wtorek, 18 lutego 2014

Spełnione marzenia (fragment 12)



- Dusia - dobrze, że mnie tu zabrałaś. Dzięki tobie, powoli dochodzę do siebie. Przemyślałam pewne sprawy i podjęłam decyzję. Koniec mazania się i rozpamiętywania tego, co już się stało.  Zamykam ten rozdział życia na zawsze i mimo wszystko, życzę mu powodzenia. W końcu, kiedyś bardzo się kochaliśmy – powiedziała przyjaciółka.
Podeszłam do niej i mocno do siebie przytuliłam. Stałyśmy tak przez chwilę w milczeniu.
- Ej!! Co ty płaczesz? Zawołała Asia. Myślałam, że się ucieszysz.
- No przestań, ja ze szczęścia beczę, hi, hi. To dobra decyzja przyjaciółko. Wracaj na ziemię, bo mamy dużo do zrobienia w naszym babskim gronie. Antonina bardzo liczy na nas i miałam ci tego nie mówić, ale skoro zaczynasz na nowo swoje życie, to musisz o tym wiedzieć. To nie był sen Asia, ona ci się ukazała, tak jak mnie. Do tej pory myślałam, że tylko ja ją widzę, ale teraz jestem przekonana, że i ciebie wyróżniła.
 - Tak myślisz? Zapytała. Miałam wrażenie, że to był sen. Ale jeśli ty ją też widziałaś z flakonikiem perfum w ręku, to oznacza, że masz rację.
Powiem szczerze, że ulżyło mi, bo miałam do tej pory mieszane uczucia, co do moich wizji.
Obiad miał być za godzinę, więc koleżanka postanowiła wybrać się na rowerową wycieczkę do lasu. Pewnie chciała pobyć trochę sama. Kiedy odjechała, ja usiadłam w leszczynowym zagajniku i przeniosłam się w czasie.
 Po śmierci Konstancji, dwór opustoszał. Antonina pożegnała służbę, została jej tylko Maria i Klemens. Przez długi czas prawie nie opuszczała salonu. Maria załamywała ręce, nad swoją panią, która odmawiała przyjmowania posiłków.
- Tak nie może być – zwróciła się do Antoniny, zabierając tacę z nienaruszonym śniadaniem. A może pani ma ochotę na coś specjalnego? To przygotuję – zapytała.
Antonina spojrzała na służącą martwym wzrokiem. Na jej twarzy widać było wielkie cierpienie. W ręce trzymała medalion ze zdjęciem swojej malutkiej córeczki.
- Powiedz mi Mario, dlaczego los mnie tak skrzywdził? Zapytała. Ona była taka młoda, tyle w życiu wycierpiała i kiedy los się do niej w końcu uśmiechnął, musiała odejść. To takie niesprawiedliwe.
- Jaśnie pani – odezwała się Maria. Tak widocznie było jej pisane, nic na to nie mogłyśmy poradzić. Ale życie toczy się dalej. Nasza Konstancja patrzy teraz z góry i martwi się, widząc jak pani cierpi. Dziś na dworze świeci piękne słońce, może zaparzę dobrą herbatę i podam w leszczynowym zagajniku, co pani na to? Zapytała.
- Dobrze Mario, zaraz tam przyjdę.
Służąca zaniosła do zagajnika dzbanek z herbatą i  świeżo upieczone ciasto. Miała nadzieję, że na  powietrzu jej pani odzyska apetyt. Razem z Klemensem obserwowali przez okno Antoninę, która siedziała nieruchomo, otulona ciepłym szale mimo, że w tym dniu było wyjątkowo ciepło.
Kiedy stangret pojawił się na werandzie, przywołała go do siebie.
- Klemensie - zaprzęgaj konie, zawieziesz mnie na cmentarz – powiedziała dopijając herbatę.
- Dobrze jaśnie pani –zaraz się tym zajmę – odpowiedział.
Antonina kazała Marii zerwać kwiaty w ogrodzie i zrobić piękny bukiet dla Konstancji. Kiedy powóz był już gotowy do wyjazdu, z wielkim trudem wsiadła do niego i odjechała.
