
Odszukałam znajomego, u którego za niewielkie pieniądze nabyłam, nie jedno cudeńko do mojego dworku.
- Dzień dobry panie Józiu – zwróciłam się do starszego pana, który prowadził ożywioną rozmowę z jakąś kobietą.
- O, witam pani Wando – powiedział ucieszony moim widokiem.
- Ma pan coś dla mnie? Zapytałam spoglądając na stół zapełniony różnościami.
- Mam tu coś, co pewnie pani się spodoba – powiedział tajemniczym głosem.  Po czym nachylił się nad swoją przepastną torbą i wyciągnął z niej starą kryształową cukiernicę
 Istne cacko. Mosiężna postać kobiety, odziana raczej skromnie, trzymająca w rękach kryształową różę. Naprawdę piękna robota.
- No..... panie Józiu.... pan to wie czym mnie zachwycić – powiedziałam. Aż boję się zapytać ile pan sobie zakrzyczy za to cudeńko? Bo jak dużo, to zapomnijmy – powiedziałam posyłając mężczyźnie zalotny uśmiech.
- No cóż, jak dla pani to sto złotych, niech będzie moja strata – powiedział udając łaskawego. Ale to była tylko taka poza, którą przybierał mój znajomy, za każdym razem, kiedy coś u niego kupowałam. Tak się ze mną zawsze przekomarzał. A ja wiedząc, że jestem w jego typie, czyli postawna babka, mam czym oddychać i na czym siedzieć, jak to za każdym razem mówił, zatrzepotałam rzęsami, zrobiłam zmartwioną minę i odstawiając cukiernicę na stół – zwróciłam się do znajomego.
- Sto zł to dla mnie za dużo. Może kiedyś ją kupię, jeśli oczywiście nie znajdzie wcześniej nabywcy – Powiedziałam wpatrując się w pana Józia.
- Dobra – machnął ręką. Niech stracę. Ostatecznie sześćdziesiąt złotych i proszę ją zabierać, zanim się rozmyślę.
Tym sposobem cukiernica wyładowała w mojej torbie, a pan Józiu nie wyglądał na poszkodowanego, co uspokoiło moje sumienie. Kiedy już miałam odchodzić od stoiska, uwagę moją przykuła drewniana rzeźba.
Odłożyłam torbę na ziemię i wzięłam figurkę do ręki. Był to sporej wielkości ptak, z rozłożonymi szeroko skrzydłami. Z bijącym sercem dojrzałam znajomy mi motyw. To były kiście winogron, takie same jak na sercu wiszącym w naszym salonie i wszystkich figurkach, które znaleźliśmy w piwniczce.
- Panie Józiu - skąd pan to ma? Zapytałam drżącym z przejęcia głosem.
- A co? interesują panią takie rzeczy? Zapytał.
- Tak... właśnie jestem w posiadaniu podobnych figurek z takim motywem – wyjaśniłam wskazując wzór na podstawie rzeźby.
          - Był tu kiedyś taki starszy mężczyzna i zostawił mi to w komis. Powiedział, że ma jeszcze wiele takich figurek. Ale jak do tej pory nie udało mi się znaleźć nabywcy – dodał. Jeśli jest pani zainteresowana, to oddam ją za trzydzieści złotych.
- To ja biorę – zwróciłam się do znajomego. Ale mam prośbę do pana. Jeżeli zjawi się u pana właściciel tej rzeźby, to proszę mu powiedzieć, że chciałabym się z nim spotkać – powiedziałam zapisując swój numer telefonu na kawałku gazety.
- Dobrze pani Wando. Jak tylko się tu pojawi, przekażę mu pani telefon.
Pożegnałam poczciwego Józia i nie zwracając uwagi na godzinę, pojechałam prosto do Lucyny. Pojawił się następny trop, a tylko z nią mogłam o tym porozmawiać.
- Wanda? Co ty tu robisz – zapytała siostra, widząc mnie stojącą w drzwiach. Mogłaś przynajmniej zadzwonić, to zrobiłabym jakiś obiad – powiedziała.
- E... co tam obiad, odepchnęłam siostrę, która nadal trzymała mnie na wycieraczce przed drzwiami. Długo tak będę tu stała? Gościnna to ty raczej nie jesteś siostrzyczko.
- Masz cos do picia zimnego? Zapytałam siadając na otomanie, strasznie mi zaschło w gardle.
Kiedy ona coś tam zrzędziła w kuchni, że nie ma mnie czym poczęstować, itd. Ja wyjęłam drewnianego ptaka i postawiłam na stole.
- Co to? Znów coś kupiłaś u pana Józia? Zapytała podając mi szklankę z zimnym sokiem pomarańczowym.
- To nie taki zwykły ptak jak sobie myślisz. Przyjrzyj mu się z bliska.
- No... dobra robota, ale..... nadal nie pojmuję co w nim takiego niezwykłego – oznajmiła siostra, przyglądając się uważnie rzeźbie.
- Wybaczam ci, masz prawo nie pamiętać. Przez ten wypadek Zbyszka nie miałaś okazji dokładniej się przyjrzeć  tamtym figurkom. Widzisz ten wianuszek z kiści winogron? Zapytałam.
- No widzę, ale..... przecież takie winogrona można zobaczyć na wielu antycznych meblach. O! Na przykład na szufladach twojej komody.
- Zgadza się – przytaknęłam siostrze. Jednak czy to nie dziwne, że Marcel, ukochany Antoniny, ozdobił tym motywem wykonane dla niej serce. A Konstancja, bo nadal wierzymy, że to ona rzeźbiła te kobiece figurki i tą przedstawiającą mężczyznę bez twarzy, ozdobiła je wszystkie u podstawy tym właśnie motywem, kumasz?
- Chyba tak – powiedziała Lucyna. Ktoś... być może z dalekiej rodziny Marcela jest w posiadaniu kolekcji, która nas interesuje. Czy dobrze myślę? Zapytała siadając obok mnie. Daj łyka, bo teraz to mnie zaschło w gardle – dodała, wypijając do dna cały sok.
Zrobiło się późno, więc zdzwoniłam do Zbyszka, żeby przyjechał po mnie do Lucyny, bo mieliśmy się przecież spotkać się u Piotra i Marzenki.
- Zdzwonimy się, zawołałam już ze schodów. Może wpadniesz do mnie! Krzyknęłam, ale nie wiem czy usłyszała.
W drodze powrotnej miałam solidną awanturę. Zbyszek, aż kipiał ze złości.
- Wykonałem do ciebie, chyba ze sto telefonów, ale ty nawet jednego nie odebrałaś, bo po co? Myślałem, że coś ci się stało  - wrzeszczał.
 Wyciągnęłam telefon z torebki i stwierdziłam, że mam kilkanaście nieodebranych połączeń.
- Przepraszam kochanie. Wiem zawaliłam, ale nie słyszałam telefonu. No nie gniewaj się już.
- Mam się nie gniewać? Ty wiesz jak się martwiłem? Gdzie ty kobieto tak długo byłaś? Możesz mi to wyjaśnić?
- Zasiedziałam się u Lucyny i jakoś tak zeszło – powiedziałam udając skruszoną. Bo co, miałam mu powiedzieć o wizycie na targu staroci, o figurce i moich przypuszczeniach. O nie! To byłaby ostania rzecz, którą bym zrobiła. Wtedy dopiero by się wściekł. Bo tak naprawdę, to złapałam się na tym, że coraz bardziej zajmuję się życiem hrabianek, niż swoim. A to już graniczyło z obłędem.  Obiecałam sobie w duchu, że aż do wesela nie poruszę już tematu z tamtych lat. Obiecałam i co z tego. Postanowienia, postanowieniami, a życie życiem. Nie upłynęło wiele czasu, gdy znów musiałam wrócić do historii z przed stu lat.

Fragment 15

Co dowiemy się z siostrą, od właściciela drewnianego ptaka.


