sobota, 1 marca 2014

Spełnione marzenia (Fragment 13)





- Wszystko w porządku Dusia? Usłyszałam za sobą głos Asi. Ona tu była, mam rację?
- Tak, masz rację. Były tu obie, Antonina z Konstancją i pewnie ostatni raz.
- Widzę, że będzie ci ich brakowało – powiedziała Asia, siadając obok mnie na sofie.
- A co wy tu tak same? Zapytał Zbyszek. Żono, czas pożegnać gości. Grażyna z Krzyśkiem już zamówili sobie taksówkę i zaraz wychodzą. Chodźcie jeszcze na dwór, jest taka piękna noc – dodał.
Kiedy nasi goście odjechali, wróciliśmy wszyscy do domu. Podałam gorące gołąbki i usiedliśmy wszyscy do stołu.
- Czas do snu – powiedziałam. Ja osobiście mam dość. Mamusiu - myślę, że prześpisz się w salonie.
- O, tak dziecko. Pokonanie tych schodów na piętro, to już nie dla mnie – powiedziała seniorka.
Przyzwyczaiłam się już do tych paranormalnych zjawisk, jednak mimo wszystko ta niezwykła sylwestrowa noc pozostanie na długo w mojej pamięci.
Poszłam na górę do swojego pokoju, Zbyszek już spał, ale nie było dla mnie miejsca u jego boku, spod  kołdry wystawały nogi naszego pupilka. No tak, pomyślałam - muszę skorzystać z gościnnego pokoju.
Razem z Asią ułożyłyśmy się w jedynym wolnym pokoju i mimo, że chciałyśmy jeszcze poplotkować, zmęczenie zrobiło swoje.
- Dobranoc Asia – zwróciłam się do przyjaciółki i nie czekając na odpowiedź usnęłam.
Rano spotkała mnie niespodzianka. Dziewczyny wszystko posprzątały po sylwestrowych szaleństwach i zrobiły śniadanie, na którym były tylko kobiety, bo panowie nawet nie chcieli słyszeć, o tak wczesnym wstawaniu.
Po śniadaniu, zaproponowałam siostrze i Asi spacer.
- To dobry pomysł – powiedziała Lucyna, przeciągając się leniwie.
Zabrałyśmy Barego i ciepło ubrane, ruszyłyśmy w stronę lasu. Dzień był wyjątkowo mroźny.
- Wiesz – zwróciłam się do siostry, w nocy miałam odwiedziny naszych hrabianek.
- Serio? Lucyna spojrzała na mnie zaskoczona.
- Tak, pojawiły się, kiedy zmieniałam świece. Czasami myślę, że to wszystko mi się śni. Nie potrafię tego wyjaśnić i wiem jedno, że gdybym opowiedziała o tym komuś innemu, to pewnie wysłałby mnie do psychiatry.
- Masz rację, to co się dzieje w twoim dworku, jest niewiarygodne, ale ja ci wierzę – powiedziała Lucyna.
- Tylko co dalej? Zapytałam. Wygląda na to, że już więcej ich nie zobaczę. Szkoda, bo mimo wszystko przyzwyczaiłam się do wizyt tych kobiet.
- Pewnie tak, ale sama wiesz, że nie można zatrzymywać dusz. One teraz mogą spokojnie odejść. Sprawiłaś, że w końcu odnalazły spokój. Zaopiekowałaś się miejscem, które bardzo kochały, spełniłaś ich oczekiwania. Dlatego pozwól im odejść, tam gdzie ich miejsce – powiedziała Lucyna, patrząc na mnie ze łzami w oczach. Wydaje mi się, że myśląc o tych kobietach, nieświadomie je przywołujesz.
- Ja tez tak myślę – wtrąciła Asia. Ale może one czegoś oczekują od nas. Antonina zadała sobie tyle trudu, by ten dworek przetrwał, zostawiła kosztowności, listy od swojego ukochanego, więc miała jakiś w tym cel. Musimy się wziąć do roboty i poszperać w przeszłości.
- Macie rację, te listy...? Są dla mnie zagadką. Dlaczego jej zostawiła? Dlaczego ich nie zniszczyła? Przecież to były jej osobiste listy. Może ona chciała, w zamian za to co zostawiła przyszłym właścicielom dworku, może chciała, by ktoś odszukał jej ukochanego. Jej dusza błąka się tu na ziemi, bo nie zazna spokoju, póki nie dowie się, co działo się z jej ukochanym.