To może i my z Asią, wybierzemy się dziś na ich grób? – Pomyślałam. Wybiorę najpiękniejsze kwiaty z mojego ogrodu i zawieziemy je na cmentarz.
Przyjaciółce spodobał się bardzo mój pomysł, więc zaraz po obiedzie wsiadłyśmy na rowery i pojechałyśmy na cmentarz.
Asia stanęła nad grobem szlachcianek.
- To bardzo wzruszające – wyszeptała, usuwając suche liście z płyty. To tu spoczywają te biedne kobiety – powiedziała łamiącym się głosem. Myślałaś może Dusiu, o naprawie tego grobowca? Zapytała.
- Tak oczywiście, że myślę o tym, lecz nie jest to takie proste – odpowiedziałam. To zabytek, więc musze mieć odpowiednie zezwolenie na naprawę. Ale już złożyłam odpowiednie dokumenty i pisma w tej sprawie do konserwatora zabytków. Czekam na odpowiedź – wyjaśniłam.
- To dobrze, bo czas zrobił swoje i grób się rozpada, a my nie możemy na to pozwolić.
Ułożyłyśmy kwiaty w kamionkowym wazonie i stałyśmy jeszcze chwilę nad grobem, w całkowitym milczeniu.
Minął tydzień, jak gościłam u siebie Asię. Przyjaciółka postanowiła wrócić do domu.
- Wszędzie dobrze, ale najlepiej u siebie – powiedziała pąkując swoje rzeczy.
- Wiesz Asiu, że możesz tu zostać tak długo jak będziesz chciała – zwróciłam się do przyjaciółki.
- To bardzo miłe z twojej strony – odpowiedziała, ale nadszedł czas na uporządkowanie swoich osobistych spraw, a muszę to zrobić sama, bo tylko wtedy osiągnę spokój – dodała.
Zawieźliśmy Asię do Krakowa i postanowiliśmy z mężem zostać w mieście na noc. Miałam do zabrania z mieszkania jeszcze kilka osobistych rzeczy.
Rano tuż po śniadaniu, wyruszyliśmy w powrotną drogę. Kiedy zbliżaliśmy się  do celu, Bary był  bardzo niespokojny. Kręcił się na siedzeniu, dyszał i drapał łapami po szybie samochodu.
- Co się piesku dzieje? Powiedziałam głaskając mojego pupila.
 Podjechaliśmy na posesję i kiedy mąż zatrzymał samochód, zaniepokojona wysiadłam pierwsza. Pies wyskoczył i z głośnym szczekaniem pobiegł w stronę domu
- Nie zamknąłeś bramy? Zwróciłam się do męża.
- Zamknąłem..... odpowiedział.
Poczułam dziwny niepokój. Zamek w bramie został wyłamany. Podbiegłam do werandy, która była otwarta. Z bijącym sercem weszliśmy do środka.
Na widok tego co ujrzałam zrobiło mi się słabo. W środku panował straszny bałagan. Wszystko było porozrzucane. Na podłodze leżały ubrania, szuflady w kredensie pootwierane. Spojrzałam na kufer, był pusty.
- Boże! Zawołałam przerażona - mieliśmy włamanie!
 Mąż pobiegł na górę sprawdzić czy coś jeszcze zginęło.
- Tam też byli - powiedział, lepiej żebyś tego nie widziała. Dzwonię na Policję - powiedział.
Poradziłam mężowi, żeby wstrzymał się z tym telefonem, bo przecież Grażyna pracuje w Policji i w pierwszej kolejności trzeba ją zawiadomić.
Moja znajoma była  poruszona tą wiadomością. Wyrzucała sobie, że czuje się winna tego co się stało, miała przecież doglądać mojego domu.
- Nie przypuszczałam, że zostaniecie w Krakowie na noc. Myślałam, że wrócicie zaraz w tym samym dniu - powiedziała zdenerwowana. Czy coś zginęło? Zapytała.
- Zabrali całą biżuterię - powiedziałam ze łzami w oczach.
- Boże! Nic nie ruszajcie! Zaraz tam do was przyjedziemy!
Wyszliśmy z mężem na zewnątrz. Ja płakałam a Zbyszek palił papierosa za papierosem. Po godzinie samochód policyjny podjechał na nasza posesję.  Złapałam Barego, który na widok policyjnego psa dostał dosłownie szału. Dwóch funkcjonariuszy weszło do domu, a Grażyna dołączyła do nas.
