czwartek, 6 marca 2014

Spełnione marzenia (fragment 15)



Dziś odwiedziła mnie Grażyna. Ostatnio nie miałyśmy okazji, żeby się spotkać, bo na pewien czas przenieśli ją do Warszawy.
- Co u was? Zapytała, kiedy usiadłyśmy w salonie.
 Bez owijania w bawełnę, opowiedziałam przyjaciółce o ostatnich wydarzeniach. O piwniczce, wypadku Zbyszka i tajemniczym mężczyźnie od figurek.
- Wiesz co Wandziu......to intrygujące co mówisz – powiedziała, wyciągając z torebki duży czerwony notes. Jeśli ten pan od figurki jest w jakiś sposób powiązany z Marcelem, to.... to..... ile on może mieć teraz lat?  Grażyna zamyśliła się na chwilę. Zaraz..... jeśli Antonina w tym czasie miała przypuszczalnie siedemnaście lat, a ten chłopak tyle samo, to.... zaraz, zaraz, musimy to obliczyć – powiedziała, zapisując w notesie daty urodzin i śmierci kobiet. Gdybyśmy przyjęły taką hipotezę, że Marcel po wiadomości o śmierci swojej ukochanej za jakiś czas się ożenił i miał dzieci, lub dziecko, to być może? Ufff.... strasznie to trudne – powiedziała. Myślę, że nie ma sensu kombinować, tylko czekać na wiadomości od twojego znajomego. Przecież ten mężczyzna pojawi się kiedyś u pana Józia, by sprawdzić czy drewniany ptak znalazł nabywcę. Musimy uzbroić się w cierpliwość – dodała chowając notes.
- Też tak myślę – przyznałam rację przyjaciółce. Czas pokaże – dodałam zmieniając temat.
Szybko przeszłyśmy do spraw związanych z uroczystością ślubną moich synów.
- Taki śub w stylu Retro to świetny pomysł – powiedziała Grażyna. Jeszcze czegoś takiego nie było w naszej okolicy. Myślę, że okoliczni mieszkańcy, tłumnie przybędą na tę uroczystość. To będzie niezwykłe wydarzenie. A ty też masz zamiar wystąpić w sukni z tamtego okresu? Zapytała.
- Oczywiście, nie może być inaczej – powiedziałam. Moja krawcowa, wynalazła wzór sukni z tego okresu. Już jestem po pierwszych przymiarkach. To będzie naprawdę szykowna suknia. Cała z koronek, w kolorze turkusowym, wcięta w pasie, z gorsetem ozdobionym białymi perełkami. Miałyśmy spory problem ze znalezieniem właśnie tych perełek. Ale w jednej z hurtowni sztucznej biżuterii, udało mi się wyszperać, kilka takich naszyjników. Pani Jadzia stanęła na wysokości zadania i zrobiła z tych koralików ozdobę gorsetu mojej sukni. Oko ci zbieleje kochana – powiedziałam. Suknia będzie naprawdę piękna.
- No! Tylko żebyś nie przesadziła, he, he – zaśmiała się Grażyna. Teściowa nie może wyglądać ładniej od synowej, a w twoim przypadku od synowych – dodała.
Opowiedziałam przyjaciółce o moich planach zorganizowania przyjęcia w ogrodzie.
- Ale bierzesz pod uwagę pogodę, bo może być różnie – powiedziała. A jak będzie padał deszcz? To co zrobicie?
- Pomyśleliśmy o wszystkim. Zbyszek kupił specjalne zadaszenie. Będzie oświetlenie nad którym obecnie pracuje. Ale mamy też plan B. Jeśli pogoda pokrzyżuje nam plany, przeniesiemy się do domu. Nie będzie dużo gości, jakieś pięćdziesiąt osób,  więc powinniśmy się pomieścić..
- To dobrze – powiedziała Grażyna. No cóż, na mnie już czas – dodała podnosząc się z sofy. Daj znać jak będziesz miała jakieś wiadomości od pana Józia.
- O.... Grażynka? Powiedział mąż, który wyszedł z przybudówki, w chwili, kiedy odprowadzałam przyjaciółkę do bramy. Dlaczego mnie nie zawołałaś? Zapytał z wyrzutem w głosie.
- Witaj Zbyszku, wpadłam tylko na chwilkę. Twoja żona to mistrzyni w dostarczaniu niesamowitych wiadomości.
- O jakich wiadomościach mówisz? Zapytał mąż, przeszywając mnie wzrokiem.
