środa, 30 grudnia 2015

Mama1
Pragnę powitać moich szanownych gości i podziękować za aktywność na mojej stronie. To bardzo budujące, kiedy licznik z kolejnymi wyświetleniami zmienia się z dnia na dzień. O czym to świadczy? A o tym, że chyba nie przynudzam swoimi historiami – cieszę się bardzo i jeszcze raz dziękuję.
Moja strona poświęcona jest nie tylko dorosłym odbiorcom, ale także naszym pociechom. Dlatego nie mogę o nich zapominać.
W związku z tym wysyłam moją kolejną bajeczkę. Może znajdziecie czas, by im ją przeczytać.
Pozdrawiam serdecznie i życzę wspaniałego Nowego 2016 roku, by był szczęśliwy i nie gorszy od tego, który nas już niebawem opuści.
Zapraszam na „ Baśniową noc „
duchowosc-i-sny
„ Baśniowa noc „
Witam was kochane dzieci. Chcecie poznać historię Marysi? Chcecie? To usiądźcie wygodnie i przeczytajcie moją opowieść.
Marysia wyjechała na wakacje z rodzicami, do domku na skraju lasu. Pewnego dnia, rodzice musieli zostawić ją na chwilę samą w domu, bo zaplanowali zrobić zakupy w mieście.
- Marysiu, jedziemy z tatą do sklepu i zostajesz sama. Pamiętaj, nie oddalaj się od domu i czekaj tu na nas, niedługo wrócimy.
- Dobrze mamusiu, nie jestem już małym dzieckiem.
Dziewczynka usiadła w ogrodzie i postanowiła przeczytać swoją ulubioną książkę. Ale nie był to chyba dzień na lekturę, więc szybko zrezygnowała z czytania.
Może zrobię mamie niespodziankę i nazbieram jagód w lesie? Pomyślała.
Pobiegła do kuchni po mały koszyczek i ruszyła do lasu. Blisko domu jagodowe krzewy były już obrane, więc postanowiła poszukać dalej. Powoli koszyk napełniał się owocami leśnymi, jednak wciąż było ich mało. Tak była zajęta szukaniem kolejnych miejsc, że nie zauważyła jak bardzo oddaliła się od domu.
- Może już wystarczy – spojrzała na ciemne dorodne owoce, które wysypywały się już  z koszyka. I wtedy uświadomiła sobie, że nie wie gdzie jest i którą drogą powinna wrócić do domu.
- Mamusiu! Hop, hop! Wołała wystraszona, ale odpowiadało jej tylko echo.
Usiadła zrezygnowana na pniu ściętego drzewa i rozpłakała się jak małe dziecko.
- E... nie becz, tylko szukaj drogi – powiedziała sama do siebie i ruszyła jedną z wielu ścieżek.
- To nie ta droga, może pójdę w drugą stronę – myślała gorączkowo. Gdziekolwiek by nie poszła, nigdzie nie było widać końca lasu. Czas mijał, a ona nadal nie mogła odnaleźć właściwej drogi. Nadchodził zmierzch.
- Muszę tu gdzieś przysiąść i poczekać na rodziców, pewnie już mnie szukają – pomyślała. Na przeczekanie wybrała stary rozłożysty dąb z wielką dziuplą i wcisnęła się do jej środka.  
Czas mijał, a pomoc nie nadchodziła. W lesie zrobiło się już bardzo ciemno. Była głodna, mocno wystraszona i trzęsła się z zimna.
- Hop, hop, tu jestem! – wołała z całych sił, lecz bez rezultatu.
Nagle w oddali zobaczyła kolorowe światełka, migocące miedzy drzewami.
Jedno z tych światełek zbliżało się w jej stronę. Po chwili, tuż obok niej usiadła dziewczynka. Miała na sobie sukienkę z polnych kwiatów i długie splecione w warkocze jasne włosy. W ręku trzymała świecącą różdżkę.
- Kim jesteś? - zapytała Marysia.
Leśna dziewczynka dotknęła różdżką głowy Marysi.
- Jestem leśnym Elfem. Dziś jest szczególna noc i za pomocą mojej różdżki, będziesz mogła zrozumieć język zwierząt. Ale co ty tu robisz sama w lesie?
- Zgubiłam się – dziewczynka odparła z płaczem.
- Spokojnie, nic ci nie grozi, jesteśmy z tobą.
Elfetka rozwinęła swoje delikatne skrzydełka i odfrunęła w głąb lasu. Marysia znów została sama.
- Huuu, huuuu - a co to? Nie słuchało się mamy? - usłyszała.