- Gdybym tylko mogła to przewidzieć - powiedziała próbując mnie uspokoić. W czasie kiedy byłam w Warszawie, było w tym rejonie kilka włamań do prywatnych domów.
- Ale skąd wiedzieli? Zapytałam.
- Myślę, że nie wiedzieli. Weszli tu po prostu, na tak zwanego czuja - wyjaśniła.
Po dwóch godzinach wyszedł do nas młody policjant zaopatrzony w notes.
- Czy może pani powiedzieć co zginęło! Zapytał.
- Tak dokładnie to nie wiem - opuściliśmy dom, żeby nie zatrzeć śladów- powiedziałam, ale jedno co mogę stwierdzić już teraz, to zginęła wartościowa biżuteria.
- Była ubezpieczona? Policjant spojrzał na mnie i zanotował coś w swoim notesie.
- Tak była ubezpieczona - odpowiedziałam, mam tu zdjęcia. Czy chce pan je zobaczyć.
- Oczywiście wszystko co może nam pomóc w tej sprawie jest bardzo ważne. Ale myślę, że postąpiła pani bardzo nierozsądnie. Jak można było trzymać takie drogie rzeczy bez zabezpieczenia, może się pani pożegnać z odszkodowaniem.
- Marek! Przestań! Wtrąciła się do rozmowy Grażyna. Możesz sobie darować swoje osobiste uwagi? Nie twoja sprawa, więc zajmij się dochodzeniem - okey?
Młody policjant wyraźnie się zmieszał słysząc słowa mojej znajomej. Na jego twarzy pojawił się lekki rumieniec. Podrapał się trzymanym w ręce długopisem po ogolonej głowie i powiedział.
- Przepraszam panią, ale takie mamy procedury. Oczywiście to nie moja sprawa. Ja tylko tak.... zupełnie osobiście.
- Nie ma o czym mówić. Sama wiem, że zawaliłam ale ta biżuteria miała być odebrana jeszcze w tym miesiącu, dlatego nie pomyślałam – wyjaśniłam.
Całe przesłuchanie trwało jeszcze dwie godziny. Musiałam opowiedzieć wszystko po kolei jak to się stało, że zostałam właścicielką skarbu, komu o tym powiedziałam i tak dalej.
 Policjanci  zakończyli swoje zadanie i odjechali. Grażyna została jeszcze na chwilę.
- Nic się nie martw - powiedziała głaszcząc mnie po ramieniu - znajdziemy ich. Mamy kilku swoich informatorów. Jak tylko ktoś będzie próbował coś sprzedać, to zaraz się o tym się dowiemy.
- Tak, ale jest też możliwość, że spróbują to przetopić wtedy nikt już mi nie pomoże!
- Nie wydaje mi się, cena złomu jest bardzo niska i myślę, że połakomią się na sprzedaż oryginałów – powiedziała Grażyna. Bądź dobrej myśli - znajdziemy ich.
Pożegnałam moją znajomą i wróciłam do domu. Tak naprawdę to nie wiedziałam od czego zacząć. Zbyszek już zdążył uprzątnąć największy bałagan, a ja usiadłam na sofie całkiem zrezygnowana. Ile razy spojrzałam na pusty kuferek, tyle razy płakałam. Musiałam zadzwonić do Karola, bo dostałam przecież zaliczkę, którą muszę oddać.
Ale znajomy Lucyny nie panikował. Uspokoił mnie, że szybko trafimy na złodziei.
- Pani Wando -  powiedział. Jeśli będą próbowali upłynnić to w Krakowie, to po nich. Mam rozległe znajomości, żadna konkretna transakcja nie pozostanie bez echa. Spokojnie! Proszę zatrzymać zaliczkę - moja w tym głowa, żeby odzyskać to co do mnie w części już należy. Ufam znajomym pani przyjaciółki, ale więcej ufam sobie - bez urazy.
Po tych optymistycznych słowach nic nam nie pozostało jak położyć się spać.
