poniedziałek, 14 lipca 2014

26 (FINAŁOWY) odcinek , kończący I cześć SPEŁNIONYCH MARZEŃ.



Coś mi się wydaje, że duchy hrabianek wpadły w złość, że rozstaję się z nimi na jakiś czas, ale ja tu rządzę!
Umieszczam brakującą część, co sprytnie ukryły Antonina z Konstancją.



Od samego rana w dworku, panował totalny chaos. Młodzi razem z mamą przyjechali już po ósmej rano. Zasiedliśmy wszyscy do śniadania i przy wspólnym stole ustalaliśmy plan dnia.

- Musicie zobaczyć moją sukienkę – odezwała się mama. Piotruś, przynieś ja z samochodu – powiedziała, przerywając naszą rozmowę na temat wesela.
- Zaraz babciu – odparł syn. Nie pali się przecież.
Ale wystarczyło tylko zobaczyć jej minę. Odstawił kanapkę na talerz i bez słowa poszedł po kreację mamy.
- Mamuś! To nas zaskoczyłaś – zawołałam, widząc jak Piotrek wyciąga z pokrowca suknię. Jest piękna, no fiu, fiu, chyba nie chcesz przyćmić swoją kreacją panny młode?
- E tam... przestań córeczko, one są takie młode, ja im nie zagrażam – powiedziała seniorka rodu z udawana skromnością. Bo trzeba przyznać, że mama jak na swoje lata, wyglądała naprawdę dobrze. Od młodości lubiła się stroić i miała wspaniały gust. Jej weselna suknia, uszyta była z cieniutkiego aksamitu w kolorze ciemnej zieleni, co świetnie kontrastowało z rudymi włosami. Trzeba przyznać, że włosy miała nadal gęste jak na swój wiek.
- O Boże!! Krzyknęła na cały głos, gdzie mój kapelusz? Zapomniałam?
- Spoko babciu, czy to ten rondelek? Zapytał Piotr, wyciągając z reklamówki nakrycie głowy naszej mamy.
- Ja ci dam rondelek! To kepi z woalką – powiedziała.
- Mamo jestem pod wrażeniem, jak ci się udało dokupić z tego samego materiału ten kapelusz? Zapytałam całkiem szczerze.
- Udało się? To efekt kilku godzin spędzonych  u krakowskich kapeluszników. Ale w końcu trafiłam – powiedziała zadowolona, prostując zagiętą, ażurową woalkę.
Prawie przez godzinę musieliśmy podziwiać mamę, która prezentowała przed nami swój strój, robiąc przy tym śmieszne miny.
Po śniadaniu poprosiłam dziewczęta i siostrę o pomoc w rozłożeniu zastawy na stołach. Lucyna wyszła do ogrodu z koszykiem na kwiaty, a my z Agnieszką i Marzeną ustawiałyśmy świeczniki na stole. Zbyszek w tym czasie zawieszał kolorowe baloniki, a mam siedziała na leżaku i jak zwykle dyrygowała wszystkimi.
- Słuchajcie panie – zwróciłam się do dziewcząt. Ja pójdę przygotować pokoje dla gości, a wy sprawdźcie czy czegoś nie brakuje.
- Proszę się nie martwić o nic – powiedziała Marzena. Zajmiemy się wszystkim.
Przez kolejne godziny w dworku aż wrzało. Biegałyśmy z Lucyną, potykając się o siebie i doglądałyśmy wszystkiego, jak przystało na prawdziwe gospodynie domu. W tym czasie panny młode okupowały dwie łazienki, tylko ich przyszli mężowie byli na całkowitym luzie.
O dwunastej w południe, przywieziono wszystkie zamówione potrawy. Brakowało miejsca w kuchni. Ale na szczęście miałam przecież swoją odzyskaną piwniczkę, w której było bardzo chłodno. Dlatego większość jedzenia tam właśnie schowałyśmy z siostrą.
Przyszli teściowie moich synów, zjawili się o umówionej porze. Matki panien młodych zamknęły się w pokojach i pomagały swoim córkom w przygotowaniach do ślubu. Zbyszek zaprosił ojców dziewcząt do zagajnika leszczynowego, na lampkę wina dla kurażu.
Godzinę przed ceremonią, przyjechały dwie dorożki. W jednej, wraz z młodymi miałam jechać ja ze Zbyszkiem i  rodzicami Marzeny. Druga dorożka, przeznaczona była dla rodziców Agnieszki, mojej mamy i Lucyny z Tadeuszem.
Kiedy wszystko było już gotowe, zebraliśmy się wszyscy w salonie i odbyło się błogosławieństwo. Beczałam jak bóbr, kiedy ojcowie zwracali się do par młodych. To była bardzo doniosła chwila.
Godzinę przed planowanym ślubem, wyjechaliśmy dorożkami do kościoła.
Na dziedzińcu czekali już zaproszeni goście i ku mojemu zdziwieniu, prawie wszyscy mieszkańcy naszej wsi.
Kiedy wysiadaliśmy z dorożek, na dziedzińcu przed kościołem rozległy się gromkie brawa.
W pierwszej kolejności ja poprowadziłam swoich synów do ołtarza. Po chwili dołączyli do nas ojcowie panien młodych i rozpoczęła się ceremonia zaślubin.
W chwili, kiedy młodzi składali małżeńską przysięgę, kościelne drzwi otwarły się na oścież. Ludzie siedzący w ławkach, prawie jednocześnie odwrócili się w stronę kościelnej bramy wypatrując spóźnialskiego, który śmiał zakłócić porządek zaślubin. Ale ku zdziwieniu obecnych nikogo tam nie było.
Z ostatniej ławki podniósł się jakiś mężczyzna i zamknął drzwi. Kiedy wrócił na swoje miejsce, wnętrze kościoła wypełniło się intensywnym zapachem fiołków. Odwróciłam głowę w stronę Lucyny i odczytałam z jej ust.
Przyszły.
Nie było wątpliwości. Antonina z Konstancją przybyły na ślub moich synów. Dały znać fiołkowym zapachem, że są w tym ważnym dniu razem z nami. Ale tylko ja i moja siostra, wiedziałyśmy o tym, bo czy ktoś by nam uwierzył? Nie sądzę.

Koniec pierwszej części * Spełnionych Marzeń *

http://wandasewiol.blogspot.com/2014/07/spenione-marzenia-odcinek-25.html







Prześlij komentarz