W ciemności zobaczyła dwa błyszczące punkciki. Stamtąd dochodziło  pohukiwanie.
- Nie bój się, jestem sowa i opiekuję się tym lasem. Dotrzymam ci towarzystwa, zanim zadecydujemy co dalej z tobą zrobić.
- Dziękuję pani sowo, raźniej mi tu z panią. Podobno jest pani bardzo mądra i wszystko wie, więc czy ma pani jakieś wieści o moich rodzicach? Czy już mnie szukają?
- Cierpliwości dziecko, właśnie sarna Malwina pobiegła to sprawdzić. A tak nawiasem mówiąc, postawiłaś na nogi cały las.
- Przepraszam bardzo.
- Ciii.... Dzięcioł coś nadaje – powiedziała sowa i sfrunęła z drzewa,  prosto na kolana dziewczynki.
- Pies sąsiadów donosi, że już cię szukają. Jak to się stało, że tak daleko odeszłaś? Dzięcioł wystukał, że niestety idą w przeciwnym kierunku.
- I co teraz będzie? Zimno mi.
- Zaraz coś zaradzimy.
Sowa pofrunęła na pobliskie drzewo i pohukiwała coś w swoim języku, jakby kogoś wzywała.
Wreszcie pojawiły się wszystkie Elfetki i usiadły obok wystraszonej dziewczynki.
- Zabawcie ją jakoś – nakazała.
Skrzydlate panienki pląsały wokół dębu. Wszystkie wyglądały prawie tak samo. Miały jasne i  długie włosy, a różniły się tylko strojami. Każda z Elfetek miała inną sukienkę. Jedna z chabrów, inna z konwalii leśnych, a jeszcze inna z modrych niezapominajek. Tańczyły i śpiewały piękne piosenki o urokach lasu.
Sowa nadal była na szczycie sosny i co jakiś czas wsłuchiwała się w sygnały nadawane przez dzięcioła.
- Pora na posiłek – zakomunikowała sowa.
Elfetki przerwały swój występ i każda z nich zaopatrzona w świecącą różdżkę, oświetliła polanę obok dębu.
 Marysia zobaczyła uformowany szereg mrówek, które dźwigały liść łopianu wypełniony leśnymi owocami. Były tam słodziutkie maliny i jeżyny. Za mrówkami kroczyły wiewiórki, niosąc w łapkach orzechy laskowe.
- Jedz dziecko, jedz, bo zanim cię znajdą to trochę czasu upłynie – pohukiwała sowa.
Dziewczynka zjadła wszystko co przynieśli jej mieszkańcy lasu i wypiła wodę z kwiatowego kielicha.
- Kto nadchodzi? -  zapytała sowa.
- To ja, zając Gucio. Mam nowe wieści.
- To mów, jakie to wieści - odparła sowa.
- We wsi wielkie poruszenie. Byłem w oborze u tych dobrych gospodarzy, gdzie mieszka nasz przyjaciel koń Heniek. Przekazał mi informację, że jak pasł się na łące, to widział tą dziewczynkę jak wchodziła do lasu i dziwił się, że weszła tam sama bez opieki. Ech... co za nieodpowiedzialność ze strony jej rodziców. Ale nie mógł nic zrobić, bo czy człowiek zrozumie konia? Gucio potrzepał długimi uszami, na znak zdenerwowania.
Dobrze, że było ciemno, bo zając nie widział jak Marysia zaczerwieniła się ze wstydu.
- Bardzo przepraszam – wydusiła z siebie. Już nigdy się to nie powtórzy.
- Przepraszasz, przepraszasz, ale co to teraz da! – Gucio podskakiwał nerwowo na swoich krótkich nóżkach. - Cały las postawiony na nogi, nikt nie śpi, na nic zdadzą się twoje przeprosiny.
- Daj spokój! huknęła sowa w obronie. Nie widzisz, że to dziecko jest bardzo przerażone. Naszym obowiązkiem jest zapewnić jej pomoc i opiekę, zrzędzenie nic tu nie da. Lepiej będzie jak zwołasz wszystkie świetliki, bo robi się coraz ciemniej.
- Tak jest szefowo – Gucio podskoczył go góry i zniknął w ciemnościach.
- Nie miej mu tego za złe, w sumie to dobry przyjaciel tylko czasami tak coś palnie – sowa starała się załagodzić zachowanie zająca. - Huuuu, Huuuu, to nasz leśny poeta i jak to bywa           z poetami, ma swoje chimery. Wciąż mu się wydaje, że skoro jest uzdolniony, to wszystko mu wolno.
- Ale on ma rację. Przez moją nierozwagę, wszyscy mają kłopot