Dziś odwiedziła mnie Grażyna. Ostatnio nie miałyśmy okazji, żeby się spotkać, bo na pewien czas przenieśli ją do Warszawy.
- Co u was? Zapytała, kiedy usiadłyśmy w salonie.
 Bez owijania w bawełnę, opowiedziałam przyjaciółce o ostatnich wydarzeniach. O piwniczce, wypadku Zbyszka i tajemniczym mężczyźnie od figurek.
- Wiesz co Wandziu......to intrygujące co mówisz – powiedziała, wyciągając z torebki duży czerwony notes. Jeśli ten pan od figurki jest w jakiś sposób powiązany z Marcelem, to.... to..... ile on może mieć teraz lat?  Grażyna zamyśliła się na chwilę. Zaraz..... jeśli Antonina w tym czasie miała przypuszczalnie siedemnaście lat, a ten chłopak tyle samo, to.... zaraz, zaraz, musimy to obliczyć – powiedziała, zapisując w notesie daty urodzin i śmierci kobiet. Gdybyśmy przyjęły taką hipotezę, że Marcel po wiadomości o śmierci swojej ukochanej za jakiś czas się ożenił i miał dzieci, lub dziecko, to być może? Ufff.... strasznie to trudne – powiedziała. Myślę, że nie ma sensu kombinować, tylko czekać na wiadomości od twojego znajomego. Przecież ten mężczyzna pojawi się kiedyś u pana Józia, by sprawdzić czy drewniany ptak znalazł nabywcę. Musimy uzbroić się w cierpliwość – dodała chowając notes.
- Też tak myślę – przyznałam rację przyjaciółce. Czas pokaże – dodałam zmieniając temat.
Szybko przeszłyśmy do spraw związanych z uroczystością ślubną moich synów.
- Taki śub w stylu Retro to świetny pomysł – powiedziała Grażyna. Jeszcze czegoś takiego nie było w naszej okolicy. Myślę, że okoliczni mieszkańcy, tłumnie przybędą na tę uroczystość. To będzie niezwykłe wydarzenie. A ty też masz zamiar wystąpić w sukni z tamtego okresu? Zapytała.
- Oczywiście, nie może być inaczej – powiedziałam. Moja krawcowa, wynalazła wzór sukni z tego okresu. Już jestem po pierwszych przymiarkach. To będzie naprawdę szykowna suknia. Cała z koronek, w kolorze turkusowym, wcięta w pasie, z gorsetem ozdobionym białymi perełkami. Miałyśmy spory problem ze znalezieniem właśnie tych perełek. Ale w jednej z hurtowni sztucznej biżuterii, udało mi się wyszperać, kilka takich naszyjników. Pani Jadzia stanęła na wysokości zadania i zrobiła z tych koralików ozdobę gorsetu mojej sukni. Oko ci zbieleje kochana – powiedziałam. Suknia będzie naprawdę piękna.
- No! Tylko żebyś nie przesadziła, he, he – zaśmiała się Grażyna. Teściowa nie może wyglądać ładniej od synowej, a w twoim przypadku od synowych – dodała.
Opowiedziałam przyjaciółce o moich planach zorganizowania przyjęcia w ogrodzie.
- Ale bierzesz pod uwagę pogodę, bo może być różnie – powiedziała. A jak będzie padał deszcz? To co zrobicie?
- Pomyśleliśmy o wszystkim. Zbyszek kupił specjalne zadaszenie. Będzie oświetlenie nad którym obecnie pracuje. Ale mamy też plan B. Jeśli pogoda pokrzyżuje nam plany, przeniesiemy się do domu. Nie będzie dużo gości, jakieś pięćdziesiąt osób,  więc powinniśmy się pomieścić..
- To dobrze – powiedziała Grażyna. No cóż, na mnie już czas – dodała podnosząc się z sofy. Daj znać jak będziesz miała jakieś wiadomości od pana Józia.
- O.... Grażynka? Powiedział mąż, który wyszedł z przybudówki, w chwili, kiedy odprowadzałam przyjaciółkę do bramy. Dlaczego mnie nie zawołałaś? Zapytał z wyrzutem w głosie.
- Witaj Zbyszku, wpadłam tylko na chwilkę. Twoja żona to mistrzyni w dostarczaniu niesamowitych wiadomości.
- O jakich wiadomościach mówisz? Zapytał mąż, przeszywając mnie wzrokiem.
- No jak to o jakich? To ty nic nie wiesz? Powiedziała Grażyna nieco zdziwiona. No ta figurka.... no... upss, wygląda na to, że naprawdę nic nie wiesz – dodała zmieszana. To na razie, muszę już lecieć – dodała widząc moją wystraszoną minę.
- Czy coś przeoczyłem żono? Zapytał Zbyszek. Chyba należą mi się jakieś wyjaśnienia – powiedział zamykając bramę za naszym gościem.
Oj, czekała mnie trudna rozmowa.
Mąż słuchał mnie w całkowitym milczeniu. Opowiedziałam mu o wizycie u pana Józia, figurce i  tajemniczym właścicielu. A kiedy skończyłam, spojrzał na mnie i powiedział.
- Wanda, tak dalej być nie może. Zaczynam żałować, że zgodziłem się na ten dworek. Czy zdajesz sobie sprawę z tego, że więcej czasu poświęcasz tym hrabiankom, niż własnej rodzinie? Kiedy się w końcu opamiętasz? Już niedługo śluby naszych synów, tyle jeszcze pracy w związku z przyjęciem weselnym. Odpuść sobie i zajmij się tym, co teraz najważniejsze – powiedział Zbyszek.
- Masz rację, trochę przesadzam, ale czy mam być obojętna, kiedy pojawił się kolejny trop? Ten mężczyzna może nam wiele wyjaśnić. Jestem prawie przekonana, że figurka, którą kupiłam za grosze ma jakiś związek z historią z tamtych czasów. Nie zaprzeczysz chyba, że jesteśmy coś im winni? To dzięki kosztownościom, które nam się dostały, możemy tu mieszkać. Czy nadal uważasz, że powinnam dać sobie spokój? Czy aż tak bardzo zaniedbuję ciebie i naszych synów? Powiedz, ale tak szczerze.
- Wszystko z umiarem żono – odezwał się Zbyszek. Teraz mamy inne sprawy na głowie i sam się z tym nie uporam. Dlatego jeszcze raz cię proszę, zostaw zamierzchłe czasy i wróć do teraźniejszości – dodał.
Zrozumiałam. Mój maź miał rację.
Postanowiłam na jakiś czas odpuścić.
Kiedy Zbyszek zajmował się w ogrodzie montowaniem zadaszenia, ja robiłam w tym czasie listę niezbędnych rzeczy związanych z przyjęciem weselnym.
Świeczniki na stół, szklane misy z kwiatami, obrusy – mam. Została mi jeszcze zastawa obiadowa i sztućce. Nie miałam tego na tyle, więc wpadłam na pomysł, że wypożyczę to wszystko od koleżanki, która jest kierowniczką w Kole Gospodyń Wiejskich. Już z nią rozmawiałam na ten temat, więc ten problem miałam z głowy. Zostały mi jeszcze tylko same drobiazgi. Włożyłam listę do torebki i zajęłam się przygotowaniem obiadu. Nagle zadzwonił telefon. Pewnie Lucyna – pomyślałam.
- Słucham powiedziałam.
- Dzień dobry - nazywam się Jakub Jaskulski – usłyszałam w słuchawce męski głos.
- Tak, słucham pana, w czym mogę pomóc – zapytałam?
- Dostałem ten numer od sprzedawcy staroci, podobno chciała się pani ze mną skontaktować? Usłyszałam.
Jakub Jaskulski? Myślałam gorączkowo. Marcel J, Konstancja J, Jakub J. Boże, to nie może być prawdą.
- Halo, jest pani tam – powiedział mężczyzna.
- Tak jestem, ale mam jakieś problemy z telefonem – skłamałam, by zyskać na czasie. Oddzwonię do pana – dodałam.
- Dobrze, czekam – powiedział i połączenie zostało przerwane.
Spojrzałam z przerażeniem przez okno. Mąż mocował  plandekę i był tak zajęty tym co robi, że miałam okazję porozmawiać spokojnie z nieznajomym.
Postanowiłam przeprowadzić tę rozmowę w swoim pokoju na piętrze, na wypadek, gdyby Zbyszek potrzebował coś z domu. Nie chciałam, żeby słyszał z kim rozmawiam.
Usiadłam już nieco uspokojona na otomanie i zadzwoniłam do pana Jaskulskiego.
- Przepraszam za te zakłócenia – powiedziałam próbując opanować drżenie w głosie. Jak pan już wie, kupiłam jedną z figurek z pana kolekcji. Czy może mi pan powiedzieć skąd pan je ma? Zapytałam.
- A dlaczego tak panią interesują te rzeźby? Zapytał
- No tak, należą się panu wyjaśnienia – powiedziałam. Jestem właścicielką starego dworku i  robiąc porządki, znalazłam w piwniczce podobne figurki. Śmiem twierdzić, że mają ze sobą coś wspólnego.
- To znaczy? Zapytał pan Jakub. Po czym pani tak sądzi?
-Ten ornament na podstawie każdej z rzeźb, czyli kiście winogron. Na tych, co są w moim posiadaniu i na tej od pana, jest taki sam – wyjaśniłam.
- Rozumiem – usłyszałam słuchawce. Czyli sądzi pani, że wykonawca tych rzeźb to ten sam człowiek? Zapytał.
- Nie do końca panie Jakubie. Wygląda na to, że wykonawców było dwóch i to mnie w tej chwili najbardziej zastanawia. Ja – kontynuowałam, mam kilkanaście takich rzeźb, ale nie od jednego wytwórcy.
- To ciekawe co pani mówi. W takim razie musimy się spotkać.
- Też tak sadzę – odparłam i zapewniłam mojego rozmówcę, że zadzwonię do niego w sprawie ewentualnego spotkania.
Teraz czekała mnie rozmowa z mężem.
Jak mam mu o tym powiedzieć? Przecież się znowu wścieknie. Co zrobić? Myślałam. Mam! Ucieszyłam się w duchu. Stary niezawodny sposób. Przez żołądek do serca, to jedyne co przyszło mi do głowy.
- Kochanie – zawołałam z werandy. Może zrobisz sobie przerwę na obiad. Wszystko gotowe – dodałam.
- Dobry pomysł – odparł mąż. Właściwie to zgłodniałem – powiedział, ocierając pot z czoła. Tylko wezmę prysznic.
Pierwsze koty za płoty – pomyślałam i wróciłam do kuchni.
- Mmm.... czuję fasolową? Powiedział mój luby.
- Zgadłeś. Fasolowa i ruskie pierogi.
- Ruskie? Kobieto zaskakujesz mnie – powiedział mieszając łyżką gorącą zupę. Kiedy zdążyłaś zrobić te pierogi? Zapytał.
He, he, jedni robią w ogrodzie, a inni w kuchni – powiedziałam polewając ruskie skwarkami.
Mój mąż to przysłowiowa złota rączka i nikt mu nie dorówna. Ale ja króluję w kuchni. Każdy wolny czas staram się wykorzystać. Kiedy robię pierogi to jak dla wojska. Część wykorzystuję na bieżąco, a część zamrażam. To samo jest z bigosem i pieczonym mięsem. Nie zawsze jest czas, by przygotować szybki obiad. Dlatego staram się mieć coś w zapasie. I dziś właśnie z niego skorzystałam.
- Pycha, ale się objadłem – powiedział Zbyszek.
- To jeszcze nie wszystko zakomunikowałam. Mam dla ciebie niespodziankę – powiedziałam. Czy życzy sobie pan lody na deser?
- Zaraz, zaraz, jeśli masz na myśli te z ajerkoniakiem, to zaczynam się niepokoić. Co zmalowałaś? Zapytał.
- Dlaczego od razu musiałam coś zmalować? Zwykły codzienny obiad i deser. O co ci chodzi? Zapytałam udając zaskoczoną.
- Kochanie znam cię nie od dziś, więc mów o co chodzi.
Poddałam się. W telegraficznym skrócie zrelacjonowałam mężowi dzisiejszą rozmowę z panem Jakubem.
Kiedy salaterka po lodach była pusta, Zbyszek rozparł się na kuchennym stołku i zapytał.
- Czy umówiłaś się już z tym panem? Bo jak cię znam, to nie przepuściłabyś takiej okazji.
- Jeszcze nie – odparłam zgodnie z prawdą. Obiecałam mu, że zadzwonię.
- Wiesz co Wandula – powiedział mąż. Choćbym cię straszył, groził, gniewał się i tak zrobisz po swojemu. Dlatego nie pozostało mi nic innego, jak przyzwyczaić się do twoich szalonych pomysłów i działań.
- To znaczy, że się nie gniewasz? Spojrzałam na męża.
- A mam inne wyjście.
- Nie, hi, hi, - zaśmiałam się zarzucając mu ręce na szyję. Jesteś taki wyrozumiały – dodałam całując go w czoło.
Wygląda na to, że odniosłam sukces. Mąż obiecał nie wtrącać się już w moje poszukiwania, a ja obiecałam robić to tak, by wilk był syty i owca cała. Najważniejsze było to, aby rodzina na tym nie ucierpiała. Dostałam więc wolną rękę i nie czekając na to, aż mąż zmieni zdanie zadzwoniłam do Pana Jakuba.
Spotkanie miało się odbyć u nas w dworku. Natychmiast powiadomiłam o tym siostrę i  umówiliśmy się na sobotę.
Teraz miałam w końcu czas na dopieszczenie wszystkiego, co dotyczyło przyjęcia weselnego. Zbyszek zakończył już prace nad zadaszeniem i oświetleniem. Przyznam, że zrobił to profesjonalnie. Małe kolorowe żarówki w kształcie kwiatów rozmieszczone wokół zadaszenia, dawały delikatne światło. Do tego postawi się jeszcze świeczniki na stoły i szklane misy z kwiatami. Będzie pięknie – pomyślałam.
W końcu nadeszła oczekiwana sobota. Lucyna przyjechała zaraz z rana.
- O której się umówiłaś z tym facetem? Zapytała siadając w leszczynowym zagajniku.
- O piętnastej – odparłam. Jak myślisz? Zagadnęłam. Czy to może być jakiś potomek Marcela?
- Wszystko możliwe – siostra zamyśliła się na chwilę. Sądząc po datach, to można przypuszczać, że pan Jakub mógłby być wnukiem Marcela. Czyli....? ukochany Antoniny nie długo rozpaczał po stracie Antoniny.
- No przestań – zwróciłam się do siostry. Dowiedział się od jej rodziców, że zmarła, więc miał całe życie rozpaczać? Zapytałam.
- Nad czym tak rozprawiacie białogłowy? Zapytał mąż, który stanął nagle przy nas niczym duch.
- O, cześć szwagier – Lucyna wstała z ławki i przywitała się ze Zbyszkiem. Tak się zastanawiamy z Wandą, czy ten tajemniczy pan ma coś wspólnego z naszymi hrabiankami – powiedziała, przesuwając się na skraj ławki tak by mógł usiąść obok niej.
- To, że jest w posiadaniu tych figurek jeszcze o niczym nie świadczy – wyjaśnił mąż. Może zwyczajnie je od kogoś kupił lub dostał, więc uzbrójcie się w cierpliwość i poczekajcie, aż sam wam to wyjaśni. A jak ci się podoba wystrój naszego ogrodu – zapytał Zbyszek zmieniając temat.
- No cóż, przypomina mi to trochę poligon wojskowy – skrytykowała siostra.
- To jest wersja robocza – wyjaśnił mój mąż nieco zawiedziony. Wszystko będzie ozdobione kwiatami. Zadaszenie zostanie przybrane gałązkami leszczyny, tak by wyglądało jak szałas. Resztą zajmie się Wanda.
  - Tak, to prawda – próbowałam bronić męża. Dzień przed przyjęciem, pojedziemy na giełdę kwiatową i kupimy odpowiednią ilość kwiatów do ozdoby. Zobaczysz siostra jak będzie cudnie.
 - No chyba, że tak - odpowiedziała. Bo jak na razie, to czuję się jak w koszarach – dodała.
Postanowiłam przerwać tę kłopotliwą dyskusję i zaproponowałam siostrze spacer do lasu. Zabrałyśmy Barego i  zostawiając zniesmaczonego męża, ruszyłyśmy w drogę.
- Mogłaś sobie darować te twoje szczere do bólu uwagi – powiedziałam, kiedy byłyśmy już w odpowiedniej odległości. Chłopisko tak się starało, a ty to wszystko skrytykowałaś, oj siora, nagrabiłaś sobie.
- A cóż ja takiego złego powiedziałam? – Lucyna aż przystanęła. Czy sądzisz, że zadaszenie w takim stanie wygląda imponująco? Zapytała.
- To tylko konstrukcja – próbowałam jej wyjaśnić. Mamy jeszcze dużo czasu na dopracowanie wszystkiego. Zobaczysz, oko ci zbieleje jak  przystroję to kwiatami. Ale co tam u ciebie? Zapytałam widząc skwaszoną minę siostry. Piszesz coś nowego? Zapytałam.
- Tak, kończę właśnie swoją nową powieść - odpowiedziała Lucyna, już nieco uspokojona. Ale jak pomyślę nad poprawkami, to dostaję gęsiej skórki – dodała.
- Powiedz mi – zagadnęłam. Jak to jest? Piszesz coś i potem trzeba to poprawiać. Czy nie można robić tego w trakcie pisania? Zapytałam.
- Już ci to kiedyś wyjaśniłam. Pisząc, nie zastanawiasz się nad pewnymi zdaniami, bo ważne jest wtedy to co przychodzi ci do głowy. Dopiero potem widzisz powtórzenia i źle sformułowane zdania. Właśnie po to są poprawki – wyjaśniła siostra. A co z twoją powieścią? Zapytała.
- Na razie sobie odpuściłam. Teraz nie mam do tego głowy. Wiesz - ta uroczystość, przygotowania, brak mi czasu – odpowiedziałam.
- No tak, to nie są warunki do pisania – przytaknęła Lucyna. Ale to wszystko pikuś, bo czeka nas wizyta tajemniczego pana i wszystko inne idzie na bok.
Zmęczone długim spacerem wróciłyśmy do domu. Ja zajęłam się przygotowaniami do obiadu, a Lucyna rozłożyła sobie leżak i wystawiła twarz do słońca.
- Wiesz co - wkurzyła mnie ta twoja siostra – usłyszałam za plecami głos męża. Znalazła się znawczyni – powiedział z nutką ironii w głosie. Łatwo kogoś krytykować, tylko gorzej jak samemu trzeba coś wymyślić – powiedział Zbyszek zaglądając mi przez ramię do garnka, w którym gotował się gulasz na dzisiejszy obiad.
- Oj! Przestań się tak jeżyć! Jest po prostu szczera i tyle. Przyznasz chyba, że jak na razie widok zielonej plandeki nie powała z nóg. Zmieni zdanie jak zobaczy to w innej szacie. Mam już wszystko gotowe - zjemy pod leszczynami? Zapytałam.
- Dobry pomysł – odpowiedział mąż. To co? nakrywać do stołu? Zapytał.
- Tak, zanieś talerze i wazę z zupą, ja tylko odcedzę ziemniaki i zaraz do was dołączę.
- Lucyna, zapraszamy na obiad – usłyszałam na zewnątrz wołanie męża.
Podczas posiłku nie poruszaliśmy drażliwego tematu. Lucyna opowiadała o ostatnim spotkaniu z literatkami w Bydgoszczy. Atmosfera na szczęście się oczyściła i po chwili żartowaliśmy już sobie, zapominając o tamtej rozmowie.
Do wizyty pana Jakuba była jeszcze cała godzina. Postanowiłam w tym czasie, przygotować wszystko, co miało związek z Antoniną i Konstancją. Wyciągnęłam listy od Marcela i ustawiłam na stole w salonie figurki. Na tę okoliczność, zawiesiłam na szyi medalion z wizerunkiem Antoniny, a siostrę poprosiłam, żeby włożyła medalion ze zdjęciem Konstancji. Tak wystrojone i podniecone tym co zaraz usłyszymy, czekałyśmy na naszego gościa. Zbyszek zapowiedział już wcześniej, że nie ma zamiaru uczestniczyć w tym spotkaniu i pod przykrywką załatwienia pewnej ważnej sprawy w mieście, wsiadł do samochodu i odjechał.
- Dobrze, że nie będzie go z nami – zagadnęła Lucyna polerując irchową szmatką zdjęcie Małej Konstancji. Spójrz - była taka urocza – powiedziała siostra przekazując mi medalion. Jakie okrutne  potrafi być życie, szczególnie w jej przypadku.
- To prawda – powiedziałam. Kocham te stare czasy, ale jak sobie pomyślę o twardych zasadach panujących w szlacheckich rodzinach, o kojarzących pary rodzinach, by połączyć majątki to wolę żyć w teraźniejszości – stwierdziłam.
W pewnej chwili, Bary zerwał się z posłania i podbiegł do bramy wejściowej, oznajmiając głośnym szczekaniem, że mamy gościa.
Na poboczu zatrzymało się czarne BMW z którego wysiadł dystyngowany starszy pan, w nienagannie skrojonym garniturze.
- Pani Wanda? Zapytał.
- Tak to ja. Witam pana i zapraszam do środka – powiedziałam, prowadząc gościa do salonu.
- Jakub Jaskulski – przedstawił się mężczyzna, całując każdą z nas w dłoń z wielką nonszalancją.
- Napije się pan czegoś? Zapytałam.
- Jeśli można, to coś zimnego – odpowiedział i rozpinając guzik od marynarki, usiadł na sofie.