- No jak to o jakich? To ty nic nie wiesz? Powiedziała Grażyna nieco zdziwiona. No ta figurka.... no... upss, wygląda na to, że naprawdę nic nie wiesz – dodała zmieszana. To na razie, muszę już lecieć – dodała widząc moją wystraszoną minę.
- Czy coś przeoczyłem żono? Zapytał Zbyszek. Chyba należą mi się jakieś wyjaśnienia – powiedział zamykając bramę za naszym gościem.
Oj, czekała mnie trudna rozmowa.
Mąż słuchał mnie w całkowitym milczeniu. Opowiedziałam mu o wizycie u pana Józia, figurce i  tajemniczym właścicielu. A kiedy skończyłam, spojrzał na mnie i powiedział.
- Wanda, tak dalej być nie może. Zaczynam żałować, że zgodziłem się na ten dworek. Czy zdajesz sobie sprawę z tego, że więcej czasu poświęcasz tym hrabiankom, niż własnej rodzinie? Kiedy się w końcu opamiętasz? Już niedługo śluby naszych synów, tyle jeszcze pracy w związku z przyjęciem weselnym. Odpuść sobie i zajmij się tym, co teraz najważniejsze – powiedział Zbyszek.
- Masz rację, trochę przesadzam, ale czy mam być obojętna, kiedy pojawił się kolejny trop? Ten mężczyzna może nam wiele wyjaśnić. Jestem prawie przekonana, że figurka, którą kupiłam za grosze ma jakiś związek z historią z tamtych czasów. Nie zaprzeczysz chyba, że jesteśmy coś im winni? To dzięki kosztownościom, które nam się dostały, możemy tu mieszkać. Czy nadal uważasz, że powinnam dać sobie spokój? Czy aż tak bardzo zaniedbuję ciebie i naszych synów? Powiedz, ale tak szczerze.
- Wszystko z umiarem żono – odezwał się Zbyszek. Teraz mamy inne sprawy na głowie i sam się z tym nie uporam. Dlatego jeszcze raz cię proszę, zostaw zamierzchłe czasy i wróć do teraźniejszości – dodał.
Zrozumiałam. Mój maź miał rację.
Postanowiłam na jakiś czas odpuścić.
Kiedy Zbyszek zajmował się w ogrodzie montowaniem zadaszenia, ja robiłam w tym czasie listę niezbędnych rzeczy związanych z przyjęciem weselnym.
Świeczniki na stół, szklane misy z kwiatami, obrusy – mam. Została mi jeszcze zastawa obiadowa i sztućce. Nie miałam tego na tyle, więc wpadłam na pomysł, że wypożyczę to wszystko od koleżanki, która jest kierowniczką w Kole Gospodyń Wiejskich. Już z nią rozmawiałam na ten temat, więc ten problem miałam z głowy. Zostały mi jeszcze tylko same drobiazgi. Włożyłam listę do torebki i zajęłam się przygotowaniem obiadu. Nagle zadzwonił telefon. Pewnie Lucyna – pomyślałam.
- Słucham powiedziałam.
- Dzień dobry - nazywam się Jakub Jaskulski – usłyszałam w słuchawce męski głos.
- Tak, słucham pana, w czym mogę pomóc – zapytałam?
- Dostałem ten numer od sprzedawcy staroci, podobno chciała się pani ze mną skontaktować? Usłyszałam.
Jakub Jaskulski? Myślałam gorączkowo. Marcel J, Konstancja J, Jakub J. Boże, to nie może być prawdą.
- Halo, jest pani tam – powiedział mężczyzna.
- Tak jestem, ale mam jakieś problemy z telefonem – skłamałam, by zyskać na czasie. Oddzwonię do pana – dodałam.
- Dobrze, czekam – powiedział i połączenie zostało przerwane.
Spojrzałam z przerażeniem przez okno. Mąż mocował  plandekę i był tak zajęty tym co robi, że miałam okazję porozmawiać spokojnie z nieznajomym.
Postanowiłam przeprowadzić tę rozmowę w swoim pokoju na piętrze, na wypadek, gdyby Zbyszek potrzebował coś z domu. Nie chciałam, żeby słyszał z kim rozmawiam.
Usiadłam już nieco uspokojona na otomanie i zadzwoniłam do pana Jaskulskiego.
- Przepraszam za te zakłócenia – powiedziałam próbując opanować drżenie w głosie. Jak pan już wie, kupiłam jedną z figurek z pana kolekcji. Czy może mi pan powiedzieć skąd pan je ma? Zapytałam.