- E, tam. Coś się w końcu dzieje – ptak ponownie usiadł na kolanach Marysi. Miło nam tu ciebie gościć. Chciałaś dobrze, a wyszło jak wyszło? Trudno. Zanim cię odnajdą, pobędziesz trochę z nami i poznasz nasze życie. W oczekiwaniu na świetliki, postaram się w jakiś sposób przedstawić ci niektórych mieszkańców tego lasu.
Sowa wygodnie usadowiła się obok dziewczynki i zaczęła swoją opowieść.
- Sarna Malwina, ta co pierwsza pobiegła dowiedzieć się jakie wieści we wsi, kiedyś wpadła w sidła zastawione przez złych ludzi. Bardzo cierpiała i nie mogła się ruszyć. Na całe szczęście w lesie pojawili się drwale. Uwolnili Malwinę z potrzasku i zabrali do lekarza. Bardzo za nią tęskniliśmy, oj bardzo. Czas mijał, a my nic nie wiedzieliśmy o jej losie. Aż pewnego dnia powróciła do nas cała i zdrowa.  Leśniczy złapał kłusowników i wtedy poczuliśmy się bezpieczni.
- Na szczęście są jeszcze dobrzy ludzie na tym świecie – powiedziała Marysia.
- O tak, są Marysiu, są. Ale jak już zapomnieliśmy o Malwinie, pojawił się nowy problem w lesie. Ślimak Romek ogłosił wszystkim, że ma dość siedzenia na ziemi i postanowił sprawdzić, jak żyje się na wysokim drzewie. Mimo protestów innych zwierząt, ruszył w poszukiwaniu nowego miejsca. Mijały kolejne dni, a Romek nie wracał. Zrobiło się zimno i zaczął padać śnieg. Wtedy rada lasu zadecydowała, że trzeba sprawdzić co u niego.
- I co było dalej? - zapytała Marysia, kiedy sowa zamilkła.
- Więcej dowiesz się w odpowiednim czasie.
- Ale wszystko dobrze się skończyło?
- Na szczęście tak – odparła sowa. O.... Świetliki nadlatują! Zaraz będzie jaśniej.
  W jednym momencie zaroiło się od robaczków świętojańskich, które rozjaśniły miejsce wokół dębu.
- Jestem już, zadanie wykonane – zameldował zając Gucio.
- To dobrze, że jesteś. Posiedź tu chwilkę przy niej, a ja przekażę dzięciołowi, by wezwał wszystkich na przedstawienie.
- Na przedstawienie? Gucio przekręcił śmiesznie głowę. A kto będzie występował?
- Jak to kto? Ty. Jesteś naszym leśnym poetą, czas zabawić gościa.
- Ja?
- Oczywiście, że ty i nie daj się długo prosić, przecież lubisz występować.
- No.... tak, ale ja nigdy nie deklamowałem swoich wierszy dla ludzi.
- To masz teraz okazję się sprawdzić.
Na polanie powoli robiło się tłoczno. Zbierały się wszystkie okoliczne zwierzęta. Mrówki zajęły miejsce tuż przy dębie, za nimi usadowiły się dwa małe liski z mamą lisicą, sarna Malwina z mężem i dziećmi, stary borsuk,  dwie jeżowe rodziny i kilka wiewiórek. Czekano tylko na ślimaki, ale one jak zwykle się spóźniały. Elfetki wymościły dziuplę mięciutkim mchem i usiadły tuż przy dziewczynce.
Dzięcioł zastukał kilka razy w drzewo na znak, że występ Gucia rozpoczęty.
Rozległy się gromkie brawa, każdy klaskał czym tylko mógł. Gucio wyskoczył na ścięty pień drzewa i pięknie się ukłonił.
- Witam wszystkich serdecznie. Dziś szczególna noc. Zostałem poproszony o występ, dla pewnej dziewczynki, która zgubiła się w lesie. Może nam się przedstawisz?
- Mam na imię Marysia. Chciałam zebrać jagody na ciasto, ale oddaliłam się za bardzo od domu i dlatego tu jestem – powiedziała prawie szeptem.
- Spokojnie Marysiu, nic ci przy nas nie grozi – mruknął jeleń, luby Malwiny.
- Dziękuję wszystkim za opiekę, wcale się już nie boję – powiedziała dziewczynka.
Po chwili na polanie rozległ się dźwięk leśnych dzwonków, a Gucio zapowiedział pierwszą cześć występu.
- Ten wiersz ułożyłem dla naszego przyjaciela konia Heńka, który wiele razy bywał  w naszym lesie. Zatem posłuchaj Marysiu tej wierszowanej historii.
 Nasz przyjaciel Heniek 
 
