poniedziałek, 27 stycznia 2014

"Spełnione marzenia"(fragment 7)



Co planują moi synowie?
Czy w końcu zrealizuję swoje marzenia, tak jak sobie zaplanowałam.
To wszystko w kolejnym siódmym odcinku.
Serdecznie zapraszam

Fragment 7




 Po południu zaczęło padać i w salonie zrobiło się wilgotno, więc zapaliliśmy w kominku. Zbyszek oglądał jakiś wojenny film w telewizji, a ja wsłuchiwałam się w szum padającego deszczu za oknem i wróciłam pamięcią do dnia, kiedy przyjechałam tu pierwszy raz z agentem nieruchomości. Mimo tego, że dworek był w opłakanym stanie, zdecydowałam się  od razu na jego kupno. Co mną wtedy kierowało? Czy Antonina wpłynęła na moją decyzję?

Przecież nie wiedziałam nic o skarbie, a środki finansowe, jakimi dysponowaliśmy wtedy, nie były wystarczające na remont tego dworu. Mimo to kupiłam tę posiadłość. Do dziś widzę zdziwioną minę  mężczyzny, który próbował  mi przedstawić jeszcze dwie oferty. Ja byłam nieugięta i nie chciałam nawet słuchać o innych propozycjach.
Teraz już jestem prawie pewna. To wpływ tej kobiety sprawił, że tak postąpiłam. Innego wyjaśnienia nie widzę.
 Błogie ciepełko i trudy minionego dnia sprawiły, że tym razem usnęłam od razu.
Minął tydzień.
W sobotę przyjechali moi synowie ze swoimi sympatiami. Zachowywali się bardzo tajemniczo. Wymieniali między sobą co jakiś czas spojrzenia, a na  pytanie co to za niespodzianka, Piotr odpowiedział, że przyjdzie na to czas i będę zadowolona. Usiedliśmy z mężem w salonie. Podałam lody z owocami i wraz z dziewczętami czekaliśmy z niecierpliwością na chłopców, którzy wyszli na moment, by po chwili wrócić z bukietami kwiatów.
Podeszli do swoich dziewczyn i uroczyście się oświadczyli wręczając każdej, wybrane przez siebie pierścionki. Marzena i Agnieszka były wzruszone, a ja widząc tę scenę, aż się popłakałam. Jestem wprawdzie nowoczesną osobą, ale mam też swoje zasady. W dzisiejszych czasach wolne związki to standard. Jednak bardzo mnie to bolało, że moi synowie nie spieszą się z ożenkiem. Dlatego dzisiejsze oświadczyny sprawiły, że poczułam się lepiej. Marcin oświadczył iż z bratem, zaplanowali poślubić swoje sympatie w starym kościele.
- Dwa śluby w jednym dniu?- Zapytałam
- A dlaczego nie? –Odezwał się Piotr.
- Co na to powie rodzina? Pomyślą, że przy jednym ogniu chcemy upiec dwie pieczenie – wyjaśniłam.
- Nie dbamy o to, Marcin machnął ręką - tak postanowiliśmy z Piotrkiem. Nie musimy robić wszystkiego według ustalonego szablonu.
- Mają rację - do rozmowy wtrącił się Zbyszek. Dwa śluby w jednym dniu? Może być ciekawie, a i dla nas to będzie wygodne - prawda żono?
Właściwie to przyznała im rację. Dwa śluby przy jednym ołtarzu ,w starym zabytkowym kościele? Czemu nie?.
Obiecałam porozmawiać z proboszczem. Chłopcy zaplanowali ceremonie zaślubin swoich wybranek na lato.
- Przyjęcie można zrobić w ogrodzie, na wolnym powietrzu – zaproponował Piotr. Wystawimy stoły na zewnątrz i zrobi się podest na tańce. Mamuśka, będzie git!
- Synuś - zakładasz, że będzie ładna pogoda? A jeśli nie? To, co wtedy? Zapytałam.
- Kochanie – wtrącił mąż. To będzie lato, nie zima. Zostaw to mnie. Mam nawet już pewien pomysł.
- Jaki? Zapytałam.
- Słyszałaś o namiotach wojskowych? Tu jest tyle miejsca, że spokojnie można taki postawić. Mam kolegę, jest zawodowym żołnierzem i pracuje w magazynach wojskowych, więc z wypożyczeniem czegoś takiego, nie będzie problemu.
- Tato! Jesteś genialny! Zawołał Marcin. To świetny pomysł.
- Halo! Panowie – wtrąciłam. Może jednak zapytamy o zdanie przyszłe panny młode?
Dziewczęta tak były zajęte rozmową z sobą, że kompletnie nie wiedziały, o czym rozprawiamy.
- Dosyć tego plotkowania – zwróciłam się do rozgadanych panien. Czy uważacie, że przyjęcie weselne możemy zrobić w naszym ogrodzie? Bo we wsi jest przecież Remiza Strażacka.
- W Remizie ? Nigdy! – Odezwała się Marzenka. Oświadczyny były w dworze, to i uczta w dworze. Takie jest moje zdanie. A co ty na to Aga?
- No jasne, że tu zaprosimy naszych gości. To będzie takie romantyczne, nietuzinkowe i podejrzewam, że będzie to wielkie zaskoczenie dla znajomych i rodziny. To super pomysł – dodała.