Mam pomysł – zmieniłam temat. Kiedy robiliśmy remont w dworku, zauważyłam taką ziemiankę, tuż przy głównym wejściu. Zbyszek nie chciał tego ruszać, obawiając się obsunięcia ziemi. Ale ja cały czas, myślę o tym miejscu. W lecie to było wszystko zarośnięte, jednak wczoraj zauważyłam tam wejście, co o tym sądzisz siostra? Zapytałam.
- Co ja o tym sadzę! Dziewczyno! Znasz mnie! Zawołała Lucyna. Musimy to sprawdzić.
- Ale jak? Zbyszek na pewno się na to nie zgodzi – ostudziłam zapał mojej Lucyny.
- To się jeszcze okaże – powiedziała moja siostra. Musimy go przekonać, ale teraz wracajmy, bo zmarzłam jak cholera.
- O, jesteście dziewczyny – powiedział mój mąż dopijając kawę. Jakie mamy plany na dziś? Zapytał.
- No... bo tak...
- Bo tak sobie pomyślałyśmy, Lucyna przerwała mi w pół słowa, mrugając porozumiewawczo okiem, że wybierzemy się z Wandą i Asią do kościoła. Mamy przecież Nowy rok, czy ktoś do nas dołączy? Zapytała. No widzę las rąk. Okay, pójdziemy same, ale wy macie przygotować obiad – dodała.
- Nie teraz - Lucyna szepnęła mi do ucha. Musimy ustalić plan działania. Co nagle to po diable.
Miała rację. Dostać się teraz do tej ziemianki, nie było takie łatwe. Wszystko zasypane śniegiem i zmarznięta ziemia, było sporym utrudnieniem, dlatego zdałam się na siostrę i jej pomysły.
Po mszy, udałyśmy się na grób Antoniny i Konstancji. W chwili skupienia, zmówiłyśmy modlitwę i zapaliłyśmy znicze. Opuszczając cmentarz, odwróciłam się jeszcze za siebie. Jedyny grób na którym paliły się świece, to był grób naszych hrabianek.
Po obiedzie wszyscy goście rozjechali się do swoich domów, a my z mężem mięliśmy w końcu czas dla siebie.
Tegoroczna zima, dała się nam nieźle we znaki. Zużyliśmy cały zapas opału do kominka, a rachunek za prąd przyprawił mnie o zawrót głowy.
- To są właśnie przyjemności mieszkania na wsi – powiedział Zbyszek. W lecie jest pięknie, kiedy nie trzeba dogrzewać, ale zima? Uf.... Myślę żono, że na przyszły rok, zmuszeni będziemy przenieść się do salonu i zapomnieć na ten czas, o naszych pokojach na górze.
Miał rację. Ogrzać taki dom, kosztuje majątek, ale może zima w przyszłym roku okaże się łagodna. Jestem dobrej myśli.
W końcu nadeszła wiosna. Za oknem budził mnie radosny śpiew ptaków, zazieleniła się trawa, a na drzewach pojawiły się pierwsze liście. Cały swój wolny czas spędzałam przed domem. Zbyszek skopał ziemię, a ja z ochotą zabrałam się za aranżację swojego ogródka. Postanowiłam, że muszę mieć mnóstwo kwiatów. Z dnia na dzień, ku przerażeniu mojego męża, przybywały kolejne skalniaki i nowe gatunki roślin. Z przyjemnością patrzyłam, jak kolorowo robi się przed moim dworkiem. W maju wszystko pięknie zakwitło.
Zbyszek uporządkował drzewa. Powycinał suche gałęzie i wysypał przed wejściem do dworku, drobny żwirek.
- No, żono, robi się tu coraz ładniej – powiedział, kiedy usiedliśmy z kawą w naszym leszczynowym zagajniku.
Bary był w swoim żywiole. Co jakiś czas znikał z pola widzenia, by po chwili wrócić z umorusanym w ziemi pyskiem.
Jak widać, nie zniechęciła go nawet przygoda z ławką w zagajniku. Ale mimo wszystko, został mu uraz do tego miejsca, bo omijał go z daleka.