- A dlaczego tak panią interesują te rzeźby? Zapytał
- No tak, należą się panu wyjaśnienia – powiedziałam. Jestem właścicielką starego dworku i  robiąc porządki, znalazłam w piwniczce podobne figurki. Śmiem twierdzić, że mają ze sobą coś wspólnego.
- To znaczy? Zapytał pan Jakub. Po czym pani tak sądzi?
-Ten ornament na podstawie każdej z rzeźb, czyli kiście winogron. Na tych, co są w moim posiadaniu i na tej od pana, jest taki sam – wyjaśniłam.
- Rozumiem – usłyszałam słuchawce. Czyli sądzi pani, że wykonawca tych rzeźb to ten sam człowiek? Zapytał.
- Nie do końca panie Jakubie. Wygląda na to, że wykonawców było dwóch i to mnie w tej chwili najbardziej zastanawia. Ja – kontynuowałam, mam kilkanaście takich rzeźb, ale nie od jednego wytwórcy.
- To ciekawe co pani mówi. W takim razie musimy się spotkać.
- Też tak sadzę – odparłam i zapewniłam mojego rozmówcę, że zadzwonię do niego w sprawie ewentualnego spotkania.
Teraz czekała mnie rozmowa z mężem.
Jak mam mu o tym powiedzieć? Przecież się znowu wścieknie. Co zrobić? Myślałam. Mam! Ucieszyłam się w duchu. Stary niezawodny sposób. Przez żołądek do serca, to jedyne co przyszło mi do głowy.
- Kochanie – zawołałam z werandy. Może zrobisz sobie przerwę na obiad. Wszystko gotowe – dodałam.
- Dobry pomysł – odparł mąż. Właściwie to zgłodniałem – powiedział, ocierając pot z czoła. Tylko wezmę prysznic.
Pierwsze koty za płoty – pomyślałam i wróciłam do kuchni.
- Mmm.... czuję fasolową? Powiedział mój luby.
- Zgadłeś. Fasolowa i ruskie pierogi.
- Ruskie? Kobieto zaskakujesz mnie – powiedział mieszając łyżką gorącą zupę. Kiedy zdążyłaś zrobić te pierogi? Zapytał.
He, he, jedni robią w ogrodzie, a inni w kuchni – powiedziałam polewając ruskie skwarkami.
Mój mąż to przysłowiowa złota rączka i nikt mu nie dorówna. Ale ja króluję w kuchni. Każdy wolny czas staram się wykorzystać. Kiedy robię pierogi to jak dla wojska. Część wykorzystuję na bieżąco, a część zamrażam. To samo jest z bigosem i pieczonym mięsem. Nie zawsze jest czas, by przygotować szybki obiad. Dlatego staram się mieć coś w zapasie. I dziś właśnie z niego skorzystałam.
- Pycha, ale się objadłem – powiedział Zbyszek.
- To jeszcze nie wszystko zakomunikowałam. Mam dla ciebie niespodziankę – powiedziałam. Czy życzy sobie pan lody na deser?
- Zaraz, zaraz, jeśli masz na myśli te z ajerkoniakiem, to zaczynam się niepokoić. Co zmalowałaś? Zapytał.
- Dlaczego od razu musiałam coś zmalować? Zwykły codzienny obiad i deser. O co ci chodzi? Zapytałam udając zaskoczoną.
- Kochanie znam cię nie od dziś, więc mów o co chodzi.
Poddałam się. W telegraficznym skrócie zrelacjonowałam mężowi dzisiejszą rozmowę z panem Jakubem.
Kiedy salaterka po lodach była pusta, Zbyszek rozparł się na kuchennym stołku i zapytał.
- Czy umówiłaś się już z tym panem? Bo jak cię znam, to nie przepuściłabyś takiej okazji.
- Jeszcze nie – odparłam zgodnie z prawdą. Obiecałam mu, że zadzwonię.
- Wiesz co Wandula – powiedział mąż. Choćbym cię straszył, groził, gniewał się i tak zrobisz po swojemu. Dlatego nie pozostało mi nic innego, jak przyzwyczaić się do twoich szalonych pomysłów i działań.
- To znaczy, że się nie gniewasz? Spojrzałam na męża.
- A mam inne wyjście.
- Nie, hi, hi, - zaśmiałam się zarzucając mu ręce na szyję. Jesteś taki wyrozumiały – dodałam całując go w czoło.
