niedziela, 9 marca 2014

Spelnione marzenia (fragment 16)


Przez uchylone drzwi od kuchni, obserwowałyśmy z siostrą pana Jakuba, który w całkowitym milczeniu przeglądał listy.
- I co pan na to? Zapytałam stawiając na stole szklanki sokiem pomarańczowym.
- Jak to się stało, że jest pani w posiadaniu tych listów? Zapytał odkładając pożółkłe kartki na blat stołu.
Pan Jaskólski wysłuchał mojej opowieści. Kiedy skończyłam, powiedział.
- Wygląda na to, że autor tych listów to mój przodek. Głos mu drżał z przejęcia. W takim razie mamy sobie wiele do powiedzenia – dodał. Miałem jakieś dwanaście lat, kiedy dziadek opowiedział mi swoją historię. Czekał, aż dwanaście lat, by to z siebie wyrzucić. Może uznał, że w tym wieku zrozumiem, co przeżył. Myślę, że nigdy nie kochał babci tak jak powinien, ale zawsze ją bardzo szanował. Gdyby wtedy wiedział, że jego ukochana żyje i gdyby wiedział, że ma córkę, pewnie inaczej potoczyły by się jego losy. To straszne co zrobili rodzice tej kobiety – powiedział, trzymając w ręku medalion ze zdjęciem Antoniny.
- A tak wyglądała córka pana dziadka – odezwała się Lucyna podając medalion z fotografią Konstancji.
W salonie zapanowało milczenie. Nikt nie śmiał przerwać tej wzruszającej sceny. Starszy pan miał łzy w oczach. Czy to możliwe? Żeby tak zachowywał się prawie siedemdziesięcioletni mężczyzna?.
- Najważniejsze, że nawiązaliśmy kontakt – powiedziałam. A co pan sądzi o figurkach? Czy nie uważa pan, że Konstancja odziedziczyła talent rzeźbiarski po swoim ojcu, czyli  po pana dziadku? Zapytałam.
- Na to wygląda – odpowiedział. I nie tylko ona lubiła rzeźbić. Mój ojciec robił piękne meble a i ja też mam coś z dziadka Marcela – powiedział. Skończyłem Liceum plastyczne i gdyby nie to, że w tych czasach trzeba było należeć do Partii, moje życie potoczyłoby się innym torem. Pracowałem w biurze projektów i miałem okazję zrobić studia. Niestety, musiałbym zapisać się do Partii, jednak to było wbrew moim przekonaniom. Dlatego nigdy nie uzupełniłem swojego wykształcenia. Ale na całe szczęście nawiązałem kontakty z władzami kościoła, dzięki którym mogłem sobie dorabiać po godzinach. Zresztą do dziś to robię, może już nie na taką skalę jak kiedyś, ale nadal mam zlecenia od księży.
- A co pan robi panie Jakubie? Zapytała Lucyna.
- Odnawiam herby kościelne, obrazy świętych a ostatnio pracuję nad ołtarzem w jednym z krakowskich kościołów – powiedział.
- To fascynujące! Zawołałam. Zazdroszczę panu takiej pasji.
- To prawda, jest czego zazdrościć - powiedział Jakub z uśmiechem na twarzy. Kocham tę pracę i nie ukrywam, że dzięki niej mogę sobie pozwolić na lepsze życie. Ale przejdźmy do sedna sprawy. Jeśli panie pozwolą to zadzwonię teraz do córki. Ucieszy się na pewno, jak przekażę jej wiadomość o naszym spotkaniu – powiedział. Po czym wstał z sofy i wykręcając numer telefonu, wyszedł do ogrodu.
- Co o nim sądzisz? – Zapytała siostra, kiedy zostałyśmy same.
- Sympatyczny – odparłam. Szkoda, że nie wiemy jak wyglądał Marcel, bo być może on ma  coś z niego, na przykład nos lub oczy. Ech.... nie dowiemy się już tego – powiedziałam lekko zawiedziona.
Po kilkunastu minutach, Jakub wrócił do salonu z wiadomością, że jego córka Basia chciałaby nas poznać. Oczywiście z wielkim entuzjazmem przyjęłyśmy tę wiadomość i umówiliśmy się na następną sobotę.
Pan Jakub tłumacząc się obowiązkami, pożegnał się z nami i odjechał.
To było sympatyczne spotkanie. Jeszcze przez chwilę oglądałyśmy rzeźby, pozostawione przez mężczyznę, który uznał, że tu jest ich miejsce.
Po wyjeździe Jakuba moja siostra, oddala się błogiemu leniuchowaniu, a ja wróciłam do swoich domowych obowiązków. W chwili kiedy podlewałam kwiaty, zobaczyłam  nadjeżdżający samochód męża.
- Hej, żono! – zawołał wysiadając z auta. Otwórz szeroko bramę!
Zdziwiona wykonałam jego polecenie, bo nigdy nie wjeżdżał samochodem na teren posesji.
- O co chodzi? Zapytałam.
- Zaraz zobaczysz – odpowiedział kierując wzrok w stronę drogi.
W pewnej chwili na horyzoncie pojawił się dostawczy samochód. Kierowca zwolnił i na wyciszonym silniku podjechał pod naszą bramę.
- Dobrze trafiłem? Zapytał młody mężczyzna, wychodzacy z samochodu.
- Zgadza się – odpowiedział Zbyszek. Proszę wjechać do środka – dodał.
