czwartek, 17 lipca 2014

Dzień dobry, wszystkim moim sympatycznym gościom.



Dzień dobry, wszystkim moim sympatycznym gościom.

Gdzie te czasy?
Mam urlop od poniedziałku, więc zadzwoniła do mnie moja mama, czy wybiorę się z nią na targ.


- Ale musisz dziecko przyjechać dziś i zostać na noc, bo na targ jedzie się z samego rana - powiedziała.

- Dobrze mamuś, przyjadę dziś.
Piąta rano pobudka. Mama ubrana już do wyjścia stała nad moim łóżkiem.
W pośpiechu wypiłam kawę, parząc się w język i popędzana przez mamę, ubierałam się... po drodze.
- Mamuś, ale po co tak wcześnie: przecież oni się dopiero rozkładają ?
- O to dziecko chodzi. Trzeba być wcześnie, bo wtedy można wybrać coś świeżego, a potem to już wszystko poprzebierane.
Musiałam jej przyznać rację, bo mama zawsze ma rację.
O siódmej rano byłyśmy już na targu. Moja sędziwa rodzicielka chodziła od stołu do stołu i szukała prawdziwej wiejskiej kury na rosół. Ta za sina, ta za mała, to nie kura tylko kurczak i tak przez godzinę. Wreszcie się zdecydowała. Kura musiała mieć tłuszczyk i w środku podroby. Teraz przyszła kolej na biały ser i masło. Ten za suchy, ten za chudy, ten za kwaśny. W końcu wróciła do pierwszego chłopa i wzięła ser, który już na początku skrytykowała. Szukamy pomidorów, ale malinówek. Nogi mnie bolą, ale mamuśka się nie poddaje. Te za twarde, te farbowane, a tamte to nie malinówki. Pyta sprzedawczynię.
- Czy to prawda, że farbują pomidory?
- Tak, to prawda, ale moje są naturalne. Kupiłyśmy po kilogramie. Potem były śliwki węgierki.
- Zobaczymy jutro, czy są prawdziwe i nie modyfikowane sztucznie. Jak nie będzie nad nimi chmary muszek, to chemia - wyjaśniła mama.
Dziś szykuję knedle ze śliwkami, ani jedna mucha nie lata nad owocami. Chemia, brr.
Dzwonie do mamy i pytam co u niej. W porządku, ale ta kobieta oszukała nas na pomidorach, to nie są malinówki.
Gdzie te czasy? Boję się, jak mamuśka ugotuje rosół, bo jak on też nie będzie dobry, to diabli wzięli moje poświęcenie o piątej rano.



Prześlij komentarz