Obok w wiosce płynie rzeczka,
zawsze nad nią cicho było,
ale wtedy była sprzeczka,
grono kwoczek się zjawiło.
Kwoki głośno rozprawiają,
że im Heńka zabierają.

Co ty gdaczesz? Nie do wiary?
Przecież nie jest taki stary?
Może nie jest taki stary,
ale dawno nie pracuje,
żaden kowal w naszej wiosce,
już mu kopyt nie podkuje.

Kiedyś ciągnął ciężkie wozy –
zabeczały białe kozy,
w pióropusze wystrojony,
na jarmarkach był chwalony.
Oj...  niejedno złamał serce,
klacze były wciąż w rozterce,
i patrzyły rozmarzone,
którą z nich weźmie za żonę.

Chcę ratować przyjaciela –
zakwakała kaczka Mela,
bunt w oborze ogłaszamy:
jajek dzisiaj nie oddamy!
Kto jest ze mną? Kto pomoże?
A ja buntu się nie boję,
murem przy nim teraz stoję.

Heniek znalazł się w potrzebie,
oddam duszę, oddam siebie.
Przecież ciężko tu pracował,
zwoził snopki, pole orał.
Teraz jest w podeszłym wieku,
nie masz serca zły człowieku!

Chcesz się pozbyć tej niebogi,
bo ma trochę słabsze nogi?
Mela tak się rozkwakała,
aż zwierzęta w krąg zebrała.
Przyszły nawet inne klacze,
bo za Heńkiem każda płacze.

Wszyscy siedzą wszyscy radzą,
czy na ubój go oddadzą?

My dziś wspólnie ustalamy:
kropli mleka nie oddamy –
zamuczała czarna krowa,
pierwsza bronić go gotowa.

Mela dzieci swe zebrała
i do lasu się wybrała.
W stajni cisza już grobowa,
kura Hanka jajka chowa.
Ja od dzisiaj jestem chora –
poderwała się maciora.

Jeść nie będę, nie mam chęci,
choć w korytku jadło nęci.
Solidarnie Burek rudy
nie wychodzi dzisiaj z budy.
Koty także nie pracują,
myszy w zbożu więc buszują.

Cicho! - zapiał kogut Zdzicho,
coś tam kwacz nasza Mela.
Hurra, hura, dobra nasza,
zatrzymali przyjaciela!
Ponoć pasie się na łące,
jak donoszą nam zające.

Heniek został zatrudniony
u sołtysa pięknej żony.
W turystyce teraz działa,
już go chwali wioska cała.
A co robi? Wiedzieć chcecie?
Wozi dzieci na swym grzbiecie!