Z przerażeniem obserwowałam jak koła samochodu niszczą wypielęgnowaną, świeżo skoszoną  trawę. Kierowca podniósł plandekę i zwinnie wskoczył  do środka samochodu.
- Ma pan jakiś wózek? Zapytał.
- Wózka nie mam, muszą wystarczyć taczki – powiedział mąż i ruszył w stronę przybudówki z narzędziami ogrodniczymi.
- A.... co tu się dzieje? Spytała siostra rozbudzona ruchem panującym w ogrodzie.
- Sama nie wiem – wyjaśniłam. Ale zaraz się przekonamy.
Zbyszek z pomocą kierowcy wyciągnął z samochodu kamienną figurkę małej dziewczynki. Po ustawieniu jej na ziemi, aż krzyknęłam z zachwytu.
- O rany! Zbyszek! Jakie to piękne! Zawołałam.
 Kamienna postać dziewczynki, trzymająca w jednej ręce, konewkę a w drugiej  kapelusz, wykona została z piaskowca. Całość tej urokliwej fontanny, uzupełniała głęboka misa na wodę.
- Aż boję się zapytać ile dałeś za to? Powiedziałam. Ale choćby kosztowała majątek, nie miało to dla mnie żadnego znaczenia. Taka ozdoba w ogrodzie była zawsze moim marzeniem.
- Podoba ci się? Zapytał mąż.
- Czy mi się podoba? Kochanie! Jestem zachwycona! – zawołałam.
- No.... szwagier..... potrafisz zaskakiwać - odezwała się Lucyna, obchodząc wokół, mierzącą jakieś półtora metra fontannę. To naprawdę piękna ozdoba do ogrodu i idealnie pasuje do waszego dworku. Cofam moje słowa krytyki na temat zadaszenia. To przecież tylko na czas przyjęcia, hi, hi. A fontanna, jest naprawdę piękna. Przyjmij moje słowa uznania. Gdzie ty chłopie to zdobyłeś? Zapytała.
- Zaraz wam wszystko powiem, tylko rozliczę się z panem – wyjaśnił mąż i płacąc kierowcy za usługę, zamknął bramę za odjeżdżającym samochodem.
- To co....? Chyba należy oblać nasz nowy nabytek – powiedziałam. Po szklaneczce ginu z tonikiem?
- Jesteśmy za!
Rozsiedliśmy się wygodnie w leszczynowym zagajniku i popijając schłodzony trunek, zastanawialiśmy się w którym miejscu ustawić fontannę.
- Ja myślę, że najodpowiedniejsze miejsce dla niej będzie tam przy różach – powiedział Zbyszek. Nie muszę dużo kopać. Bo przecież, by działała trzeba zrobić dojście do wody – wyjaśnił.
Zaopatrzeni w szklaneczki z ginem, podeszliśmy do krzewu z różami.
- To dobry pomysł – zwróciłam się do męża. Dziewczynka z konewką i róże, to idealne połączenie. Kiedy ją zainstalujesz? Zapytałam z nadzieją w głosie.
- Na wszystko przyjdzie czas. Dzisiaj możesz ją tylko podziwiać – powiedział Zbyszek. Jutro jak pogoda dopisze przystąpię do pracy, a teraz mam zamiar odpocząć.
- Ale nie powiedziałeś nam, skąd ją zdobyłeś? Zwróciłam się do męża.
- A tak... jakoś mi to umknęło. Mam znajomego, który prowadzi zakład kamieniarski. Specjalizuje się w ozdobach ogrodowych. Wanda! Ile tam różności. Kilkumetrowe posągi, duże i małe fontanny. To wszystko wykonane z różnorodnego materiału. Te z marmuru były piekielnie drogie, więc mogłem sobie tylko pomarzyć. Były tam też postaci z brązu, ale nie naszą kieszeń. Te z piaskowca były najtańsze, dlatego na jedną z nich się zdecydowałem – powiedział.
- To bardzo dobra decyzja – powiedziała Lucyna. Nawet nie wiecie jak wam zazdroszczę – dodała prawie szeptem.
- Siostra, głowa do góry – próbowałam jakoś ją pocieszyć. Nasz dworek, to i twój dworek. Masz tu swój pokój i możesz w każdej chwili z niego korzystać, więc skąd ta smutna mina? Zapytałam. Możesz się przecież do nas przeprowadzić, jest na tyle miejsca, że i dla ciebie wystarczy – powiedziałam.
- Przestań - Lucyna szepnęła mi do ucha, wykorzystując nieuwagę Zbyszka. Już widzę radość w oczach twojego męża, hi, hi. Ale dzięki za propozycję – powiedziała całując mnie w policzek.
Związek mojej siostry z Tadeuszem, był związkiem na odległość. Ona w Krakowie on w Warszawie. Żadne z nich nie miało jak do tej pory w planach przeprowadzki. Tadeusz nie chciał opuścić swojego rodzinnego domu a Lucyna miała tu wielu znajomych, dzieci, co prawda już na swoim, ale w pobliżu i naszą mamę, która nie chciała nawet słyszeć o ewentualnej przeprowadzce. Wszędzie dobrze, ale najlepiej w domu - mówiła za każdym razem, kiedy opuszczała mój dworek.
