niedziela, 2 marca 2014

Spełnione marzenia (fragment 14)


- Dzień dobry – zwróciłam się do przechodzącej pielęgniarki. Wczoraj przyjęto tu mojego męża, jak się czuje? Zapytałam.
- Chodzi o pana Zbigniewa?
- Tak – odpowiedziałam.
- Mąż dostał antybiotyk, ale resztę dowie się pani od lekarza, zaraz po wizycie – powiedziała młoda kobieta. Proszę poczekać na poczekalni.
Usiadłam na jednej z ławek i pełna niepokoju, czekałam na jakieś wiadomości.
- Pan doktor prosi na panią do gabinetu – zwróciła się do mnie pielęgniarka, z którą rozmawiałam na korytarzu.
- Sytuacja opanowana – powiedział lekarz. Proszę mi powiedzieć jak do tego doszło, bo z mężem nie mieliśmy wczoraj żadnego kontaktu.
-  Otwierał drzwi od piwnicy i skaleczył się w rękę, ale nic nikomu nie powiedział – odparłam, usiłując opanować drżenie w głosie. Gdybym wcześniej o tym wiedziała, to natychmiast przyjechalibyśmy do szpitala, ale on jest taki uparty. Jak się czuje? Zapytałam.
- Dziś jest już dobrze. W ranę wdało się zakażenie, ale antybiotyk zaczął działać i powinno być dobrze – powiedział lekarz, stukając długopisem w blat biurka.
- Czy mogę go zobaczyć?
- Tak. Niech pani do niego zajrzy, jest w 17. Tylko proszę długo tam nie siedzieć, bo to nie jest czas odwiedzin – wyjaśnił.
Odszukałam salę w której leżał Zbyszek i na trzęsących nogach, weszłam do środka.
- Cześć zwróciłam się do męża, który siedział na łóżku. Dobrze się czujesz? Zapytałam.
- Tak. Jak to miło, że jesteś – odpowiedział. Dziś jest lepiej, ale wczoraj to nie było różowo. Wystraszyłaś się co? Hi, hi, - zaśmiał się nerwowo, poprawiając poduszkę. Chcę do domu, wiesz jak nie znoszę szpitali.
- To nie jest śmieszne – powiedziałam do męża. Nieźle nas wystraszyłeś. Czy ty zawsze musisz z wszystkiego żartować? Zapytałam zdenerwowana.
- A co mam płakać? Odpowiedział. Najważniejsze, że piwniczka otwarta – dodał z nieukrywaną ironią.
- Oczywiście jak zwykle moja wina – zwróciłam się do męża. Gdybyś był trochę ostrożniejszy, to być może tak by się to nie skończyło.
- No jasne, dobij leżącego – powiedział Zbyszek z wyrzutem w głosie.
- Przestańmy się kłócić. Najważniejsze, że sytuacja opanowana. Kiedy wychodzisz? – Zapytałam.
- Podobno jutro, ale dam ci znać. Wracaj do domu i zajmij się naszymi gośćmi – powiedział mąż.
Wróciłam do domu totalnie wykończona. Skutki nieprzespanej nocy i mocno nadszarpnięte nerwy, sprawiły, że padałam dosłownie z nóg. Najważniejsze, że wszystko dobrze się skończyło i  Zbyszka jutro wypiszą do domu.
Moi goście właśnie zbierali się do powrotu.
- Dzięki siora. Majówka była udana, oczywiście pomijając incydent ze Zbyszkiem. Ale przecież mówiłam, że wszystko dobrze się skończy – powiedziała Lucyna.
- No właśnie – wtrąciła mama. Złego diabli nie wezmą – powiedziała, malując usta, krwisto czerwoną szminką.
Do takich złośliwych stwierdzeń pod adresem mojego męża, już zdążyłam się przyzwyczaić. Po prostu teściowa z zięciem nie nadawali na tych samych falach.
Kiedy wszyscy już odjechali, usiadłam w salonie i rozkoszowałam się, cudowną, niczym nie zmąconą ciszą. Tak jak siedziałam, tak usnęłam. Dopiero rano obudził mnie Bary, sygnalizując cichym skomleniem, że czas na siusiu.
Po śniadaniu zadzwonił Zbyszek z wiadomością, że wychodzi o dwunastej w południe.