W nocy przyśniła mi się Antonina, była bardzo wzburzona, chodziła nerwowo po salonie. Ja też tam byłam, siedziałam na otomanie i płakałam. W pewnym momencie podeszła do mnie, położyła swoją dłoń na moim ramieniu mówiąc.
-To nie twoja wina, nie martw się! Wszystko niebawem  zostanie wyjaśnione, już ja się o to postaram.
Rano obudziłam się z dobrym nastawieniem i byłam prawie przekonana, że wszystko pomyślnie się zakończy.
Mijały tygodnie, a ja nadal nie miałam żadnych wiadomości  na temat skradzionej biżuterii. Aż któregoś dnia zadzwonił telefon.
To był Karol.
- Mam już pewien ślad - powiedział. W jednym z zaprzyjaźnionych sklepów z biżuterią zjawił się młody człowiek. Zostawił w komis naszyjnik z pereł - nasz naszyjnik pani Wando.
- Hi, hi - zaśmiałam się nerwowo - dobrze mu tak! Perły przynoszą nieszczęście. Mam nadzieję panie Karolu, że to dobry ślad.
- Myślę, że tak. Zawiadomiłem już Policję, mają okazję się wykazać - powiedział. Teraz to tylko kwestia czasu, musimy uzbroić się w cierpliwość.
Pozostało mi tylko czekać, dlatego wróciłam do pisania mojej książki. Przyznam, że kiedy piszę to zapominam o całym świecie. Nawet nie jestem w stanie wyliczyć spalonych obiadów. Pisząc zamykam się w świecie moich bohaterów i nic mi w tym nie jest w stanie przeszkodzić. Tylko Lucyna to potrafi zrozumieć. Moja siostra mówi, że jak jest wena to wszystko inne nie ma znaczenia.
W tygodniu przyjechali robotnicy, więc o pisaniu książki nie było już mowy. Huk, kurz i głośne rozmowy nie sprzyjały mojej wenie. Przez kilka dni miałam  Sajgon w domu. Gotowałam pracownikom, robiłam hektolitry kaw i marzyłam, żeby ten koszmar wreszcie się skończył. W końcu nastąpiła ta upragniona chwila. Zbyszek odebrał robotę i wypłacił robotników. Odetchnęliśmy z ulgą, a do domu wróciła cisza. Błogie ciepełko zrekompensowało nam przebyte trudy z remontem zabytkowych pieców.
Listopad jest miesiącem którego nie lubię, po pierwsze że jest to smutne święto, a po drugie, że ciągle pada deszcz. Ale mieszkając w moim cieplutkim, przytulnym dworku miałam w końcu czas na pisanie. Jednak w tym deszczowym miesiącu, dostałam pomyślną wiadomość od Karola. Okazało się że po nitce do kłębka policja dotarła do włamywaczy. Karol odzyskał to co do niego należało i wypłacił mi resztę należności. Na całe szczęście złodzieje okazali się amatorami, dlatego tak szybko dali się złapać. Kuferek świecił pustką, a moje konto powiększyło się o dodatkowe pieniądze.
Nareszcie nadeszła zima, nasz dworek otulony puszystym śniegiem wyglądał przepięknie. Były też te złe strony mieszkania na wsi. W mieście nic nas nie obchodziło. Zasypane chodniki i ulice sprzątali dozorcy, a tu musiał to zrobić Zbyszek, który nie zawsze był zadowolony z takiego obrotu sprawy.
Postanowiliśmy zorganizować Sylwestra na wsi. Zaprosiłam rodzinkę na przywitanie Nowego Roku w naszej posiadłości. Wigilię jak zwykle mieliśmy spędzić u mamy, bo tylko ona potrafi stworzyć wspaniałą atmosferę tego dnia.
Mój mąż ozdobił kilka jodełek rosnących przed domem w kolorowe światełka. Było naprawdę pięknie i świątecznie. Miałam jednak obawy, opuszczając dom w dniu Wigilii Bożego Narodzenia. Po ostatnich przeżyciach związanych z włamaniem czułam pewien niepokój. Postanowiliśmy, że na straży naszego dobytku zostanie ochroniarz Bary, który na każdy przejeżdżający samochód obok naszego dworku, robi niesamowity ruch. Na odchodne dostał kilka wskazówek, które cierpliwie wysłuchał przekrzywiając śmiesznie głowę.