Zbyszek oznajmił nam, że musi się na chwile położyć, więc zostałyśmy same. Uzupełniłam puste szklanki ginem i wraz z siostrą miałyśmy w końcu czas na swobodne plotkowanie. Tak byłyśmy zajęte rozmową, że nie zauważyłyśmy, kiedy zrobiło się późno. W ogrodzie panował już wieczorny chłód i musiałyśmy opuścić leszczynowy zagajnik. W salonie zapaliłam w kominku i zostawiając siostrę z książką ręku, poszłam do kuchni, przygotować kolację.
Dzisiejszy dzień obfity w wrażenia spowodował, że tuż po posiłku położyliśmy się wcześniej do łóżek.
Tej nocy spaliśmy z mężem osobno. On postanowił skorzystać z gościnnego pokoju, a ja zostałam w salonie. Przewracałam się z boku na bok i za nic nie mogłam usnąć. Myślałam o naszym nowym nabytku. Ta fontanna, to świetny pomysł na ozdobę mojego ogrodu. Już nie mogłam się doczekać jutra.
Na zegarze wybiła dwunasta w nocy, a ja nadal nie mogłam usnąć. Zarzuciłam na siebie welurowy szlafrok i włączyłam laptopa. Ciekawa jestem co u moich internetowych koleżanek? Pomyślałam, przeglądając posty. Dziewczyny były wyjątkowo aktywne. Na jednym z wątków założonym przez Klaudynkę, było kilkanaście wpisów. Tam pisze się wierszem. Byłam pod wielkim wrażeniem talentu tych kobiet. Ich humorystyczne wierszyki,  prawie doprowadziły mnie do łez. Dawno się tak nie uśmiałam. Przyznam, że zżyłam się z tymi dziewczynami. Nigdy nie pytałam ile mają lat, bo nie było takiej potrzeby, ale sądząc po ich wpisach wyglądało na to, że jesteśmy w tej samej grupie wiekowej.
A gdyby tak je zaprosić do siebie? Przeszło mi przez myśl. Co prawda, mieszkałyśmy w różnych rejonach Polski, ale to w końcu Polska, więc dlaczego nie? Napisałam ogólnego maila z zaproszeniem do mojego dworku. Z natury, jestem osobą towarzyską i przyznam, że odkąd przeprowadziłam się na wieś, brakowało mi kontaktów z ludźmi. Jak do tej pory gościłam tu tylko rodzinę i czasami Grażynę z mężem. Czas to zmienić – pomyślałam.
Rano byłam pierwsza na nogach. Zajęłam się przygotowaniem śniadania dla moich bliskich. Wyjrzałam przez okno. Słońce wyjątkowo wcześnie wstało. Z przyjemnością obserwowałam jak jego pierwsze promienie, oświetlają małą kamienną dziewczynkę z konewką. Wśród rozwiniętych czerwonych róż, wyglądała imponująco.
- Czuję kawusię – usłyszałam głos męża tuż za plecami. Ranny ptaszek z ciebie żono powiedział, całując mnie na dzień dobry. A Lucyna jeszcze śpi? Zapytał siadając przy stole.
- Wiesz jaki z niej śpioch – odpowiedziałam. Zjemy we dwójkę, bo nie sądzę, żeby się zaraz tu pojawiła.
Podczas śniadania zapytałam męża, co sądzi o ewentualnym zaproszeniu moich znajomych z Internetu.
- Przecież nie znasz osobiście tych kobiet, więc skąd ten pomysł? Zapytał sięgając po kanapkę z pastą jajeczną. Dobre to.... dawno nie robiłaś takiej pasty, jest o niebo lepsza, niż te nasączone wodą wędliny – powiedział.
- Kochanie - ja tu o moich planach, a ty o jedzeniu, no przestań – przerwałam mężowi. Pytam tylko, czy nie masz nic przeciwko temu, jeśli zorganizuję takie spotkanie. Być może nie skorzystają z niego, ale chcę spróbować.
- Hi, hi, zbędne to pytanie Wandula i tak zrobisz po swojemu – powiedział  rozbawiony. Ale daj znać, kiedy ustalisz termin zlotu czarownic, bo muszę sobie jakoś zaplanować czas – dodał.
Miałam pozwolenie, więc  nie marnując czasu postanowiłam kuć żelazo, póki gorące.
- Kiedy zajmiesz się fontanną? Zapytałam przytulając się do męża. Bo wiesz.... fajnie by było, gdyby już działała zanim je tu zaproszę.
- Spokojnie kobieto! Dopiero ją wczoraj kupiłem i na dodatek jest siódma rano – powiedział Zbyszek uwalniając się z moich objęć.
Mimo wczesnej pory byłam pewna, że mój mąż zrobi wszystko, żeby zrobić mi przyjemność i zaraz po wypiciu porannej kawy weźmie się do pracy. Nie myliłam się, kiedy zobaczyłam go przebranego w flanelową koszulę i wytarte dżinsy.
- No.... to kochaniutka wskakuj w roboczy strój, bo potrzebny mi pomocnik – powiedział wychodząc na zewnątrz.
Bary natychmiast skorzystał z otwartych drzwi i podążył za swoim panem.
Zajrzałam szybko na mój wczorajszy wpis i z radością odczytałam potwierdzenie zaproszenia przez, Klaudynkę, Raję i Mery. Super – pomyślałam. W końcu poznamy się w realu. Wyłączyłam laptopa i przebrana, dołączyłam do męża, który robił już jakieś pomiary w ogrodzie. Moja pomoc jak na razie ograniczała się tylko do obserwowania męża.