Zbliżał się przedłużony weekend majowy, więc postanowiliśmy z mężem  zaprosić do nas całą rodzinę. Ja zabrałam się do przewietrzenia pokoi moich bliskich, a Zbyszek wybrał się do miasta na zakupy. Kiedy wypucowałam wszystko w domu i zmieniłam pościele, zrobiłam sobie krótką przerwę w pracy. Z wielką przyjemnością patrzyłam na moje kolorowe rabatki. Nawet w najśmielszych oczekiwaniach nie sądziłam, że na stare lata, praca w ogrodzie będzie sprawiać mi taką radość.
Po krótkim odpoczynku, ustaliłam plan na dzisiejszy dzień. Po pierwsze, chciałam upiec ciasto z rabarbarem i kruszonką. To moja specjalność. Zawsze kiedy pojawił się pierwszy rabarbar w warzywniakach, piekłam rodzince ich ulubione ciasto, więc na majówce nie mogło go zabraknąć.
Przed wejściem do domu, spojrzałam na tajemniczą ziemiankę. Teraz porosła mchem i trawą. Przyjrzałam się bliżej metalowym, zardzewiałym drzwiom, na których tkwił duży skobel, zabezpieczony solidnym żelaznym trzpieniem. 
Jaką tajemnicę kryje to wejście? Pomyślałam z wypiekami na twarzy. Czy dowiem się czegoś więcej o moich poprzedniczkach? Te pytania jak na razie, pozostały bez odpowiedzi. Czekałam z niecierpliwością na przyjazd Lucyny, bo tylko z nią mogłam zgłębić tajemnicę tego pomieszczenia. Ale co na to mój mąż? Czy zgodzi się na to by tam wejść? Najważniejsze jest bezpieczeństwo, a według niego otwarcie tych drzwi, grozi obsunięciem się ziemi, co może zaszkodzić fundamentom dworku. Ale kiedy dokładniej się przyjrzałam, odrywając kolejne kępki mchu, zobaczyłam, że żelazne drzwi zamocowane są w kamiennym murze. Czyli.... nie jest tak źle? Jak to się stało, że Zbyszek tego nie zauważył?
- Zauważyłem, zauważyłem – powiedział mąż, kiedy zadałam mu to pytanie, po powrocie ze sklepu. Nie mówiłem ci o tym, bo jak cię znam, a znam cię bardzo dobrze, nie odpuścisz i będziesz chciała tam zajrzeć, he, he. A dla mnie to tylko kłopot. Już widzę jak gonisz mnie do roboty, a ja mam mnóstwo innej, pilniejszej pracy przed domem, więc zapomnij kochana o tej piwniczce, okay?
Tak mi się wydaje, że mimo wszystko mój małżonek nie zna mnie tak dobrze jak sądzi. Jeśli myśli, że zapomnę? To się grubo myli.
Sprawę tajemniczej piwniczki odłożyłam do przyjazdu Lucyny. Teraz musiałam przygotować wszystko na grilla.
Moi bliscy zjawili się punktualnie.
Pierwszym który witał gości, był oczywiście Bary. Biegał jak szalony, szczękając przy tym radośnie.
- Dzień dobry córeczko – zawołała mama, wysiadając z samochodu Piotra. - Jak tu się zmieniło od ostatniego razu – powiedziała rozglądając się  wkoło.  
-  Piotruś otwórz bagażnik –zwróciła się do mojego syna z tajemniczą miną.
- Babciu, wszystko po kolei, daj mi się najpierw przywitać z rodzicami – powiedział Piotrek całując mnie w policzek. Babunia jak zwykle zaczyna rządzić, szepnął mi do ucha.
Poklepałam go po ramieniu na znak, że to normalka i nikt tego nie zmieni.
- Długo tak będę czekać? Powiedziała moja mama. Kwiatki mi zdechną – dodała zniecierpliwiona.
Piotrek wiedział, że jak babcia coś chce, to trzeba to prawie natychmiast wykonać. Bez słowa otworzył bagażnik i wyciągnął z niego skrzynki z pięknymi czerwonymi pelargoniami.
- Mamo! Jakie piękne, klasnęłam w ręce. Właśnie miałam zamiar kupić coś
 na parapety okien. Są cudowne! – Powiedziałam stawiając kwiaty na schodach.
- Wiedziałam, że się ucieszysz – mama była wyraźnie zadowolona z prezentu dla mnie. Ale widzę, że pięknie zaaranżowałaś swój kwiatowy ogródek – dodała.
- No..... przytaknęłam z dumą.