Fragment 16

Przez uchylone drzwi od kuchni, obserwowałyśmy z siostrą pana Jakuba, który w całkowitym milczeniu przeglądał listy.
- I co pan na to? Zapytałam stawiając na stole szklanki sokiem pomarańczowym.
- Jak to się stało, że jest pani w posiadaniu tych listów? Zapytał odkładając pożółkłe kartki na blat stołu.
Pan Jaskólski wysłuchał mojej opowieści. Kiedy skończyłam, powiedział.
- Wygląda na to, że autor tych listów to mój przodek. Głos mu drżał z przejęcia. W takim razie mamy sobie wiele do powiedzenia – dodał. Miałem jakieś dwanaście lat, kiedy dziadek opowiedział mi swoją historię. Czekał, aż dwanaście lat, by to z siebie wyrzucić. Może uznał, że w tym wieku zrozumiem, co przeżył. Myślę, że nigdy nie kochał babci tak jak powinien, ale zawsze ją bardzo szanował. Gdyby wtedy wiedział, że jego ukochana żyje i gdyby wiedział, że ma córkę, pewnie inaczej potoczyły by się jego losy. To straszne co zrobili rodzice tej kobiety – powiedział, trzymając w ręku medalion ze zdjęciem Antoniny.
- A tak wyglądała córka pana dziadka – odezwała się Lucyna podając medalion z fotografią Konstancji.
W salonie zapanowało milczenie. Nikt nie śmiał przerwać tej wzruszającej sceny. Starszy pan miał łzy w oczach. Czy to możliwe? Żeby tak zachowywał się prawie siedemdziesięcioletni mężczyzna?.
- Najważniejsze, że nawiązaliśmy kontakt – powiedziałam. A co pan sądzi o figurkach? Czy nie uważa pan, że Konstancja odziedziczyła talent rzeźbiarski po swoim ojcu, czyli  po pana dziadku? Zapytałam.
- Na to wygląda – odpowiedział. I nie tylko ona lubiła rzeźbić. Mój ojciec robił piękne meble a i ja też mam coś z dziadka Marcela – powiedział. Skończyłem Liceum plastyczne i gdyby nie to, że w tych czasach trzeba było należeć do Partii, moje życie potoczyłoby się innym torem. Pracowałem w biurze projektów i miałem okazję zrobić studia. Niestety, musiałbym zapisać się do Partii, jednak to było wbrew moim przekonaniom. Dlatego nigdy nie uzupełniłem swojego wykształcenia. Ale na całe szczęście nawiązałem kontakty z władzami kościoła, dzięki którym mogłem sobie dorabiać po godzinach. Zresztą do dziś to robię, może już nie na taką skalę jak kiedyś, ale nadal mam zlecenia od księży.
- A co pan robi panie Jakubie? Zapytała Lucyna.
- Odnawiam herby kościelne, obrazy świętych a ostatnio pracuję nad ołtarzem w jednym z krakowskich kościołów – powiedział.
- To fascynujące! Zawołałam. Zazdroszczę panu takiej pasji.
- To prawda, jest czego zazdrościć - powiedział Jakub z uśmiechem na twarzy. Kocham tę pracę i nie ukrywam, że dzięki niej mogę sobie pozwolić na lepsze życie. Ale przejdźmy do sedna sprawy. Jeśli panie pozwolą to zadzwonię teraz do córki. Ucieszy się na pewno, jak przekażę jej wiadomość o naszym spotkaniu – powiedział. Po czym wstał z sofy i wykręcając numer telefonu, wyszedł do ogrodu.
- Co o nim sądzisz? – Zapytała siostra, kiedy zostałyśmy same.
- Sympatyczny – odparłam. Szkoda, że nie wiemy jak wyglądał Marcel, bo być może on ma  coś z niego, na przykład nos lub oczy. Ech.... nie dowiemy się już tego – powiedziałam lekko zawiedziona.
Po kilkunastu minutach, Jakub wrócił do salonu z wiadomością, że jego córka Basia chciałaby nas poznać. Oczywiście z wielkim entuzjazmem przyjęłyśmy tę wiadomość i umówiliśmy się na następną sobotę.
Pan Jakub tłumacząc się obowiązkami, pożegnał się z nami i odjechał.
To było sympatyczne spotkanie. Jeszcze przez chwilę oglądałyśmy rzeźby, pozostawione przez mężczyznę, który uznał, że tu jest ich miejsce.
Po wyjeździe Jakuba moja siostra, oddala się błogiemu leniuchowaniu, a ja wróciłam do swoich domowych obowiązków. W chwili kiedy podlewałam kwiaty, zobaczyłam  nadjeżdżający samochód męża.
- Hej, żono! – zawołał wysiadając z auta. Otwórz szeroko bramę!
Zdziwiona wykonałam jego polecenie, bo nigdy nie wjeżdżał samochodem na teren posesji.
- O co chodzi? Zapytałam.
- Zaraz zobaczysz – odpowiedział kierując wzrok w stronę drogi.
W pewnej chwili na horyzoncie pojawił się dostawczy samochód. Kierowca zwolnił i na wyciszonym silniku podjechał pod naszą bramę.
- Dobrze trafiłem? Zapytał młody mężczyzna, wychodzacy z samochodu.
- Zgadza się – odpowiedział Zbyszek. Proszę wjechać do środka – dodał.
Z przerażeniem obserwowałam jak koła samochodu niszczą wypielęgnowaną, świeżo skoszoną  trawę. Kierowca podniósł plandekę i zwinnie wskoczył  do środka samochodu.
- Ma pan jakiś wózek? Zapytał.
- Wózka nie mam, muszą wystarczyć taczki – powiedział mąż i ruszył w stronę przybudówki z narzędziami ogrodniczymi.
- A.... co tu się dzieje? Spytała siostra rozbudzona ruchem panującym w ogrodzie.
- Sama nie wiem – wyjaśniłam. Ale zaraz się przekonamy.
Zbyszek z pomocą kierowcy wyciągnął z samochodu kamienną figurkę małej dziewczynki. Po ustawieniu jej na ziemi, aż krzyknęłam z zachwytu.
- O rany! Zbyszek! Jakie to piękne! Zawołałam.
 Kamienna postać dziewczynki, trzymająca w jednej ręce, konewkę a w drugiej  kapelusz, wykona została z piaskowca. Całość tej urokliwej fontanny, uzupełniała głęboka misa na wodę.
- Aż boję się zapytać ile dałeś za to? Powiedziałam. Ale choćby kosztowała majątek, nie miało to dla mnie żadnego znaczenia. Taka ozdoba w ogrodzie była zawsze moim marzeniem.
- Podoba ci się? Zapytał mąż.
- Czy mi się podoba? Kochanie! Jestem zachwycona! – zawołałam.
- No.... szwagier..... potrafisz zaskakiwać - odezwała się Lucyna, obchodząc wokół, mierzącą jakieś półtora metra fontannę. To naprawdę piękna ozdoba do ogrodu i idealnie pasuje do waszego dworku. Cofam moje słowa krytyki na temat zadaszenia. To przecież tylko na czas przyjęcia, hi, hi. A fontanna, jest naprawdę piękna. Przyjmij moje słowa uznania. Gdzie ty chłopie to zdobyłeś? Zapytała.
- Zaraz wam wszystko powiem, tylko rozliczę się z panem – wyjaśnił mąż i płacąc kierowcy za usługę, zamknął bramę za odjeżdżającym samochodem.
- To co....? Chyba należy oblać nasz nowy nabytek – powiedziałam. Po szklaneczce ginu z tonikiem?
- Jesteśmy za!
Rozsiedliśmy się wygodnie w leszczynowym zagajniku i popijając schłodzony trunek, zastanawialiśmy się w którym miejscu ustawić fontannę.
- Ja myślę, że najodpowiedniejsze miejsce dla niej będzie tam przy różach – powiedział Zbyszek. Nie muszę dużo kopać. Bo przecież, by działała trzeba zrobić dojście do wody – wyjaśnił.
Zaopatrzeni w szklaneczki z ginem, podeszliśmy do krzewu z różami.
- To dobry pomysł – zwróciłam się do męża. Dziewczynka z konewką i róże, to idealne połączenie. Kiedy ją zainstalujesz? Zapytałam z nadzieją w głosie.
- Na wszystko przyjdzie czas. Dzisiaj możesz ją tylko podziwiać – powiedział Zbyszek. Jutro jak pogoda dopisze przystąpię do pracy, a teraz mam zamiar odpocząć.
- Ale nie powiedziałeś nam, skąd ją zdobyłeś? Zwróciłam się do męża.
- A tak... jakoś mi to umknęło. Mam znajomego, który prowadzi zakład kamieniarski. Specjalizuje się w ozdobach ogrodowych. Wanda! Ile tam różności. Kilkumetrowe posągi, duże i małe fontanny. To wszystko wykonane z różnorodnego materiału. Te z marmuru były piekielnie drogie, więc mogłem sobie tylko pomarzyć. Były tam też postaci z brązu, ale nie naszą kieszeń. Te z piaskowca były najtańsze, dlatego na jedną z nich się zdecydowałem – powiedział.
- To bardzo dobra decyzja – powiedziała Lucyna. Nawet nie wiecie jak wam zazdroszczę – dodała prawie szeptem.
- Siostra, głowa do góry – próbowałam jakoś ją pocieszyć. Nasz dworek, to i twój dworek. Masz tu swój pokój i możesz w każdej chwili z niego korzystać, więc skąd ta smutna mina? Zapytałam. Możesz się przecież do nas przeprowadzić, jest na tyle miejsca, że i dla ciebie wystarczy – powiedziałam.
- Przestań - Lucyna szepnęła mi do ucha, wykorzystując nieuwagę Zbyszka. Już widzę radość w oczach twojego męża, hi, hi. Ale dzięki za propozycję – powiedziała całując mnie w policzek.
Związek mojej siostry z Tadeuszem, był związkiem na odległość. Ona w Krakowie on w Warszawie. Żadne z nich nie miało jak do tej pory w planach przeprowadzki. Tadeusz nie chciał opuścić swojego rodzinnego domu a Lucyna miała tu wielu znajomych, dzieci, co prawda już na swoim, ale w pobliżu i naszą mamę, która nie chciała nawet słyszeć o ewentualnej przeprowadzce. Wszędzie dobrze, ale najlepiej w domu - mówiła za każdym razem, kiedy opuszczała mój dworek.
Zbyszek oznajmił nam, że musi się na chwile położyć, więc zostałyśmy same. Uzupełniłam puste szklanki ginem i wraz z siostrą miałyśmy w końcu czas na swobodne plotkowanie. Tak byłyśmy zajęte rozmową, że nie zauważyłyśmy, kiedy zrobiło się późno. W ogrodzie panował już wieczorny chłód i musiałyśmy opuścić leszczynowy zagajnik. W salonie zapaliłam w kominku i zostawiając siostrę z książką ręku, poszłam do kuchni, przygotować kolację.
Dzisiejszy dzień obfity w wrażenia spowodował, że tuż po posiłku położyliśmy się wcześniej do łóżek.
Tej nocy spaliśmy z mężem osobno. On postanowił skorzystać z gościnnego pokoju, a ja zostałam w salonie. Przewracałam się z boku na bok i za nic nie mogłam usnąć. Myślałam o naszym nowym nabytku. Ta fontanna, to świetny pomysł na ozdobę mojego ogrodu. Już nie mogłam się doczekać jutra.
Na zegarze wybiła dwunasta w nocy, a ja nadal nie mogłam usnąć. Zarzuciłam na siebie welurowy szlafrok i włączyłam laptopa. Ciekawa jestem co u moich internetowych koleżanek? Pomyślałam, przeglądając posty. Dziewczyny były wyjątkowo aktywne. Na jednym z wątków założonym przez Klaudynkę, było kilkanaście wpisów. Tam pisze się wierszem. Byłam pod wielkim wrażeniem talentu tych kobiet. Ich humorystyczne wierszyki,  prawie doprowadziły mnie do łez. Dawno się tak nie uśmiałam. Przyznam, że zżyłam się z tymi dziewczynami. Nigdy nie pytałam ile mają lat, bo nie było takiej potrzeby, ale sądząc po ich wpisach wyglądało na to, że jesteśmy w tej samej grupie wiekowej.
A gdyby tak je zaprosić do siebie? Przeszło mi przez myśl. Co prawda, mieszkałyśmy w różnych rejonach Polski, ale to w końcu Polska, więc dlaczego nie? Napisałam ogólnego maila z zaproszeniem do mojego dworku. Z natury, jestem osobą towarzyską i przyznam, że odkąd przeprowadziłam się na wieś, brakowało mi kontaktów z ludźmi. Jak do tej pory gościłam tu tylko rodzinę i czasami Grażynę z mężem. Czas to zmienić – pomyślałam.
Rano byłam pierwsza na nogach. Zajęłam się przygotowaniem śniadania dla moich bliskich. Wyjrzałam przez okno. Słońce wyjątkowo wcześnie wstało. Z przyjemnością obserwowałam jak jego pierwsze promienie, oświetlają małą kamienną dziewczynkę z konewką. Wśród rozwiniętych czerwonych róż, wyglądała imponująco.
- Czuję kawusię – usłyszałam głos męża tuż za plecami. Ranny ptaszek z ciebie żono powiedział, całując mnie na dzień dobry. A Lucyna jeszcze śpi? Zapytał siadając przy stole.
- Wiesz jaki z niej śpioch – odpowiedziałam. Zjemy we dwójkę, bo nie sądzę, żeby się zaraz tu pojawiła.
Podczas śniadania zapytałam męża, co sądzi o ewentualnym zaproszeniu moich znajomych z Internetu.
- Przecież nie znasz osobiście tych kobiet, więc skąd ten pomysł? Zapytał sięgając po kanapkę z pastą jajeczną. Dobre to.... dawno nie robiłaś takiej pasty, jest o niebo lepsza, niż te nasączone wodą wędliny – powiedział.
- Kochanie - ja tu o moich planach, a ty o jedzeniu, no przestań – przerwałam mężowi. Pytam tylko, czy nie masz nic przeciwko temu, jeśli zorganizuję takie spotkanie. Być może nie skorzystają z niego, ale chcę spróbować.
- Hi, hi, zbędne to pytanie Wandula i tak zrobisz po swojemu – powiedział  rozbawiony. Ale daj znać, kiedy ustalisz termin zlotu czarownic, bo muszę sobie jakoś zaplanować czas – dodał.
Miałam pozwolenie, więc  nie marnując czasu postanowiłam kuć żelazo, póki gorące.
- Kiedy zajmiesz się fontanną? Zapytałam przytulając się do męża. Bo wiesz.... fajnie by było, gdyby już działała zanim je tu zaproszę.
- Spokojnie kobieto! Dopiero ją wczoraj kupiłem i na dodatek jest siódma rano – powiedział Zbyszek uwalniając się z moich objęć.
Mimo wczesnej pory byłam pewna, że mój mąż zrobi wszystko, żeby zrobić mi przyjemność i zaraz po wypiciu porannej kawy weźmie się do pracy. Nie myliłam się, kiedy zobaczyłam go przebranego w flanelową koszulę i wytarte dżinsy.
- No.... to kochaniutka wskakuj w roboczy strój, bo potrzebny mi pomocnik – powiedział wychodząc na zewnątrz.
Bary natychmiast skorzystał z otwartych drzwi i podążył za swoim panem.
Zajrzałam szybko na mój wczorajszy wpis i z radością odczytałam potwierdzenie zaproszenia przez, Klaudynkę, Raję i Mery. Super – pomyślałam. W końcu poznamy się w realu. Wyłączyłam laptopa i przebrana, dołączyłam do męża, który robił już jakieś pomiary w ogrodzie. Moja pomoc jak na razie ograniczała się tylko do obserwowania męża.
Po godzinie kopania w ziemi, Zbyszek ułożył gumową rurę doprowadzającą wodę do fontanny. Ja tymczasem wróciłam do kuchni. Lucyna już wstała i właśnie kończyła śniadanie, kiedy tam weszłam.
- Dobrze spałaś? Zapytałam siadając obok siostry.
- Tak sobie – odpowiedziała przeciągając się leniwie. Musisz coś zrobić z tymi komarami - patrz jak mnie pogryzły – powiedziała pokazując mi kilka ukąszeń na rękach. Są przecież jakieś preparaty na te owady? Dlaczego do tej pory o tym nie pomyślałaś? Zapytała, drapiąc zaczerwienione miejsca.
- To są uroki wiejskiego życia – wyjaśniłam siostrze. Ale masz rację, muszę coś kupić. Podobno są takie wtyczki z preparatem odstraszającym komary, które instaluje się w kontaktach. Może wybierzemy się na rowerach do sklepu? Co ty na to? Zapytałam.
Siostra przystała na moją propozycję.
- Dokąd się panie wybierają? Zapytał Zbyszek, widząc jak wyciągamy rowery z przybudówki.
- Jedziemy do miasta – powiedziałam sprawdzając powietrze w kołach. Musimy kupić świeży chleb i coś na komary. Nasza hrabianka Lucyna ma błękitną krew i w związku z tym przyciąga komary z całej wioski – dodałam.
-To nie jest śmieszne – powiedziała siostra z obrażoną miną. Za dwa dni mam spotkanie z czytelniczkami i będę musiała ubrać coś na siebie z długimi rękawami.
Żal mi się jej zrobiło, więc darowałam sobie już moje żarty. Faktycznie to był dla niej duży problem.
Na całe szczęście znalazłyśmy w sklepie, to czego szukałam. Kupiłam kilka sztuk takich wtyczek i zapewniłam Lucynę, że rozpoczynamy walkę z insektami.
Do domu wróciłyśmy po dwóch godzinach.
- Dobrze, że już jesteście! Zawołał Zbyszek. Chciałem zrobić próbę wody, więc niech któraś z was odkręci zawór pod zlewem w kuchni – powiedział dokręcając uszczelkę przy kamiennej misie.
- Już można! Krzyknęłam przez okno.
- Tak, odkręcaj – zawołał mąż.
- O rany! Działa! Krzyknęłam zachwycona widokiem rozpryskującej się wody, z małych kanalików umieszczonych wewnątrz misy.
To był wspaniały widok. Kamienna dziewczynka z konewką i krople wody na płatkach róż sprawiły, że nie można było oderwać oczu od fontanny. Jednak mąż nie pozwolił nam się długo cieszyć. Musiałam wrócić do kuchni i zakręcić wodę, bo to była tylko próba. Teraz czekała go największa praca. Trzeba było zabezpieczyć przed zimą gumowy wąż, ułożony w wykopie i dobrze zamontować misę.
Zaproponowałam przerwę, widząc zmęczenie na twarzy mojego lubego.
- Ok. – powiedział Zbyszek, odkładając narzędzia na usypany kopczyk ziemi. Odpocznę chwilkę.
Zostawiłam męża w ogrodzie i poszłam sprawdzić, czy moje internetowe koleżanki są już gotowe na wizytę u mnie.
Miałam potwierdzenie. Pierwszy wpis był od Klaudii.

********************************************************************************
Paniusiu..... dla wyjaśnienia, taki mam ps. Na tym forum.
Już nie mogę się doczekać tego sabaciku czarownic w Twoim dworku...... w takim towarzystwie. Pliss..... o odpowiednią suknię z wypożyczalni twojej koleżanki..... koniecznie z dekoltem.

 Witam pantusiu. Za zaproszenie dziękuję i oczywiście przyjadę z przyjemnością. Wpisz na forum datę spotkania, a kto przyjedzie, niech pozostanie do końca niespodzianką – napisała Raja.

I trzeci wpis.
Dziękuję za zaproszenie, z wielką przyjemnością przyjadę i do każdej daty się dostosuję – to była Mery.
********************************************************************************

