sobota, 1 lutego 2014

Spełnione marzenia (fragment 9) POPRAWIONY

Przyjaźń zobowiązuje.
Czy podjęłam słuszną decyzję?
To wszystko w kolejnym 9 odcinku.


Zapraszam serdecznie.



Zadzwoniłam po taksówkę i pojechałam do szpitala.
Na portierni dowiedziałam się, na którym oddziale leży Asia.
- Pani do kogo? Zapytała pielęgniarka wychodząca z dyżurki.
- Do Joanny Zorskiej – odparłam.
- Czy pani jest z rodziny?
- Nie, jestem przyjaciółką. Właśnie przed chwilą dowiedziałam się od jej matki co się stało. Dlatego tu jestem.
- Przykro mi, ale pacjentka nie życzy sobie żadnych odwiedzin. Gdyby była pani z rodziny to co innego, ale pani Joanna wyraźnie zaznaczyła, że nie chce nikogo widzieć – powiedziała dziewczyna stanowczym tonem.
Zagotowałam. Momentalnie podniosło mi się ciśnienie. Zagrodziłam jej drogę, bo próbowała mnie wyminąć, uznając rozmowę za zakończoną.
- Posłuchaj mnie dziecko uważnie – zwróciłam się do młodej dziewczyny, próbując opanować nerwy. Nie odejdę stąd, póki nie zobaczę się z koleżanką. Byłyśmy dziś mówione na spotkanie u niej w domu, jednak jej tam nie zastałam. Kiedy się dowiedziałam co chciała zrobić, natychmiast tu przyjechałam i nie odejdę, zanim jej nie zobaczę. Czy teraz już pani rozumie?
- No... ale.... miałam wyraźny zakaz wpuszczania tu kogoś obcego.
Dziewczyna próbowała się tłumaczyć, jednak widząc moje wzburzenie skapitulowała.
- No dobrze, tylko proszę jej długo nie męczyć swoją obecnością. Leży w siódemce – powiedziała machając dłonią tak, jakby chciała pozbyć się natrętnej muchy.
Bez problemu odnalazłam salę wskazaną przez pielęgniarkę i stanęłam pod drzwiami z bijącym sercem. Dopiero kiedy się  trochę uspokoiłam, nacisnęłam klamkę i weszłam do środka.
- Dzień dobry Asiu – powiedziałam. Byłyśmy dziś umówione na spotkanie, czyżbym źle zapisała adres? – Próbowałam być zabawna.
- Przyjaciółka podniosła głowę z poduszki i spojrzała na mnie zdziwiona.
- A co ty tu Wandziu robisz? – zapytała prawie szeptem, odwracając się do mnie plecami.
Stałam zupełnie bezradna przy łóżku Asi i nie wiedziałam co robić. Słyszałam, jak płacze, chowając głowę pod kołdrę.
- Dobra Aśka, dosyć tego mazania się. Kiedy wychodzisz? Muszę to wiedzieć, bo mam zamiar zabrać cię do siebie – wypaliłam jednym tchem. Mamy sobie chyba do pogadania, więc zbieraj się do życia, jedziesz do mnie – dodałam siadając na brzegu lóżka.
Przyjaciółka odwróciła się w moją stronę i poprawiając zmiętą kołdrę, usiadła na łóżku.
- Jutro mnie wypisują – powiedziała wycierając zapłakane oczy, zmiętą i mokrą od łez jednorazową chusteczką.
Sięgnęłam do torebki i podałam jej nowe opakowanie.
- Dzięki za wszystko – zwróciła się do mnie, ale nie mam nastroju na wizyty. Wybacz. Muszę przemyśleć parę spraw i nie chcę cię nimi obarczać.
- A... czy pytałaś mnie o zdanie? Powiedziałam. Może ja chcę byś mnie obarczyła swoimi problemami, przecież jesteśmy przyjaciółkami na dobre i na złe, czyż nie mam racji?
Naszą rozmowę przerwała wizyta lekarska. Musiałam opuścić salę i wyjść na korytarz.
- Czy można już tam wejść? Spytałam lekarza który ostatni opuszczał salę chorych. Skinął głową na znak, że obchód zakończony.
Asia wstała z łóżka i założyła szlafrok. Przed lustrem przyczesała włosy i zaproponowała spacer do szpitalnego parku. Dopiero na zewnątrz, zauważyłam jak źle wygląda. Była przeraźliwie blada i miała podkrążone i opuchnięte od płaczu oczy.  Usiadłyśmy na pobliskiej ławce.
- Aśka.... to co zrobiłaś, było głupie. Powiedz mi tak szczerze, czy ten człowiek był tego wart? – Zwróciłam się do przyjaciółki, która siedziała z opuszczoną głową, zawiązując kolejny supeł na pasku od szlafroka.