Po godzinie kopania w ziemi, Zbyszek ułożył gumową rurę doprowadzającą wodę do fontanny. Ja tymczasem wróciłam do kuchni. Lucyna już wstała i właśnie kończyła śniadanie, kiedy tam weszłam.
- Dobrze spałaś? Zapytałam siadając obok siostry.
- Tak sobie – odpowiedziała przeciągając się leniwie. Musisz coś zrobić z tymi komarami - patrz jak mnie pogryzły – powiedziała pokazując mi kilka ukąszeń na rękach. Są przecież jakieś preparaty na te owady? Dlaczego do tej pory o tym nie pomyślałaś? Zapytała, drapiąc zaczerwienione miejsca.
- To są uroki wiejskiego życia – wyjaśniłam siostrze. Ale masz rację, muszę coś kupić. Podobno są takie wtyczki z preparatem odstraszającym komary, które instaluje się w kontaktach. Może wybierzemy się na rowerach do sklepu? Co ty na to? Zapytałam.
Siostra przystała na moją propozycję.
- Dokąd się panie wybierają? Zapytał Zbyszek, widząc jak wyciągamy rowery z przybudówki.
- Jedziemy do miasta – powiedziałam sprawdzając powietrze w kołach. Musimy kupić świeży chleb i coś na komary. Nasza hrabianka Lucyna ma błękitną krew i w związku z tym przyciąga komary z całej wioski – dodałam.
-To nie jest śmieszne – powiedziała siostra z obrażoną miną. Za dwa dni mam spotkanie z czytelniczkami i będę musiała ubrać coś na siebie z długimi rękawami.
Żal mi się jej zrobiło, więc darowałam sobie już moje żarty. Faktycznie to był dla niej duży problem.
Na całe szczęście znalazłyśmy w sklepie, to czego szukałam. Kupiłam kilka sztuk takich wtyczek i zapewniłam Lucynę, że rozpoczynamy walkę z insektami.
Do domu wróciłyśmy po dwóch godzinach.
- Dobrze, że już jesteście! Zawołał Zbyszek. Chciałem zrobić próbę wody, więc niech któraś z was odkręci zawór pod zlewem w kuchni – powiedział dokręcając uszczelkę przy kamiennej misie.
- Już można! Krzyknęłam przez okno.
- Tak, odkręcaj – zawołał mąż.
- O rany! Działa! Krzyknęłam zachwycona widokiem rozpryskującej się wody, z małych kanalików umieszczonych wewnątrz misy.
To był wspaniały widok. Kamienna dziewczynka z konewką i krople wody na płatkach róż sprawiły, że nie można było oderwać oczu od fontanny. Jednak mąż nie pozwolił nam się długo cieszyć. Musiałam wrócić do kuchni i zakręcić wodę, bo to była tylko próba. Teraz czekała go największa praca. Trzeba było zabezpieczyć przed zimą gumowy wąż, ułożony w wykopie i dobrze zamontować misę.
Zaproponowałam przerwę, widząc zmęczenie na twarzy mojego lubego.
- Ok. – powiedział Zbyszek, odkładając narzędzia na usypany kopczyk ziemi. Odpocznę chwilkę.
Zostawiłam męża w ogrodzie i poszłam sprawdzić, czy moje internetowe koleżanki są już gotowe na wizytę u mnie.
Miałam potwierdzenie. Pierwszy wpis był od Klaudii.

********************************************************************************
Paniusiu..... dla wyjaśnienia, taki mam ps. Na tym forum.
Już nie mogę się doczekać tego sabaciku czarownic w Twoim dworku...... w takim towarzystwie. Pliss..... o odpowiednią suknię z wypożyczalni twojej koleżanki..... koniecznie z dekoltem.

 Witam pantusiu. Za zaproszenie dziękuję i oczywiście przyjadę z przyjemnością. Wpisz na forum datę spotkania, a kto przyjedzie, niech pozostanie do końca niespodzianką – napisała Raja.

I trzeci wpis.
Dziękuję za zaproszenie, z wielką przyjemnością przyjadę i do każdej daty się dostosuję – to była Mery.
********************************************************************************

I co, nie są kapitalne? – Pomyślałam czytając ich wpisy. Kiedyś nudząc się trafiłam na to forum kobiece i okazało się, że w Internecie można znaleźć pokrewne dusze. Spotykamy się tam w wirtualnej kawiarence. Plotkujemy, wymieniamy doświadczenia, przekazujemy sobie przepisy i porady. Oczywiście nie zawsze jest tak pięknie. Nasze forum przeszło przez sito i zostały tylko te kobiety, które potrafią się dostosować do reguł. Na moje zaproszenie, odpowiedziały trzy z nich, które szczerze polubiłam. Ale co innego wirtualna znajomość a co innego real. Zobaczymy. Jedno jest pewne, ja jestem totalnie zakręcona i lubię takie wyzwania.
Teraz pozostało mi ustalenie terminu. Sobotę zarezerwowałam już dla pana Jakuba z córką, wiec spotkanie z dziewczynami mogło się odbyć w następnym tygodniu. Napisałam do nich i wyłączyłam komputer, bo zadzwonił telefon.
- Halo.... Jakub Jaskulski z tej strony – usłyszałam znajomy głos.
- Tak.... witam panie Jakubie – odpowiedziałam.
- Przepraszam pani Wando, ale musimy odłożyć nasze spotkanie na następny tydzień, jeśli nie ma pani nic przeciwko temu – powiedział. Niestety plany mojej córki uległy zmianie i nie może przyjechać w tę sobotę, dlatego dzwonię.
