czwartek, 31 grudnia 2015

Niech Nowy Rok 2016 przyniesie Ci radość

Champagne glasses on golden background
Niech Nowy Rok 2016 przyniesie Ciradość, miłość, pomyślność ispełnienie wszystkich marzeń,a gdy się one już spełnią niechdorzuci garść nowych marzeń, botylko one nadają życiu sens!
Życzą : Wanda Sewioł oraz Piotr Sewioł
20151227_172545
BAL DLA BOGACZY
Zanim zacznę opowiadanie, krótkie wprowadzenie.....
Wybrałyśmy się z Gosią za miasto. Zabrałam ze sobą mały plecaczek z kanapkami, oczywiście kompot z rabarbaru, obowiązkowo jajka ugotowane na twardo i ruszyłam w plener.
Gośka miała lepszy rower, więc co jakiś czas musiała przystawać, bym mogła ją dogonić. Pokonałyśmy parę kilometrów i spadł mi łańcuch.
- Gocha!! – zawołałam – poczekaj!
Koleżanka zawróciła.
- No to ładnie nam się zaczęła wycieczka – powiedziała podpierając się pod boki.
Próbowałyśmy usprawnić mój środek lokomocji, ale nic z tego nie wychodziło. I wtedy zatrzymał się tuż przy nas chłopak.
- Pomóc? Zapytał – opierając swój rower o drzewo.
- No.... gdybyś mógł – bąknęłam pod nosem, nie patrząc mu w oczy. Wstydziłam się mojego roweru. Był stary, zdezelowany, ale na szczęście jeszcze jeździł.
Mirek, bo tak miał na imię spotkany na wycieczce chłopak, a dziś mój mąż, sprawnie założył łańcuch i mogłyśmy kontynuować naszą wyprawę.
Dalej było jak w każdym romansie.
Randka z Mirkiem, motylki w brzuchu, wielka miłość i na końcu ślub.
Hi, hi, można powiedzieć, że połączył nas łańcuch rowerowy.
Chodziliśmy ze sobą dwa lata, piszę chodziliśmy, bo za tamtych czasów tak się to nazywało. Gdyby nie zaskakująca propozycja kuzynki Mirka, która pracowała wtedy w Spółdzielni Mieszkaniowej i była tam szychą, pewnie chodzilibyśmy jeszcze ze sobą kolejne dwa, lub trzy lata.
Jadzia miała okazję załatwić mieszkanie, ale musieliśmy się pobrać, taki był warunek. Właściwie to nie miałam wątpliwości co do moich uczuć, w stosunku do Mirka, ale jednak to było trochę za wcześnie.
Po wielu rozmowach, postanowiliśmy z Mirkiem wziąć ślub. Nic nie stało na przeszkodzie. Oboje już pracowaliśmy i oboje chcieliśmy wyprowadzić się z rodzinnych domów.
U mnie nie było ciekawie. Mama po odejściu ojca, bardzo się zmieniła. Przestała interesować się domem, więc ja musiałam przejąć obowiązki gospodyni. Wciąż mi wypominała, że czas się ustatkować i opuścić rodzinny dom.
U Mirka nie było lepiej. Ojciec często zaglądał do kieliszka, robił awantury matce, w których Mirek musiał być rozjemcą.
Ustaliliśmy szybko datę ślubu.
Jadzia, kuzynka Mirka, dała nam klucze od naszego przyszłego mieszkanka, żebyśmy mogli sobie go dokładnie obejrzeć.
Tego dnia nie zapomnę do końca życia. Pojechaliśmy na miejsce rowerami.
Wokół łąki, pasące się krowy i piejące koguty, a pośrodku cztery dziesięciopiętrowe wieżowce. Dziś jest ich już więcej, ale wtedy były tylko cztery.
Pokonując schody na trzecie piętro, bo winda była jeszcze nieczynna, dobrnęliśmy do naszego wymarzonego M.
Mieszkanko jak z bajki, wtedy wydawało się takie duże. Dwa pokoje, kwadratowy duży przedpokój, łazienka i ubikacja osobno i duży słoneczny balkon.
To był najpiękniejszy dzień w moim życiu. Chodziłam po mieszkaniu zauroczona. Oczami wyobraźni, widziałam już meble, lampy, dywany na koszmarnych pomarańczowych płytkach PCW.
Weselne przyjęcie musieliśmy sobie sami wyprawić. Moja mama nie miała do tego głowy, a na rodziców Mirka nie można było liczyć.