Chory chłop w domu, to tragedia narodowa. To mi podaj, to mi przynieś, miałam naprawdę dość tego usługiwania. Na moje szczęście ręka goiła się dość szybko i po dwóch tygodniach zdjęto mu opatrunek.
Mijał dzień za dniem. Młodzi zajęci byli przygotowaniami do ślubu. Zaliczyli już nauki przedmałżeńskie i czekała ich tylko wizyta w Poradni Małżeńskiej. Dziewczyny biegały na kolejne przymiarki swoich ślubnych sukien, a chłopcy wybierali odpowiednie fraki. Ja zajęłam się resztą. Zamówiłam zaproszenia w stylu Retro i udało mi się nawiązać kontakt, z jednym z okolicznych mieszkańców w sprawie dorożek, które miały nas zawieźć do kościoła. Teraz przyszła kolej na dopracowanie ogrodu. Śluby moich synów zaplanowane były na 20 sierpnia, więc miałam niewiele czasu. Wpadłam na pomysł postawienia stylowej altanki w leszczynowym zagajniku, jednak szybko z niego zrezygnowałam. To szczególne miejsce nie powinno być zmienione. Tu znaleźliśmy kosztowności i tu sto lat temu odpoczywała Antonina z córką. Zbyszek przyciął trochę leszczyny, a reszta została nienaruszona.
Zamówiłam prowizoryczne drewniane stoły i ławy do siedzenia. Kupiłam belę białego lnianego płótna. Mama obiecała, że uszyje mi obrusy, jak tylko podam jej wymiary stołów. W Internecie znalazłam firmę która produkuje lampiony na różne okazje. Wybrałam kolorowe kule, wykonane z cieniutkiej bibuły. Na każdej z nich, wypisane miały być imiona młodych. Lampiony miały być wypełnione gazem, który po wypuszczeniu wznosił je w górę. Wymyśliłam, że zamiast flakonów na kwiaty, kupię duże szklane misy. Wypełnię je rzecznymi kamykami i wodą, oraz uciętymi główkami kwiatów. Pozostały mi świeczniki, jednak tym się nie martwiłam. Można było je kupić w tanich sklepach za psie pieniądze. Grażyna dała mi namiary na kobietę z naszej okolicy, która piecze ciasta i torty na wesela. Znalazłam w Internecie restaurację zajmującą się przygotowaniem posiłków na wesela. Po wstępnej degustacji, spisaliśmy umowę i wybrałam  menu. Zbyszek obiecał zainstalować oświetlenie w ogrodzie i  miał się rozglądnąć w mieście, za jakimś zadaszeniem. Dlatego kiedy oznajmił mi, że wybiera się do Krakowa w tym celu i ma zamiar odwiedzić swoją mamę, nawet się ucieszyłam, że zostanę sama w domu. Te ostatnie dni z chorym mężem, nie były dla mnie najłatwiejsze.
- Myślę ...Wanda, że zostanę na noc u mamy – powiedział wsiadając do samochodu. Prosiła mnie już kilka razy, żeby poprawić coś na grobowcu ojca. Podobno obramowanie się ukruszyło.
- No jasne – powiedziałam z ulgą. Nie jestem małą dziewczynką i mogę zostać sama w domu – dodałam z uśmiechem na twarzy.
- Polemizowałbym co do twojej dorosłości, he, he. Sądząc po tym co  ostatnio wyprawiasz i tu wskazał ręką na piwniczkę, mam obawy czy mogę spokojnie cię zostawić – dodał zamykając drzwi od samochodu.
Uff.... zostałam w końcu sama, no nie całkiem sama, bo Baruś był przecież ze mną. Ale on był tak mało absorbujący.
Popijając kawę w zagajniku przypomniałam sobie o figurkach. Przez to całe zamieszanie z wypadkiem mojego męża, całkiem wyszło mi to z głowy. Wyciągnęłam skrzynię z werandy i zajrzałam tam ponownie.
Ustawiłam figurki na kamiennym stole i zaczęłam się im dokładnie przyglądać.
Zauważyłam, że wszystkie miały ze sobą coś wspólnego. Każda z nich u podstawy, ozdobiona była charakterystycznym wzorem. To były uwypuklenia w kształcie kiści winogron. Takie samo wykończenie miało drewniane serce.