- Oczywiście rozumiem – odpowiedziałam. Czyli wstępnie umawiamy się na przyszły tydzień.
- Tak - myślę, że już nic nie stanie nam na przeszkodzie, by się spotkać – powiedział mężczyzna z ulgą w głosie.
Po skończonej rozmowie włączyłam ponownie laptopa i zaprosiłam dziewczyny do siebie na  najbliższą sobotę.
Miałam dwa dni na przygotowanie się do naszego zlotu. Po pierwsze, musiałam odebrać suknię z wypożyczalni. Po drugie, zrobić listę zakupów na ten dzień. Miałam w planie upiec ciasto z truskawkami a na obiad rosół z prawdziwej wiejskiej kury i cielęcinę w sosie borowikowym. Do tego zaplanowałam dwa rodzaje wina. Jedno wytrawne do mięsa a drugie, deserowe do ciasta. Jeśli pogoda na to pozwoli, będziemy biesiadować w ogrodzie. Ale gdy moje plany pokrzyżuje deszcz, to Zbyszek rozłoży plandekę i będzie dobrze.
W sobotę wstałam bardzo wcześnie i zabrałam się do przygotowań związanych z przyjazdem moich gości.  Zerwałam kwiaty i wypróbowałam swoje szklane misy, które mają ozdobić stoły na weselne przyjęcie. Przyznam, że pomysł na taką dekorację okazał się trafiony. Odcięte główki kolorowych kwiatów, zanurzone w wodzie z rzecznymi kamykami, wyglądały po prostu ślicznie.
Rozłożyliśmy z mężem jeden z drewnianych stołów i nakryliśmy koronkowym białym obrusem, który podarowała mi mama w prezencie. Ustawiłam symetrycznie świeczniki i rozłożyłam rodową zastawę po naszej babci. Ten serwis używałam tylko na specjalne okazje. Zastawa przechodziła z rąk do rąk, kolejnym pokoleniom. Ten serwis to istne cudo. Wykonany został z delikatnej porcelany z motywem pięknych chabrów na obrzeżach. Sztućce też miałam wiekowe. Pan Józiu kiedyś zostawił dla mnie taki komplet. Niestety nie był srebrny, ale mnie to w żaden sposób nie przeszkadzało. Po wypolerowaniu, prezentował się okazale.
Ciasto stygło na werandzie, a cielęcina rozpływała się po prostu w ustach. Obrałam do tego malutkie młode ziemniaczki i przygotowałam sałatę w sosie winegret.
Kiedy wszystko było zapięte na ostatni guzik, poszłam do ogrodu pożegnać się z mężem.
- To ja wrócę jutro – powiedział wsiadając do samochodu. Tylko zostawcie mi coś z tych dobroci – dodał całując mnie w policzek.
- Oczywiście, że ci zostawimy! Krzyknęłam za odjeżdżającym samochodem.
Zostaliśmy z Barym sami na gospodarstwie. Przywołałam psa do siebie i kiedy usiadł przy mnie, zwróciłam się do niego.
- Pamiętaj - mamy dziś ważnych gości, żebyś mi wstydu nie przyniósł.
Bary patrzył na mnie zdziwiony i przekrzywiając śmiesznie głowę, próbował zrozumieć, co od niego chcę.
Nie sadzę, by zrozumiał. Znudzony podszedł do bramy i położył się w cieniu, bo słońce w tym dniu wyjątkowo mocno grzało.
Teraz nadszedł czas tylko dla mnie. Włosy uczesałam w koka, w który wpięłam srebrny diadem z krótką tiulową woalką. Koleżanka z wypożyczalni sukien teatralnych, wyszukała mi szykowną suknię. Kiedy założyłam ją na siebie, aż oniemiałam z wrażenia. Wyglądałam pięknie. Gorset podkreślał idealnie moją talię. Suknię wykonano z cieniutkiej tafty w kolorze bordo. Rękawy sięgające do łokci, wykończone były delikatną koronką. Kiedy tak stałam przed lustrem, podziwiając mój strój, usłyszałam szczekanie Barego.
- Pewnie przyjechały – pomyślałam i chwytając brzegi sukni, pobiegłam do ogrodu.
Przed bramą zatrzymał się samochód z którego wyszły dwie damy.
- Czy dobrze trafiłyśmy? Powiedziała jedna z nich, ubrana w zieloną suknię i koronkowy kapelusz, ozdobiony sztucznymi kwiatami, spod którego wystawały rude loki. Jestem Raja – zwróciła się do mnie, trzepocząc kokieteryjnie sztucznymi rzęsami.
- A ja jestem Klaudyna – powiedziała druga z dam, rozkładając białą koronkową parasolkę. Jak tu pięknie - dodała i ujmując jak przystało na damę, fałdy swojej niebieskiej sukni podeszła do mnie. Czy długo jaśnie pani będzie nas trzymać w progu? Zapytała wydymając śmiesznie usta.
Nie mogłam się powstrzymać od śmiechu. Dziewczyny tak odgrywały swoje scenki, że lepiej nie zrobiłyby to wytrawne aktorki.
- Czy łaskawe panie mogłyby poczekać na mnie – usłyszałam głos z samochodu. Zaplątałam się kurde w te falbany – powiedziała.
- Ależ kochaniutka - odezwała się Raja. A cóż to za słownictwo – dodała ze zgorszona miną.
