sobota, 16 stycznia 2016

Jednodniowy milioner - Wanda Sewioł

12621384_ml
Witam moich kochanych gości. Dziś chciałabym poruszyć temat finansów, bo wiadomo, że pieniądze szczęścia nie dają, ale woreczek stóweczek daj Boże.
Banki nęcą nas wspaniałymi ofertami, jedne za złotówkę dziennie, inne jeszcze mniej, a ofert masa i masa banków i różnorodnych kas. Bywa tak, że mamy nóż na gardle i korzystamy z tych propozycji, bo mus i nie ma wyjścia. Jednak często zaciągamy kredyty na bzdury i to już jest problem. Ale ja tu nie tylko o takim problemie chcę pisać, ja pragnę przedstawić problem związany z hazardem, a to już krótka droga do tragedii.
Historia, którą pragnę wam przedstawić, jest autentyczna, tylko nie ma zakończenia, bo zakończenie znam w obecnej chwili. Jednodniowy milioner jest obecnie totalnym bankrutem, smutne, lecz prawdziwe.
Zapraszam na opowiadanie pod tytułem.
Jednodniowy milioner.
Wanda Sewioł
Był środek upalnego lata. W pewne sobotnie popołudnie wybrałem się z kolegami, Rafałem i Grześkiem do piwiarni, na jednym z krakowskich osiedli. Żar lał się z nieba, więc jedynym miejscem na wypicie kufla zimnego piwa był ogródek z parasolami na zewnątrz Pubu. Znajoma barmanka Beata przywitała nas serdecznym uśmiechem i zapytała.
- Jak zwykle panowie? Trzy duże Warki?
- Jak zwykle pani Beatko – odparł Rafał, a my z Grześkiem w tym czasie zajęliśmy już miejsca przy stoliku.
I wydawać by się mogło, że to jest zwykłe, kolejne sobotnie spotkanie, gdyby nie to, co rozegrało się na naszych oczach.
Trzech młodych chłopaków, już mocno podchmielonych, kręciło się po Pubie w podekscytowanych nastrojach. Jeden z nich, niewysoki szatyn w rogowych okularach, lekko bełkocząc wydał polecenie barmance.
- Frytki dla wszystkich, ja dziś stawiam!
Kumpel chłopaka złapał go za ramię.
- Daj spokój Darek, nie przesadzaj chłopie.
- Co tam się dzieje? Zapytał Grzesiek, kiedy stawiałem kufle z piwem na stoliku.
- Podobno ten w okularach wygrał na automatach dwa tysiące – rozbił bank -odpowiedziałem szukając wzrokiem głównego bohatera.
- Kurcze, żartujesz? To niezły fart.
Po chwili pod Pub zajechała taksówka. Wraz z kumplami, obserwowaliśmy, co będzie się dalej działo. Szczęśliwy posiadacz dwóch tysięcy podszedł chwiejnym krokiem do taksówkarza i rzucił władczym tonem.
- Proszę czekać, będzie zaraz kurs na Rynek.....
Przyglądałem się tej scenie z rozbawieniem, ale i z niewielką nutką zazdrości. W sumie pospolity człowiek, zwykły jak ja i moi koledzy. Nie imponował mi wyglądem, czasami widywałem go w Pubie, często zalanego i wygadującego jakieś głupoty znudzonej barmance, która ignorowała go na każdym kroku. Ale dziś było inaczej. Beata dostała zapewne pokaźny napiwek, bo uśmiech nie schodził jej z ust. Ten okularnik był gwiazdą dzisiejszego popołudnia i wszyscy tam obecni patrzyli na niego z zazdrością. I tak to szary zwykły zjadacz chleba dziś dostał skrzydeł. Chodził po Pubie dumny jak paw i chwalił się swoją wygraną, a licznik w taksówce bił z minuty na minutę. I cóż z tego, to był jego czas, czuł się wyjątkowo i przy kasie.
- Wygląda jak toreador, który zatriumfował nad bykiem na korridzie, albo gladiator uhonorowany wieńcem laurowym – wycedził przez zęby Rafał.
Milioner balansując miedzy stolikami, zatrzymał się przy dwóch młodych dziewczynach i nachylając się nad jedną z nich wrzasnął jej prosto do ucha.
- Wybieram się na rynek panienko, może weźmiesz ze sobą koleżankę i pójdziecie się z nami zabawić? – Machnął plikiem banknotów w przypływie odwagi.
Jednak nie zrobił wrażenia na dziewczynach, które pogoniły od stolika natręta.
Chłopak mimo tego nie stracił dobrego nastroju, bo rozpierała go duma i pewnie sobie w tym czasie pomyślał - nie wy, to będą inne. 
Przyznam, że obserwowałem go z wielką przyjemnością i mimo, że to nie ja wygrałem tę kasę, udzieliły mi się jego emocje. Może to śmieszne, ale przyszedł mi wtedy pomysł do głowy, żeby bić mu brawo, bo czyż ludzie nie kochają zwycięzców?
W końcu trójka przyjaciół, mocno się zataczając, wpakowała się do taksówki i odjechali podbijać krakowski rynek, a Pub żył już własnym monotonnym życiem. Goście popijali swoje piwo, w tle słychać było muzykę, ale zapewniam, że wszyscy, albo rozmawiali o szczęśliwcu, albo w duszy mu zazdrościli.
- To, co koledzy, może nie rozbiłem banku, ale mam dziś gest. Stawiam kolejne piwo, a co tam! – Powiedziałem.
Możemy sobie wyobrazić jak balował dzisiejszy milioner. Pewnie wraz z kolegami odwiedził wiele Pubów, być może zamawiał dla nich drogie drinki, a może nawet wynajął jedną z krakowskich dorożek? Zapewne ten dzień zapamiętają do końca życia, bo łatwo przyszło i łatwo poszło. Tylko nie chcę być złym prorokiem, bo hazard uzależnia i nie daje za wygraną. Oby nasz jednodniowy milioner nie chciał powtórzyć swego sukcesu, bo prawda o hazardzie jest taka, że najczęściej na nim tracimy. Trzymam za niego kciuki i życzę mu wszystkiego dobrego. Tak sobie pomyślałem już na koniec tej historii, że każdy powinien mieć w życiu taki dzień, jak ten zwykły przeciętny chłopak, byłoby, co wspominać.

Prześlij komentarz