- Wanda! – usłyszałam wołanie. Tak się wita gości? Zapytała Lucyna, podchodząc do nas z Tadeuszem. O czym mówicie? Zapytała.
- Mama podziwia mój rajski ogród– wyjaśniłam. Zapraszam do środka – powiedziałam.
- Dzień dobry pani Wando, piękną mamy dziś pogodę – powiedziała Marzenka.
- O tak, pogoda nam się wyjątkowo udała, a gdzie Marcin z Agnieszką? Zapytałam.
- Zatrzymali się po drodze, żeby kupić piwo.
- Nie potrzebnie, bo mamy wszystko. Idźcie się rozpakować – oznajmiłam moim gościom.
Marcin z Agnieszką przyjechali po kilkunastu minutach. Kiedy rodzinka udała się do swoich pokoi,  my ze Zbyszkiem zajęliśmy się przygotowaniami do grilla. Stół w leszczynowym zagajniku, powoli zapełniał się smakołykami. Tak dużo tego przygotowałam, że musiałam pomyśleć o dodatkowym turystycznym stoliku.
Kiedy wszystko było już gotowe, zawołałam wszystkich i rozpoczęliśmy grillowanie.
- Kocham to miejsce – powiedziała moja siostra, popijając zimne piwo. Może kiedyś i my będziemy mieli taki domek na wsi – zwróciła się do swojego narzeczonego.
- Może – powiedział Tadeusz, przytulając ją serdecznie. Ale wiesz, że mieszkam w Warszawie i musiałbym wszystko zostawić, czyli jak na razie to niemożliwe.
- E... nawet pomarzyć nie można – powiedziała siostra.
- Wiesz, szepnęłam jej do ucha, by zmienić kłopotliwy temat. Ta piwniczka spędza mi sen z powiek. Przyjrzałam się jej dokładniej i mam dla ciebie dobrą wiadomość.
- Tak? Lucynie aż zaświeciły się oczy.
- Te drzwi osadzone są w kamiennym murze, czyli kiedy je otworzymy, to nie obsunie się ziemia, jak sądzi Zbyszek – wyszeptałam.
- A co wy tam knujecie siostrzyczki? Zapytał mąż, przewracając mięso na ruszcie.
- Mamy swoje babskie tematy -  nic co mogłoby cię zainteresować – powiedziałam tak niby od niechcenia.
- He, he, jeśli te babskie sprawy dotyczą tej ziemianki, to zapomnijcie. Nie szukam kłopotów, a widząc minę mojej żony śmiem sądzić, że o tym właśnie szepczecie.
- O jakiej ziemiance mówicie – Piotrek zainteresował się tematem.
- No właśnie, Marzena spojrzała w naszą stronę. Też jestem ciekawa o czym mówicie – dodała.
- Moja żona nie usiedzi spokojnie na miejscu. Uparła się, żeby zajrzeć do tej piwniczki – wyjaśnił mąż wskazując ręką w stronę zarośniętych drzwi obok głównego wejścia do domu. Proszę was, wybijcie jej to z głowy, bo ja nie mam zamiaru tam zaglądać – dodał.
Po tych słowach, spojrzenia wszystkich skierowane były w stronę tajemniczego miejsca.
- Tato, nie jesteś ciekawy co tam się znajduje? Zapytał Marcin. Przecież ten dom, już nie raz cię pozytywnie zaskoczył – powiedział.
- A cóż tam może mnie zaskoczyć – odparł mąż. Nie jesteśmy jedynymi właścicielami tego dworku. Czy sądzicie, że ci co mieszkali tu przed nami, nie zaglądali tam? Dajcie już spokój.
- Ale sprawdzić nie zaszkodzi – powiedziała Lucyna. Taka piwniczka w domu, gdzie mieszka się na stałe, to super sprawa. Wanda planuje tu mały warzywniak, więc będzie gdzie gromadzić płody rolne na zimę. Musimy tam zajrzeć – dodała wstając z ławki.
- Dobra! Poddaję się krzyknął Zbyszek, podnosząc w górę metalowy widelec z kawałkiem pachnącej karkówki. Ale może najpierw coś zjemy! Bo nie po to tu tkwię od godziny, żeby jakaś stara, zapyziała piwnica, zaćmiła moje specjały.
Przyznaliśmy mu wszyscy rację. Specjały mojego męża, znikały w mgnieniu oka. A i mnie dostały się pochwały, za pyszne ciasto z rabarbarem.