- Och.... panie wybaczą – powiedziała kobieta wyłaniająca się z samochodu. Hi, hi, jak te damy w tym chodziły, toż to istna męczarnia. Jestem Mery – zwróciła się do mnie, poprawiając przekrzywioną perukę na głowie.
Stałyśmy jeszcze chwilę przed bramą, zaśmiewając się do łez. Bary miotał się między nami, obszczekując każdą z osobna.
- Zapraszam do środka – powiedziałam ocierając łzy. Widzę, że poważnie potraktowałyście moje zaproszenie. Tak się cieszę dziewczyny, że was poznałam.
- Zostawiłam damy w ogrodzie i wróciłam do kuchni. Przez okno, obserwowałam jak podziwiają wystrój mojego ogrodu.
- Podano do stołu – zwróciłam się do rozgadanych kobiet. Dałam dziś wolne służbie – dodałam, stawiając wazę z gorącym rosołem.
Podczas obiadu rozmawiałyśmy o naszych rodzinach, dzieciach, wnukach i pracy. To dziwne, ale tak dobrze czułyśmy się  w swoim towarzystwie, jakbyśmy znały się od wielu lat.
- Co się tak wiercisz jakby cię mrówki oblazły - szepnęła Raja do Klaudi.
- Kurde.... piją mnie te cholerne druty, a pantalony mają za obcisłą gumkę i chyba mi przetną łydkę – odparła Klaudia, trzymając mimo wszystko fason.
- O rany!! Ale się objadłam – wtrąciła się Mery.
- Kochane panie - wasz język mnie razi – powiedziała Raja, wachlując się gałązką leszczyny. Zapomniałyście o dobrych manierach? – dodała, wyciągając z małej torebki, haftowaną chusteczkę.
- Ale.... czy musimy się tak męczyć? Ten cholerny gorset, tak mnie ciśnie, że zaraz ducha wyzionę – powiedziała Klaudia.
- Hi, hi, robimy przerwę – zaproponowałam udręczonym przyjaciółkom.
 Po obiedzie postanowiłyśmy zjeść deser w leszczynowym zagajniku. Przebrane już w sportowe ciuchy, rozsiadłyśmy się na kamiennych ławach i popijając czerwone wino, rozmawiałyśmy o moim dworku.
- To ciekawe – powiedziała Raja. Znalazłaś skarb, a to przecież zdarza się tylko w bajkach.
- Nie koniecznie tylko w bajkach – wtrąciła Klaudia. Mało to się czyta o ukrytych kosztownościach w starych domach, albo pieniądzach zamurowanych w ścianie. Wszystko jest możliwe, tylko trzeba mieć szczęście i tyle.
- Tak to prawda – do rozmowy włączyła się Mery. Wanda miała to szczęście i dzięki temu mamy możliwość spędzić tu niezapomniane chwile w stylu Retro.
- To w takim razie zapraszam was kobietki do obejrzenia całego domu – powiedziałam.
Zwiedzanie zaczęłyśmy od góry. Dziewczyny podziwiały pokoje moich synów. Mój, kolorystycznie pasował do sukni, którą miałam na dzisiejszym spotkaniu.
- Widzę, że lubisz bordowy kolor, nawet suknię masz w tej tonacji. – stwierdziła Raja.
- To prawda - lubię ten kolor, ale ta kiecka to tylko zbieg okoliczności. Po prostu jedyna w nią udało mi się wcisnąć.
Po obejrzeniu piętra, zeszłyśmy do salonu. Napaliłam w kominku i zapaliłam świece. Na dworze panował już zmrok.
Oczywiście dziewczyny obiecały zostać u mnie na noc. Każda z nich wybrała sobie pokój, ale nie spieszyło im się do łóżek.
Z podkulonym nogami usiadły na sofie.
- To są  listy o których wam opowiadałam – powiedziałam kładąc na stole pożółkłe kartki.
Kiedy dziewczyny zajęły się czytaniem korespondencji z przed stu lat, ja postanowiłam w tym czasie przygotować świeżą pościel dla moich gości.
- I co o tym sądzicie? – Zapytałam wchodząc do salonu.
- To straszne co zrobili jej rodzice – powiedziała Raja, trzymając w ręku medalion ze zdjęciem Antoniny. Młodzi żyli daleko od siebie, nie wiedząc nic o sobie. To bardzo smutne, że Konstancja nigdy nie poznała swojego ojca, a Antonina umarła z myślą, że jej ukochany zapomniał o niej. Boże jakie to smutne – dodała.
- Wygląda na to, że te kobiety ktoś przeklął. Matka nieszczęśliwa w miłości, a córka umiera w chwili, kiedy ktoś ją pokochał – wyznała ze smutkiem w głosie Klaudia. Ciekawa jestem czy ten młody medyk długo rozpaczał, po stracie ukochanej.
- Za mało mam informacji na ten temat – powiedziałam siadając obok dziewczyn. Spróbuję się jeszcze coś dowiedzieć w tej kwestii, ale nie sądzę, żeby to było możliwe. Ten młody chłopak był za krótko z Konstancją. Chyba, że odnajdę kogoś ze służby. Jedynie służąca, lub guwernantka mogła coś zapamiętać z tego okresu i przekazać dalej. Myślę, że życia mi nie starczy na poszukiwania – dodałam.
- Przynajmniej spróbuj – wtrąciła Mery. Ale tak prawdę mówiąc, to zazdroszczę ci tego, że masz możliwość zgłębienia tej tajemnicy.