Na szczęście koleżanka pracowała w tym czasie w Praktycznej Pani
To była taka organizacja dla kobiet. Uczyły się tam gotować, piec ciasta, szyć i szydełkować. Lokal był wyposażony we wszystko, co powinno znajdować się w domu.
Bogusia, załatwiła nam garnki, talerze, sztućce i stół ze stołkami. Wszystko zostało wypożyczone, za niewielką opłatą.
Przyjęcie weselne odbyło się u mnie w domu. Z pomocą sąsiadek, które etatowo czesałam, ustaliliśmy menu. Pani Bąkowa upiekła pyszny sernik, a pani Karpińska, zrobiła weselny tort.
W tych czasach trudno było zdobyć porządne wędliny, wszystko było na kartki, a w sklepach królował ocet. Ale mimo wszystko, udało nam się zgromadzić coś na stół. Ja dzień przed ślubem do późnej nocy, gotowałam bigos.
Suknie miałam piękną, kupiłam ją w komisie. Była cała z koronki, na dole rozkloszowana z długim trenem.
Ho, ho, wyglądałam jak księżniczka. Dobrze, że udało mi się kupić do niej białe rękawiczki, bo po tym bigosie ręce miałam czerwone od kapuścianego kwasu.
Nie mieliśmy wielu gości. Moja mama zerwała wszelkie kontakty z rodziną. Przybyła chrzestna z mężem, dwie ciotki, wujek ze swoją nową narzeczoną i oczywiście sąsiadki. Z Mirka strony, byli tylko rodzice, kuzyn z kuzynką, jego poczciwa babcia, która podarowała mi w prezencie swoją kolię ślubną i przyjaciółka jego matki.
Powracając do tej kolii, to był piękny gest ze strony babci Róży. Ten naszyjnik, przechodził z pokolenia na pokolenie. Piękna jubilerska robota. Srebrny, z cyrkoniami, a po renowacji, cudownie lśnił na mojej szyi, wtedy jeszcze łabędziej szyi, dziś już bym go nie zapięła, hi, hi.
To tyle  co do ślubu. Tak się rozpisałam, że zapomniałam o przewodnim temacie, tego opowiadania.
Już dwa tygodnie po ślubie, dostaliśmy klucze od mieszkania i zaczęliśmy się urządzać. Za pieniądze z wesela, kupiliśmy używany samochód. To była stara Skoda w niebieskim kolorze. Dobrze, że Mirek miał już prawo jazdy, bo było nam łatwiej załatwiać różne sprawy, związane z wyposażeniem mieszkania.
Jako małżeństwo, mieliśmy możliwość wziąć meble na czeki młodych małżeństw. Segment, który nazywał się Łódź, wystaliśmy w kolejce, zarywając noce. Ale kiedy postawiliśmy go w naszym pokoju, od razu zrobiło się przytulniej. I tak dalej i tak dalej........
Nasze mieszkanko z każdym dniem nabierało blasku. Mój mąż, to przysłowiowa złota rączka. Pracując w jednej z firm budowlanych  jako elektromonter, miał swój warsztat, gdzie mógł coś sam zrobić do mieszkania, bo w sklepach były pustki.
Pamiętam, jak zrobił piękny żyrandol do dużego pokoju. Aż mnie zatkało, jak przytargał go do domu.
Zrobiony był z metalowych prętów, na stary styl, dosłownie cacko. A jak dokupiliśmy jakimś cudem do niego klosze, to wyglądał jak żyrandol w sali bankietowej.
Cieszyliśmy się z Mirkiem, każdym drobiazgiem kupionym do naszego mieszkanka. Ale wciąż nam brakowało pieniędzy, więc ja zaczęłam dawać korepetycje z matematyki, chociaż w pracy jako księgowa nieźle zarabiałam. Mirek brał fuchy – czyli prywatne zlecenia i wracał do domu totalnie wykończony.
Ble, ble.... nadal piszę nie na temat, ale cierpliwości.
W biurze miałam koleżankę Jolę. Tylko z nią jakoś mogłam się dogadać. Pochodziła z tak zwanego dobrego domu. Ojciec adwokat, matka nauczycielka, powodziło im się bardzo dobrze. Wyszła za mąż za inżyniera. Wszystko miała z najwyższej półki. Ona nie musiała korzystać z kartek na jedzenie, bo zaopatrywała się w PEWEKSIE - to ekskluzywny sklep z tego okresu, gdzie płaciło się dolarami. Co dzień w pracy zjawiała się w nowych, markowych ciuchach. Ale jej wtedy zazdrościłam. Ja miałam wysłużony służbowy uniform, czyli granatowy żakiecik, biała bluzka i krótka mini spódniczka z tego samego materiału co góra. Nasza szefowa toczyła z Jolą wieczne wojny o jej stroje, na co koleżanka miała jedną odpowiedź – Nie ważny jest strój, ważne co ma się w głowie, a na boku dodawała szeptem – stara panna i tyle, choćby włożyła na siebie najlepszy ciuch i tak będzie wyglądać jak sprzątaczka.