Kiedy zakończyliśmy już biesiadowanie, uznaliśmy, że czas rozprostować kości.
- To co, otwieramy? Zapytałam.
- Otwieramy – odpowiedzieli wszyscy, prawie równocześnie.
Zbyszek poszedł do przybudówki po niezbędne narzędzia, a my staliśmy w milczeniu, zastanawiając się, co kryje w sobie to tajemne wejście.
Mąż z pomocą synów, próbował wybić zardzewiały trzpień tkwiący w skoblu metalowych drzwi do piwniczki. Nie było to takie łatwe. Po kilku próbach, w końcu puścił. Napięcie sięgało zenitu. Staliśmy z wypiekami na twarzy. Jedynie moja mama nie wykazywała zainteresowania całą operacją. Dla niej liczył się tylko mój ogródek kwiatowy.
Drzwi zostały w końcu otwarte.
- To kto pierwszy tam wchodzi? Zapytał Zbyszek.
- Ja – odpowiedziałam.
 Weszłam ostrożnie na kamienne schodki, które prowadziły do wnętrza piwniczki. W środku wiało chłodem i czuć było zapach stęchlizny.
- Niech ktoś przyniesie latarkę, bo tu jest strasznie ciemno! Zawołałam.
- I co mamo tam widzisz? Zapytał Piotr, który stanął tuż za mną, uzbrojony w latarkę.
- Zaraz zobaczymy – powiedziałam, kierując strumień światła do wnętrza.
Ściany piwniczki, wyłożone były płaskimi kamieniami. Nie było tam nic szczególnego, co mogło mnie zachwycić. Dwa drewniane regały, stół i długa ława do siedzenia. Na pólkach, stało kilka naftowych lamp, mniejsze i większe świeczniki, oraz dwie kamionkowe misy. Wszystko pokryte szczelnie pajęczynami. W rogu piwniczki, dojrzałam dużą drewnianą skrzynię, z metalowymi okuciami.
- No co tam jest! Usłyszałam wołanie Lucyny. Możemy już wejść?
- Tak – odpowiedziałam.
- Zobaczcie, jakie śmieszne butelki – powiedział Marcin oświetlając swoją latarką, wiklinowy kosz.
Rzeczywiście butelki leżące w koszu, miały nietypowy kształt, jak na obecne czasy. Cześć z nich, miało jeszcze ślady laku na szyjkach. Zapewne służyły do przechowywania wina.
- Nic nam nie zostawili –odezwał się mąż.
- A ty byś zostawił? Powiedziałam rozbawiona, widząc zawiedzioną minę Zbyszka. Kto pierwszy ten lepszy – dodałam. Ale zajrzyjmy do tej skrzyni, zwróciłam się do rodzinki.
W drewnianej skrzyni nie znaleźliśmy skarbu, jak kiedyś w kamiennej ławie. W środku, było kilka drewnianych figurek. Jedne wykończone, inne częściowo obrobione, ale wszystkie przedstawiały ludzkie postaci.  Jedna z nich zwróciła moja szczególną uwagę. W drewnie wyrzeźbiono młodą kobietę. I nie byłoby w tym nic szczególnego, gdyby nie to, że postać tej dziewczyny była nieco zdeformowana. Z bijącym sercem, przyjrzałam się bliżej figurce.
- Czy myślicie o tym samym, co ja? Zapytałam.
-  O matko! Szepnęła Lucyna. To chyba Konstancja? Spójrzcie na ten garb. Ktoś wykonał tę figurkę na jej podobieństwo – dodała.
Nie mieliśmy wątpliwości, że postać wyrzeźbiona w drewnie, przedstawiała córkę Antoniny.
- Tylko po co? odezwała się Agnieszka, która dotąd milczała. To przecież było jej przekleństwem, kto mógł to zrobić? zapytała
- A ja się domyślam, kto mógł to wyrzeźbić – powiedziałam.
- To mów! Bo ja nie mam pojęcia – zagadnęła siostra, obracając w ręku drewnianą figurkę.
- Dziwne, że się nie domyślacie. Przypomnijcie sobie, kto był ojcem Konstancji. Widzę, że nadal nic nie rozumiecie. To ja wam to zaraz wyjaśnię, tylko wyjdźmy na zewnątrz, bo tu strasznie zimno.