Korciło mnie, żeby zdradzić im moje niewytłumaczalne spotkania z duchami tych hrabianek, ale miałam obawy jak na to zareagują.
- Gdzieś jest przeciąg – powiedziała Raja, spoglądając w stronę okna. Świece zgasły – dodała.
Przeszły mi ciarki po plecach. Wszystkie okna były pozamykane, ze względu na uciążliwe komary. Spojrzałam na stojące na stole świeczniki i stwierdziłam z przerażeniem, że świece się nie palą i tylko ogień z kominka oświetlał wnętrze salonu.
- Gdzie kupiłaś te świece zapachowe? Zapytała Mery. Tu pachnie fiołkami, – dodała.
Nie myliła się. W salonie wyraźnie czuć było zapach fiołków. Ona tu jest.... – pomyślałam, nie mogąc wydobyć z siebie głosu.
- Źle się czujesz? Zapytała Raja, zaniepokojona moim milczeniem. Tak jakoś zbladłaś, widzę to mimo słabego światła.
Na trzęsących się nogach, nachyliłam się nad świecznikiem, ale zanim wyciągnęłam zapałkę z pudełka, świece same się zapaliły.
- Kurcze! Duchy jakieś czy co? Powiedziała przerażona Raja.
- Przestań fantazjować wtrąciła Klaudia. Nigdy nie miałaś urodzin? Teraz robią takie czarodziejskie świeczki, że dmuchasz na nie, a one po chwili się same zapalają.
- Widzę, że muszę wam jeszcze coś wyjawić – zwróciłam się do dziewczyn. Ale to co teraz powiem, możecie uznać za niewiarygodne, jednak zaryzykuję.
Opowiedziałam im o moich dziwnych spotkaniach z Antoniną, o zapachu fiołków i dziwnych zjawiskach objawiających się w tym dworze. Na koniec, wyjaśniłam, że mam dużą wyobraźnię i to o czym teraz mówię, może być tylko jej wytworem.
W salonie zapanowało milczenie.
- Wyobraźnia, wyobraźnią, ale tu bezapelacyjnie pachnie fiołkami. Brrr..... strach mnie obleciał – powiedziała Mery kuląc się jak małe dziecko.
- Teraz już wiecie wszystko – zwróciłam się do wystraszonych kobiet. Sama nie wiem co mam o tym sądzić. Hi, hi, dziewczyny! Nie bójcie się - jeśli ten dom nawiedzany jest przez duchy, to są to dobre duchy i nic wam nie grozi z ich strony – zapewniłam.
Jednak mimo moich zapewnień dziewczyny postanowiły, że będą spały razem w jednym pokoju.
- Wiesz Wanda – będzie nam raźniej – powiedziała Raja, rozglądając się po salonie.
- Ja też tak sądzę – dodała Klaudyna. Nie przywykłam do obcowania z duchami.
- Oczywiście, jak sobie życzycie tak będzie. Pościelę wam w pokoju Marcina – powiedziałam.
Pożegnałam moje koleżanki i życząc im dobrej nocy, położyłam się w salonie.
Z nadmiaru wrażeń nie mogłam usnąć. Może powinnam wezwać tu jakiegoś egzorcystę – pomyślałam. Jak tak dalej pójdzie, to nikt nie będzie chciał już u mnie gościć. Z tym postanowieniem w końcu usnęłam.
Rano usłyszałam cichutkie skomlenie.
- Co Baruś, chcesz na pole? – zwróciłam się do psa, który położył łapę na kołdrze. No dobra, już cię wypuszczę. Pies podskoczył radośnie i podbiegł do drzwi. Na zegarze była szósta rano. Ponieważ o dalszym spaniu nie było mowy, poszłam do kuchni, żeby przygotować śniadanie.
Sprawa egzorcysty nie dawała mi spokoju. Kiedyś czytałam o nawiedzonym przez duchy domu. Pewna kobieta skłócona ze swoją córką, nagle zmarła. Od jej śmierci działy się dziwne rzeczy w tym domu. Spadały książki z półek, a różne przedmioty same się przemieszczały. Córka zmarłej myślała już o sprzedaży domu, kiedy pewien ksiądz doradził jej wezwać egzorcystę. Dziewczyna nie wierzyła w takie rzeczy, ale postanowiła spróbować.
- Musisz wybaczyć matce, inaczej nie zazna spokoju – powiedział wezwany na miejsce ksiądz. Nie wiem o co wam poszło, ale ona cierpi, bo się z tobą nie pogodziła zanim odeszła z tego świata.
I pomogło. Od tego czasu w tym domu powrócił spokój. Może Antonina i Konstancja, też nie mogą stąd odejść z jakiegoś powodu – pomyślałam. Ale co je tutaj trzyma? Przecież dbam o dworek, wykonałam ostatnią wolę tej hrabianki. W dworze panuje radość, tak jak sobie życzyła w liście. Co mogę jeszcze dla niej zrobić? Muszę koniecznie spotkać się z wnukiem Marcela. Może on mi coś podpowie.
Kiedy tak rozmyślałam robiąc kanapki moim gościom, usłyszałam ruch na piętrze. Dziewczyny okupowały łazienkę, przekrzykując się nawzajem.
Pierwsza zeszła na dół Raja.
- Dzień dobry – powiedziała. Jak tu cudownie pachnie świeżo zaparzoną kawą – dodała siadając przy kuchennym stole.