Czyli......? Konstancja tym samym wzorem, jaki był na sercu wykonanym dla jej matki, oznaczała swoje rzeźby. Przerażała mnie nadal postać mężczyzny bez twarzy i jedna z figurek z zaznaczonym garbem na plecach. Reszta z nich miała normalny wygląd dziewcząt.
Myślę, że Konstancja rzeźbiąc kolejne figurki, chciała przynajmniej w taki sposób zapomnieć o swoim kalectwie.
Niezmącona cisza panująca w leszczynowym zagajniku, sprzyjała moim rozmyślaniom na nurtujące mnie tematy. Zamknęłam oczy i próbowałam wyobrazić sobie, w jaki sposób córka dowiedziała się o swoim ojcu. 
Zamknęłam oczy i przeniosłam się myślami w tamte czasy.
- Mamo, najwyższy czas, bym dowiedziała się coś na temat mojego ojca – powiedziała Konstancja do Antoniny. Nie jestem już małą dziewczynką i chyba powinnam znać prawdę, bez względu na to, jaka ona by nie była – dodała, siadając na kamiennej ławie, obok swojej matki.
Kobieta, odłożyła na stół książkę, którą właśnie czytała i spojrzała smutnym wzrokiem na swoją córkę.
- To przykre wspomnienia – powiedziała, usiłują ukryć przed Konstancją napływające do oczu łzy. Ale skoro nalegasz, to posłuchaj.
Kobieta, opowiedziała całą historię, jaką ja już znałam z przekazów Grażyny. Co jakiś czas robiła przerwę, ocierając haftowaną chusteczką zapłakane oczy. Płakały obie, a i mnie się chyba udzieliło, bo poczułam jak moje oczy robią się wilgotne. Uświadomiłam sobie, jak nieszczęśliwa była ta kobieta, ile przeszła, jak bardzo cierpiała myśląc, że ukochany o niej zapomniał. Kiedy skończyła, Konstancja przytuliła się do matki i powiedziała.
- Dlaczego dziadkowie tak postąpili? Dlaczego nie zaakceptowali waszego związku, dlaczego? – Zapytała.
- No cóż, zawiodłam ich, naraziłam na wstyd, ale byłam taka młoda – dodała głaszcząc Konstancję po dłoni. Mieli prawo tak postąpić, honor był najważniejszy. Kiedyś miałam  wielki żal do swoich rodziców, ale teraz w pełni rozumem ich postępowanie.
- A... czy próbowałaś go odszukać mamo?– Zapytała dziewczyna.
- Wiele razy o tym myślałam, ale tak byłam tobą zajęta. Liczyłam na to,  że on nas odnajdzie. I odnalazł. Jednak kiedy pojawił się u moich rodziców, oni skłamali mówiąc mu, że zmarłam na gruźlicę. Niestety dowiedziałam się o tym od ojca dopiero, gdy leżał na łożu śmierci. Wtedy zwrócił mi listy od niego. Ty byłaś już dużą dziewczynką, a ja dla Marcela umarłam. Dlatego postanowiłam zostawić to tak, jak było. Pozostały mi tylko wspomnienia i nadzieja, że ułożył sobie jakoś życie i jest szczęśliwy.
- Zadecydowałaś również za mnie  mamo – dziewczyna wydawała się być bardzo wzburzona. Wstydziłaś się swojego kalekiego dziecka! Czy mam rację? Zapytała podniesionym głosem. Jeśli go kochałaś, to powinnaś  zrobić wszystko, by go odszukać i wyjaśnić, dlaczego nie odpowiadałaś na jego listy. Ale ty bałaś się jego reakcji, kiedy dowie się, że jego córka jest garbata.
- Mylisz się Konstancjo – powiedziała Antonina. Przecież minęło wiele lat, zanim dowiedziałam się prawdy. Czy miałam prawo rujnować mu życie, czy miałam takie prawo? Pomyśl sama i nie osądzaj mnie źle. W tym czasie mógł się ożenić, założyć rodzinę, czy nadal myślisz, że źle zrobiłam?  Ale Konstancja nie chciała słuchać już słów swojej matki. Zdenerwowana, wstała z ławy i potykając się o wystające kamienie, pobiegła do domu.

Czy tak było? Być może, było całkiem inaczej. Może Antonina w inny sposób przekazała córce swoją historię. Ja przyjęłam taką wersję.