Marcin z Piotrkiem, zabrali skrzynię i po chwili znaleźliśmy się wszyscy w leszczynowym zagajniku. Drzwi od piwniczki, zostawiliśmy otwarte, na polecenie męża, bo trzeba było, tam wywietrzyć i osuszyć pomieszczenie z wilgoci.
- He, he, patrzcie, jak nasza seniorka zgłębia tajemnice z tamtych lat, he, he – powiedział Zbyszek, próbując opanować śmiech.
Kiedy my zwiedzaliśmy piwniczkę, moja mama, smacznie sobie spała na leżaku, głośno przy tym, pochrapując.
- Szwagier, masz jeszcze jakieś piwko? Zapytała siostra. Zaschło mi w gardle – dodała.
- Oczywiście, że mam. Piotrek skocz do kuchni. Na dole w lodówce chłodzi się kilka butelek – powiedział ściszonym głosem mąż, tak by nie zbudzić mamy.
- Mamuś, może weźmiemy Barusia i pójdziemy na łąki – zaproponował Piotr.
- Idę z wami – odezwał się Tadeusz. Przyznam szczerze, że mam już dość tych rewelacji z dawnych lat. Sadzę, że siostrzyczki tylko marzą o tym, żebyśmy  teraz zostawili je w spokoju. Mam rację Lucek? Zapytał, głaskając siostrę po twarzy.
- Czytasz w moich myślach kochanie – powiedziała Lucyna. Spacer dobrze wam zrobi, nie zatrzymujemy was – dodała machając ręką, jakby chciała odgonić natrętną muchę.
Po tych słowach, siostra poszła do domu po bluzę od dresu, bo zaszło słońce i zrobiło się chłodno, a ja w tym czasie dokładniej przyjrzałam się figurce.
Obracałam ją kilkakrotnie w rękach, szukając jakiegoś punku zaczepienia. Wyrzeźbiona postać dziewczyny, wykonana została z niezwykłą precyzją. Wprawdzie czas zrobił swoje i drzewo rozeschło się z powodu upływu lat, mimo panującej wilgoci w piwnicy, ale uwydatniony garb został nienaruszony. Byłam prawie całkowicie pewna, że figurka przedstawiała Konstancję.
- I co o tym sądzisz – powiedziała Lucyna, wyciągając z kiszeni dresowej bluzy, swoje nieodzowne w takich przypadkach wahadełko.
- Spójrz – zwróciłam się do siostry. Widzisz ten charakterystyczny znak, o tu w tym miejscu? Zapytałam. Gdzieś już widziałam coś takiego? Wiem! Krzyknęłam, taki sam znak widnieje na drewnianym sercu, no wiesz, tym co wisi w salonie. To prezent wykonany dla Antoniny przez tego żołnierza. To niesamowite! Poczekajcie tu dziewczyny, zaraz wracam! To dopiero odkrycie! Krzyknęłam i potykając się na schodach wpadłam do salonu.
Zdjęłam ze ściany płaskorzeźbę i uważnie przyjrzałam się znakowi na jej tylnej części. To nie był jakiś szczególny znak, raczej wyglądało na to, że są to inicjały rzeźbiarza, który wykonał to serce.
*MJ  -
- MJ – co to może znaczyć? Pomyślałam. Zaraz... Zaraz.... przecież to M, może oznaczać początek imienia. No tak, zgadza się, przecież ten chłopak miał na imię Marcel, a J to zapewne pierwsza litera jego nazwiska. Tak, tak.... on tym imieniem podpisywał się w listach do Antoniny. Z tym odkryciem wróciłam do siostry i Asi, które podczas mojej nieobecności, przeglądały pozostałe figurki.
- Lucyna - to nie znak, tylko inicjały – powiedziałam. Sama zobacz.
Podstawiłam siostrze rzeźbę prosto pod nos.
- No..... myślę, że masz rację. Ale na tej figurce, jest KJ.
- To wszystko wyjaśnia – wtrąciła się Asia. Konstancja J, czyli córka twojej hrabianki. Wyrzeźbiła pierwszą literę swojego imienia, a J to skrót nazwiska ojca.
- Ale ja jaszcze coś innego odkryłam – powiedziała Lucyna, tajemniczym głosem. Spójrz. Ta figurka przedstawiająca kobietę, ma to charakterystyczne uwypuklenie na plecach, a te pozostałe nie mają. Wygląda na to, że ta biedna dziewczyna nie mogła do końca pogodzić się ze swoim kalectwem, o czym świadczą jej pozostałe rzeźby. Jeżeli to jej rzeźby, bo jasności nie mamy. I jeszcze jedno co zauważyłam. Wśród tych kobiecych postaci, jest jedna przedstawiająca mężczyznę, aż ciarki przechodzą mi po plecach.