- Kochałam go bardzo, dlaczego mi to zrobił? I to jeszcze z taką młodą dziewczyną. Przeżyliśmy tyle lat ze sobą, niczego nam nie brakowało... No... Może tylko dzieci. Wiedziałam, że był bezpłodny, ale przecież to nie jego wina. Mimo, że marzyłam o dziecku, nigdy nie dawałam mu do zrozumienia, że to przez niego. To wszystko mnie przerosło, Wandziu.
- Jeszcze do ciebie wróci jak zbity pies z podkulonym ogonem, zobaczysz. Typowy samiec, włos siwieje a tyłek szaleje. Chciał się sprawdzić u boku młodej kobiety i tyle. Tylko zapomniał o jednym. Jego zegar biologiczny bije już na alarm, czasu nie cofnie, a jego nowa lala szybko się znudzi podstarzałym facetem. Pomyśl teraz o sobie. To co się stało, nie jest jeszcze końcem świata.
Masz dobrą emeryturę, zostawił ci mieszkanie, zacznij działać bez niego. Czy rozumiesz o czym mówię? Zapytałam.
- Pewnie masz rację, ale teraz mam taki mętlik w głowie.
- Dlatego zabieram cię jutro na wieś. Pobędziesz jakiś czas na świeżym powietrzu i zaraz się lepiej poczujesz. Zgoda?
Asia, wstała z ławki i wtuliła się w moje ramiona.
- Myślę, że to dobry pomysł Wandula. Teraz jest mi potrzebny ktoś taki jak ty, z pozytywna energią – powiedziała zanosząc się ponownie płaczem.
- Wracaj do sali koleżanko. Ja teraz pędzę na jakieś zakupy, bo jeśli mam zostać w Krakowie, to muszę zadbać o jakieś zaopatrzenie na dziś. W drodze powrotnej zadzwoniłam do Zbyszka z wiadomością, że odkładamy powrót do jutra. Krótko zrelacjonowałam mu powód. Mąż zmartwił się bardzo tym co usłyszał. Asia była jedną z moich przyjaciółek, którą wyjątkowo tolerował.
Następnego dnia, w południe, pojechaliśmy po Aśkę do szpitala. Na miejscu była już tam jej matka. Dziękowała mi bardzo za to, co robię dla jej córki. W końcu zauważyłam spokój na twarzy tej kobiety.
Asia zabrała z mieszkania kila drobiazgów i  zeszła do samochodu, gdzie czekaliśmy na nią z mężem i Barym.
Pies jak zwykle po wizycie u weterynarza był na nas obrażony. Siedział tyłem do mnie i dopiero kiedy weszła Asia, odwrócił się łaskawie, witając ją leniwym ruchem ogona.
Zbyszek podczas podróży zabawiał nas rozmową, unikając kłopotliwego tematu.
Kiedy dotarliśmy na miejsce, zauważyłam u przyjaciółki lekkie rozluźnienie. Odetchnęłam z ulgą. Będzie dobrze – pomyślałam  wysiadając z auta.
- Boże, jak tu pięknie – zawołała Asia. To prawdziwy wiekowy dwór, nic się nie chwaliłaś – dodała, kierując swoje kroki w stronę leszczynowego zagajnika.
- Mówiłam ci kochana, tylko ty mnie chyba nie słuchałaś – wyjaśniłam.
- Zostań tu, zaraz wracam - powiedziałam. Zrobię coś do picia i póki słońce świeci, posiedzimy sobie w tych leszczynach.
Kiedy wróciłam, Asia spacerowała po ogrodzie. Pomyślałam, że może przez chwilę chce być sama, więc postanowiłam nie zakłócać jej spokoju.
Uzgodniłam z mężem, że na jakiś czas przeniesie się do mojego pokoju na górze. Asia nie może teraz być sama. Zbyszek zgodził się ze mną, a nawet wpadł na świetny pomysł powrotu do Krakowa. Piotrek z Marzenką planowali właśnie przeprowadzkę do naszego mieszkania, więc postanowił im w tym pomóc.
- No jak, podoba ci się u mnie? Zapytałam przyjaciółkę, która wróciła do zagajnika.
- Tu jest cudownie Wandziu, tak cicho i ten ogród... Sama go zaprojektowałaś?
- Właściwie sama. Zbyszek wszystko tu skopał, bo ja bym sobie z tym nie poradziła, ale kwiaty i krzewy to wyłącznie moja zasługa – wyjaśniłam z dumą w głosie. Jak wypijemy kawę, to pokażę ci dworek w środku, ale teraz usiądź przy mnie.
Przez chwilę siedziałyśmy w milczeniu. Przyjaciółka była jakaś nieobecna, patrzyła przed siebie tępym wzrokiem, a na jej twarzy widać było smutek i cierpienie.
- Wiesz Asiu – zagadnęłam. Myślę, że zostawimy ten temat na inny czas. Postaraj się na chwilę zapomnieć o tym co się stało. Jak będziesz gotowa porozmawiać, to daj mi znać. A teraz zabieram cię do mojego królestwa – powiedziałam chwytając ją za rękę. Idziemy.