Teraz się potrzebny czuje,
przyjaciołom swym dziękuje.
Dobrze jest mieć przyjaciela
zakwakała kaczka Mela.
Marysia zachwycona klasnęła w dłonie.
- Piękna historia Guciu!
Za nią rozległy się gromkie brawa. Zając był bardzo szczęśliwy, że jego popis wszystkim się spodobał.
W drugiej części programu wystąpiły Elfetki. Świetliki, dwoiły się i troiły, by polana była dobrze oświetlona. Leśne czarodziejki pląsały między konarami drzew. Ich zwiewne sukienki pięknie pachniały, bo przecież zrobione były z prawdziwych kwiatów. A dziewczynka tak dobrze się czuła wśród mieszkańców lasu, że na jakiś czas zapomniała o swoim losie. Od czasu do czasu, szczypała się w policzek, żeby sprawdzić, czy to wszystko  dzieje się naprawdę.
Po występie leśnych dziewczynek, sowa zapowiedziała przerwę. Marysia dostała w kielichu kwiatowym miód do picia, który tak jej posmakował, że poprosiła o jeszcze jedną porcję. I wtedy uświadomiła sobie gdzie jest.
- Dlaczego mama mnie nie szuka?
- zapytała zanosząc się płaczem.
Sowa ponownie usiadła na kolanach dziewczynki i otarła jej łzy swoim miękkim skrzydełkiem.
- Wysłaliśmy wiadomość do psa Burka, ma wskazać drogę twoim rodzicom. Nie martw się, zaraz tu będą. A teraz przestań się już mazać, bo nasz poeta się obrazi i już nam nic nie zadeklamuje. A wielki z niego obrażalski, oj wielki.
Na pniu pojawił się ponownie Gucio.
- Nie tylko Heniek miał problemy, teraz posłuchaj dziewczynko historii koguta.
 Stary kogut
 
Co się w tym kurniku dzieje?
Stary kogut głośno pieje.
Kury rano wygdakały,
że innego by tu chciały.
O co chodzi drogie panie?
Po co całe to gdakanie?

Przecież pieję! Kto zaprzeczy?
Zawsze znałem się na rzeczy.
Na to kaczka – piejesz, piejesz,
lecz po cichu, o to chodzi drogi Zdzichu..
Donośnego chcemy piania,
Wszyscy są takiego zdania.
Indor błysnął koralami –
tak to właśnie jest z babami!
Pókiś młody, to cię chwalą,
a jak stary,  to wywalą!!!
Poruszenie jest na grzędzie,
kogut myśli - co to będzie?

Mego nie chcą panowania,
pewnie dosyć mają piania.
Oddam berło kaczorowi,
może tu porządek zrobi?
Niech na kaczki oraz kury,
zacznie patrzeć trochę z góry!
Muszą wiedzieć ptasie damy,
że je wciąż na oku mamy.
Ciągle na nas psy wieszają,
za nic nas w kurniku mają.
Niech nie gdaczą, niech nie kwaczą,
pawia tutaj nie zobaczą!

Lepiej siedźcie na swej grzędzie
i niech spokój tutaj będzie.
Na to muczy czarna krowa,
przeżuwając swe śniadanie -
przyzwyczajać się od nowa?
Ja tak myślę ... niech zostanie.
Ale kaczor się napuszył,
bo nie w dziobie mu to było,
i na grzędę szybko ruszył,
jednak źle się to skończyło.
Cóż, za ciężki miał kuperek,
więc się wszystko zawaliło.

Kaczorowa zakwakała –
drogi mężu, warto było?
Kogut został, głośniej pieje
i z kaczora wciąż się śmieje,
bo mu władzy się zachciało,
czyżby kaczek było mało?
Wszystko dobrze się skończyło,
Jednak śmiechu sporo było.
I znów rozległy się głośne brawa. Marysia wygramoliła się z dziupli, by rozprostować nogi i podeszła do leśnego poety.
- Piękne są te twoje wierszyki. Mieszkańcy lasu muszą być bardzo dumni ze swojego poety.
Na polanie zrobił się ruch. Zwierzęta, jeden przez drugiego wychwalały Gucia jak tylko mogły. Po chwili do zająca podeszły dwa ślimaki.
- Nie mam się czym chwalić, bo sporo kłopotów przysporzyłem swoim przyjaciołom, ale to już na szczęście za mną – odezwał się jeden z nich. Czy mogę cię prosić drogi Guciu, byś opowiedział tej dziewczynce moją historię?
- Tak, tak, zawtórowały wszystkie zwierzaki. Opowiedz Marysi o Romku.
Gucio nie dał się długo prosić i dał znak łapką, by nastała cisza. Marysia wróciła do swojej dziupli, aby w spokoju posłuchać kolejnej historii.
 Marzenie ślimaka
Ślimak Romek miał marzenie,
chciałby zmienić otoczenie.
Nudno jest mi tu na dole,
z góry świat zobaczyć wolę.
Wszedł na drzewo ślimak Romek,
zabierając z sobą domek.
Już doczekać się nie mogę,
 by zakończyć swoją drogę.
Lato przeszło, jesień mija,
wędrownika boli szyja,
bo spogląda wciąż do w góry,
ale widzi tylko chmury.