- Z jakiego powodu? Zapytałam, zaskoczona odkryciem siostry. Z jakiego powodu przechodzą cię ciarki.
- Zobacz, ten mężczyzna jest bez twarzy.
- Może nie dokończyła tej rzeźby z jakiegoś powodu, próbowałam znaleźć jakieś rozsądne wytłumaczenie.
- Nie wydaje mi się – odparła siostra, odkładając figurkę do skrzyni. Wszystko jest raczej dopracowane, więc.... tylko jedno mi przychodzi na myśl. Po prostu Konstancja nigdy nie widziała ojca, dlatego ta figurka pozbawiona jest twarzy. A już tak na marginesie – dodała siostra, nad wszystkimi figurkami wahadełko szaleje, a stoi jedynie nad tą z garbem. To ciekawe, prawda?
- Masz rację - to dziwne – powiedziałam. No dosyć tego, młodzi wracają, chodźmy do domu.
Wróciłyśmy do salonu w którym, mama z moim mężem prowadzili dosyć ożywioną dyskusję. Wolałam nie wiedzieć na jaki temat rozmawiają. Znając mojego męża, który bez względu na wszystko, zawsze miał rację, musiałam przerwać tę konwersację. Ile razy spotkali się z mamą, zawsze były kwasy. Zbyszek atakował moją mamuśkę, a ona nie była mu dłużna.
- A co tobie stało się w rękę? Zapytałam, widząc bandaż na dłoni.
- Skaleczyłem się.
- Skaleczyłeś się? Kiedy? Zapytałam zdziwiona.
- Jak otwierałem te cholerne drzwi od piwniczki – odpowiedział. Wbiłem sobie w rękę ten metalowy trzpień – wyjaśnił.
- Nic nie mówiłeś. A odkaziłeś dokładnie ranę? Bo to wszystko było zardzewiałe - powiedziałam
- Tak, odkaziłem. Daj już spokój, dobrze.
- Ja jednak chciałabym zobaczyć tę ranę – zwróciłam się do męża i nie zwracając uwagi na jego gadanie, odwinęłam bandaż.
- To bardzo głęboka rana – stwierdziłam z przerażeniem. Musimy jechać na pogotowie.
Oczywiście mój małżonek nie chciał słyszeć o jakimś pogotowiu. Uparł się, że to nie pierwsze jego skaleczenie i oświadczył wszystkim obecnym, że jak zwykle zdziwiam. Mama widząc jego upór, zaparzyła szałwię i zrobiła okład.
Ale najgorsze dopiero miało nastąpić. Zbyszek obudził mnie w nocy. Miał dreszcze. Kiedy zmierzyłam mu temperaturę, okazało się, że ma prawie 40 stopni. Natychmiast obudziłam chłopców i pojechaliśmy do miejscowego szpitala.
Na miejscu, zaraz zajęli się nim lekarze. Dostał zastrzyk przeciw tężcowy i zdecydowano, że musi zostać na oddziale, bo nadal utrzymywała się wysoka temperatura.
- Proszę wracać do domu – powiedział lekarz. Jeśli gorączka nie spadnie w ciągu dwóch godzin, włączymy mężowi antybiotyk – dodał.
W powrotnej drodze wyrzucałam sobie, że to wszystko przeze mnie. Uparłam się na otwarcie tej piwnicy, a on był od samego początku przeciwny.
- Mamo - daj spokój - przecież to nie twoja wina – powiedział Piotr. Stało się i tyle. Będzie dobrze, jest już pod dobrą opieką – dodał.
 W domu, oprócz mojej mamy nikt nie spał.
- I co z panem Zbyszkiem?– Zapytała Agnieszka.
- Zostawili go w szpitalu – odpowiedziałam, usiłując opanować płacz.
- Wanda - przestań się mazać – wtrąciła Lucyna. Będzie dobrze, a teraz chodźmy spać – dodała.
Nie zmrużyłam oka do samego rana. Modliłam się, żeby było tak, jak mówiła siostra.
Poczekałam do ósmej rano i nie budząc nikogo, pojechałam do szpitala.


Prześlij komentarz