Wygląda na to, że odniosłam sukces. Mąż obiecał nie wtrącać się już w moje poszukiwania, a ja obiecałam robić to tak, by wilk był syty i owca cała. Najważniejsze było to, aby rodzina na tym nie ucierpiała. Dostałam więc wolną rękę i nie czekając na to, aż mąż zmieni zdanie zadzwoniłam do Pana Jakuba.
Spotkanie miało się odbyć u nas w dworku. Natychmiast powiadomiłam o tym siostrę i  umówiliśmy się na sobotę.
Teraz miałam w końcu czas na dopieszczenie wszystkiego, co dotyczyło przyjęcia weselnego. Zbyszek zakończył już prace nad zadaszeniem i oświetleniem. Przyznam, że zrobił to profesjonalnie. Małe kolorowe żarówki w kształcie kwiatów rozmieszczone wokół zadaszenia, dawały delikatne światło. Do tego postawi się jeszcze świeczniki na stoły i szklane misy z kwiatami. Będzie pięknie – pomyślałam.
W końcu nadeszła oczekiwana sobota. Lucyna przyjechała zaraz z rana.
- O której się umówiłaś z tym facetem? Zapytała siadając w leszczynowym zagajniku.
- O piętnastej – odparłam. Jak myślisz? Zagadnęłam. Czy to może być jakiś potomek Marcela?
- Wszystko możliwe – siostra zamyśliła się na chwilę. Sądząc po datach, to można przypuszczać, że pan Jakub mógłby być wnukiem Marcela. Czyli....? ukochany Antoniny nie długo rozpaczał po stracie Antoniny.
- No przestań – zwróciłam się do siostry. Dowiedział się od jej rodziców, że zmarła, więc miał całe życie rozpaczać? Zapytałam.
- Nad czym tak rozprawiacie białogłowy? Zapytał mąż, który stanął nagle przy nas niczym duch.
- O, cześć szwagier – Lucyna wstała z ławki i przywitała się ze Zbyszkiem. Tak się zastanawiamy z Wandą, czy ten tajemniczy pan ma coś wspólnego z naszymi hrabiankami – powiedziała, przesuwając się na skraj ławki tak by mógł usiąść obok niej.
- To, że jest w posiadaniu tych figurek jeszcze o niczym nie świadczy – wyjaśnił mąż. Może zwyczajnie je od kogoś kupił lub dostał, więc uzbrójcie się w cierpliwość i poczekajcie, aż sam wam to wyjaśni. A jak ci się podoba wystrój naszego ogrodu – zapytał Zbyszek zmieniając temat.
- No cóż, przypomina mi to trochę poligon wojskowy – skrytykowała siostra.
- To jest wersja robocza – wyjaśnił mój mąż nieco zawiedziony. Wszystko będzie ozdobione kwiatami. Zadaszenie zostanie przybrane gałązkami leszczyny, tak by wyglądało jak szałas. Resztą zajmie się Wanda.
  - Tak, to prawda – próbowałam bronić męża. Dzień przed przyjęciem, pojedziemy na giełdę kwiatową i kupimy odpowiednią ilość kwiatów do ozdoby. Zobaczysz siostra jak będzie cudnie.
 - No chyba, że tak - odpowiedziała. Bo jak na razie, to czuję się jak w koszarach – dodała.
Postanowiłam przerwać tę kłopotliwą dyskusję i zaproponowałam siostrze spacer do lasu. Zabrałyśmy Barego i  zostawiając zniesmaczonego męża, ruszyłyśmy w drogę.
- Mogłaś sobie darować te twoje szczere do bólu uwagi – powiedziałam, kiedy byłyśmy już w odpowiedniej odległości. Chłopisko tak się starało, a ty to wszystko skrytykowałaś, oj siora, nagrabiłaś sobie.
- A cóż ja takiego złego powiedziałam? – Lucyna aż przystanęła. Czy sądzisz, że zadaszenie w takim stanie wygląda imponująco? Zapytała.
- To tylko konstrukcja – próbowałam jej wyjaśnić. Mamy jeszcze dużo czasu na dopracowanie wszystkiego. Zobaczysz, oko ci zbieleje jak  przystroję to kwiatami. Ale co tam u ciebie? Zapytałam widząc skwaszoną minę siostry. Piszesz coś nowego? Zapytałam.
- Tak, kończę właśnie swoją nową powieść - odpowiedziała Lucyna, już nieco uspokojona. Ale jak pomyślę nad poprawkami, to dostaję gęsiej skórki – dodała.