No.... Teraz już dobrnęłam do tytułu mojej opowieści.
Zbliżał się koniec roku i wszyscy szykowali się do Sylwestra. W tym okresie modne były prywatki. Rzadko kogo było stać na bal w lokalu, szczególnie młode, dorabiające się małżeństwa.
Jola jak zwykle spóźniona, pojawiła się w pracy. Po kolejnym upomnieniu szefowej, z którego nic sobie nie robiła, zaparzyła kawę, usiadła na moim biurku i huśtając nogami, powiedziała.
- Marta mam dla ciebie propozycje nie do odrzucenia – powiedziała jednym tchem, odstawiając filiżankę z kawą, na moje miesięczne sprawozdanie.
Kuzyn załatwił Sylwestra w górach, ma trzy podwójne zaproszenia do górskiej miejscowości w Zakładowym Ośrodku. Spokojnie, hi, hi, to nie Remiza Strażacka, tylko porządny Ośrodek w lesie, z piękną salą wykładową, gdzie odbędzie się bal z wodzirejem, oraz zaplecze z pokojami dla gości. Brakuje nam jeszcze jednej pary i pomyślałam o was – tu.... spojrzała na mnie trzepocąc sztucznymi rzęsami.
- No wiesz.... właściwie to mamy już plany na Sylwestra – skłamałam.
- Co? znowu jakaś prywatka w ciasnym mieszkaniu? – zapytała z ironią w głosie. Daj spokój Marta, to taki magiczny dzień, chcesz go spędzić w kapciach u znajomych. Ja proponuję ci wielki wielki bal – powiedziała.
- No cóż – odparłam. Muszę to przedyskutować z Mirkiem.
- To masz czas do jutra, bo trzeba potwierdzić rezerwację. – powiedziała Jola i zajęła się swoją pracą.
Na wieść o balu, mój mąż aż przysiadł na wersalce, rozkładając bezradnie ręce.
- Kochanie, nie stać nas na taki bal. Czy ty zdajesz sobie z tego sprawę? To duży wydatek, benzyna, same bilety z zakwaterowaniem, pochłoną jedną nasza wypłatę, nie zgadzam się – dodał i włączył telewizor.
- Wezmę dodatkowe korepetycje, czy nic mi się już nie należy? – powiedziałam z płaczem na końcu nosa. Proszę cię pojedźmy tam. Góry, piękna zima, świeże powietrze i prawdziwy bal.
Wyprosiłam, zgodził się w końcu. Usiedliśmy przy ławie i zrobiliśmy kosztorys. Bilety, benzyna, jakaś sukienka dla mnie, bo Mirek miał przecież garnitur ze ślubu. Dodatkowo jakieś rezerwy pieniężne na nieprzewidziane okoliczności i po podsumowaniu, tak jak twierdził mój mąż, jedna nasza pensja. Ale co tam!! Spędzimy Sylwestra jak bogacze, a co!! żyje się tylko raz!.
Na Tandecie, czyli takim placu z ciuchami, kupiłam piękny komplecik w panterkę. Bluzeczka i do tego spódniczka w tygrysie oczka z czarnym kołnierzykiem i sporym dekoltem. Mirek trochę mruczał na ten dekolt, bo tak się składa, że zawsze był o mnie zazdrosny i do tej pory mu to zostało, choć już mam prawie sześćdziesiąt lat. Odnalazłam czarne lakierki z panieńskich czasów, został tylko jeszcze fryzjer. Ale postanowiłam sama się uczesać, by trochę oszczędzić i nieźle mi to wyszło. Zapakowaliśmy stroje do bagażnika, jakaś grzałka, bo w pokoju można będzie zrobić sobie kawkę, pasztecik w puszce, na wypadek, gdyby późno było śniadanie i ruszamy w drogę.
Jola z Krzysiem, jej mężem już na nas czekali. Teraz trzeba było podjechać po kuzynostwo Joli i jedziemy na bal!!.
Po drodze dowiedzieliśmy się, że kuzyn i jego żona są od nas dużo starsi, ale to przecież oni załatwili bilety, więc jakoś się chyba dogadamy.
Po drodze zatrzymaliśmy się w małym sklepiku, gdzie cudem udało się kupić rosyjskiego szampana z pod lady oczywiście.