I co, nie są kapitalne? – Pomyślałam czytając ich wpisy. Kiedyś nudząc się trafiłam na to forum kobiece i okazało się, że w Internecie można znaleźć pokrewne dusze. Spotykamy się tam w wirtualnej kawiarence. Plotkujemy, wymieniamy doświadczenia, przekazujemy sobie przepisy i porady. Oczywiście nie zawsze jest tak pięknie. Nasze forum przeszło przez sito i zostały tylko te kobiety, które potrafią się dostosować do reguł. Na moje zaproszenie, odpowiedziały trzy z nich, które szczerze polubiłam. Ale co innego wirtualna znajomość a co innego real. Zobaczymy. Jedno jest pewne, ja jestem totalnie zakręcona i lubię takie wyzwania.
Teraz pozostało mi ustalenie terminu. Sobotę zarezerwowałam już dla pana Jakuba z córką, wiec spotkanie z dziewczynami mogło się odbyć w następnym tygodniu. Napisałam do nich i wyłączyłam komputer, bo zadzwonił telefon.
- Halo.... Jakub Jaskulski z tej strony – usłyszałam znajomy głos.
- Tak.... witam panie Jakubie – odpowiedziałam.
- Przepraszam pani Wando, ale musimy odłożyć nasze spotkanie na następny tydzień, jeśli nie ma pani nic przeciwko temu – powiedział. Niestety plany mojej córki uległy zmianie i nie może przyjechać w tę sobotę, dlatego dzwonię.
- Oczywiście rozumiem – odpowiedziałam. Czyli wstępnie umawiamy się na przyszły tydzień.
- Tak - myślę, że już nic nie stanie nam na przeszkodzie, by się spotkać – powiedział mężczyzna z ulgą w głosie.
Po skończonej rozmowie włączyłam ponownie laptopa i zaprosiłam dziewczyny do siebie na  najbliższą sobotę.
Miałam dwa dni na przygotowanie się do naszego zlotu. Po pierwsze, musiałam odebrać suknię z wypożyczalni. Po drugie, zrobić listę zakupów na ten dzień. Miałam w planie upiec ciasto z truskawkami a na obiad rosół z prawdziwej wiejskiej kury i cielęcinę w sosie borowikowym. Do tego zaplanowałam dwa rodzaje wina. Jedno wytrawne do mięsa a drugie, deserowe do ciasta. Jeśli pogoda na to pozwoli, będziemy biesiadować w ogrodzie. Ale gdy moje plany pokrzyżuje deszcz, to Zbyszek rozłoży plandekę i będzie dobrze.
W sobotę wstałam bardzo wcześnie i zabrałam się do przygotowań związanych z przyjazdem moich gości.  Zerwałam kwiaty i wypróbowałam swoje szklane misy, które mają ozdobić stoły na weselne przyjęcie. Przyznam, że pomysł na taką dekorację okazał się trafiony. Odcięte główki kolorowych kwiatów, zanurzone w wodzie z rzecznymi kamykami, wyglądały po prostu ślicznie.
Rozłożyliśmy z mężem jeden z drewnianych stołów i nakryliśmy koronkowym białym obrusem, który podarowała mi mama w prezencie. Ustawiłam symetrycznie świeczniki i rozłożyłam rodową zastawę po naszej babci. Ten serwis używałam tylko na specjalne okazje. Zastawa przechodziła z rąk do rąk, kolejnym pokoleniom. Ten serwis to istne cudo. Wykonany został z delikatnej porcelany z motywem pięknych chabrów na obrzeżach. Sztućce też miałam wiekowe. Pan Józiu kiedyś zostawił dla mnie taki komplet. Niestety nie był srebrny, ale mnie to w żaden sposób nie przeszkadzało. Po wypolerowaniu, prezentował się okazale.
Ciasto stygło na werandzie, a cielęcina rozpływała się po prostu w ustach. Obrałam do tego malutkie młode ziemniaczki i przygotowałam sałatę w sosie winegret.
Kiedy wszystko było zapięte na ostatni guzik, poszłam do ogrodu pożegnać się z mężem.
- To ja wrócę jutro – powiedział wsiadając do samochodu. Tylko zostawcie mi coś z tych dobroci – dodał całując mnie w policzek.
- Oczywiście, że ci zostawimy! Krzyknęłam za odjeżdżającym samochodem.
Zostaliśmy z Barym sami na gospodarstwie. Przywołałam psa do siebie i kiedy usiadł przy mnie, zwróciłam się do niego.
- Pamiętaj - mamy dziś ważnych gości, żebyś mi wstydu nie przyniósł.
Bary patrzył na mnie zdziwiony i przekrzywiając śmiesznie głowę, próbował zrozumieć, co od niego chcę.
Nie sadzę, by zrozumiał. Znudzony podszedł do bramy i położył się w cieniu, bo słońce w tym dniu wyjątkowo mocno grzało.
Teraz nadszedł czas tylko dla mnie. Włosy uczesałam w koka, w który wpięłam srebrny diadem z krótką tiulową woalką. Koleżanka z wypożyczalni sukien teatralnych, wyszukała mi szykowną suknię. Kiedy założyłam ją na siebie, aż oniemiałam z wrażenia. Wyglądałam pięknie. Gorset podkreślał idealnie moją talię. Suknię wykonano z cieniutkiej tafty w kolorze bordo. Rękawy sięgające do łokci, wykończone były delikatną koronką. Kiedy tak stałam przed lustrem, podziwiając mój strój, usłyszałam szczekanie Barego.
- Pewnie przyjechały – pomyślałam i chwytając brzegi sukni, pobiegłam do ogrodu.
Przed bramą zatrzymał się samochód z którego wyszły dwie damy.
- Czy dobrze trafiłyśmy? Powiedziała jedna z nich, ubrana w zieloną suknię i koronkowy kapelusz, ozdobiony sztucznymi kwiatami, spod którego wystawały rude loki. Jestem Raja – zwróciła się do mnie, trzepocząc kokieteryjnie sztucznymi rzęsami.
- A ja jestem Klaudyna – powiedziała druga z dam, rozkładając białą koronkową parasolkę. Jak tu pięknie - dodała i ujmując jak przystało na damę, fałdy swojej niebieskiej sukni podeszła do mnie. Czy długo jaśnie pani będzie nas trzymać w progu? Zapytała wydymając śmiesznie usta.
Nie mogłam się powstrzymać od śmiechu. Dziewczyny tak odgrywały swoje scenki, że lepiej nie zrobiłyby to wytrawne aktorki.
- Czy łaskawe panie mogłyby poczekać na mnie – usłyszałam głos z samochodu. Zaplątałam się kurde w te falbany – powiedziała.
- Ależ kochaniutka - odezwała się Raja. A cóż to za słownictwo – dodała ze zgorszona miną.
- Och.... panie wybaczą – powiedziała kobieta wyłaniająca się z samochodu. Hi, hi, jak te damy w tym chodziły, toż to istna męczarnia. Jestem Mery – zwróciła się do mnie, poprawiając przekrzywioną perukę na głowie.
Stałyśmy jeszcze chwilę przed bramą, zaśmiewając się do łez. Bary miotał się między nami, obszczekując każdą z osobna.
- Zapraszam do środka – powiedziałam ocierając łzy. Widzę, że poważnie potraktowałyście moje zaproszenie. Tak się cieszę dziewczyny, że was poznałam.
- Zostawiłam damy w ogrodzie i wróciłam do kuchni. Przez okno, obserwowałam jak podziwiają wystrój mojego ogrodu.
- Podano do stołu – zwróciłam się do rozgadanych kobiet. Dałam dziś wolne służbie – dodałam, stawiając wazę z gorącym rosołem.
Podczas obiadu rozmawiałyśmy o naszych rodzinach, dzieciach, wnukach i pracy. To dziwne, ale tak dobrze czułyśmy się  w swoim towarzystwie, jakbyśmy znały się od wielu lat.
- Co się tak wiercisz jakby cię mrówki oblazły - szepnęła Raja do Klaudi.
- Kurde.... piją mnie te cholerne druty, a pantalony mają za obcisłą gumkę i chyba mi przetną łydkę – odparła Klaudia, trzymając mimo wszystko fason.
- O rany!! Ale się objadłam – wtrąciła się Mery.
- Kochane panie - wasz język mnie razi – powiedziała Raja, wachlując się gałązką leszczyny. Zapomniałyście o dobrych manierach? – dodała, wyciągając z małej torebki, haftowaną chusteczkę.
- Ale.... czy musimy się tak męczyć? Ten cholerny gorset, tak mnie ciśnie, że zaraz ducha wyzionę – powiedziała Klaudia.
- Hi, hi, robimy przerwę – zaproponowałam udręczonym przyjaciółkom.
 Po obiedzie postanowiłyśmy zjeść deser w leszczynowym zagajniku. Przebrane już w sportowe ciuchy, rozsiadłyśmy się na kamiennych ławach i popijając czerwone wino, rozmawiałyśmy o moim dworku.
- To ciekawe – powiedziała Raja. Znalazłaś skarb, a to przecież zdarza się tylko w bajkach.
- Nie koniecznie tylko w bajkach – wtrąciła Klaudia. Mało to się czyta o ukrytych kosztownościach w starych domach, albo pieniądzach zamurowanych w ścianie. Wszystko jest możliwe, tylko trzeba mieć szczęście i tyle.
- Tak to prawda – do rozmowy włączyła się Mery. Wanda miała to szczęście i dzięki temu mamy możliwość spędzić tu niezapomniane chwile w stylu Retro.
- To w takim razie zapraszam was kobietki do obejrzenia całego domu – powiedziałam.
Zwiedzanie zaczęłyśmy od góry. Dziewczyny podziwiały pokoje moich synów. Mój, kolorystycznie pasował do sukni, którą miałam na dzisiejszym spotkaniu.
- Widzę, że lubisz bordowy kolor, nawet suknię masz w tej tonacji. – stwierdziła Raja.
- To prawda - lubię ten kolor, ale ta kiecka to tylko zbieg okoliczności. Po prostu jedyna w nią udało mi się wcisnąć.
Po obejrzeniu piętra, zeszłyśmy do salonu. Napaliłam w kominku i zapaliłam świece. Na dworze panował już zmrok.
Oczywiście dziewczyny obiecały zostać u mnie na noc. Każda z nich wybrała sobie pokój, ale nie spieszyło im się do łóżek.
Z podkulonym nogami usiadły na sofie.
- To są  listy o których wam opowiadałam – powiedziałam kładąc na stole pożółkłe kartki.
Kiedy dziewczyny zajęły się czytaniem korespondencji z przed stu lat, ja postanowiłam w tym czasie przygotować świeżą pościel dla moich gości.
- I co o tym sądzicie? – Zapytałam wchodząc do salonu.
- To straszne co zrobili jej rodzice – powiedziała Raja, trzymając w ręku medalion ze zdjęciem Antoniny. Młodzi żyli daleko od siebie, nie wiedząc nic o sobie. To bardzo smutne, że Konstancja nigdy nie poznała swojego ojca, a Antonina umarła z myślą, że jej ukochany zapomniał o niej. Boże jakie to smutne – dodała.
- Wygląda na to, że te kobiety ktoś przeklął. Matka nieszczęśliwa w miłości, a córka umiera w chwili, kiedy ktoś ją pokochał – wyznała ze smutkiem w głosie Klaudia. Ciekawa jestem czy ten młody medyk długo rozpaczał, po stracie ukochanej.
- Za mało mam informacji na ten temat – powiedziałam siadając obok dziewczyn. Spróbuję się jeszcze coś dowiedzieć w tej kwestii, ale nie sądzę, żeby to było możliwe. Ten młody chłopak był za krótko z Konstancją. Chyba, że odnajdę kogoś ze służby. Jedynie służąca, lub guwernantka mogła coś zapamiętać z tego okresu i przekazać dalej. Myślę, że życia mi nie starczy na poszukiwania – dodałam.
- Przynajmniej spróbuj – wtrąciła Mery. Ale tak prawdę mówiąc, to zazdroszczę ci tego, że masz możliwość zgłębienia tej tajemnicy.
Korciło mnie, żeby zdradzić im moje niewytłumaczalne spotkania z duchami tych hrabianek, ale miałam obawy jak na to zareagują.
- Gdzieś jest przeciąg – powiedziała Raja, spoglądając w stronę okna. Świece zgasły – dodała.
Przeszły mi ciarki po plecach. Wszystkie okna były pozamykane, ze względu na uciążliwe komary. Spojrzałam na stojące na stole świeczniki i stwierdziłam z przerażeniem, że świece się nie palą i tylko ogień z kominka oświetlał wnętrze salonu.
- Gdzie kupiłaś te świece zapachowe? Zapytała Mery. Tu pachnie fiołkami, – dodała.
Nie myliła się. W salonie wyraźnie czuć było zapach fiołków. Ona tu jest.... – pomyślałam, nie mogąc wydobyć z siebie głosu.
- Źle się czujesz? Zapytała Raja, zaniepokojona moim milczeniem. Tak jakoś zbladłaś, widzę to mimo słabego światła.
Na trzęsących się nogach, nachyliłam się nad świecznikiem, ale zanim wyciągnęłam zapałkę z pudełka, świece same się zapaliły.
- Kurcze! Duchy jakieś czy co? Powiedziała przerażona Raja.
- Przestań fantazjować wtrąciła Klaudia. Nigdy nie miałaś urodzin? Teraz robią takie czarodziejskie świeczki, że dmuchasz na nie, a one po chwili się same zapalają.
- Widzę, że muszę wam jeszcze coś wyjawić – zwróciłam się do dziewczyn. Ale to co teraz powiem, możecie uznać za niewiarygodne, jednak zaryzykuję.
Opowiedziałam im o moich dziwnych spotkaniach z Antoniną, o zapachu fiołków i dziwnych zjawiskach objawiających się w tym dworze. Na koniec, wyjaśniłam, że mam dużą wyobraźnię i to o czym teraz mówię, może być tylko jej wytworem.
W salonie zapanowało milczenie.
- Wyobraźnia, wyobraźnią, ale tu bezapelacyjnie pachnie fiołkami. Brrr..... strach mnie obleciał – powiedziała Mery kuląc się jak małe dziecko.
- Teraz już wiecie wszystko – zwróciłam się do wystraszonych kobiet. Sama nie wiem co mam o tym sądzić. Hi, hi, dziewczyny! Nie bójcie się - jeśli ten dom nawiedzany jest przez duchy, to są to dobre duchy i nic wam nie grozi z ich strony – zapewniłam.
Jednak mimo moich zapewnień dziewczyny postanowiły, że będą spały razem w jednym pokoju.
- Wiesz Wanda – będzie nam raźniej – powiedziała Raja, rozglądając się po salonie.
- Ja też tak sądzę – dodała Klaudyna. Nie przywykłam do obcowania z duchami.
- Oczywiście, jak sobie życzycie tak będzie. Pościelę wam w pokoju Marcina – powiedziałam.
Pożegnałam moje koleżanki i życząc im dobrej nocy, położyłam się w salonie.
Z nadmiaru wrażeń nie mogłam usnąć. Może powinnam wezwać tu jakiegoś egzorcystę – pomyślałam. Jak tak dalej pójdzie, to nikt nie będzie chciał już u mnie gościć. Z tym postanowieniem w końcu usnęłam.
Rano usłyszałam cichutkie skomlenie.
- Co Baruś, chcesz na pole? – zwróciłam się do psa, który położył łapę na kołdrze. No dobra, już cię wypuszczę. Pies podskoczył radośnie i podbiegł do drzwi. Na zegarze była szósta rano. Ponieważ o dalszym spaniu nie było mowy, poszłam do kuchni, żeby przygotować śniadanie.
Sprawa egzorcysty nie dawała mi spokoju. Kiedyś czytałam o nawiedzonym przez duchy domu. Pewna kobieta skłócona ze swoją córką, nagle zmarła. Od jej śmierci działy się dziwne rzeczy w tym domu. Spadały książki z półek, a różne przedmioty same się przemieszczały. Córka zmarłej myślała już o sprzedaży domu, kiedy pewien ksiądz doradził jej wezwać egzorcystę. Dziewczyna nie wierzyła w takie rzeczy, ale postanowiła spróbować.
- Musisz wybaczyć matce, inaczej nie zazna spokoju – powiedział wezwany na miejsce ksiądz. Nie wiem o co wam poszło, ale ona cierpi, bo się z tobą nie pogodziła zanim odeszła z tego świata.
I pomogło. Od tego czasu w tym domu powrócił spokój. Może Antonina i Konstancja, też nie mogą stąd odejść z jakiegoś powodu – pomyślałam. Ale co je tutaj trzyma? Przecież dbam o dworek, wykonałam ostatnią wolę tej hrabianki. W dworze panuje radość, tak jak sobie życzyła w liście. Co mogę jeszcze dla niej zrobić? Muszę koniecznie spotkać się z wnukiem Marcela. Może on mi coś podpowie.
Kiedy tak rozmyślałam robiąc kanapki moim gościom, usłyszałam ruch na piętrze. Dziewczyny okupowały łazienkę, przekrzykując się nawzajem.
Pierwsza zeszła na dół Raja.
- Dzień dobry – powiedziała. Jak tu cudownie pachnie świeżo zaparzoną kawą – dodała siadając przy kuchennym stole.
- Dobrze się spało? Zapytałam stawiając filiżankę z kawą. Proszę się częstować – powiedziałam przysuwając talerz z kanapkami.
- E.... daj spokój. Mery tak się wierciła całą noc, że oka nie zmrużyłam. Hi, hi, a Klaudia przykryła się po uszy ze strachu.
- No to pięknie –zwróciłam się do Raji. Moje dobre duchy przegonią mi wszystkich gości.
- A ty się nie boisz tu mieszkać? Powiedziała Raja. Myślę, że musisz wezwać egzorcystę, bo tu naprawdę dzieje się coś dziwnego – dodała sięgając po kolejną kanapkę.
- Właśnie o tym wczoraj pomyślałam i chyba tak zrobię. Ja osobiście się nie boję, ale tak dalej być nie może, żeby zbłąkane dusze straszyły mi gości.
Pozostałe dziewczyny zeszły w końcu na śniadanie.
- Przepraszam was za wszystko. Nie wiedziałam, że jest tak źle. Póki sama miałam do czynienia z tymi paranormalnymi zjawiskami, było Ok, ale teraz widzę, że powinnam coś z tym zrobić – zwróciłam się do koleżanek.
- Daj spokój Wandula, nic się nie stało. To fascynujące, kiedy człowiek jest świadkiem takich zjawisk – powiedziała Klaudyna.
- Hi, hi, fascynujące! A kto się w nocy przykrył po sam czubek nosa? – Zaśmiała się Mery. Przyznaj się, miałaś niezłego boja wczoraj – dodała.
- A ty nie pozwoliłaś zgasić lampki. I kto tu się najwięcej bał? – odgryzła się Klaudyna.
- To pewnie już mnie nigdy nie odwiedzicie zwróciłam się do rozbawionych przyjaciółek.
- Cha, cha, zapomnij. Teraz dopiero będziesz miała nas na karku – odezwała się Raja, szczerze ubawiona moją zatroskaną miną. Pamiętasz może książkę z naszego dzieciństwa * Godzina pąsowej róży*  Tak się właśnie u ciebie teraz czuję, jakbym przeniosła się w tamte czasy. Twój pomysł na stroje z tego okresu i ta wczorajsza scena ze świecami, podniosła mi adrenalinę. Dawno nie czułam się tak fajnie – dodała.
- Ja też tak myślę – powiedziała Mery odstawiając pustą filiżankę. Poproszę jeszcze o kawę – dodała.
- Naprawdę tak sądzicie? Bo ja mam wyrzuty sumienia, że was w to wszystko wciągam.
Dziewczyny orzekły jednogłośnie, że będą nadal przy mnie. Stwierdziły, że to jedyna okazja, by na jakiś czas odsunąć od siebie niekończące się życiowe problemy.
- Nigdy nie przypuszczałam, że przeżyję taką przygodę – Powiedziała Klaudia wstając od stołu. Kiedy Jaśnie Pani planuje się nas pozbyć? Zapytała, robiąc przy tym komiczną minę.
- Przecież was się pozbyć, to tak jak wygrać milion w totolotka, cha, cha. Ale już teraz serio – zwróciłam się do koleżanek. Dla mnie możecie zostać ile chcecie.
- To zostajemy do wieczora – oznajmiła Raja. Tak mnie kręci to miejsce, że muszę jeszcze pooddychać klimatem minionego stulecia.
Uzgodniłyśmy, że dziewczyny pójdą na spacer do lasu, a ja zajmę się przygotowaniem obiadu. Klaudyna koniecznie chciała mi w tym pomóc, jednak wyjaśniłam jej, że nie znoszę konkurencji w kuchni.
Wyszłam na werandę i obserwowałam moje koleżanki, jak oddalały się w stronę lasu. Bary który nie przepuściłby takiej okazji, oczywiście zabrał się z  nimi. Zostałam sama, kiedy zadzwonił telefon.
- No jak tam? Koleżanki przybyły – usłyszałam głos męża.
- Tak, jest super! Właśnie poszły na spacer.
- Muszę cię zmartwić kochanie. Niestety nie wrócę dzisiaj, tylko jutro. Mama chce odwiedzić ciotkę, więc muszę z nią pojechać.
- To nawet dobrze się składa – odpowiedziałam, bo dziewczyny zostają do wieczora.
- Nie jesteś zmęczona? Zapytał z troską w głosie.
- Ależ skąd.... wiesz, że lubię gości. Tylko myślę co mam im podać na obiad.
- Nie rozśmieszaj mnie, zachichotał mąż. Otwórz tylko zamrażarkę, bo z tego co ostatnio widziałem, to masz zapasy dla całej wsi – dodał.
Zbyszek miał rację. Będąc na emeryturze miałam mnóstwo czasu, który poświęcałam przede wszystkim na pichcenie. Mając taką dużą rodzinę, musiałam być przygotowana na każdą okazję. Byłam na tyle sprytna, że każdą z zamrożonych potraw podpisywałam. Postanowiłam zrobić dziś chłodnik, bo zapowiadał się upalny dzień i wyciągnęłam z zamrażarki pojemnik z naklejoną karteczką * pierogi z kapustą i grzybami* Teraz tylko musiałam wysmażyć skwarki i pokroić jarzyny do chłodnika. Zajęta przygotowaniami do obiadu, nie myślałam, że dzisiejszy dzień przyniesie kolejną niespodziankę.