Wigilijny wieczór jak co roku był uroczysty. Choinka, prezenty i wspaniałe potrawy wpędziły nas w dobry nastrój. Przy stole omawialiśmy pożegnanie Nowego Roku. Ja jako gospodyni ustaliłam menu. Każdy miał coś przygotować, tylko nasza seniorka została zwolniona z przygotowań, ona miała być gościem.
Pierwszy raz od wielu lat mieliśmy prawdziwą pachnącą lasem choinkę, wysoką aż po sam sufit. W tym dniu od rana zajęłam się przygotowaniami do Sylwestra. Kupiliśmy z mężem mnóstwo kolorowych baloników i serpentyn. Wiekowy salon powoli zmieniał się w salę balową. Z kuchni dochodziły zapachy przygotowanych przeze mnie potraw, a w lodówce mroził się szampan. Teraz tylko pozostało czekać na zaproszonych gości. Zaprosiłam także Asię i Grażynę z mężem, która obiecała, że przyjadą o godzinie dwudziestej, bo chcą jeszcze odwiedzić swoich znajomych z życzeniami.
Kiedy siedzieliśmy z mężem na sofie, Bary oznajmił swoim głośnym szczekaniem, że ktoś zajechał pod nasz dom. Spojrzałam przez okno i zobaczyłam pana Motykę, który właśnie wysiadał z samochodu z kuzynką Grażyny.
- Witam panie Robercie - powiedziałam otwierając bramę
- Dzień dobry pani Wando. Przedstawiam pani moją dziewczynę - powiedział patrząc z uwielbieniem na drobną szatynkę.
Młoda kobieta podeszła do mnie i podając mi swoją dłoń - powiedziała.
- Miło mi panią poznać jestem kuzynką Grażynki. Magda Sołecka - dodała
- Wanda Sewioł - powiedziałam ściskając jej drobną dłoń – zapraszam do środka.
- Mężu! Mamy gości, zawołałam otrzepując buty ze śniegu.
Pan Robert wyciągnął z reklamówki francuskiego szampana i postawił na stole w salonie - mówiąc.
- Chcieliśmy złożyć państwu serdeczne życzenia na nadchodzący  Nowy Rok. To dzięki pani, i tu zwrócił się w moją stronę, znalazłem swoje miejsce na  ziemi, a także kobietę mojego życia. Po tych słowach ujął dłoń Magdy i złożył na niej szarmancki pocałunek.
Zrobiło mi się głupio. Wskazując mu miejsce na budowę pensjonatu, miałam zupełnie inne zamiary. Teraz już wiem jak można mylnie ocenić człowieka. Na szczęście los okazał się łaskawy i wszystko dobrze się skończyło.
Robert opowiadał o pracach związanych z budową  pensjonatu i wszystko to co było do zrobienia na zewnątrz, zostało wykonane przed zimą.
- Pani Wando mam żal, że ani razu nie była pani zobaczyć jak powstaje moje królestwo odnowy biologicznej. Magdusia okazała się wspaniałym architektem. To według jej planu powstaje ta oaza spokoju  powiedział.
- No.... no, Grażyna nic nie mówiła, że ma pani takie zdolności- powiedziałam.
- Robert jak zwykle przesadza. Skończyłam studia plastyczne i tyle, ale jak państwo widzicie nie szczególnie przydało się to do mojej obecnej pracy w Gminie - powiedziała z uśmiechem na twarzy.
Sącząc schłodzonego szampana, słuchaliśmy Roberta który z wielkim zaangażowaniem opowiadał nam o swoich planach na przyszłość.
Na pożegnanie obiecaliśmy z mężem, że odwiedzimy go w najbliższym czasie.
- Popatrz - zwróciłam się do Zbyszka, jak to można się pomylić oceniając człowieka po jego wyglądzie - powiedziałam zamykając za naszymi gośćmi bramę. I tu sprawdza się powiedzenie mojej koleżanki. Opakowanie nie zawsze świadczy o zawartości.
Zbliżał się wieczór. Powoli nasi goście zaczęli się zjeżdżać. W domu zrobiło się głośno a dziewczyny moich synów okupowały łazienkę. Na szczęście zdążyłam  się ubrać przed ich przyjazdem, bo teraz nie miałabym najmniejszych szans.