Koniec drogi, już dociera,
domek bardzo go uwiera.
Teraz patrzy sobie z góry.
Jakie w dole miniatury!
Wszystko takie małe w dole?
 E... Na ziemi mieszkać wolę.
Jak ja zejdę ? Sił brakuje,
Romek cicho popłakuje.
Zdecydował, jednak wraca,
wiatr go z domkiem wciąż przewraca.
A pod drzewem wszyscy siedzą,
i nad losem Romka biedzą.

Trzeba pomóc biedakowi,
zlecimy to gawronowi.
Niech poleci po ślimaka,
to zadanie jest dla ptaka.
Już na górze śnieżek prószy,
Romek się nie może ruszyć.
Z zimna trzęsie się biedaczek,
przydał by się ciepły fraczek.
Pewnie umrę w samotności,
i nie pójdę nigdy w gości.
Płacze ślimak, łezki roni.
Czy mnie tutaj ktoś osłoni.

Nagle ciemno się zrobiło,
coś go szczelnie otuliło.
To przyjaciel gawron czarny,
wnet odmienił mu los marny.
Złapał w szpony wędrownika
i już na dół z nim pomyka.
Ślimak wielce przestraszony,
czuje wokół ostre szpony.
Nie wie biedak co się dzieje,
słyszy, że gdzieś kogut pieje.
Nadal Romek nic nie widzi,
swego strachu też się wstydzi,
Pędzi z wiatrem w tej ciemności,
ta niewiedza wciąż go złości!
Nagle przyszło lądowanie: Jejku!
Co się teraz stanie?
Swych przyjaciół słyszy glosy,
Krzyczą! „hura” w niebogłosy
Gawron go na ziemię stawia,
słońce znowu się pojawia.
Ucieszony wielce Romek,
sprawdza czy ma wciąż swój domek.
Ślimaczyca, cud Ramona,
już go bierze w swe ramiona.
W tym uścisku długo stali,
bo rozłąki znów się bali.
Po co zmieniać otoczenie,
teraz inne ma marzenie.
O włos straciłbym Ramonę,
chcę ją pojąć dziś za żonę.
Para wieść swą ogłosiła,
bo Ramona się zgodziła.
Weselisko się odbyło,
wielu gości na nim było.
Wszyscy dobrze się bawili,
jedli pili i tańczyli.
Wszystko dobrze się skończyło,
Ale strachu trochę było.....
Nagle wszyscy zamarli w bezruchu, bo w oddali słychać było szczekanie psa.
- Koniec przedstawienia, rozchodzimy się, bo nadchodzą ludzie – zapowiedziała sowa.
- Czy to po mnie? - zapytała Marysia.
- Tak, po ciebie. Musimy się już pożegnać. Kiedy nadejdzie dzień, wszystko będzie jak dawniej.
Sowa zakręciła koło nad głową dziewczynki i odfrunęła. Na polanie zrobiło się pusto. Przez konary drzew, przebijały się pierwsze promienie słońca. Słychać było stukanie dzięcioła i śpiew ptaków. Wiewiórki skakały po drzewach, a Marysia już nie rozumiała mowy zwierząt nadchodzącej z głębi lasu.  Magia baśniowej nocy zakończyła wraz  z nadchodzącym dniem.
Dziewczynka opuściła dziuplę i niecierpliwie wypatrywała rodziców. Pierwszy na miejscu pojawił się mały rudy kundelek.
- Burek? Ty jesteś Burek? Prawda?
Piesek merdał krótkim ogonkiem i lizał ją po ręce. Zaraz za nim zobaczyła mamę z tatą.
- Dziecko, jesteś! – matka złapała córkę w ramiona i mocno przytuliła. Tak się o ciebie martwiliśmy. Ten mały piesek nas tu przyprowadził, podziękuj mu, bo gdyby nie on, to nadal byśmy cię szukali. Tak głośno szczekał, aż w końcu zwróciłam na niego uwagę i zrozumiałam, że chce nam coś przekazać.
Wtedy poszliśmy za nim i dzięki temu odnaleźliśmy naszą córeczkę. Ale nic ci nie jest kochanie?