Fragment 17

Poszłam do mojej, niedawno odkrytej piwniczki po jarzyny. W środku było bardzo chłodno. Teraz już wiem, dlaczego ludzie dawniej nie musieli mieć lodówek. Taka piwniczka z powodzeniem zastępowała, nasze dzisiejsze chłodziarki. Nie trzeba było mieć do tego prądu, a produkty były przechowywane w naturalnej temperaturze. Wybrałam ze skrzynek wszystko, co mogło nadawać się do chłodnika i już miałam wracać do domu, kiedy moją uwagę przykuła szczelina która pojawiła się na jednej ze ścian piwnicy.
- Co jest do cholery? Nie było tu tego pęknięcia.... pomyślałam. Oj... nie wróży to nic dobrego. Już słyszę słowa mojego męża... A nie mówiłem, żeby nie ruszać tych drzwi. Przysunęłam latarkę bliżej, by dokładniej przyjrzeć się szczelinie i wsunęłam do środka cienki patyczek. Wszedł cały.
Musiałam odłożyć na później moje odkrycie, ponieważ usłyszałam na zewnątrz szczekanie Barego co oznaczało, że dziewczyny wróciły ze spaceru.
Wróciłam do domu bardzo podniecona moim odkryciem, ale postanowiłam, że zanim tego nie wyjaśnię, nikt się o tym nie dowie.
Przy obiedzie tematem numer jeden, była zbliżająca się ceremonia zaślubin moich synów.
- Czyli właściwie, to masz już wszystko zapięte na ostatni guzik – powiedziała Klaudia.
- Można tak powiedzieć, zostały mi jeszcze drobiazgi. Ale powiem wam szczerze, że mimo wszystko mam jednak obawy, jak zareagują na mój pomysł sąsiedzi – zwróciłam się do przyjaciółek. Czy nie pomyślą, że mi odbiło i zgrywam bogaczkę. Wiecie same jaka jest mentalność takich ludzi.
- Nie martw się Wandula, to już nie te czasy, kiedy ludzie linczowali tych co odstawali od ustalonych norm, hehehe – zaśmiała się Alfreda. Spokojne nie spalą cię na stosie.
- A ja myślę, że ta uroczystość będzie dla nich atrakcją. Wiesz jakie jest nudne życie na wsi. Dlatego nie martw się  na zapas, będzie super – wtrąciła Raja.
Nasza rozmowę przerwała niespodziewana wizyta Roberta Motyki.
- Dzień dobry pani Wando – zawołał wysiadając z samochodu.
- Witam panie Robercie, co pana do mnie sprowadza? Zapytałam otwierając bramę.
- Ja tu do pani z zaproszeniem – powiedział. Ale widzę, że przyszedłem nie w porę – dodał witając się jak przystało na prawdziwego dżentelmena z moimi przyjaciółkami.
- Nic podobnego panie Robercie, miło mi pana widzieć. A co to za zaproszenie? Zapytałam.
- Już wyjaśniam – powiedział. W przyszłą sobotę będzie otwarcie mojej oazy spokoju, na razie tylko dla przyjaciół i znajomych. Zapraszam serdecznie, również panie – tu spojrzał na dziewczyny.
- To świetna wiadomość – powiedziałam. To co dziewczynki? W przyszłym tygodniu czekają nas atrakcje.
- Ale co to za oaza spokoju? Zapytała Klaudia.
- Pani Wanda wszystko wyjaśni – odezwał się Robert. To dzięki niej moje życie nabrało barw, ale teraz już lecę, bo mam jeszcze kilka spraw do załatwienia – powiedział i oddalił się tak szybko jak się pojawił.
Musiałam opowiedzieć przyjaciółkom wszystko od początku. Kiedy dotarłam do momentu wskazania miejsca obecnej oazy spokoju, zrobiło mi się wstyd.
 - Jak widzicie miałam inne zamiary wobec tego sympatycznego chłopaka i jak o tym pomyślę, to mi teraz głupio. Ale na szczęście wszystko dobrze się skończyło i czuję się rozgrzeszona.
- Nie musisz mieć wyrzutów sumienia – odezwała się Klaudia. Ja też bym tak zareagowała. Przecież na początku wyglądał jak człowiek z tak zwanego półświatka, miałaś prawo tak go wtedy ocenić.
- Masz rację Klaudusiu. Okazało się, że miejsce w którym wychowała się Antonina nie było przeklęte, jak sobie wtedy pomyślałam, kiedy pierwszy raz zawiozła mnie tam Grażynka. To co? Jesteśmy umówione na przyszły weekend? Zabierzcie stroje sportowe, kostiumy kąpielowe i nastawcie się na odnowę biologiczną .
- No wiadomo, że nie przepuścimy takiej okazji – powiedziała Raja przeciągając się leniwie. Ależ się tu u ciebie zrelaksowałam Wandziu, nie chce mi się wracać do tego gwaru i smogu. No cóż... wszystko dobre, co się dobrze kończy. Czas do domu.
Na zakończenie naszego spotkania, moje przyjaciółki jeszcze raz zwiedziły ogród i zrobiły sobie kilka zdjęć przy fontannie.
Kiedy odjechały, postanowiłam zadzwonić do Lucyny i Asi. Pomyślałam sobie, że skoro otwarcie jest dla znajomych, to one tez powinny z tego skorzystać.
- Może zaprosisz także pana Jakuba? Zapytała siostra kiedy do niej zadzwoniłam. Myślę, że jego obecność jest tam jak najbardziej wskazana – stwierdziła.
- Masz rację, powinien zobaczyć miejsce w którym wychowała się ukochana jego dziadka. Zaraz do niego zadzwonię.
Pan Jakub ucieszył się bardzo z mojej propozycji a ja nie zdawałam sobie sprawy z tego, jak zupełnie przez przypadek, zmieniłam życie pewnych osób w moim otoczeniu.

Fragment 18

Czy Antonina sprawi, że w moim dworku zrodzi się nowa miłość. Jeśli poczuję zapach fiołków, nie będę już miała wątpliwości, że cały czas hrabianka jest w pobliżu.

Nadeszła sobota. Lucyna wraz z Asią przyjechały pierwsze. Ubrane na sportowo i zaopatrzone w kostiumy kąpielowe, już nie mogły doczekać się wizyty u  Roberta.
- Jak myślisz Wanda, jakie atrakcje szykuje nam twój znajomy? Zapytała siostra.
- Sama nie wiem, ale ośrodek zarezerwowany jest dziś tylko dla nas. Myślę, że  będzie ciekawie. Podobno, ma tam masaż, kąpiele borowinowe, magnetoterapię, światłolecznictwo i piękną oranżerię, gdzie będzie można się zrelaksować przy muzyce.
- No... mnie to się przyda jak znalazł, na skołatane nerwy – stwierdziła Asia. A te twoje koleżanki też przyjadą? Zapytała.
- Niestety nie. Klaudia dostała zawiadomienie o turnusie w sanatorium, Raja musiała zając się wnukiem, a Alfreda ma grypę. Szkoda, że ich nie będzie, to wspaniałe kobiety. Ale trudno, widocznie tak musiało być – powiedziałam. Ciekawa jestem czy wnuk Marcela też przyjedzie, chciałabym, bo Zbyszek miałby towarzystwo.
- No właśnie – wtrąciła Lucyna. A zaprosiłaś go z żoną.
- On jest wdowcem od dziesięciu lat. Przyjedzie sam, bo córka gdzieś wyjechała.
- Aha, to przykre, nie wiedziałam – powiedziała Lucyna nieco speszona.
- Ja też nie wiedziałam, ale kiedy mu mówiłam, że może przybyć z osobą towarzyszącą, to wtedy mi o tym powiedział.
W oczekiwaniu na Jakuba, udałyśmy się do leszczynowego zagajnika.
Bary chyba wyczuł, że gdzieś się wybieramy, więc przyniósł w pysku swoją smycz.
- Nic z tego piesku – pogłaskałam go po karku. Psom wstęp wzbroniony, musisz zostać na gospodarstwie. Psisko patrzyło na mnie błagalnym wzrokiem, przekrzywiając przy tym śmiesznie głowę.
- To może ja go teraz wezmę na spacerek, póki nie przyjedzie twój znajomy – zaproponowała Asia.
- To dobry pomysł – stwierdziłam zapinając obroże Baremu. Idźcie sobie na łąkę i weź ze sobą komórkę. Jak przyjedzie to do ciebie zdzwonimy.
Kiedy Asia oddaliła się już na bezpieczną odległość, Lucyna zapytała.
- I jak z nią? Doszła do siebie?
- Myślę, że jeszcze nie do końca. Ona jest taka samotna, żal mi jej. Staram się jak mogę, ale tak naprawdę to niewiele mogę – powiedziałam.
- Czas leczy rany, to silna kobieta. Myślę, że jeszcze znajdzie w swoim życiu kogoś kogo  pokocha, to tylko kwestia czasu. Jest atrakcyjną kobietą, niezależną, jestem dobrej myśli – stwierdziła Lucyna.

Tak właściwie, to nie Asia zaprzątała teraz moje myśli. Cały czas patrzyłam w stronę piwniczki i nie wiedziałam, czy mam powiedzieć siostrze o moim odkryciu. Znając ją, nie przepuści takiej okazji by tam zajrzeć.
A znając mojego męża, po ostatnim wypadku nie zgodzi się na żadne kombinacje w piwnicy.
- A ty coś taka zamyślona? Zapytała Lucyna, trącając mnie łokciem.
- Bo....bo..... nie wiem jak ci mam to powiedzieć...
- A mówże kobieto, bo zaraz pęknę z ciekawości.
W skrócie opowiedziałam Lucynie, co zauważyłam na ścianie w piwniczce, patrząc ze strachem w stronę werandy, czy aby mój mąż się tam nie pojawi i usłyszy naszą rozmowę.
- Pęknięcie? I pusto w środku? Wanda! Zaraz musimy to sprawdzić. I ty dopiero teraz o tym mówisz! – zawołała wstając z ławy.
- Spokojnie – próbowałam ostudzić zapał siostry. Tego się właśnie obawiałam. Czy nie pamiętasz incydentu związanego z tym miejscem.
- Oczywiście, że pamiętam, jak twój mąż, niezguła cholerna skaleczył się w rękę. Cały Zbyszek.
- No przestań, mogło się to dla niego naprawdę źle skończyć. Nie dziw się więc, że nie będzie zachwycony jak mu o tym powiemy.
- Ale chyba sobie nie odpuścisz siostra? Zapytała Lucyna.
- Znasz mnie, nie odpuszczę ale cały czas myślę jak to załatwić – uspokoiłam siostrę.
- O! Na szczęście nadjeżdża Jakub. Dzwoń do Asi! Zawołałam i pobiegłam otworzyć bramę.
- Dzień dobry panie Jakubie.
- Witam pani Wando - Zawołał wychylając się przez okno samochodu. Nie wjeżdżam do środka, bo zaraz przecież wyruszamy.
- Oczywiście, że tak. Ale zapraszam najpierw na kawę – odpowiedziałam, podając dłoń na przywitanie.
Usiedliśmy z Jakubem, pod leszczynami a Lucyna w tym czasie zajęła się parzeniem kawy.
- Cieszę się, że skorzystał pan z naszej propozycji. Udała nam się pogoda, prawda?
- O, tak wyjątkowo dziś słonecznie – powiedział rozpinając bluzę od dresu.
Przyznam, że z przyjemnością patrzyłam na tego, już nie młodego przecież mężczyznę. Mimo swoich lat, trzymał się bardzo dobrze.
- A gdzie gospodarz? Zapytał rozglądając się wkoło.
- Zaraz do nas zejdzie – uspokoiłam swojego gościa. Szuka odpowiednich kąpielówek, bo mu się nieco przytyło, hi, hi.
- Strasznie się grzebałaś siora – zwróciłam się do Lucyny nadchodzącej z tacą. Szkoda każdej minuty.
- Nie panikuj – odparła. Mamy cały dzień przed sobą. Myślisz siostra, że łykniesz wszystkie proponowane zabiegi? Zapomnij, he he he.
- A dlaczego nie? Mam zamiar ze wszystkiego skorzystać.
- Nie wydolisz kochana, już po borowinie będziesz taka słaba, że zrezygnujesz z reszty.
- To borowinę wezmę na końcu, hehe – odgryzłam się. Dzwoniłaś do Aśki?
- Tak, już wraca.
Głośne szczekanie Barego, przerwało naszą rozmowę. Asia podeszła do nas i spojrzała na Jakuba.
- Czy to pan jest wnukiem Marcela? Zapytała.
- Zgadza się – odpowiedział i ucałował Asię w dłoń przedstawiając się z imienia i nazwiska.
Spojrzałyśmy z siostrą na siebie porozumiewawczo. Między tymi dwojga, jakby coś zaiskrzyło. Jakub nie odrywał wzroku od mojej przyjaciółki, a ona czerwieniła się jak młódka.
Lucyna szturchnęła mnie w bok, puszczając przy tym oko. Po chwili nachyliła się i szepnęła mi do ucha.
- Widzisz to co ja?
- Ciii – syknęłam przez zęby i skarciłam ją wzrokiem. Ale oni na szczęście tego nie zauważyli. Jakub zachwycał się okolicą i tak tym opowiadaniem zajął Asię, że zapomniała o kawie. Mało... widać było, że zapomniała o całym świecie, ku uciesze mojej i Lucyny.
- Asiu – kawa ci stygnie – zagadnęłam.
- No tak, faktycznie – stwierdziła, wypijając duszkiem już chłodną kawę.
- To co zbieramy się? Zapytałam. Gdzież ten mój małżonek?
- Już jestem! Zawołał Zbyszek. Ale musimy podjechać jeszcze do sklepu, bo chciałbym sobie kupić kąpielówki. To może pan panie Jakubie weźmie do samochodu Lucynę i Asię, a  my z Wandą do was dołączymy.
- Ja też mam coś do załatwienia w sklepie – odezwała się Lucyna. Wsiadaj Asia z panem i jedźcie już na miejsce.
Moja przyjaciółka z chęcią przyjęła propozycję i ruszyła za Jakubem w stronę samochodu. W pewnej chwili odwróciła się do nas i powiedziała.
- Tylko się pospieszcie, poczekamy na was przed wejściem.
Pierwszy raz od dłuższego czasu, widziałam uśmiech na jej twarzy.
Mimo, że od kilkunastu lat nie zmieniała swojej fryzury, czyli wysoko upiętego koka, zawsze wyglądała imponująco. Czarne, gęste włosy przeplecione gdzie nie gdzie pasmami siwizny, spięte klamrą w kształcie motyla, dodawały jej tajemniczego uroku. Mimo swoich lat, zachowała do dziś smukłą sylwetkę.
- Chyba sobie przypadli do gustu – powiedziała Lucyna, sadowiąc się na tylnym siedzeniu naszego samochodu. Nie ma się co dziwić, facet przystojny jak aktor filmowy, a jej też niczego nie brakuje.
- No, i ja to zauważyłam. On wolny, ona wolna, nic nie stoi im na przeszkodzie – odparłam.
- Hehe, dajmy spokój Wanda zaczynamy bawić się w swatki, a to już świadczy, że się starzejemy – dodała Lucyna. To co szwagier, zwróciła się do Zbyszka – twoje kąpielówki już nie modne?
Szturchnęłam ją w bok, widząc jak świetnie się bawi.
- Czasem trzeba zmienić majtki – odgryzł się mąż. Ale ja widzę, że masz ten sam strój kąpielowy, co go miałaś na sobie trzy lata temu, jak byliśmy na wycieczce – dodał z nieukrywaną satysfakcją.
- Przestańcie już. Zamiast nastawiać się pozytywnie do dzisiejszego dnia, wy sobie dogryzacie. Dosyć tego! Skarciłam ich oboje.
Zatrzymaliśmy się przed sklepem z odzieżą. Zbyszek wysiadł z samochodu i kazał nam chwilkę poczekać.
- To co z ta piwniczką? Zapytała Lucyna, kiedy mąż oddalił się w stronę sklepu.
- Nie bądź kąpana w gorącej wodzi. Mamy na to sporo czasu, przecież zostajesz do jutra, więc nie psujmy mu teraz humoru. Ok.?
- Ok. –odpowiedziała, kładąc palec na ustach.
Po kilkunastu minutach, Zbyszek wrócił do samochodu, trzymając w ręce nowe kąpielówki.
Nie tracąc więcej czasu ruszyliśmy w stronę ośrodka Roberta.
Na miejscu była już Asia z Jakubem. Spacerowali wzdłuż ogrodzenia i byli tak zajęci rozmową, że nie zauważyli, jak wysiadaliśmy z samochodu.
Muszę przyznać, że oaza spokoju pana Roberta, już na wstępie mnie zauroczyła. Ośrodek zbudowany był  na wzór, starego drewnianego dworu.
Wszystko otoczone, wysokimi cisami i mozaiką pięknych kwiatów, ułożonych w geometrycznych klombach. Małe kamienne ławeczki wśród pachnącego kwiecia, zachęcały do odpoczynku. W tyle ośrodka, rozpościerał się las i dziewicze łąki. Na progu dworku, czekał już na nas Robert ze swoją wybranką. Zostaliśmy przywitani staropolskim zwyczajem, czyli, chlebem i solą, po czym gospodarze zaprosili nas do środka.
Robert pokazał nam recepcję, jadalnię, bibliotekę i małe przytulne pokoiki. Obiekt był przygotowany na kilkanaście osób. W trakcie zwiedzania, dowiedzieliśmy się, że planuje w przyszłości rozbudować swój ośrodek.
Na piętrze znajdowały się stylowe łaźnie, gabinety masażu, oraz mała oranżeria z wygodnymi sofami i muzyką relaksacyjną.
- Pięknie tu – westchnęła Asia. Wszystko urządzone z takim gustem. Brawo panie Robercie! Myślę, że rezerwacja w tym ośrodku, będzie na rok naprzód.
- Dziękuję za uznanie Pani Joanno, jeszcze dużo brakuje do tego jak sobie to wyobrażałem, ale wszystko po kolei. No dobrze, koniec chwalenia się. Zapraszam do pokoi. W recepcji dostaniecie państwo klucze, a ja zajmę się przygotowaniem ogniska. Mamy tu także lekarza, który zleci odpowiednie zabiegi dla każdego z osobna. Miłego wypoczynku – powiedział Robert i kłaniając się nisko wyszedł na zewnątrz dworu.
- Spójrz siostra, urządził to wszystko w starym stylu, a pamiętasz jak pierwszy raz do mnie zawitał?  Jak on to wtedy powiedział na mój dworek? Kupa gruzu? Czy jakoś tak.
- No dobra, ale jesteś pamiętliwa. To było kiedyś, a teraz jest z niego całkiem fajny gość – powiedziała Lucyna otwierając pokój z numerem  trzynaście A dlaczego trzynaście? Bo to szczęśliwe cyfry mojej siostry.
Pokój był czteroosobowy, więc Asia dołączyła do nas.

W środku pokoju, stały cztery sofy z nocnymi stolikami przy każdej. W szafie wisiały frotowe szlafroki w kolorze błękitnego nieba i duże kąpielowe ręczniki, oraz czepki jednorazowe na głowę. Do tego gumowe klapki pod prysznic, nowiutkie, specjalnie przygotowane dla nas. Zbyszek z Jakubem zajęli dwójkę. Uzgodniliśmy, że zaraz po zabiegach, spotkamy się wszyscy w oranżerii.

