środa, 29 stycznia 2014

Spełnione marzenia (fragment 8)

Los nie dla wszystkich bywa łaskawy.

Czy uda mi się rozwikłać zagadkę z przed stu lat.
Wizyta Grażyny w dworku.
Nie wszystkim sprzyja los.

To wszystko w kolejnym odcinku.
Zapraszam serdecznie





Nazajutrz po śniadaniu, pożegnaliśmy z mężem naszych gości. Ja zabrałam się za porządki, a mój małżonek pojechał po drzewo do kominka. Zostałam wreszcie sama i przyznam, że było mi to bardzo potrzebne. Lubię gości, ale lubię czasami samotność. No cóż nie da się oszukać czasu. Mam już swoje lata i najlepiej czuję się w moim dworku, gdzie jest cicho i spokojnie.
W końcu podjęliśmy z mężem decyzję o całkowitej przeprowadzce na wieś.
Teraz, kiedy dworek jest już w pełni umeblowany, można było spokojnie w nim zamieszkać.
Zbyszek podjął już pewne kroki z przeróbką pieców kaflowych na elektryczne. Ogrzewanie domu kominkiem nie wystarczało, a na palenie węglem, w takich piecach nie mogliśmy sobie pozwolić.
Zaplanowaliśmy w końcu z mężem przeprowadzkę, na którą z niecierpliwością czekał już Piotr z Marzenką. Od paru lat wynajmowali mieszkanie, więc wiadomość o naszej decyzji, młodzi przyjęli z wielką radością.
Marcin na szczęście mieszkał u Agnieszki, w dużym jednorodzinnym domu, więc na całe szczęście jemu się udało.
Powoli wszystko układało się jak należy. Ja w końcu mam swój wymarzony kąt, moi synowie nareszcie się ożenią. Czy jest coś, co mi jeszcze potrzebne do szczęścia? Tak... coraz częściej myślę o wnukach. Już widzę małe dzieciaki bawiące się w ogrodzie, słyszę jak wołają do mnie babciu. To moje następne marzenie. Teraz miałam na głowie śluby synów i to było w tym momencie najważniejsze.