Odstawiłam figurki z powrotem do skrzyni i wróciłam do planów, związanych z weselem moich synów.
Zaplanowałam sobie na jutrzejszy dzień wyjazd do Krakowa. Chciałam kupić jeszcze parę drobiazgów i odwiedzić Piotra i Marzenkę w naszym mieszkaniu. Taka mała kontrola. Umówiłam się z mężem, że rano przyjadę do miasta busem, a potem wrócimy razem.
Będąc w Krakowie, musiałam koniecznie wstąpić na Plac Żydowski, gdzie prawie codziennie można było poszperać w starociach, które wystawiali kolekcjonerzy na swoich stołach.
Odszukałam znajomego, u którego za niewielkie pieniądze nabyłam, nie jedno cudeńko do mojego dworku.
- Dzień dobry panie Józiu – zwróciłam się do starszego pana, który prowadził ożywioną rozmowę z jakąś kobietą.
- O, witam pani Wando – powiedział ucieszony moim widokiem.
- Ma pan coś dla mnie? Zapytałam spoglądając na stół zapełniony różnościami.
- Mam tu coś, co pewnie pani się spodoba – powiedział tajemniczym głosem.  Po czym nachylił się nad swoją przepastną torbą i wyciągnął z niej starą kryształową cukiernicę
 Istne cacko. Mosiężna postać kobiety, odziana raczej skromnie, trzymająca w rękach kryształową różę. Naprawdę piękna robota.
- No..... panie Józiu.... pan to wie czym mnie zachwycić – powiedziałam. Aż boję się zapytać ile pan sobie zakrzyczy za to cudeńko? Bo jak dużo, to zapomnijmy – powiedziałam posyłając mężczyźnie zalotny uśmiech.
- No cóż, jak dla pani to sto złotych, niech będzie moja strata – powiedział udając łaskawego. Ale to była tylko taka poza, którą przybierał mój znajomy, za każdym razem, kiedy coś u niego kupowałam. Tak się ze mną zawsze przekomarzał. A ja wiedząc, że jestem w jego typie, czyli postawna babka, mam czym oddychać i na czym siedzieć, jak to za każdym razem mówił, zatrzepotałam rzęsami, zrobiłam zmartwioną minę i odstawiając cukiernicę na stół – zwróciłam się do znajomego.
- Sto zł to dla mnie za dużo. Może kiedyś ją kupię, jeśli oczywiście nie znajdzie wcześniej nabywcy – Powiedziałam wpatrując się w pana Józia.
- Dobra – machnął ręką. Niech stracę. Ostatecznie sześćdziesiąt złotych i proszę ją zabierać, zanim się rozmyślę.
Tym sposobem cukiernica wyładowała w mojej torbie, a pan Józiu nie wyglądał na poszkodowanego, co uspokoiło moje sumienie. Kiedy już miałam odchodzić od stoiska, uwagę moją przykuła drewniana rzeźba.
Odłożyłam torbę na ziemię i wzięłam figurkę do ręki. Był to sporej wielkości ptak, z rozłożonymi szeroko skrzydłami. Z bijącym sercem dojrzałam znajomy mi motyw. To były kiście winogron, takie same jak na sercu wiszącym w naszym salonie i wszystkich figurkach, które znaleźliśmy w piwniczce.
- Panie Józiu - skąd pan to ma? Zapytałam drżącym z przejęcia głosem.
- A co? interesują panią takie rzeczy? Zapytał.
- Tak... właśnie jestem w posiadaniu podobnych figurek z takim motywem – wyjaśniłam wskazując wzór na podstawie rzeźby.
          - Był tu kiedyś taki starszy mężczyzna i zostawił mi to w komis. Powiedział, że ma jeszcze wiele takich figurek. Ale jak do tej pory nie udało mi się znaleźć nabywcy – dodał. Jeśli jest pani zainteresowana, to oddam ją za trzydzieści złotych.
- To ja biorę – zwróciłam się do znajomego. Ale mam prośbę do pana. Jeżeli zjawi się u pana właściciel tej rzeźby, to proszę mu powiedzieć, że chciałabym się z nim spotkać – powiedziałam zapisując swój numer telefonu na kawałku gazety.
- Dobrze pani Wando. Jak tylko się tu pojawi, przekażę mu pani telefon.