Fragment 19

Lekarz zabronił mi okładów z borowiny, ze względu na moje problemy z sercem. Ale zalecił masaż, kąpiel perełkową, magnetoterapię oraz światłolecznictwo. W wannie, która była w kształcie muszli, czułam się jak Kleopatra. Na czas zabiegów rozstałam się z Asią i Lucyną. W końcu mogłam się oddać leniuchowaniu i zbawiennemu relaksowi. Zabiegi miałam rozplanowane do godziny dwunastej, potem w planie był obiad, a wieczorem ognisko. Kiedy zaliczyłam już wszystko, udałam się na odpoczynek do oranżerii. To wspaniałe miejsce, w którym można było się zrelaksować. Przy cichej nastrojowej muzyce, wśród egzotycznych kwiatów, zamknęłam oczy i przeniosłam się czasie.  Wyobraziłam sobie matkę z córką rozmawiające w salonie.
- Czy jesteś szczęśliwa Konstancjo? Zapytała Antonina.
- Tak..... jestem bardzo szczęśliwa matko. Życie mnie nie rozpieszczało, doznałam w nim wiele rozczarowań i przykrości, ale to wszystko zostało mi wynagrodzone – odpowiedziała Konstancja. Krzesław nie widzi we mnie kaleki, on kocha moje wnętrze, on kocha mnie całą. Czy to nie jest cudowna, mamo? Chce się ze mną ożenić, pragnie mieć ze mną dzieci. W tym domu nareszcie zapanuje radość, będzie słychać śmiech naszych córek i synów. Bo wiesz mamo.... Konstancja na chwilę się zamyśliła. Bo mam zamiar mieć dużą rodzinę. A co ty o tym sądzisz? Zapytała.
- Twoje szczęście moja córko, jest moim szczęściem i pragnę tego samego co ty. Musimy zmienić bieg wydarzeń, musimy odbudować to, co bezpowrotnie straciłyśmy – powiedziała Antonina i głaszcząc córkę po dłoni. Wyprawimy piękny ślub i nie ważne kto z rodziny się na nim zjawi, bo najważniejsze, by nasi oddani przyjaciele byli w tym dniu z tobą Konstancjo
- Dziękuję mamo za te słowa. Wybacz, muszę udać się na spoczynek, bo taka dziwna słabość mnie dziś ogarnia – powiedziała Konstancja i ujmując w ręce fałdy sukni, wyszła z salonu, odprowadzana smutnym wzrokiem swojej matki.
Antonina wytarła załzawione oczy i szepnęła cicho do siebie.
- Boże, spraw by moja córka odzyskała zdrowie, już dość mnie doświadczyłeś w życiu, już odkupiłam swoje winy. Obdarz łaską tą dziewczynę, pozwól jej cieszyć się życiem, nie zabieraj jej do siebie, zabierz mnie.
Rozmyślania kobiety, przerwało ciche pukanie do drzwi.
- Proszę wejść – powiedziała, chowając do rękawa sukni, wilgotną od łez chusteczkę.
W progu salonu stanął Klemens.
- Panicz Krzesłam przybył do panienki, czy mam ją zawiadomić? Zapytał kłaniając się w pas.
- Tak, Konstancja jest w swoim pokoju. Idź Klemensie do niej i powiedz by zeszła na dół.
To musiało być bardzo bolesne dla matki, która zdawała sobie sprawę z tego, jak bardzo chora była jej córka. Wiedziała, że choroba postępuje w zastraszającym tempie i jej kochane dziecko, niknie w oczach każdego dnia. Mimo tego, jak każda kochająca matka, mocno wierzyła w to, że stanie się cud i wszystko dobrze się ułoży.
- Śpisz? Usłyszałam za sobą głos Lucyny.
- Nie, odpoczywam – odpowiedziałam, poprawiając się na fotelu.
- O rany!! Mam dość! Zawołała moja siostra, opadając bezwładnie na sofę. Miałam odpocząć, a jestem taka zmęczona, jakbym pracowała w polu. Wszystko mnie boli, a ciebie? Zapytała zamykając oczy.
- Ja się czuję świetnie i nic mi nie jest. Może za bardzo się przeforsowałaś?
- Chyba tak. Zafundowałam sobie jeszcze siłownię.  A dokładnie bieżnię, na której musiałam solidnie ruszać nóżkami, bo stał obok mnie Robert i chwalił, że niezłą mam kondycję – odpowiedziała, masując sobie łydki.
- I co masz? Uśmiechnęłam się pod nosem. Bo jak jeździsz na rowerze, to potem przez parę dni cierpisz.
- I teraz też będę cierpieć, trudno. Ale fason trzymałam do końca, hehehe.
-To już widzę, że wielkiej pomocy w domu nie mam co oczekiwać od ciebie siostrzyczko.
- Pomocy? Kobieto! Ja tu jestem gościem. To gości zatrudniasz do pracy? No kochaniutka, a gdzież twoje szlacheckie maniery?
- No dobrze, tym razem ci odpuszczę – zwróciłam się do siostry żartobliwym tonem. Może przynajmniej Asia się nade mną zlituje.

Hehe, na Asię nie licz. Czy nie kumasz co się dzieje? Jak wracałam z zabiegów, widziałam ją z Jakubem na ławce.
- No tak, to już mam jasność. Ale po co dałam służbie wychodne, hi, hi.  Cóż, jeszcze chwilka w milczeniu i czas na obiad – zwróciłam się do Lucyny i ponownie zamknęłam oczy.
Po obiedzie, panowie udali się do baru na piwo, a my postanowiłyśmy przeznaczyć ten czas, na poobiednią drzemkę. Lucyna zmęczona zabiegami zasnęła od razu, a my z Asią, wyszłyśmy na balkon i ułożone na leżakach, postanowiłyśmy skorzystać ze słońca.
- Co sądzisz o Jakubie? – Zagadnęłam przyjaciółkę.
- Jest bardzo sympatycznym, ciepłym mężczyzną. Kocha przyrodę i podróże. Z takim człowiekiem nie można się nudzić – powiedziała Asia,
rozczesując swoje długie, wilgotne jeszcze włosy.
- To znaczy.... nie żałujesz, że cię namówiłam na dzisiejsze spotkanie? Zapytałam.
- Wandula, to jest najcudowniejszy dzień jaki trafił mi się w ostatnim czasie. Dziękuję ci, że jesteś przy mnie.
Po tych słowach, przyjaciółka podeszła do mnie i przytuliła się jak dziecko.
- E.... coś mi się zdaje, że wyjątkowo przypadł ci do gustu wnuk Marcela. Chyba nie tylko o mnie tu chodzi? Mam rację Asiu?
- No, przestań! Przecież znamy się dopiero parę godzin. Faktem jest, że dawno nie spotkałam takiego dżentelmena.
- A czy ja coś sugeruję? Zapytałam udając urażoną. Tylko pytam. A ty tłumaczysz się tak, jakbyś popełniła jakieś przestępstwo. Chyba jesteś dorosła? I to twoja sprawa, co robisz, z kim się zadajesz i co z tego wyniknie. Ale... hi, hi, na moją wrodzoną intuicję, przewiduję tu dalszą znajomość.
- Kurcze, nic się przed tobą nie ukryje – powiedziała Asia i wystawiła twarz do słońca. Pójdę po okulary przeciwsłoneczne – dodała wstając z leżaka.
- Pani Joanno! – Słychać było wołanie z dołu. Przyjaciółka zatrzymała się w drzwiach balkonu i podeszła do balustrady.
- Słucham panie Jakubie.
- Ma pani ochotę na spacer do lasu? Zapytał.
- Bardzo chętnie, zaraz do pana schodzę.
- Czekam przed wejściem – odpowiedział.
Podniosłam się z leżaka i spojrzałam na koleżankę. Nie musiałam o nic pytać. Jej uśmiech na twarzy zdradził wszystko. Asia się zakochała od pierwszego wejrzenia. Jeśli ten Jakub okaże się draniem i skrzywdzi ją, będzie miał ze mną do czynienia. Ale jak na razie jest ok. Balkon, Julia i jej Romeo.
Ułożyłam się ponownie na leżaku i zamknęłam oczy.
- Wanda!! Ona tu jest!!
- Kto? Lucyna? – powiedziałam zasłaniając oczy od palącego słońca.
- Jaka Lucyna? Antonina!! Cały pokój pachnie fiołkami!!
- No i co tak wrzeszczysz! Dziwisz się? Nasza hrabianka daje ci znak, że jest przy tobie. No, to teraz już jestem spokojna o ciebie. Zmykaj, bo chciałam się trochę poopalać, zanim wstanie Lucka.
- Ale... ale... nie dziwi ci to? – Zapytała, upinając klamrą włosy.
- Mnie już nic nie dziwi. Nauczyłam się żyć z duchami i radzę ci, ty też się z tym pogódź. 
- Może masz rację – powiedziała. Mnie to się nawet podoba.

Fragment 20

I stało się.... Miłość zakwitła w moim dworku. Zapraszam dziś, na ostatni odcinek przed świętami.


Słońce stało się wyjątkowo parzące, więc zrezygnowałam z opalania i wróciłam do pokoju.
- Gdzie Aśka? Zapytała Lucyna, przeciągając się leniwie.
- Na romantycznym spotkaniu z Jakubem. Zaprosił ją na spacer do lasu – odpowiedziałam.
- Popatrz Wanda - jak życie samo pisze swój scenariusz – stwierdziła siostra składając równo w kosteczkę welurowy koc.
 Trzeba przyznać, że Lucyna to straszna porządnicka. W jej mieszkaniu jest jak w pudełeczku. Wszystko ma swoje miejsce. Obrazy na ścianie wiszą równiutko jak od linijki. W kuchni, czyli w jej sanktuarium, można  nabawić się kompleksów.  Na drewnianych półkach zawieszonych tuż przy oknie, stoją kolorowe pojemniki z ziołami, wszystkie opatrzone naklejkami. Wianki czosnku i kłosy zasuszonych zbóż, ozdabiają główną ścianę nad stołem. Na lnianym obrusie, z motywem czerwonych maków, stoi zawsze zabytkowa maselniczka z wodą a w niej wiejskie masło, które kupuje u swojej zaprzyjaźnionej gospodyni na targu. To trzymanie masła w wodzie zostało nam z dzieciństwa. Nasza mama zawsze tak robiła. Wodę zmieniało się codziennie, więc masełko było zawsze miękkie i świeże. Trudno nie wspomnieć tu o ozdobach kuchennych. Stare moździerze, piaskowe klepsydry do odmierzania czasu, kamionkowe garnki do kiszenia ogórków i miseczki na smalec topiony, to wszystko jest największym skarbem mojej siostry.
- To dobrze, że się poznali – powiedziałam. Ale od teraz musimy być bardzo dyskretne, by nie spłoszyć tego uczucia. Koniec żartów i dogryzania. Od tej chwili udajemy, że nic się nie dzieje – dodałam.
- Ok. Siostra przyłożyła palec do ust. Masz rację, musimy się powstrzymać od naszych głupich komentarzy. O rany!! Już siedemnasta, a ja jeszcze w rozsypce – zawołała zrywając się z sofy. Zaraz ognisko, a wyglądam jak czupiradło. Wchodzisz pierwsza do łazienki? Zapytała.
- Tak pójdę pierwsza, bo ty kobieta cudnej urody, nie musisz tam długo siedzieć.
- Święta prawda, hi, hi. Ale cóż mam na to poradzić, że się taka już urodziłam – powiedziała Lucyna, wydymając komicznie usta.
Odświeżone i gotowe do kolejnego etapu tego wyjątkowo udanego dnia, ruszyłyśmy na ognisko. Na miejscu już był Zbyszek, Jakub i Asia.
Kamienny krąg wypełniony był drewnem do palenia. Na marmurowym stole stole, w wiklinowych koszach wyłożonych nakrochmalonymi białymi serwetami, pachniały świeżutkie wiejskie smakołyki.
Kaszanka, szaszłyki, karkówka w ziołach, a do tego aromatyczny grzaniec. Och.... aż ślinka ciekła i wyglądało na to, że nie tylko mnie. Na świeżym powietrzu, po wysiłku fizycznym wszyscy poczuliśmy głód.
- Asiu, może pójdziesz po coś cieplejszego? – Powiedział z troską w głosie Jakub. Przy ogniu będzie ciepło, ale wieczór może być chłodny.
- Masz rację, idę po sweter – odpowiedziała i ruszyła w stronę ośrodka, odprowadzana moim i Lucyny spojrzeniem.
- Słyszałaś? Siostra szepnęła mi do ucha. Powiedział Asiu, czyli....
- Ciii..... zapomniałaś co sobie obiecałyśmy – syknęłam przez zaciśnięte zęby.
Lucyna kiwnęła głową i zrobiła gest palcem na ustach, jakby je zamykała na błyskawiczny zamek.
- Stęskniłem się za tobą żono – powiedział Zbyszek obejmując mnie swoim ramieniem. Zadowolona?
- Bardzo, a ty?
- Ja też, czuje się jak młody Bóg – powiedział prezentując swoją sylwetkę. Ale gdzie gospodarze? Bo kurcze głodny jestem jak wilk.
- Przestań! Nie ma jeszcze osiemnastej, zachowuj się przyzwoicie – zażartowałam, widząc jak pożera wzrokiem, wszystko co było na stole.
W końcu nadeszli właściciele. Magda niosła kamionkowe kubki na grzańca, a Robert w tym czasie zaświecił ogrodowe lampy, umieszczone w spacerowych alejkach.
- Gotowi do biesiady! Zawołał klaszcząc w dłonie. Jeśli tak.... to zaczynamy. Panowie!! Potrzebna mi wasza pomoc!
Ucztowaliśmy do późnego wieczora. Grzane wino było tylko dla kobiet i Roberta, Zbyszek i Jakub musieli zrezygnować z tego trunku, bo ktoś musiał nas odwieźć do domu.
-Wandziu, mogę cie prosić na chwilkę na bok? Zapytała Asia.
- Tak, słucham – powiedziałam gdy odeszłyśmy na bezpieczną odległość.
- Jakub musi dziś wracać do domu, więc zaproponował mi, że jeśli chcę to mogę się z nim zabrać – powiedziała.
- Szkoda, że nie zostaniesz do jutra. Zaplanowałam z Lucyną na jutro wycieczkę po okolicy. Ale jeśli chcesz wracać, to trudno.
- Mam po prostu okazję i tyle – powiedziała trochę niepewnie.
- Asiu, wracaj i nic już więcej nie mów – powiedziałam całując ja w policzek.
Kiedy dogasła ostatnia, tląca się jeszcze szczapa, pożegnaliśmy gospodarzy i dziękując za wszystko wróciliśmy do domu. Joasia spakowała swoje rzeczy i wyjechała z Jakubem. Na odchodne, wnuk Marcela podszedł do mnie i powiedział.
- Pani Wando, to miejsce jest magiczne. Wierzę, że ta magia przejdzie na kolejne pokolenia. Dziękuję za wszystko – dodał całując mnie w dłoń.
Po pożegnaniu z Lucyną i Zbyszkiem, Jakub z Asią odjechali.
- A co oni? Nie zadowoleni, że tak szybko się zmyli? Zapytał mąż siadając na sofie w salonie.
- Oj chłopie....zapomniałeś co to motylki w brzuchu? Ściskanie w gardle? I przyspieszone bicie serca?
- Nie rozumiem?
- Cały szwagier – wtrąciła Lucyna. To miłość, człowieku, miłość zrodziła się tu, w waszym dworku, kumasz już.
- Myślicie, że oni razem....
- A co? oczy ci zaszły mgłą, hehe.
- No tak, teraz już wszystko rozumiem. Ale tak szybko?
- To mężu nazywa się miłość od pierwszego wejrzenia – wyjaśniłam, trącając niepostrzeżenie siostrę w łydkę, by znów czegoś nie palnęła.
Po dniu pełnym wrażeń, padaliśmy po prostu z nóg. Uzgodniłam z mężem, że w tę noc będę spała na górze z Lucyną, bo chciałyśmy jeszcze poplotkować. Z chęcią przystał na moją propozycję i zanim pogasiłam światła na dole, mój luby już smacznie chrapał.
Siora posuń się – powiedziałam odsuwając kołdrę. Dobrze, że zagrzałaś miejsce.
- A co? nie można tu napalić?
- Hi, hi, ten piec to atrapa, nie ma tam drwa na opał. Ale jak chcesz to włączę na chwilę ogrzewanie, a potem na noc je wyłączymy.
- Pewnie, że trzeba tu zagrzać, bo zimno jak cholera – powiedziała siostra, przykrywając się p sam nos.
Kiedy wróciłam do łóżka, Lucyna zapytała.
- To co? Jutro akcja z piwniczką? Temat Aśki zakończony. Niech im się darzy.
- Zrobimy rozeznanie, ale bez Zbyszka. Jutro jedzie do Krakowa w jakiś ważnych sprawach i może nawet nie wróci na noc.
- To super powiedziała Lucyna, ziewając przy tym głośno. A ty będziesz spała tu ze mną? Bo jakoś nie bardzo mi to się podoba.

- Tak, będę tu spała z tobą siostrzyczko, bo tu jest nagrzane. U mnie w pokoju zimnica, więc musisz się z tym pogodzić. Dobrej nocy, do jutra – powiedziałam odwracając się na bok. Ale Lucyna już tego nie usłyszała. Spała jak suseł.