W końcu dojechaliśmy na miejsce. Ośrodek super!! Usytuowany w samym środku lasu.
Jola wysiadła pierwsza i podeszła do naszego samochodu mówiąc.
- Zostań tu, a ja z chłopakami pójdę załatwić pokoje i wpłacić pieniądze na bal.
- Dobrze, to ja sobie zwiedzę w tym czasie okolicę – odparłam i ruszyłam w stronę lasu. Przechodząc obok samochodu Joli, zajrzałam do środka, gdzie siedziała żona kuzyna.
- Pozwoli pani, że się przedstawię – powiedziałam otwierając drzwi. Jestem Marta. Józefa - odpowiedziała kobieta podając mi dłoń na przywitanie.
Może przejdzie się pani ze mną na spacer, zanim oni wszystko załatwią? – zapytałam.
- Dziękuję, wolę zostać w samochodzie – powiedziała pani Józia.
- W takim razie idę sama, do zobaczenia na balu – powiedziałam, zostawiając Józię w samochodzie.
Kiedy wróciłam, wszystko było już załatwione. Mirek czekał na mnie przed wejściem i paląc papierosa, oznajmił mi, że oprócz biletów i wynajęcia pokoju, trzeba było jeszcze zapłacić klimatyczne.
- Dobrze, że zabraliśmy trochę pieniędzy ze sobą, bo byłoby tylko kupę wstydu – Powiedział otwierając drzwi do naszego pokoju. Mam nadzieję, że to już wszystkie koszty – dodał siadając na małym tapczaniku.
- Kochanie – próbowałam rozładować sytuację. Zrobimy sobie kawkę i pójdziemy na spacer - dobrze?
Kawa pomogła. Bal miał się rozpocząć o godzinie 19, a była dopiero 17. Po spacerze burczało nam w brzuchach, wiadomo świeże powietrze zrobiło swoje.
I tu pierwszy raz zaplusowałam u męża. Wyciągnęłam z torby pasztet, bułki i herbatę. Zrobiliśmy sobie wczesną kolację.
Oczywiście Jola z Krzysiem zaproponowali nam spacer do pobliskiej bacówki, na pstrąga i grzańca, ale odmówiliśmy tłumacząc, że zbieramy siły na tańce.
Kiedy wyszli, uśmialiśmy się po pas, wyciągając z za story na oknie, nasze pyszne kanapeczki z pasztetem
Minęła dziewiętnasta, słychać było już z oddali muzykę. Postanowiliśmy z mężem, że pójdziemy pół godziny później, bo to w dobrym tonie. W tym dniu wyglądałam naprawdę szykownie. Mirek co jakiś czas podnosił mi dekolt do góry, co mnie bardzo bawiło. Wypachnieni i wystrojeni ruszyliśmy na salę balową.
Zespół grał jakiś romantyczny utwór. Odszukaliśmy Jolę z towarzystwem i usiedliśmy przy stole.
Już na wstępie straciłam humor. Ku mojemu przerażeniu, dwie kobiety tańczące na parkiecie, miały taki sam komplecik co ja. Widziałam rozbawienie mojego męża, kiedy też to zauważył.
- Spokojnie kochanie – szepnął mi do ucha. Tylko ty jesteś godna nosić ten strój, na nich wygląda jak na wieszaku. Ty masz czym oddychać, hi, hi, - dodał.
Starszy pan przypominający Św. Mikołaja, ubrany w dobrze strojony frak, pełnił rolę wodzireja. Przyznam, że robił to profesjonalnie, dawał z siebie wszystko. Zachęcał do tańca, organizował konkursy na najlepiej tańczącą parę.
Na parkiecie panował okropny tłok. Ludzie po prostu obijali się w tańcu.
Mirek siedział kolejny kawałek, chociaż mnie nogi same chodziły pod stołem.
Po kolejnej mojej prośbie o taniec, powiedział.
- Jeszcze mi nie strzykło  – czyli, nogi ma drętwe i musi wypić kolejnego kielicha.
W końcu ruszyliśmy się od stołu.
Dziwiłam się tylko, dlaczego kuzyn Joli i jego żona nie tańczą, bo moja koleżanka z mężem, prawie nie opuszczali parkietu.
Henryk, bo tak miał na imię kuzyn Joli, był wyjątkowo szpetny. Rude włosy i mnóstwo piegów na bladej twarzy, a przy tym niski, z dużym piwnym brzuchem Jego maniery przy stole, pozostawały dużo do życzenia. Jadł palcami, mlaskał, i ciągle nalewał wszystkim do kieliszków, wrzeszcząc co jakiś czas, najlepszego!!