- Powiedz mi – zagadnęłam. Jak to jest? Piszesz coś i potem trzeba to poprawiać. Czy nie można robić tego w trakcie pisania? Zapytałam.
- Już ci to kiedyś wyjaśniłam. Pisząc, nie zastanawiasz się nad pewnymi zdaniami, bo ważne jest wtedy to co przychodzi ci do głowy. Dopiero potem widzisz powtórzenia i źle sformułowane zdania. Właśnie po to są poprawki – wyjaśniła siostra. A co z twoją powieścią? Zapytała.
- Na razie sobie odpuściłam. Teraz nie mam do tego głowy. Wiesz - ta uroczystość, przygotowania, brak mi czasu – odpowiedziałam.
- No tak, to nie są warunki do pisania – przytaknęła Lucyna. Ale to wszystko pikuś, bo czeka nas wizyta tajemniczego pana i wszystko inne idzie na bok.
Zmęczone długim spacerem wróciłyśmy do domu. Ja zajęłam się przygotowaniami do obiadu, a Lucyna rozłożyła sobie leżak i wystawiła twarz do słońca.
- Wiesz co - wkurzyła mnie ta twoja siostra – usłyszałam za plecami głos męża. Znalazła się znawczyni – powiedział z nutką ironii w głosie. Łatwo kogoś krytykować, tylko gorzej jak samemu trzeba coś wymyślić – powiedział Zbyszek zaglądając mi przez ramię do garnka, w którym gotował się gulasz na dzisiejszy obiad.
- Oj! Przestań się tak jeżyć! Jest po prostu szczera i tyle. Przyznasz chyba, że jak na razie widok zielonej plandeki nie powała z nóg. Zmieni zdanie jak zobaczy to w innej szacie. Mam już wszystko gotowe - zjemy pod leszczynami? Zapytałam.
- Dobry pomysł – odpowiedział mąż. To co? nakrywać do stołu? Zapytał.
- Tak, zanieś talerze i wazę z zupą, ja tylko odcedzę ziemniaki i zaraz do was dołączę.
- Lucyna, zapraszamy na obiad – usłyszałam na zewnątrz wołanie męża.
Podczas posiłku nie poruszaliśmy drażliwego tematu. Lucyna opowiadała o ostatnim spotkaniu z literatkami w Bydgoszczy. Atmosfera na szczęście się oczyściła i po chwili żartowaliśmy już sobie, zapominając o tamtej rozmowie.
Do wizyty pana Jakuba była jeszcze cała godzina. Postanowiłam w tym czasie, przygotować wszystko, co miało związek z Antoniną i Konstancją. Wyciągnęłam listy od Marcela i ustawiłam na stole w salonie figurki. Na tę okoliczność, zawiesiłam na szyi medalion z wizerunkiem Antoniny, a siostrę poprosiłam, żeby włożyła medalion ze zdjęciem Konstancji. Tak wystrojone i podniecone tym co zaraz usłyszymy, czekałyśmy na naszego gościa. Zbyszek zapowiedział już wcześniej, że nie ma zamiaru uczestniczyć w tym spotkaniu i pod przykrywką załatwienia pewnej ważnej sprawy w mieście, wsiadł do samochodu i odjechał.
- Dobrze, że nie będzie go z nami – zagadnęła Lucyna polerując irchową szmatką zdjęcie Małej Konstancji. Spójrz - była taka urocza – powiedziała siostra przekazując mi medalion. Jakie okrutne  potrafi być życie, szczególnie w jej przypadku.
- To prawda – powiedziałam. Kocham te stare czasy, ale jak sobie pomyślę o twardych zasadach panujących w szlacheckich rodzinach, o kojarzących pary rodzinach, by połączyć majątki to wolę żyć w teraźniejszości – stwierdziłam.
W pewnej chwili, Bary zerwał się z posłania i podbiegł do bramy wejściowej, oznajmiając głośnym szczekaniem, że mamy gościa.
Na poboczu zatrzymało się czarne BMW z którego wysiadł dystyngowany starszy pan, w nienagannie skrojonym garniturze.
- Pani Wanda? Zapytał.
- Tak to ja. Witam pana i zapraszam do środka – powiedziałam, prowadząc gościa do salonu
- Jakub Jaskulski – przedstawił się mężczyzna, całując każdą z nas w dłoń z wielką nonszalancją.
- Napije się pan czegoś? Zapytałam.
- Jeśli można, to coś zimnego – odpowiedział i rozpinając guzik od marynarki, usiadł na sofie.

Prześlij komentarz