Odcinek 21

Rano obudził mnie radosny śpiew ptaków. Zsunęłam się delikatnie z łóżka i cichutko na palcach wyszłam z pokoju, by nie zbudzić siostry.
Już na schodach poczułam zapach świeżo zaparzonej kawy.
- Dzień dobry – zwróciłam się do męża, który siedział przy kuchennym stole.
- Dzień dobry. Jak się spało? Zapytał.
- Nawet nieźle. Byłyśmy tak zmęczone, że usnęłyśmy od razu. A gdzie Bary? Zapytałam, widząc puste legowisko. Wypuściłeś go na dwór?
- Nie, twój pupilek śpi sobie smacznie, w salonie na naszym łóżku. Zostawiłaś mnie samego, więc cię zastąpił.
- Oj tam, oj tam. Raz cię zostawiłam i już dąsy? Powiedziałam całując męża w czoło. Bary jest lepszy, niż jakakolwiek, wypasiona poduszka elektryczna, chyba nie zaprzeczysz kochanie?
- Może i lepszy, ale zajmuje prawie całą powierzchnię do spania – powiedział mąż, dopijając kawę. Nie chce mi się jechać dziś do miasta. Mam tyle roboty – powiedział Zbyszek.
- A co masz jeszcze zamiar robić?
- Myślałem o ociepleniu drzwi do twojej piwniczki, bo jeśli masz tam zamiar przechowywać płody rolne, to muszę się tym zająć. I jeszcze pomyślałem o doprowadzeniu prądu.
Piwniczka? Natychmiast, zapaliło mi się czerwone światełko w głowie.
- Ale po co masz ocieplać drzwi? Przecież dawniej tylko tam trzymali produkty i nie było lodówek.
- Ale nie wiesz jakie były zimy, być może łagodniejsze, no i to światło w środku, musi być.
- Ale ja nie chcę tam światła! Zawołałam przerażona pomysłem męża, który dążył do tego, by pokrzyżować moje plany. Niech to miejsce pozostanie takie, jakie było w tamtych czasach. Są tam lampy naftowe i to nam zupełnie wystarczy – powiedziałam jednym tchem, nie dopuszczając męża do głosu.
- Wolisz chodzić tam po ciemku? Nic nie rozumiem – powiedział Zbyszek, zaskoczony moją wypowiedzią.
- Tak, już wystarczająco unowocześniliśmy ten wiekowy dworek. Piwniczka ma pozostać nienaruszona.
- No dobrze, jak sobie jaśnie pani życzy. Ale drzwi mogę chyba trochę ocieplić? Zapytał.
- Tak, na drzwi się zgadzam, ale reszta pozostaje, taka jaka jest.
- Ok. Pani prośba jest dla mnie rozkazem! Zawołał mąż i przechylając się przez stół, ucałował moją dłoń.
- No cóż, czas na mnie – powiedział Zbyszek.
- Wracasz jeszcze dziś? Zapytałam.
- Myślę, że nie ma sensu. Zostanę u mamy na noc.
Po tych słowach nieco się uspokoiłam. Miałyśmy z Lucyną wolną rękę do działań w piwniczce.
Odprowadziłam męża do bramy i kiedy już odjechał, spojrzałam w stronę piwnicy.
- Od czego tu zacząć? Pomyślałam. Muszę znaleźć w składziku na narzędzia, jakieś dłutko, młotek i oczywiście gips, żeby potem zatrzeć ślady – uśmiechnęłam się pod nosem i wróciłam do domu.
W kuchni zastałam Lucynę.
- Co pojechał? Zapytała smarując dżemem chrupiący tost. Ale jestem głodna – powiedziała z pełnymi ustami. Myślę, że gdybym tu mieszkała na stałe, to mój wilczy apetyt na świeżym powietrzu, doprowadziłby mnie do otyłości. Wciąż jestem głodna, hi, hi.
- No.... ale ja już widzę u ciebie oponki, siostrzyczko, hehehe. A to nie jest chyba wina pobytu u mnie.
-  Przestań!! Bo ci przyłożę – krzyknęła Lucyna, zaglądając pod bluzę od piżamy.  Ale tak prawdę mówiąc, to zaniedbałam ostatnio wycieczki  rowerowe – dodała. Dobra, co tam oponki! Mamy ciekawsze plany na dziś. Idę się ubrać i zaraz tu do ciebie schodzę – powiedziała siostra, dopijając kawę.
Ja w tym czasie zajrzałam do przybudówki, w celu poszukania narzędzi. Nie było z tym żadnego problemu. Mój małżonek to prawdziwy gospodarz. Składzik na narzędzia jest jego królestwem. Wszystko poukładane jak w sklepie i podzielone na działy. Bez problemu trafiłam na dział budowlany, gdzie odnalazłam, dłutko, młotek, szpachlę i gips. Lucyna czekała na mnie już przed domem, bawiąc się z Barym, który uwielbiał, jak mu się rzucało patyki. Niezmordowanie, w śmiesznych podskokach biegał po nie i przynosił pod nogi siostrze, czekając na następny rzut. Mógł tak gonić tysiąc razy i nigdy sam nie odpuszczał tej fascynującej zabawy.
- Wzięłaś latarkę? – zapytałam.
- Kochana, zapamiętaj sobie raz na zawsze, ja jestem profesjonalistką. Zresztą sama zobacz.
Lucyna nałożyła na czoło obręcz z żarówką. Nacisnęła guziczek umieszczony z boku i górnicze światełko zaświeciło się na jej głowie.
- I ...co? Zatkało kakao?
- No..... zadziwiasz mnie, hehehe, a skąd ty wytrzasnęłaś taki sprzęcik? – Zapytałam patrząc w stronę siostry, która wyglądała  komicznie z tą obręczą.
- To długa historia, ale w skrócie mówiąc - mam ją od jednego górnika. Kiedy byłam na Śląsku , na jednym spotkaniu z czytelnikami, podszedł do mnie górnik i w dowód sympatii podarował mi swoją latarkę. Do dziś pamiętam, co wtedy do mnie powiedział.
Pani Lucyno, niech to górnicze światełko przyświeca pani w każdej sytuacji. Jeśli zawiedzie elektryczność, pani nie przerywa swojego pisania, bo moja latarka będzie na wyciagnięcie ręki.  Tak mnie wtedy wzruszył ten starszy pan, że aż się popłakałam. No... ale miało być w skrócie, a ja się rozgadałam jak zwykle – powiedziała Lucyna, ściągając niewygodną i ciężką, jak na jej głowę obręcz.
Barego zamknęłam w domu, by nam nie przeszkadzał i ruszyłyśmy z siostrą w stronę kolejnej tajemnicy z zamierzchłych czasów. W środku zapaliłam dwie naftowe lampy, które w połączeniu z Lucyny latarką, oświetliły nam miejsce szczeliny na ścianie.
Młotkiem, delikatnie stukałam okolicę pęknięcia. Tylko niewielka powierzchnia ściany, oddawała pusty odgłos, co pozwoliło nam na
Wskazanie odpowiedniego miejsca do wybicia dziury.
Po silniejszym puknięciu w okolicy szczeliny, odpadł spory kawałek ściany. W środku znajdował się  
mały schowek. Sięgnęłam ręką i wyczułam jakiś przedmiot.
- I co?- Szepnęła Lucyna.
- Zaraz – odpowiedziałam sięgając głębiej w stronę schowka. Coś tam jest!
Napięcie sięgało zenitu. Obie z siostrą dostałyśmy, nienaturalnych rumieńców na twarzy.
- Kurcze, brakuje mi ręki – powiedziałam do Lucyny. Nie mogę tego złapać.
- A mówże do jasnej cholery, czego nie możesz złapać! Krzyknęła siostra tuż za mną.
- A skąd mam wiedzieć co tam jest, przecież nie mogę tego wyciągnąć – odpowiedziałam zrezygnowana. Idź po jakiś patyk – zwróciłam się do Lucyny, wyciągając rękę.
- Odsuń się – powiedziała Lucyna, wracając z drewnianą listewką. Ja teraz spróbuję.
Stanęłam obok i pozwoliłam siostrze działać.
Po upływie pięciu minut, na ziemię spadło, wygrzebane z dziury, jakieś zawiniątko.
Lucyna, nachyliła się i podniosła dziwny pakunek.
- Chcesz pierwsza to zobaczyć? Zapytała.
- Nie - rozwiń ty, mnie się tak trzęsą ręce, że nie dam rady.
Prostokątny przedmiot, zawinięty w gruby materiał miał nam ukazać, kolejną tajemnicę.
Lucyna delikatnie rozwinęła zawiniątko. W środku, był pamiętnik oprawiony w skórę z metalowymi okuciami na obrzeżach.

- Wychodzimy – zwróciłam się do siostry, kładąc młotek na ziemi. Lucyna bez słowa, skierowała się do wyjścia, trzymając w ręce znalezisko, niczym filiżankę z najkruchszej porcelany.

Odcinek 22

- Myślisz o tym samym co ja? Zapytałam zamykając na skobel drzwi od piwnicy.
- Oczywiście! Biegnij po gin.
- Ale czy to nie za wcześnie? Jest dopiero 12 godzina – powiedziałam.
- Czy to ma jakieś znaczenie, jaka godzina? Siostra zastanów się. Kolejne odkrycie w twoim dworku, więc nie możemy tam zajrzeć zanim, nie wypijemy za nasze szlachcianki – stwierdziła Lucyna, poganiając mnie gestem ręki, bym nie marudziła.
- No dobrze, już idę. Tylko jak tak dalej pójdzie, to wpadniemy w nałóg, hehe. Mam tylko cichą nadzieję, że to już ostatnia niespodzianka. Dlatego - jak to mówi mój sąsiad – piwo z rana jak śmietana, a ja powiem – dwunasta wybije, za szlachcianki gin wypiję! Hej!
Gdy wróciłam do zagajnika, ze szklaneczkami ginu z tonikiem i kostkami lodu, Lucyna siedziała przy stole i wycierała chusteczką, pokryty kurzem i pajęczyną tajemniczy pamiętnik.
- To za Antoninę i Konstancję – powiedziałam do siostry, podnosząc pokrytą szronem, szklaneczkę z gorzkim trunkiem.
- No... Teraz tam zajrzyjmy. Lucyna odstawiła gin i otworzyła pamiętnik na pierwszej stronie.
Pięknym wykaligrafowanym pismem, wyblakłym w niektórych miejscach, ktoś napisał te słowa.


* Choćbym miała poświęcić całe swoje życie, muszę go odnaleźć*


- Myślę siostra, że przeniesiemy się do salonu. Tu jest za głośno.
- Też tak myślę – stwierdziła Lucyna i podążyła za mną do domu.
Ulokowałyśmy się wygodnie na sofie.
- Mogę czytać na głos? Zapytała Lucyna.
- Tak będzie lepiej, bo ja jestem za bardzo zdenerwowana – powiedziałam.
Jedno było już pewne. Pamiętnik należał do Konstancji. Dlaczego go ukryła w ścianie? Przed kim chowała swoje zapiski? Te pytania nie dawały nam spokoju.
Żeby się tego dowiedzieć, musiałyśmy poznać jego zawartość.
- Lucyna, czy mamy prawo to czytać? Zapytałam, kiedy siostra otworzyła pamiętnik na pierwszej stronie. Skoro Córka Antoniny go ukryła, to miała jakiś powód. Czy mam rację?
- Nie masz racji. Ona go schowała wtedy przed kimś z otoczenia. Widocznie nie chciała, by ktoś poznał jego treść. Teraz jest w naszych rękach i myślę, że powinnyśmy się dowiedzieć dlaczego tak postąpiła.
- Skoro tak sądzisz, to poznajmy tą tajemnicę – powiedziałam.
Data pierwszego wpisu sugerowała nam, że Konstancja miała jakieś szesnaście lat, kiedy umieściła w pamiętniku pierwszy wpis.
Żal mi matki i wstydzę się swojego zachowania, ale mam prawo wiedzieć coś o moim ojcu. Kiedy byłam małą dziewczynką, unikała tego temat. Teraz nadszedł czas, bym poznała całą prawdę. Dzisiejsza rozmowa z matką nie przyniosła rezultatów, ale mam nadzieję, że w końcu powie mi całą prawdę.
- Poczekaj Siostra, telefon w torebce mi dzwoni! Krzyknęłam do Lucyny i pobiegłam w stronę kuchni.
- Tak – słucham – powiedziałam.
- Cześć Wandula, mówi Aśka
- Asia? Czy coś się stało, że dzwonisz tak wcześnie? Zapytałam z obawą w głosie..
- Hehe, co się miało stać! Dzwonię tylko po to, by ci podziękować za wspaniały dzień, który chyba zmienił całkowicie moje życie. Hi, hi, przyjaciółko!! Jestem zakochana.
- Nie musiałaś dzwonić, hehe – powiedziałam. My z Lucyną od razu się domyśliłyśmy.
- No coś ty? Jakim cudem?
- Wszystko można było wyczytać w twoich oczach Asiula.
- Kurcze, przed wami to nic się nie ukryje – powiedziała. Czy myślisz, że Antonina się do tego przyczyniła? Zapytała ściszonym głosem.
- A czułaś fiołki? Jeśli tak, to nie mam więcej pytań.
- Wiesz, nie mogę w to uwierzyć. Zastanawiam się czy to sen, czy jawa?
- To obudź się kochana i zobacz czy Jakub jest, czy to tylko twoja wyobraźnia.
- Nie muszę się budzić, on jest! Nie tylko na jawie ale w moim sercu – powiedziała Asia, łamiącym się głosem.
- No!! Chyba nie beczysz! Zawołałam do słuchawki.
- Nie, tylko jestem trochę wzruszona. Zobacz. Kiedy zawalił mi się cały świat na głowę, w odpowiednim momencie pojawił się Kuba, czy to nie cud? Zapytała.
- Ja bym nie nazwała tego cudem, to miłość Asiu, miłość na którą czekałaś całe życie. Jestem taka szczęśliwa, że tu w moim dworku narodziło się to piękne uczucie.
- Tak, to prawda – powiedziała przyjaciółka. Jestem ci taka wdzięczna.
- Przypominam, że to nie moja zasługa, tylko Antoniny i niech tak zostanie. Ok.?
- Ok. Masz rację. A co teraz robicie z siostrą! Zapytała zmieniając temat.
- A... Kochana, szkoda, że cię nie ma z nami.
Opowiedziałam Asi o naszym znalezisku.
- O rany!! Znalazłyście pamiętnik Konstancji? Super. Muszę zaraz powiadomić o tym Jakuba.
- Koniecznie, bo to będzie dla niego ważna informacja – stwierdziłam.
- I co tam wyczytałyście? Zapytała.
- Jeszcze nic, bo dopiero co go odnalazłyśmy. Musisz tu do nas dołączyć. Za tydzień robię spotkanie. Będziemy z Lucyną i Grażyną i mam nadzieję, że do nas dołączysz?
- Oj! Za tydzień nie mogę, Jestem zaproszona na obiad do córki Jakuba, szkoda.
- No.... to już mi cię zabrał, hehe. Nie martw się, jeszcze nadarzy się okazja i znajdziesz czas dla naszej paczki, w swoim napiętym grafiku.
- Złośliwa zołza! Krzyknęła przyjaciółka. Ale i tak bardzo cię
kocham czarodziejko – dodała.
- Ok. wracam do Lucyny. Trzymaj się Asiula i pozdrów od nas Jakuba.
- Pozdrowię. Do usłyszenia niebawem – powiedziała Asia.
- Wyobraź sobie – zwróciłam się do siostry. Nasza Asia zakochana, po uszy! Kodujesz?
- Żadna to nowina, od razu widziałam, że zaiskrzyło między nimi. Cieszę się z ich szczęścia – stwierdziła Lucyna.
- Ja tak sobie myślę siora, że powinnyśmy dawkować napięcie. Robimy przerwę na spacer. Co ty na to?
- Teraz? Kiedy możemy się czegoś dowiedzieć? Daj spokój.
- Właśnie teraz – powiedziałam. Trzeba korzystać z ładnej pogody, bo nie wiadomo jak długo się utrzyma. Proponuję wycieczkę rowerową po okolicy. Jesteś za?
- Dobrze, przekonałaś mnie – powiedziała siostra zamykając pamiętnik. Zostawmy to na wieczór. Zrobimy sobie nastrój, zapalimy świece i w takiej atmosferze, poczytamy zapiski Konstancji.
W kuchni przygotowałam wszystko na piknik. Spakowałam koc, emulsję do opalania i kosz z jedzeniem. Tylko mój rower miał z tyłu bagażnik, więc ja musiałam wieźć kosz. Lucyna zabrała koc i ruszyłyśmy w drogę.
Bary stał już w progu werandy, trzymając swoją smycz w pysku.
- Dziś biegniesz wolny – powiedziałam do psiaka, chowając obrożę do plecaka.
- To, co? Teraz w tamtą stronę? Zapytałam Lucynę, wskazując ręką majaczący się w oddali las.
- Może być – odpowiedziała siostra naciskając na pedał roweru.
Droga do celu zajęła nam jakieś pół godziny. Zatrzymałyśmy się na malowniczej polanie, tuż obok rozłożystej sosny.
Na mięciutkiej trawie rozłożyłam koc, a koszyk z piknikowymi smakołykami, postawiłam tuż pod sosną.
- Jak tu cicho – powiedziałam układając się wygodnie na kocu. Proponuję chwile milczenia. Posłuchajmy odgłosów lasu – dodałam zamykając oczy.
- Lucyna wyciągnęła z plecaka książkę, bo tylko tak naprawdę, potrafiła odpoczywać i bez słowa pogrążyła się w lekturze.
Bary był w swoim żywiole. Biegał, kopał dołki i znikał w lesie, by za chwilę się pojawić, sprawdzając czy mu nie uciekłyśmy.
Ukojona zbawienną ciszą, po chwili usnęłam.
- Głodna jestem – usłyszałam głos siostry tuż nad sobą.
- A która godzina? Zapytałam przecierając oczy.
- Czternasta – powiedziała siostra.
- Ale ten czas leci, tak długo spałam? Niewiarygodne – stwierdziłam, przysuwając kosz z jedzeniem.
- Hi, hi, piknik jak z dziecięcych lat. Musowo jaja na twardo, ogórki kiszone i bułki z żółtym serem. Jeśli jeszcze do picia masz kompot z rabarbaru, to pęknę ze śmiechu – powiedziała Lucyna.
- To pękniesz, bo właśnie taki mamy kompot. Jak piknik to piknik, w pełnym tego słowa znaczeniu, hehe.
- Chyba coś się chmurzy – zagadnęła Lucyna patrząc w niebo. Wygląda na to, że będzie padać. Jeśli chcemy by nas nie zmoczyło, to czas na powrót – stwierdziła.
- E... może przejdzie? Szkoda już wracać – dodałam.
Jednak mimo moich nadziei, czarna chmura zakryła całkowicie słońce, więc nie pozostało nam nic innego, tylko wracać do domu. W połowie drogi złapał nas deszcz i zmoczył do suchej nitki.
Po przebraniu się w suche ciuchy, usiadłyśmy w salonie.
- O matko!! Zawołała Lucyna z przerażeniem w głosie. Zobacz.... szepnęła, podsuwając mi pamiętnik prosto pod nos.
Oblał mnie zimny pot, kiedy to zobaczyłam. Część zapisków wyblakła, tak, że nie można było ich prawie odczytać. Atrament zupełnie wypłowiał.
- Co jest, do jasnej cholery! Zawołałam. Zamknęłaś go, jak wychodziłyśmy? Zapytałam siostrę.
- No pewnie, że tak. Przecież widziałaś sama.
- To co się stało? Nie leżał na słońcu, a litery wyblakły. To dziwne – stwierdziłam przerażona, wertując kolejne kartki. Na szczęście nie wszystko znikło, ale część tekstu, była niestety nie do odczytania.
- Może to jakiś specjalny atrament? Zapytała Lucyna.
- Daj spokój, to nie możliwe. W tych czasach chyba nie znano tej metody, chyba... – dodałam niepewnie.
Nie miałyśmy pojęcia, co mogło się stać, ale na szczęście, proces zanikania tekstu, jakby się zatrzymał. Być może na kartki z pamiętnika, zadziałały promienie słońca wpadające przez okno salonu.
- Teraz mamy już jasność – zwróciłam się do zatroskanej siostry. Musimy uważać na światło i tyle – stwierdziłam, zamykając delikatnie pamiętnik Konstancji. Zostawmy to do wieczora, ok.?
- Ok. To w takim razie idę na górę trochę poczytać – powiedziała Lucyna.
Ja postanowiłam w tym czasie, zająć się obiadem. W trakcie przygotowywania posiłku, myślałam z trwogą, co by się stało? Gdyby wszystko co napisała Konstancja, zanikło. Miałam tylko nadzieję, że tak się nie stanie.