- Nie, mamusiu nic mi nie jest. Miałam tu dobrą opiekę – powiedziała dziewczynka głaszcząc pieszczotliwie Burka.
- Opiekę? - wtrącił ojciec.
- Przecież tu nikogo nie ma. Marysiu, dobrze się czujesz?
- Dobrze, dobrze, tatusiu. Zaopiekowała się mną pani sowa i Elfetki, a zając Gucio zabawiał mnie śmiesznymi wierszykami.
Rodzice spojrzeli po sobie zaskoczeni, a dziewczynka zrozumiała, że przecież nie uwierzą w to, co tu się wydarzyło.
- Nie martwcie się, ha ha, tak sobie to wszystko wymyśliłam, bo mi się strasznie nudziło jak na was czekałam – tymi słowami uspokoiła swoich rodziców i wszyscy wrócili szczęśliwi do domu.
Zaraz na drugi dzień  Marysia poprosiła mamę, żeby pokazała jej pobliskie gospodarstwo. Po drodze mijali dom sołtysa.
Na ogrodzonej łące zobaczyła konia, który wiózł na swym grzebiecie małego chłopczyka. Wtedy przypomniała sobie historię opowiedzianą przez zająca Gucia. To pewnie Heniek – pomyślała, podchodząc do ogrodzenia.
Pani sołtysowa zaproponowała jej przejażdżkę na koniu. Heniek kroczył dostojnie po zielonej łące. Był zadbany i widać było, że dzieci dobrze się nim opiekują. Po skończonych przejażdżkach, wyczesywały jego bujną grzywę i karmiły świeżym owsem.
Potem Marysia zajrzała do obory. Na wysokiej grzędzie, siedziało kilka kur, ale dziewczynka wypatrywała koguta. W końcu go zobaczyła jak przechadzał się po brzegu dyszla od wiejskiego wozu i rozglądając się po całej oborze, piał co jakiś czas, jakby chciał przypomnieć wszystkim, kto rządzi w tym kurniku.
Marysia zajrzała do boksu, w którym leżała mama świnka otoczona wianuszkiem swoich dzieci. Dziewczynka przypomniała sobie, jak to na znak solidarności z innymi zwierzętami, zrezygnowała z jedzenia.
Kiedy dziewczynka wyszła na zewnątrz, zobaczyła w oddali kaczkę, za którą dreptały małe kaczęta. Zapewne to była Mela, inicjatorka buntu w oborze.
- Ale, gdzie jest kaczor, który miał chętkę na panowanie?- pomyślała Marysia.
Wreszcie go odszukała. Pił łapczywie wodę z blaszanej miski.
- Cha, cha, teraz już wiem dlaczego grzęda zawaliła się pod jego ciężarem – pomyślała dziewczynka, widząc sporego, utuczonego kaczora.
Nadszedł koniec wakacji i Marysia wróciła do swojego domu w mieście.
- Mamusiu, czy w przyszłym roku, też  pojedziemy do domku nad lasem?
- Tak ci się spodobało to miejsce? Zdziwiła się mama - mimo, że zgubiłaś się lesie?
- Bardzo mi się tam podobało – powiedziała dziewczynka z nadzieją, że będzie mogła jeszcze raz zobaczyć bohaterów z historyjek zająca Gucia.
Czy to wszystko wydarzyło się naprawdę? Czy jednak był to tylko wymysł Marysi? A może to jej się przyśniło? Kto wie? Może jest taka jedna baśniowa noc, kiedy ludzie mogą zobaczyć elfy i rozumieją język zwierząt? Tego nie wie nikt, nawet ja....
 A na koniec przestroga dla was na przyszłość. Nigdy nie wchodźcie do lasu, bez opieki dorosłych, bo możecie nie mieć tyle szczęścia, co Marysia......
Prześlij komentarz