Byłam też tego zdania, co moje przyszłe synowe. Już planowałam jak to
urządzę, ale musiałam dostać pozwolenie od moich synów i odetchnęłam z ulgą, kiedy odezwał się mój młodszy syn.
- Mamuś. Ty masz tyle pomysłów, możesz się wszystkim zająć? Oczywiście z naszą pomocą – zapytał Piotr.
- Spokojnie dzieciaki! Urządzimy wam z tatą takie wesele, że cała wieś będzie o tym mówiła przez kolejne lata.
- Ok. czas na szampana – zakomunikował Zbyszek i wyciągnął z lodówki schłodzony trunek. Wznieśmy żono toast za naszych młodych!
Ten dzień był dla mnie bardzo wyjątkowy. Panowie udali się do salonu na męskie rozmowy, a  my kobiety ulokowałyśmy się w pokoju Lucyny, w celu przedyskutowania szczegółów wesela. Obłożone poduszkami, usadowiłyśmy się na sofie mojej siostry.
- Nie wiem czy zgodzicie się ze mną – zapytałam niepewnie, ale myślę, że skoro śluby odbędą się tu, to może urządzimy je w starym stylu. Co wy na to?
Ja myślę, że suknie powinny być na wzór mody z tamtych lat. Chłopakom też coś znajdziemy na te okoliczność – paplałam jak najęta, nie zwracając wcale uwagi na dziewczyny, które z uwagą słuchały mojego monologu.
O rany!! Ja tu cały czas mówię, jakbym to ja miała wychodzić za mąż, hi, hi. Uśmiechnęłam się, nieco zażenowana swoim zachowaniem.
- Jesteśmy tego samego zdania co pani – powiedziała Agnieszka. Zawsze marzyłam wystąpić kiedyś w pięknej, stylowej sukni jak prawdziwa dama.
- Ja też – wtrąciła Marzena. To będzie wspaniała uroczystość. Ale mi będą zazdrościć koleżanki. Byłam już na kilku ślubach i weselach, ale nasz będzie wyjątkowy – dodała gładząc welurową poduszeczkę w kształcie serca.
Rozmawiałyśmy do późnych godzin nocnych. Stanęło na tym, że dziewczęta zamówią sobie suknie ślubne na wzór tych z XIX wieku. Oczywiście każda inną, ale muszą być białe i z trenami. Do tego delikatne kapelusze z woalkami, przyozdobione kwiatami, takie jakie nosiły prawdziwe damy z tamtych lat.
Tak się rozmarzyłyśmy, że nie zauważyłam jak zrobiło się późno.
Pożegnałam dziewczęta i wróciłam do salonu. Chłopców już tam nie było, a mój kochany małżonek dopijał właśnie resztkę koniaku, zapraszając mnie do towarzystwa.
- Czyś ty chłopie zwariował! Powiedziałam podniesionym głosem. Jest pierwsza w nocy, a ty chyba trochę przeholowałeś z tymi trunkami?
- Oj żoneczko - daj spokój i usiądź tu przy mnie, teściowo, cha, cha, podwójna teściowo.
- Koniec imprezy! Zbieraj się do łóżka – krzyknęłam. Ale mój luby już tego nie usłyszał. Osunął się jak kłoda na sofę i pozostało mi tylko przykryć go kocem i wrócić do pokoju Lucyny.
Obudziłam się o dziewiątej. Boże już tak późno, przecież muszę przygotować śniadanie. Zerwałam się szybko z sofy i zbiegłam do kuchni. Już na schodach poczułam zapach świeżo zaparzonej kawy. Przy stole krzątała się Marzena.
- Śniadanie podano jaśnie pani – zakomunikowała Marzenka w koronkowym czepku na głowie i moim odświętnym kuchennym fartuchu. Odsunęła krzesło i zaprosiła mnie do stołu.
- Zaraz, zaraz kochana. Najpierw toaleta, a potem jedzonko – powiedziałam rozbawiona jej wyglądem. A łazience pewnie zimno, brrr.
- Jaśnie pani się myli, pokojówka Agens, już napaliła, hi, hi.
- No widzę moje drogie, że już przesiąkłyście tą atmosferą. Antonina z Konstancją powinny być zadowolone. Ale chyba naszymi panami, to nie możemy się pochwalić, nieprawdaż?
- To fakt – powiedziała Agnieszka, która właśnie weszła do kuchni. Wczoraj trochę przeholowali, a dziś będzie kac okrutnik – dodała zajmując miejsce przy stole.
Panów miałyśmy z głowy do obiadu. Ten czas przeznaczyłyśmy na dwugodzinny spacer z Barym.
Przy obiedzie już nie poruszałam tematu wczorajszej libacji, bo aż żal się robiło na sercu, widząc skacowane gębusie naszych mężczyzn.
- No cóż kochani, musicie zostać tu jeszcze do jutra, czy wam się to podoba, czy nie. Chyba zdajecie sobie sprawę z tego, że jazda samochodem w obecnej chwili nie wchodzi w grę.
Na szczęście przyznali mi rację i resztę dnia spędzili wszyscy w łóżkach. Dopiero na kolację powrócili do żywych.
Prześlij komentarz