Odcinek 23

Po obiedzie, postanowiłam poświęcić swój czas na sprawy związane z ślubem synów. Zbyszek miał odebrać od krawcowej moją kreację. Został mi tylko jeszcze stosowny kapelusz i buty, ale miałam jeszcze prawie miesiąc, więc zdążę się z tym uporać.
Właśnie przestało padać i pokazało się słońce. Ponieważ Lucyna nie schodziła na dół - pewnie usnęła, wyszłam z Barym do ogrodu.
Z przyjemnością patrzyłam na moje kwiaty i krzewy. Nigdy nie przypuszczałam, że na starość stanę się ogrodniczką. Kiedyś praca w ziemi wcale mnie nie interesowała, ale teraz aż się palę do roboty. Denerwowało mnie tylko to zadaszenie, bo psuło wystrój mojego pięknego, zaczarowanego ogrodu.
Ale zaraz po weselu wszystko zlikwidujemy i będzie tak jak dawniej. Jednak mimo pięknych kolorowych rabatek, fontanna była moim oczkiem w głowie. Czerwone róże, fantazyjnie oplotły dziewczynkę z konewką. Zielone liście krzewu, owinęły się wkoło kapelusika, który trzyma Rozalka – czyli dziewczynka z fontanny. Takie imię dała jej Lucyna.
Tak się rozmarzyłam, że zupełnie zapomniałam o obiedzie. Pobiegłam do kuchni i dosłownie w ostatniej chwili, uratowałam ziemniaki. Wygotowała się prawie cała woda.
- Co tu tak śmierdzi – usłyszałam za plecami głos mojej siostry.
- A... wyszłam na chwilkę do ogrodu i masz babo placek. O mało nie spaliłam ziemniaków – wyjaśniłam.
- Może nie spaliłaś, ale będą słone – powiedziała Lucyna, nabijając na widelec mały ziemniaczek.
- I co? Słone? – zapytałam.
- Ałaaa!! Sparzyłam sobie język – zawołała siostra, machając rękami.
- A mówiłam ci już nie jeden raz, że nie znoszę pomagierów w kuchni. Masz nauczkę na przyszłość - nie wtrącać się w moje gotowanie, hi, hi.
- Dobra, to co planujesz po obiedzie? Zapytała Lucyna.
- Powinnam trochę oplewić ogródek i podpiąć róże przy fontannie, bo puściły się samopas. Pomożesz?
- E..... Coś ty siora, ja mam chory kręgosłup i nie dla mnie robota w ogrodzie.
- Tak myślałam, że się wywiniesz. I kto tu jest hrabianką? Na pewno nie ja. No dobra, niech ci będzie. Potem sprawdzę listę naszych gości, czy do wszystkich wysłaliśmy zaproszenia – dodałam.
Wiedziałam, że Lucyna ma problem z kręgosłupem, a ostatnio coraz częściej narzekała na lewy bark. Ale wygnać ją do lekarza, to tak jak zmusić ślimaka, by wyszedł ze swojej muszli. Nie znosiła doktorów, a właściwie kolejek do nich.
- To ja zabiorę Barego na spacer – powiedziała siostra. Pójdziemy na łąkę pozbierać polne kwiaty. Co ty na to?
- Dobrze, możecie iść – odparłam.
Miałam chwilę czasu, więc usiadłam w salonie na wygodnej sofie i postanowiłam zajrzeć do pamiętnika. Jakie było moje zdziwienie, kiedy po otwarciu przypadkowej strony, zastałam pustą wyblakłą kartkę. Z przerażeniem sprawdziłam pozostałe. Niestety potwierdziły się moje obawy. Wszystko co było tam napisane, po prostu znikło. Dlaczego tak się stało? Co wpłynęło na to, że zapiski Konstancji w jakiś dziwny sposób wyparowały. Ogarnęła mnie złość, że nie wpadłam na pomysł zrobienia kopii , lub sfotografowania tekstu w chwili gdy zauważyłam, że coś się dzieje niepokojącego. Byłam bezradna.
Przybliżałam i oddalałam strony pamiętnika, patrzyłam przez szkło powiększające, jednak bezskutecznie. Pozostała tylko stara skórzana oprawa i puste pożółkłe kartki.
Poczułam dziwny dreszcz na ciele na myśl o tym, że właśnie z jakiegoś powodu straciłam możliwość rozwikłania kolejnej wiadomości z tamtych lat. To było straszne. Odłożyłam pamiętnik na stół i jak mała dziewczynka, zwyczajnie się rozpłakałam.
Włączyłam komputer i postanowiłam sprawdzić na Internecie, wszystko związane z zanikającym pismem. Taką wiadomość odczytałam.
Atrament sympatyczny to substancja bezbarwna w momencie pisania lub tracąca barwę w szybkim czasie.
Atrament nakłada się na powierzchnię za pomocą pędzla, stempla, pióra wiecznego, wykałaczki lub palca zamoczonego bezpośrednio w cieczy. Powinien być niewidoczny po wyschnięciu.

Czyli coś innego spowodowało zniszczenie tekstu, ale co?
Zniecierpliwiona wypatrywałam Lucynę, jednak nadal nie wracała.
Zrezygnowana wróciłam do salonu i spojrzałam na bezużyteczne znalezisko.
Nagle dostałam dziwnego olśnienia.
Skoro Konstancja ukryła swoje zapiski, to miała w tym jakiś cel. Może nie chciała, by ktokolwiek to czytał. Jakie sekrety ze swojego życia tam spisała?
To co się wydarzyło było sygnałem stamtąd, że pamiętnik nie powinien trafić w obce ręce, a skoro już trafił, to stał się nieczytelny.
Nasza ingerencja w życie tej dziewczyny skończyła się porażką i należy się z tym definitywnie pogodzić. Jednak żal i niedosyt mimo wszystko zostanie.
- Patrz Wanda, jaki mam dla ciebie piękny bukiet – usłyszałam głos Lucyny na werandzie. Co jest? Ducha zobaczyłaś? Boś blada jak papier – powiedziała, kładąc kwiaty na stole.
Nie mogłam wydobyć z siebie głosu. Gestem dłoni wskazałam jej pamiętnik.
- O co chodzi? Wyczytałaś coś ciekawego? A miałyśmy razem to zrobić. Boże!! Tu nic nie ma – dodała szeptem.
Siostra usiadła na fotelu i spojrzała na mnie zakłopotana.
- Jesteśmy winne temu co się stało. Trzeba było przede wszystkim zrobić zdjęcia każdej strony i nawet miałam się tym zająć po powrocie ze spaceru. Ale cóż, już jest na to za późno.
- Też o tym myślałam – powiedziałam. To wielka nieodpowiedzialność z naszej strony. Miałyśmy w rękach stuletni dokument i jak widać, nie potrafiłyśmy go odpowiednio zabezpieczyć.
Siedziałyśmy z siostrą w zupełnym milczeniu. Żadna z nas nie miała nic na swoje wytłumaczenie. Po prostu stało się.
Pierwsza odezwałam się ja.
- Pomyślałam, że jeśli ten pamiętnik został w ten sposób ukryty, to autorka, czyli córka Antoniny nie chciała by ktokolwiek go znalazł. Widocznie miała ku temu powody.
- Ale jakie? Zapytała siostra. Co mogło tam być, czego Konstancja nie chciała wyjawić przypadkowym osobom?
To pytanie pozostało jak na razie bez odpowiedzi.
Obiad zjadłyśmy w zupełnej ciszy. Lucyna tłumacząc się bólem głowy, poszła do pokoju na górę, a ja udałam się do zagajnika.

Odcinek 24

Próbowałam sobie wyobrazić o czym Konstancja mogła pisać w swoim pamiętniku.

Dziś rozmawiałam z matką o moim ojcu, ale ta rozmowa skończyła się kłótnią. Myślę jednak, że pochopnie ją oceniłam, zresztą trudno mi się dziwić. Kiedy byłam małą dziewczynką, zawsze odczuwałam brak ojca. Wszystkie dzieci u krewnych, gdzie mieszkałyśmy z mamą, miały oboje swoich rodziców. Dlaczego dziadkowie zadecydowali o moim życiu, kto dał im takie prawo? Babcia była zawsze dla mnie serdeczna i czasami nas odwiedzała w dworku, ale dziadka nie pamiętam. Na moje pytanie, gdzie jest? Dlaczego nie przychodzi z babcią, trafiałam na milczenie ze strony matki.
Nigdy jej nie wybaczę, że nie próbowała znaleźć mojego ojca, bo tak bardzo chciałam go poznać i dowiedzieć się dlaczego nas nie szukał? Nie spocznę póki się tego nie dowiem.

Taki zapis dziewczyny, mógł ją skłonić do ukrycia pamiętnika przed matką. To jedna z moich teorii. Ale czy ta właściwa? Gdyby nie znikło pismo, znałabym całą prawdę.
Zbyszek przyjechał późnym popołudniem i zaoferował się podrzucić Lucynę do busa.
- Nie martw się siostra – Lucyna szepnęła mi do ucha. Stało się i nic na to nie poradzimy. Może w inny sposób do tego dojdziemy, co było w pamiętniku.
- Wiem – odpowiedziałam, ale mimo wszystko żal mi tych zapisków. Dobra - dajmy już spokój. Trzymaj się siostra i zadzwoń jak już dojedziesz – dodałam na pożegnanie.
Mąż był bardzo zmęczony i postanowił położyć się do snu, w pokoju na piętrze.
- Nie mam dziś ochoty na telewizor – powiedział.
- Oczywiście, masz ciężki dzień za sobą idź na górę, bo coś kiepsko wyglądasz.
Zostałam sama w salonie i włączyłam telewizor. Przerzucałam kanały pilotem, ale na niczym nie mogłam się skupić. Późnym wieczorem zadzwoniła Lucyna z wiadomością, że jest już na miejscu. Po ostatnim wypadku z jej udziałem miałam zawsze niepokój, kiedy wracała do domu busem. Na szczęście dotarła cała i zdrowa, więc mogłam się uspokoić.

 Za oknem zerwał się silny wiatr, okiennica trzasnęła tak głośno, że zerwałam się na równe nogi.
- Kurcze – pomyślałam. Muszę ją zamknąć, bo Zbyszek pewnie już śpi. Kiedy podeszłam do okna, wielka błyskawica pojawiła się na niebie i oświetliła cały salon. Jak znam życie, to mój małżonek pewnie sobie smacznie śpi i nic nie słyszy. O moim zaśnięciu nie było mowy. Burza za oknem szalała coraz bardziej. Z trwogą pomyślałam o naszym zadaszeniu w ogrodzie. Jeśli nadal tak będzie wiało, to wszystko ulegnie zniszczeniu. W końcu wybiło korki i zgasło światło. Zapaliłam świece, bo i tak nie mogłam spać. Na stole leżał pamiętnik Konstancji, otwarty na jednej ze stron. Smuga światła padała wprost na pożółkłą kartkę.
- Boże! Czy ja mam już zwidy? Powiedziałam sama do siebie. Drżącymi rękami wzięłam pamiętnik i podsunęłam blisko świecznika. Bez problemu mogłam odczytać to co tam było napisane.

Dziś miałam znowu atak kaszlu. Ukryłam przed matką chusteczkę na której była krew. Czuję się coraz gorzej, nie mam już siły. Maria dba o mnie, robi różne mikstury ziołowe, ale to nic nie daje. Czy mój ukochany wie, że niebawem umrę? Tak chciałabym, by stał się cud, bym wyzdrowiała. Tak bardzo go kocham i on kocha mnie. Ale widzę smutek w jego oczach, on już pewnie wie, że nie ma dla mnie ratunku. Jest taki mądry.

Przewróciłam kartkę na drugą stronę. Data wskazywała na kolejny wpis po kilku dniach. Widocznie Konstancja czuła się bardzo źle, skoro nic wcześniej nie napisała.

Kryzys minął na szczęście, już czuje się lepiej. Jan zabrał mnie na przejażdżkę powozem. Był taki tajemniczy, ale nie wiedziałam dlaczego? Dopiero jak zatrzymał powóz przed kościołem, zrozumiałam jaką miał dla mnie niespodziankę. Tuż przed bramą kościelną, wyciągnął piękny bukiet kwiatów i klęcząc u mych stóp, zapytał czy może prosić o moją rękę.

Byłam taka wzruszona. Przyjęłam jego oświadczyny, ale  upomniałam, że powinien to zrobić przy mojej matce, bo taki jest zwyczaj. Mój ukochany tylko się uśmiechnął i zapewnił mnie, że tak właśnie dziś zrobi, jednak najpierw chciał zapytać mnie o zdanie. Potem weszliśmy do kościoła i oboje poprosiliśmy naszego księdza o błogosławieństwo. To był najszczęśliwszy dzień w moim życiu.

Musiałam odłożyć na chwilę pamiętnik, bo znając dalsze losy tej dziewczyny, nie mogłam opanować łez. Co jeszcze dowiem się o Konstancji? Czy pismo znów nie zniknie? I dlaczego pojawiło się w świetle świecy?
Postanowiłam zrobić sobie kawę i wykorzystać chwilę kiedy mam możliwość przeczytania dalszych części.
Wróciłam więc do początku i wpisu który już znałam.
W kolejnych zapiskach Konstancja przeprowadza swoje śledztwo na temat ojca. Służąca potajemnie szukała ludzi z otoczenia swojej pani. Klemens także jej w tym pomagał. Stajenny nawet dotarł do jednego człowieka z pułku, w którym służył Marcel. Ale nie wiele to dało, bo po wojnie ich drogi się rozeszły. Jednak to co się dowiedziała Konstancja, było dla niej bardzo ważne. Jej ojciec poważnie myślał o ożenku z matką.

Mam dziś nowe wieści – pisała Konstancja. Klemens spotkał człowieka, który walczył z moim ojcem w jednym pułku. On naprawdę ją kochał i miał zamiar się z nią ożenić. Dlaczego tak szybko się poddał? Dlaczego mimo wszystko nadal jej nie szukał? Dlaczego nie pytał o nią innych ludzi? Czy wiedział o mnie? A może wiedział?  Jest tchórzem jeśli wiedział o moim istnieniu. Wystraszył się kalekiej córki. Nienawidzę go za to, nienawidzę

Co musiała wtedy przeżywać ta dziewczyna. Nie znała prawdy i nie wierzyła matce, że to dziadek był wszystkiemu winny.

Oczy bolały mnie ze zmęczenia podczas czytania w takim świetle, ale bałam się przerwać. Jednak mimo wszystko usnęłam. Czy to był sen? Nie potrafię odpowiedzieć sobie na to pytanie.

Przez mgłę zobaczyłam salon z tamtego wieczoru, kiedy robiliśmy ognisko z rodziną. Na otomanie siedziała Konstancja. Była bardzo smutna. W ręku trzymała haftowaną w niebieskie kwiatki chusteczkę. Płakała. Usiadłam tuż przy niej i poczułam zapach fiołków. Czy ja śnię? Zapytałam.

- Możesz myśleć co chcesz – odpowiedziała dziewczyna. Wam na ziemi nie mieści się w głowie, że duchy istnieją. Nie chcemy z matką dłużej cię niepokoić, ale muszę wiedzieć co stało się z moim ojcem, czy długo rozpaczał po matce i czy wiedział o moim istnieniu. Pamiętnik ukryłam, bo nie chciałam by ktokolwiek miał do niego dostęp. Ale ciebie wybrałam i tylko ty możesz go przeczytać. Dlatego wybacz. Ani twoja siostra, ani nikt inny nie będzie miał sposobności go czytać. Odnalazłaś już mojego przyrodniego brata, więc dowiedz się więcej. Jesteś nam to dłużna – powiedziała patrząc na mnie zimnym wzrokiem. Jej oczy były  zimne  jak lód i błyszczące jak dwa diamenty . Dziwne to uczucie, kiedy masz przed sobą ducha. Mimo, że się jej nie bałam, poczułam ciarki na plecach.

Kiedy się przebudziłam, nikogo przy mnie nie było. Nadal siedziałam przy stole i trzymałam pamiętnik w dłoni. E... Śniło mi się to i tyle – pomyślałam i zmęczona położyłam się do łóżka.
Rano wstałam totalnie niewyspana. Pierwsze co zrobiłam, to sięgnęłam po pamiętnik. Boże! Przeraziłam się nie na żarty. Kartki były puste. Nie zastanawiając się co to wszystko znaczy, schowałam pamiętnik głęboko do szuflady kredensu,  żeby Zbyszek go nie zobaczył. On przecież nic nie wiedział o tym znalezisku.















Prześlij komentarz