Moja przyjaciółka była zachwycona wnętrzem dworku. Co jakiś czas klaskała na znak, jak bardzo jej się wszystko podoba. Kiedy zeszłyśmy z piętra, zaprowadziłam ja do salonu i usadziłam na sofie.
- A teraz moja kochana przygotuj się na rewelacje – powiedziałam tajemniczym głosem.
Na stole postawiłam kufer z kosztownościami i  wyjęłam jego zawartość. Podałam jej listy.
- Zanim zacznę swoją opowieść – zwróciłam się do przyjaciółki, przejrzyj to. Ja w tym czasie zajmę się przygotowaniem obiadu.
- O Boże! A skąd ty to masz? Ta biżuteria... znalazłaś skarb? Zapytała patrząc na mnie, szeroko otwartymi ze zdziwienia oczami.
- Zgadłaś, ale to za chwilę. Teraz zostawiam cię samą – powiedziałam i udałam się do kuchni.
- Myślisz, że dojdzie do siebie? Zapytał mąż, który kończył właśnie dopijać kawę.
- Ciii.... bo jeszcze usłyszy – powiedziałam ściszonym głosem. Myślę, że tak. Trzeba tylko odwrócić jej uwagę od problemu i będzie dobrze, no przynajmniej mam taka nadzieję – dodałam.
- Ok. Pomóc ci coś? Zapytał Zbyszek
- Nie, poradzę sobie.
- To w takim razie idę na górę trochę się zdrzemnąć.
- Obudzę cię na obiad – powiedziałam do męża całując go w policzek.
Byłam mu bardzo wdzięczna za wyrozumiałość i zrozumienie problemu. Zawsze mogłam na niego liczyć w trudnych sytuacjach, a ta była wyjątkowa.
Po godzinie wróciłam do salonu. Moja przyjaciółka siedziała z wypiekami na twarzy. Była tak pochłonięta czytaniem listów, że nawet nie zauważyła
 jak weszłam.
- To jakaś niesamowita historia – zwróciła się do mnie, kiedy chrząknęłam na znak, że tu jestem. Dlaczego ona mu nie odpisała ani na jeden list? Zapytała.
- Zaraz ci wszystko opowiem – powiedziałam siadając obok niej na sofie.
Zaczęłam od początku. Jak kupiłam dworek, ile miałam z tym problemów, jak Bary odkopał skarb i co było dalej. Powiedziałam o dziwnych zjawiskach w dworku, o zgaszonych świecach i zapachu fiołków. Kiedy skończyłam moją opowieść – zapytała.
- Czy myślisz, że w dworze krążą duchy tych szlachcianek?
- Myślę, że tak – odpowiedziałam. Bo jak wytłumaczyć sytuację ze świecami, czy też zapach fiołków, który czuła Lucyna jak wróciłam na ognisko. To wszystko jest takie tajemnicze i nie potrafię inaczej tego wyjaśnić.
- Niesamowite! A nie boisz się? Zapytała z przerażeniem w oczach.
- Cha, cha, czego mam się bać. To zapewne dobre duchy Asiu. Nie rzucają sprzętami, nie starszą mnie po nocach. To pozytywne duszyczki, jeśli oczywiście nie są tylko w mojej wyobraźni – dodałam.
- Sama nie wiem, co mam o tym wszystkim myśleć – powiedziała Asia odkładając listy na stół. Ale.... przecież nikt nie wie tak naprawdę, czy istnieje życie pozagrobowe.
- No właśnie. Mnie to osobiście nie przeszkadza. Jeśli w tym dworku mieszkają duchy, to ja nie mam nic przeciwko temu, hi, hi. – zaśmiałam się przytulając wystraszoną przyjaciółkę. Ale ty się chyba nie boisz? Zapytałam.
Asia pokiwała przecząco głową, ale nie byłam do końca pewna, czy tak jest naprawdę.
Odstawiłyśmy kosztowności do kufra i wróciłyśmy do kuchni. Przyjaciółka zaproponowała, że obierze ziemniaki do obiadu, a ja zajęłam się rozbijaniem kotletów. Podczas tych przygotowań, opowiadałam jej o moich synach i ślubach, które miały odbyć się za rok. Paplałam tak przez cały czas, nie dając jej dojść do słowa. Kątem oka, zauważyłam zmiany na jej twarzy. Wyraźnie znikło napięcie i nawet parę razy, pojawił się delikatny uśmiech.
Kiedy obiad był już gotowy, zawołałam męża i wszyscy razem zasiedliśmy do stołu. Po skończonym posiłku, zaproponowałam Asi poobiednią drzemkę. Widziałam, że z ulgą przyjęła moją propozycję. Ulokowałam ją w salonie i otuliłam welurowym kocem. Kiedy zamykałam drzwi, usłyszałam miarowy oddech. Zasnęła jak dziecko.
Prześlij komentarz