Józia siedziała cichutko jak myszka, co jakiś czas uśmiechała się do nas sztucznie.
Henryk w końcu ruszył w tany, ale nie z Józią. Prosił kolejno wszystkie prawie kobiety z sąsiednich stolików. Niektórzy partnerzy swoich dam, nie zgadzali się na jego prośby do tańca, ale byli też tacy, co już było im wszystko jedno, z powodu wypitego alkoholu.
Jola trochę za dużo wypiła i zrobiło jej się niedobrze, więc Krzysiek zaprowadził ją do pokoju, a że była już druga rano, pożegnał się z nami, zostawiając nas z kuzynostwem.
Ja miałam jeszcze ochotę zostać, bo wybierali królową balu, więc uprosiłam Mirka żeby się tak nie spieszył, chociaż widziałam, że ma już dość.
W pewnym momencie usłyszałam za plecami wrzask.
- Co!! partner ci wysiadł!
Odwróciłam głowę i zobaczyłam za sobą Rudego, który zaginął na jakąś godzinkę.
Henryk wyrwał mi prawie rękę z barku i zaciągnął na parkiet, mimo protestów mojego męża. Zdążyłam jeszcze syknąć do Mirka, by poprosił do tańca Józię.
To było straszne. Ja miotana po podłodze, przez dobrze już pijanego rudzielca, liczyłam rany. Wykręcał mną na wszystkie strony, deptając po moich zbolałych stopach. Co jakiś czas, zaglądał mi w dekolt, cmokając przy tym obrzydliwie, a na moje nieszczęście, pewien pan, już mocno nawiany, zamawiał kolejne piosenki swojej żonę, co doprowadzało do nie  kończących się tańców. Nagle ujrzałam mojego męża, który w dziwny sposób poruszał się w rytm muzyki z Józią. Co się dzieje? Czemu ona tak dziwnie tańczy – myślałam gorączkowo, wypatrując go w tłumie. Kiedy zbliżyliśmy się z Heniem do nich, znalazłam odpowiedź na moje pytania.
Józia miała jedną nogę krótszą, chyba po Heine Medynie. Mirek nie mógł się do niej dostosować, więc ich taniec wyglądał komicznie. A tu jak na złość, ten zakochany facet i jego dedykacje. Końca tej męczarni nie było widać.
Wreszcie romantyk padł i orkiestra zrobiła sobie przerwę.
Wróciliśmy do stołu. Heniek dopił resztę z kieliszka i zabierając pełną butelkę wódki ze stołu, ryknął coś w rodzaju – do jutra i popychając swoją żonę, zniknął nam z pola widzenia.
W końcu zostaliśmy sami. Patrzyłam na mojego męża i z trudem hamowałam śmiech.
- Jak to się stało, że nie zauważyliśmy kalectwa u Józi? – Zapytałam
- A jak mogliśmy zauważyć, jak cały czas siedziała – odpowiedział Mirek. To był koszmar, umordowałem się z nią setnie – dodał.
- Nie tylko ty się umordowałeś – powiedziałam. Widziałeś  co ten Heniek wyprawiał ze mną na parkiecie. Oj długo będę leczyć rany, oj długo. Ale ty zrobiłeś dobry uczynek mężu, Józia ci tego nigdy nie zapomni, hi, hi.
- Masz rację, biedna kobieta, ale dlaczego ja? Hi, hi. No dobra, chodźmy na wybory królowej – dodał.
Wodzirej zaprosił wszystkie panie, które jeszcze pozostały, na środek sali. Mirek popchnął mnie w stronę utworzonego już kręgu, mimo tego, że chciałam być tylko widzem.
- No walcz o koronę – powiedział cicho.
Może ktoś wierzyć lub nie, ale królową balu zostałam ja!!!
Wodzirej nałożył mi srebrną koronę i w nagrodę za pierwsze miejsce, miałam z nim zatańczyć.
Wkoło wszyscy klaskali, a ja prowadzona przez starszego pana, który był mistrzem w tańcu, unosiłam się prawie w powietrzu, ledwo dotykając parkietu czubkami, moich skopanych przez Heńka lakierków.
To było piękne zakończenie naszego balu dla bogaczy.
Często wspominamy z mężem tego Sylwestra. Potem już nigdy więcej Mirek nie dał się namówić na takie wyjazdowe zabawy.
Kolejne lata, spędzaliśmy już na prywatkach u znajomych, czasami w kapciach, ale spokojnie i bez stresu, no i nie tak kosztownie.
Teraz już z racji wieku, Sylwestra spędzamy w domu, tylko we dwoje.

Prześlij komentarz