Od prawie miesiąca nie miałam żadnych wiadomości od Grażyny. Próbowałam
wielokrotnie do niej dzwonić, jednak bez rezultatu. Właśnie dochodziła dwunasta w południe, kiedy zadzwonił telefon. Na wyświetlaczu zobaczyłam jej numer.
- Halo! Witaj Wandziu - usłyszałam znajomy głos w słuchawce.
- No! W końcu się odezwałaś - co się z tobą działo dziewczyno? Od miesiąca próbuję się z tobą skontaktować - powiedziałam.
- Wybacz, ale byłam w Warszawie. Dostałam zadanie do wykonania i w tym czasie nie mogłam korzystać z prywatnego telefonu - no wiesz, takie procedury.
- A cóż to za zadanie? Zapytałam.
- Psychologiczne, taką przecież wykonuję pracę. Ale nic więcej nie mogę ci zdradzić, sory.
- Oczywiście nie było pytania - odparłam trochę zawstydzona. Zapomniałam na śmierć, że moja znajoma pracuje w Policji i obowiązuje ją tajemnica zawodowa.
- A co tam u was? Zapytała.
- Moja droga! U nas totalne zmiany! Prawie krzyknęłam do słuchawki. Musimy się spotkać.
- Jesteś bardzo tajemnicza - czy możesz  uchylić rąbka tajemnicy? Zapytała.
- Nie ma mowy, sama zobaczysz na miejscu. Czy możemy spotkać się u mnie wieczorem?
- No jasne, że tak! Może być o dwudziestej? Zapytała
-  Tak, czekam o dwudziestej - przygotuj się na rewelacje.
Grażyna przyjechała punktualnie. Najpierw zaprosiłam ją do salonu i pokazałam zdjęcia, które zrobiła Lucyna.
- To piękna biżuteria, ale nadal nic nie kumam - o co chodzi z tymi zdjęciami?
- Te cudeńka Należą do mnie, no.... właściwie to należały do mnie, z małymi wyjątkami - powiedziałam.
- Wygrałaś w Totolotka? Zapytała zdziwiona.
- Coś w tym rodzaju - powiedziałam.
- To w takim razie zamieniam się w słuch. Grażyna usiadła na sofie i utkwiła we mnie wzrok.
Opowiedziałam jej wszystko z najmniejszymi detalami. Moja znajoma słuchała tego wszystkiego z otwartymi ustami. Chłonęła każde słowo nie próbując mi przerywać. Kiedy skończyłam, przełknęła głośno ślinę i poprosiła o szklankę wody.
- Otrzymałaś spadek z przed stu lat? To niewiarygodne!
- To prawda. Takie rzeczy zdarzają się tylko w bajkach, a ja chyba jestem w jakiejś bajce.
Postawiłam na stole kufer z resztą kosztowności. Grażyna wyciągała powoli jego zawartość i z wypiekami na twarzy przyglądała się dokładnie każdej rzeczy
Otwarła medalion ze zdjęciem Antoniny i długo mu się przyglądała. Ręce jej drżały z przejęcia.
- To tak wyglądała nasza szlachcianka.... Trzeba przyznać, że była naprawdę piękną kobietą. A to zapewne Konstancja? Zapytała, patrząc na drugi medalion.
- Na to wygląda – wtrąciłam.
- A to co? Zapytała wyciągając listy.
- Ten temat zostawmy na potem. Muszę dawkować napięcie. Mam nadzieję, że jeszcze nie zbierasz się do domu?
- No, wiesz? W takiej sytuacji ? Mowy nie ma.
- Wanda, czy orientowałaś się już, jak to wszystko wygląda ze strony prawnej? No wiesz, podatek, znaleźne i te sprawy? Zapytała.
- Tak, zaraz do tego wrócimy. Przy filiżance dobrej kawy dowiesz się więcej, ale teraz chcę ci coś pokazać – zwróciłam się do znajomej i zaprosiłam ją do naszych pokoi na piętrze.
Grażyna była pod wielkim wrażeniem zmian, jakich dokonaliśmy.
- No, no... kochanieńka.... twoje chłopaki mają dobry gust. Nawet nie przypuszczałam, że tak można było zmienić te wnętrza.
- Chłopaki też tu miały swój udział, ale ich narzeczone same sobie zaprojektowały swoje gniazdka. Na oko widać, że kobieca ręka dokonała tego wszystkiego.
- Zaraz, zaraz, czy jest jeszcze coś o czym nie wiem? Zapytała.
- Tak... ale to już za chwilę – odpowiedziałam tajemniczym tonem.
 Po prezentacji, wróciłyśmy do salonu. Ja poszłam zaparzyć kawę, a Grażyna zajęła miejsce na sofie. Przez uchylone drzwi z kuchni, obserwowałam jak  przegląda listy.
- I co ty na to wszystko? Zapytałam stawiając na stole filiżanki z kawą
- Brak mi słów – powiedziała, odkładając pożółkłą kartkę papieru na stół.
Mam nadzieję, że nie obrazisz się za  moją wścibskość, ale przejrzałam pobieżnie te listy. Wygląda na to, że historia tych kobiet, opowiadana  z  pokolenia  na pokolenie wydaje się być bardzo wiarygodna. Antonina żyła w świadomości, że chłopak ją zostawił, a jej córka nigdy nie poznała swojego ojca. Popatrz, jak on ją musiał kochać. Pisał do niej takie piękne listy i nigdy nie dostał żadnej odpowiedzi. To straszne, czego dopuścili się jej rodzice. Boże! Dobrze, że my żyjemy w innych czasach. Wanda, ty musisz koniecznie się dowiedzieć coś na temat tego legionisty, a ja ci w tym pomogę. Być może, żyje jeszcze jakiś jego potomek, lub ktoś z rodziny.