Lucyna przyjechała z Tadziem i mamą. Nasza rodzicielka przyćmiła swoim wyglądem wszystkie kobiety. Jak zwykle wyglądała pięknie jak na jej lata.
Trzeba przyznać że mimo jej osiemdziesięciu pięciu lat, jest nadal bardzo atrakcyjną kobietą. Jednak miała jedną wadę, jak zwykle marudziła ale już zdążyliśmy się do tego przyzwyczaić.
Marcin przywiózł ze sobą odtwarzacz i puścił muzykę. Siedzieliśmy przy stole a nogi same rwały się do tańca. Jako gospodarze, pierwszym tańcem rozpoczęliśmy bal sylwestrowy. Tylko Bary nie był szczególnie zadowolony, głośna muzyka zmusiła go do opuszczenia salonu. Z podkulonym ogonem pobiegł na piętro, zaszywając się w moim pokoju.
Grażyna wraz z mężem zjawiła się punktualnie o dwudziestej. Patrzyłam z przyjemnością na tańczące pary. Nasi synowie w związku ze zbliżającym się ślubem zapisali się na kurs tańca bo teraz taka moda. My z mężem podrygiwaliśmy w starym stylu i myślę, że nam też przydałoby się parę lekcji.
Krzysiek okazał się naprawdę dobrym tancerzem. Nie powiedział ani słowa kiedy deptałam mu po stopach, jednak widziałam w jego oczach cierpienie jakie niestety zadawałam mu z każdym krokiem.
Zbliżała się godzina dwunasta, wskazówki na antycznym zegarze w salonie, leniwie przesuwały się w kierunku godziny zero. Panowie przygotowali butelki z szampanem i petardy które mięliśmy odpalić na zewnątrz.
Na szczęście przestał padać śnieg, noc była wyjątkowo jasna, na niebie świeciły gwiazdy. To była cudowna sylwestrowa noc.
Wybiła dwunasta, strzelały korki od szampana, złożyliśmy sobie wszyscy życzenia pomyślnego Nowego Roku i wyszliśmy na zewnątrz. Panowie odpalali petardy, było na co popatrzeć. W mieście nie da się zorganizować takiego pokazu sztucznych ogni, dlatego pomyślałam sobie w tym momencie o Antoninie i Konstancji, to dzięki tym kobietom mogę się tym wszystkim cieszyć. Kiedy wystrzeliła ostatnia petarda, wróciliśmy z mężem do domu. Musiałam przygotować coś na ciepło, bo przyznam że trochę zmarzliśmy. Oczywiście młodzi zostali na zewnątrz. Patrzyłam przez okno w kuchni jak próbują ulepić ze śniegu bałwana, ale nic im z tego nie wyszło, ze względu na siarczysty mróz Zajrzałam jeszcze do salonu. Świece prawie się dopalały więc wymieniłam na nowe i w tym momencie poczułam znajomy zapach, to były fiołki. Usiadłam na sofie i przetarłam oczy, obok mnie siedziała Antonina i  Konstancja.
- Jak widzisz Wando, dotrzymałam danego ci słowa. Ostatni raz nas widzisz – powiedziała Antonina.
Konstancja wstała z fotela i podeszła do mnie. Poczułam chłód i dostałam dziwnych dreszczy, po prostu trzęsłam się jak galareta. Dziewczyna zdjęła z siebie delikatny wełniany szal i okryła moje plecy.
- Cieplej? - Zapytała nachylając się nade mną. Dzięki tobie jesteśmy z mamą bardzo szczęśliwe, o takim domu zawsze marzyłyśmy. Jednak to były inne czasy, dałabym wszystko, żeby teraz być tu z wami- powiedziała ocierając łzy. Bądź szczęśliwa.
Po tych słowach obie kobiety, skierowały swoje kroki w stronę drzwi. Zostałam w salonie sama, sprawdziłam ręką czy nadal mam na sobie szal. Nie miałam, ale było mi wyjątkowo ciepło.

http://wandasewiol.blogspot.com/p/spenione-marzenia_1.html



Prześlij komentarz