- Dobrze się spało? Zapytałam stawiając filiżankę z kawą. Proszę się częstować – powiedziałam przysuwając talerz z kanapkami.
- E.... daj spokój. Mery tak się wierciła całą noc, że oka nie zmrużyłam. Hi, hi, a Klaudia przykryła się po uszy ze strachu.
- No to pięknie –zwróciłam się do Raji. Moje dobre duchy przegonią mi wszystkich gości.
- A ty się nie boisz tu mieszkać? Powiedziała Raja. Myślę, że musisz wezwać egzorcystę, bo tu naprawdę dzieje się coś dziwnego – dodała sięgając po kolejną kanapkę.
- Właśnie o tym wczoraj pomyślałam i chyba tak zrobię. Ja osobiście się nie boję, ale tak dalej być nie może, żeby zbłąkane dusze straszyły mi gości.
Pozostałe dziewczyny zeszły w końcu na śniadanie.
- Przepraszam was za wszystko. Nie wiedziałam, że jest tak źle. Póki sama miałam do czynienia z tymi paranormalnymi zjawiskami, było Ok, ale teraz widzę, że powinnam coś z tym zrobić – zwróciłam się do koleżanek.
- Daj spokój Wandula, nic się nie stało. To fascynujące, kiedy człowiek jest świadkiem takich zjawisk – powiedziała Klaudyna.
- Hi, hi, fascynujące! A kto się w nocy przykrył po sam czubek nosa? – Zaśmiała się Mery. Przyznaj się, miałaś niezłego boja wczoraj – dodała.
- A ty nie pozwoliłaś zgasić lampki. I kto tu się najwięcej bał? – odgryzła się Klaudyna.
- To pewnie już mnie nigdy nie odwiedzicie zwróciłam się do rozbawionych przyjaciółek.
- Cha, cha, zapomnij. Teraz dopiero będziesz miała nas na karku – odezwała się Raja, szczerze ubawiona moją zatroskaną miną. Pamiętasz może książkę z naszego dzieciństwa * Godzina pąsowej róży*  Tak się właśnie u ciebie teraz czuję, jakbym przeniosła się w tamte czasy. Twój pomysł na stroje z tego okresu i ta wczorajsza scena ze świecami, podniosła mi adrenalinę. Dawno nie czułam się tak fajnie – dodała.
- Ja też tak myślę – powiedziała Mery odstawiając pustą filiżankę. Poproszę jeszcze o kawę – dodała.
- Naprawdę tak sądzicie? Bo ja mam wyrzuty sumienia, że was w to wszystko wciągam.
Dziewczyny orzekły jednogłośnie, że będą nadal przy mnie. Stwierdziły, że to jedyna okazja, by na jakiś czas odsunąć od siebie niekończące się życiowe problemy.
- Nigdy nie przypuszczałam, że przeżyję taką przygodę – Powiedziała Klaudia wstając od stołu. Kiedy Jaśnie Pani planuje się nas pozbyć? Zapytała, robiąc przy tym komiczną minę.
- Przecież was się pozbyć, to tak jak wygrać milion w totolotka, cha, cha. Ale już teraz serio – zwróciłam się do koleżanek. Dla mnie możecie zostać ile chcecie.
- To zostajemy do wieczora – oznajmiła Raja. Tak mnie kręci to miejsce, że muszę jeszcze pooddychać klimatem minionego stulecia.
Uzgodniłyśmy, że dziewczyny pójdą na spacer do lasu, a ja zajmę się przygotowaniem obiadu. Klaudyna koniecznie chciała mi w tym pomóc, jednak wyjaśniłam jej, że nie znoszę konkurencji w kuchni.
Wyszłam na werandę i obserwowałam moje koleżanki, jak oddalały się w stronę lasu. Bary który nie przepuściłby takiej okazji, oczywiście zabrał się z  nimi. Zostałam sama, kiedy zadzwonił telefon.
- No jak tam? Koleżanki przybyły – usłyszałam głos męża.
- Tak, jest super! Właśnie poszły na spacer.
- Muszę cię zmartwić kochanie. Niestety nie wrócę dzisiaj, tylko jutro. Mama chce odwiedzić ciotkę, więc muszę z nią pojechać.
- To nawet dobrze się składa – odpowiedziałam, bo dziewczyny zostają do wieczora.
- Nie jesteś zmęczona? Zapytał z troską w głosie.
- Ależ skąd.... wiesz, że lubię gości. Tylko myślę co mam im podać na obiad.
- Nie rozśmieszaj mnie, zachichotał mąż. Otwórz tylko zamrażarkę, bo z tego co ostatnio widziałem, to masz zapasy dla całej wsi – dodał.
Zbyszek miał rację. Będąc na emeryturze miałam mnóstwo czasu, który poświęcałam przede wszystkim na pichcenie. Mając taką dużą rodzinę, musiałam być przygotowana na każdą okazję. Byłam na tyle sprytna, że każdą z zamrożonych potraw podpisywałam. Postanowiłam zrobić dziś chłodnik, bo zapowiadał się upalny dzień i wyciągnęłam z zamrażarki pojemnik z naklejoną karteczką * pierogi z kapustą i grzybami* Teraz tylko musiałam wysmażyć skwarki i pokroić jarzyny do chłodnika. Zajęta przygotowaniami do obiadu, nie myślałam, że dzisiejszy dzień przyniesie kolejną niespodziankę.

Prześlij komentarz