Pożegnałam poczciwego Józia i nie zwracając uwagi na godzinę, pojechałam prosto do Lucyny. Pojawił się następny trop, a tylko z nią mogłam o tym porozmawiać.
- Wanda? Co ty tu robisz – zapytała siostra, widząc mnie stojącą w drzwiach. Mogłaś przynajmniej zadzwonić, to zrobiłabym jakiś obiad – powiedziała.
- E... co tam obiad, odepchnęłam siostrę, która nadal trzymała mnie na wycieraczce przed drzwiami. Długo tak będę tu stała? Gościnna to ty raczej nie jesteś siostrzyczko.
- Masz cos do picia zimnego? Zapytałam siadając na otomanie, strasznie mi zaschło w gardle.
Kiedy ona coś tam zrzędziła w kuchni, że nie ma mnie czym poczęstować, itd. Ja wyjęłam drewnianego ptaka i postawiłam na stole.
- Co to? Znów coś kupiłaś u pana Józia? Zapytała podając mi szklankę z zimnym sokiem pomarańczowym.
- To nie taki zwykły ptak jak sobie myślisz. Przyjrzyj mu się z bliska.
- No... dobra robota, ale..... nadal nie pojmuję co w nim takiego niezwykłego – oznajmiła siostra, przyglądając się uważnie rzeźbie.
- Wybaczam ci, masz prawo nie pamiętać. Przez ten wypadek Zbyszka nie miałaś okazji dokładniej się przyjrzeć  tamtym figurkom. Widzisz ten wianuszek z kiści winogron? Zapytałam.
- No widzę, ale..... przecież takie winogrona można zobaczyć na wielu antycznych meblach. O! Na przykład na szufladach twojej komody.
- Zgadza się – przytaknęłam siostrze. Jednak czy to nie dziwne, że Marcel, ukochany Antoniny, ozdobił tym motywem wykonane dla niej serce. A Konstancja, bo nadal wierzymy, że to ona rzeźbiła te kobiece figurki i tą przedstawiającą mężczyznę bez twarzy, ozdobiła je wszystkie u podstawy tym właśnie motywem, kumasz?
- Chyba tak – powiedziała Lucyna. Ktoś... być może z dalekiej rodziny Marcela jest w posiadaniu kolekcji, która nas interesuje. Czy dobrze myślę? Zapytała siadając obok mnie. Daj łyka, bo teraz to mnie zaschło w gardle – dodała, wypijając do dna cały sok.
Zrobiło się późno, więc zdzwoniłam do Zbyszka, żeby przyjechał po mnie do Lucyny, bo mieliśmy się przecież spotkać się u Piotra i Marzenki.
- Zdzwonimy się, zawołałam już ze schodów. Może wpadniesz do mnie! Krzyknęłam, ale nie wiem czy usłyszała.
W drodze powrotnej miałam solidną awanturę. Zbyszek, aż kipiał ze złości.
- Wykonałem do ciebie, chyba ze sto telefonów, ale ty nawet jednego nie odebrałaś, bo po co? Myślałem, że coś ci się stało  - wrzeszczał.
 Wyciągnęłam telefon z torebki i stwierdziłam, że mam kilkanaście nieodebranych połączeń.
- Przepraszam kochanie. Wiem zawaliłam, ale nie słyszałam telefonu. No nie gniewaj się już.
- Mam się nie gniewać? Ty wiesz jak się martwiłem? Gdzie ty kobieto tak długo byłaś? Możesz mi to wyjaśnić?
- Zasiedziałam się u Lucyny i jakoś tak zeszło – powiedziałam udając skruszoną. Bo co, miałam mu powiedzieć o wizycie na targu staroci, o figurce i moich przypuszczeniach. O nie! To byłaby ostania rzecz, którą bym zrobiła. Wtedy dopiero by się wściekł. Bo tak naprawdę, to złapałam się na tym, że coraz bardziej zajmuję się życiem hrabianek, niż swoim. A to już graniczyło z obłędem.  Obiecałam sobie w duchu, że aż do wesela nie poruszę już tematu z tamtych lat. Obiecałam i co z tego. Postanowienia, postanowieniami, a życie życiem. Nie upłynęło wiele czasu, gdy znów musiałam wrócić do historii z przed stu lat.

Prześlij komentarz