- Też o tym pomyślałam, ale nie będzie to takie łatwe – powiedziałam rozkładając bezradnie ręce.
- Nie ma rzeczy niemożliwych, tylko trzeba trochę cierpliwości. Można zasięgnąć informacji na temat tego pułku, który stacjonował w dworze. Przecież istnieją jakieś stare kroniki?
- Masz rację, spróbuję się tym zająć w najbliższym  czasie, musisz mi pomóc.
- Masz moje słowo – powiedziała Grażyna, wkładając listy z powrotem do kuferka. No ale ta biżuteria? To dla mnie szok! I co dalej zrobisz z tym fantem?
Wytłumaczyłam znajomej, że wszystko jest według prawa.
- Podatek zapłacony i testament został zalegalizowany – wyjaśniłam. Znajomy Karola od ubezpieczeń zajął się wszystkim, nawet namówił mnie na zabezpieczenie pozostałych kosztowności, twierdząc, że licho nie śpi.
Chciałam jeszcze opowiedzieć o zmianach w mojej rodzinie, ale spostrzegłam na jej twarzy zmęczenie. Była blada, a sińce pod oczami wskazywały a to, że jest po wielu nieprzespanych nocach.
- Grażynko padasz z nóg - powiedziałam. Twoje ostatnie zadanie chyba całkowicie cię wykończyło - czy  mam rację?
- To prawda jestem cholernie wykończona – odpowiedziała.
- No dobra... jak to mówi mój mąż - jutro też jest dzień. Dlatego zwalniam cię, oczywiście dla twojego dobra. Spotkamy się jak odzyskasz formę.
Widziałam, że z ulgą przyjęła moją decyzję. Po uzyskanej obietnicy z jej strony, że niebawem się spotkamy, pożegnałam przyjaciółkę i wróciłam do salonu.
Na jutrzejszy dzień zaplanowałam sobie odwiedziny u mojej przyjaciółki.
Asia, była świeżo po rozwodzie i nie najlepiej znosiła tą sytuację. Postanowiłam ją odwiedzić i jakoś pocieszyć. Spakowałam zdjęcia moich kosztowności, odłożyłam na komodę medalion ze fotografią Antoniny, bo chciałam go jutro ubrać na wizytę u przyjaciółki. Zbyszek miał coś do załatwienia w Krakowie, więc obiecał zawieźć mnie na miejsce.
Rano zaraz po śniadaniu, zabraliśmy Barego i ruszyliśmy do miasta. Umówiliśmy się na wizytę z zaprzyjaźnionym weterynarzem, bo pies miał być zaszczepiony na wściekliznę. Mąż wysadził mnie przed blokiem Asi i odjechał.
Kupiłam ciastka w pobliskiej cukierni i pokonując dwa pietra stanęłam przed drzwiami przyjaciółki. Mimo, ze głośno pukałam, nikt nie otwierał, Stałam tak prawie dziesięć minut. W końcu usłyszałam kroki za drzwiami, które po chwili otworzyła jakaś obca kobieta.
- O... przepraszam, chyba pomyliłam adres – powiedziałam zaskoczona.
- A pani do kogo? Zapytała nieznajoma.
- Do Joanny Zorskiej – odpowiedziałam.
- To dobrze pani trafiła, proszę wejść.
Kobieta zaprosiła mnie do środka.
- Jestem matką Joanny – zwróciła się do mnie podając dłoń na przywitanie. Długo się znacie z córką? Zapytała, wskazując mi miejsce na skórzanym fotelu.
- Tak – odparłam. Pracowałyśmy razem, przez kilkanaście lat. Czy coś się stało?
Starsza pani, wyjęła chusteczkę z kieszeni swetra i wytarła załzawione oczy.
- Joasia..... ona.... proszę pani jest w szpitalu. Próbowała popełnić samobójstwo – wykrztusiła z siebie i zaniosła się płaczem.
- Boże miłosierny!! Dlaczego? Dopiero z nią rozmawiałam jakieś parę dni temu – krzyknęłam.
- Wczoraj chciała się otruć i gdyby nie listonosz który poczuł gaz, pewnie by jej nie odratowali. To on zawiadomił sąsiadów i wezwał pogotowie – powiedziała kobieta zanosząc się płaczem. Proszę pani, ona go tak kochała, a ten drań zostawił ją dla jakiejś lafiryndy. Tłumaczyłam jej, że nie jest wart funta kłaków, ale nie chciała mnie słuchać. Czuję się trochę winna – kontynuowała. W ostatnich dniach była bardzo przygnębiona. Nie wychodziła prawie z domu. Prosiła mnie, żebym do niej przyjechała, ale ja obiecałam drugiej córce, że zajmę się wnukami. Nie było mnie przy niej, kiedy tak potrzebowała kogoś bliskiego. Boże, nigdy sobie tego nie wybaczę.
 - To nie pani wina - próbowałam uspokoić matkę Asi. Jeśli miała zamiar coś sobie zrobić, to i tak by jej pani nie upilnowała. Teraz już obie wiemy, że trzeba jej pomóc z tego wyjść. W którym leży szpitalu? Zapytałam.
- Na Kopernika – odpowiedziała.
- To w takim razie, nic tu po mnie – zwróciłam się do kobiety, wstając z fotela.
Jadę ją odwiedzić. Do zobaczenia! Krzyknęłam na odchodne i zbiegłam szybko po schodach. Dopiero na zewnątrz, rozbeczałam się jak dziecko..

CDN.
Prześlij komentarz