niedziela, 1 listopada 2015

Prawdziwa miłość nie umiera

141025201352
                         Prawdziwa miłość nie umiera.
Koniec października i zbliżające się Święto Zmarłych. Jak co roku, jedziemy z mamą w jej rodzinne strony.
- Zapakowałaś Aniu wszystko? Zapytała mama.
- Tak, tylko jeszcze zabiorę kwiaty z balkonu i jedziemy.
Zawsze wybieramy się wcześniej, by uniknąć korków i tłoku na cmentarzach. Po godzinie byłyśmy na miejscu. Jak co roku, w pierwszej kolejności odwiedziłyśmy grób dziadków, czyli rodziców mamy. Potem przyszedł czas na ciocię Józię, która zmarła tuż po urodzeniu. Mama nie miała jej okazji poznać, bo przyszła na świat dwa lata później. Na sam koniec zajrzałyśmy do mojego ojca. Też nie miałam możliwości go poznać. Zginął tragicznie, kiedy mama była w siódmym miesiącu ciąży.
W czasie gdy ona przecierała nagrobek wilgotną ścierką, ja poszłam do studni, po wodę do kwiatów.
Wracając zobaczyłam, że rozmawia z jakimś mężczyzną.
- To moja córka Kaziu – przedstawiła mnie starszemu panu.
- Kazimierz Borecki, przyjaciel pani ojca – powiedział podając mi dłoń na powitanie. To ja już nie przeszkadzam Jadziu. Ale zapraszam do siebie na kawę, skoro tu jesteście panie. Może poczekam przed bramą?
- Myślę, że skorzystamy z zaproszenia mamo? Przyznam, że trochę zmarzłam i z chęcią napiję się czegoś ciepłego.
Mama przytaknęła i zajęła się układaniem chryzantem w wazonie.
- Kto to jest?
- Przyjaciel twojego ojca. Należeli do tego samego klubu motorowego – powiedziała.
- Ach, to on też jeździł w tym klubie?
Mama milczała, a ja zrozumiałam, że coś jest nie tak. Nie bardzo miała ochotę na wizytę u dawnego znajomego i próbowała mnie przekonać, żebym z rezygnowała.
- Wiesz, teraz tak wcześnie robi się ciemno. Nie mamy czasu na wizyty.
- Oj, przestań – przecież usiądziemy na godzinkę. Nie wypada odmówić.
Niechętnie, ale w końcu dała się przekonać.
Pan Kazimierz czekał przed bramą cmentarną. Poprosił nas, byśmy jechały za jego samochodem.
- Mamo, dlaczego jesteś taka spięta? Zapytałam widząc zdenerwowanie na jej twarzy.
- To długa historia córeczko, jak wrócimy do domu to ci wszystko wyjaśnię.
Już o nic nie pytałam, bo widać było, że bardzo przeżywa spotkanie z dawnym znajomym.
Zatrzymaliśmy się przed małym domkiem, skapanym w kolorowych kwiatach. Ogródek niewielki, ale zadbany a w środku domu idealny porządek.
Już na cmentarzu, dowiedziałam się, że pan Kazimierz jest wdowcem i mieszka sam.
- Zapraszam do salonu – powiedział i zniknął w kuchni.
Usiadłyśmy na sofie. Na jednej z półek stały puchary i zdjęcia w małych ramkach, przedstawiające młodych motocyklistów. Na jednym z nich rozpoznałam swojego ojca, znałam go tylko ze zdjęć, które były w naszym rodzinnym albumie. Uśmiechnięci, trzymali wielki kryształowy puchar.
- To pani ojciec zdobył ten puchar, ja byłem na drugim miejscu – powiedział mężczyzna, stawiając filiżanki z aromatyczną kawą.
 Mama siedziała jak zamurowana. Zrozumiałam, że bardzo przeżywa to spotkanie. Pan Kazimierz też jakoś był mało rozmowny. Wypiłam duszkiem kawę i zdecydowałam o powrocie.
- Dziękujemy bardzo za gościnę.
- Ależ cała przyjemność po mojej stronie. Mam nadzieję, że jeszcze mnie odwiedzisz Jadziu. Samotny człowiek cieszy się z każdej wizyty.
Pożegnałyśmy sympatycznego gospodarza i wróciłyśmy bez najmniejszych problemów do domu.
Po kolacji usiadłyśmy w pokoju stołowym.
- Czekam mamuś na twoją historię.
- To byli wyjątkowi przyjaciele – zaczęła. Ale oboje zakochali się w tej samej dziewczynie.
- To byłaś ty? Tak ?
- Tak. Obu darzyłam wielką sympatią i trudno było mi wybrać jednego z nich. Tak się różnili.... Jakub - twój ojciec, dusza towarzystwa, wszędzie go było pełno. Dziewczęta za nim szalały, bo był naprawdę przystojny i sławny. Pisali o nim w gazetach. A Kaziu... cichy, wstydliwy i małomówny, zawsze gdzieś w tyle za swoim kolegą. Oj córcia, nie wiedziałam kogo mam wybrać. Byłam taka młoda. Wybrałam Jakuba, bo był przystojniejszy i dlatego, żeby koleżanki mi zazdrościły. Kazimierz bardzo to przeżył, nawet nie był na naszym ślubie, choć cały klub motocyklistów w nim uczestniczył.
To miał być koniec sezonu. Ostatni rajd. Byłam z tobą w ciąży, ale nie mogło mnie zabraknąć na trybunach. Obaj brali udział w tym wyścigu. Widziałam jak się kłócili przed startem.
Potem na moich oczach rozegrał się dramat, którego do dziś nie jestem w stanie zapomnieć. Twój ojciec chciał wyprzedzić Kazimierza i wypadł na bandę. Zginął na miejscu.
 Ale to jeszcze nie wszystko. Posądzono Kazimierza, że zajechał mu specjalnie drogę i to przez niego zginął Jakub.
 Nie mogłam na niego patrzeć. W gazetach pisano o zemście odrzuconego kochanka. Dlatego musiałam wyjechać z tej miejscowości i zamieszkać tu.
- Ale jak to się skończyło? Był w końcu winny?
- Nie. To była jakaś awaria hamulców. Kazimierz został oczyszczony z zarzutów.
- To w takim razie możesz mi wyjaśnić swoje zachowanie u niego. Minęło prawie czterdzieści lat od tego zdarzenia.
- Bo mi wstyd. Po pierwsze – nie słuchałam serca.
- Nie kochałaś taty?
- Myślę, że to było tylko zauroczenie. Przecież byliśmy tylko rok po ślubie. Twój ojciec więcej kochał motory. Kazimierz po śmierci Jakuba chciał się nami zająć, mimo, że go odrzuciłam. On naprawdę darzył mnie wielkim uczuciem. Ale ja cały czas myślałam, że to przez niego zginął twój ojciec i nie chciałam go wtedy znać. Kiedy miałaś trzy lata, odszukał mnie i zaproponował ponownie pomoc. Wyrzuciłam go wtedy za drzwi.
- A teraz? Oboje jesteście wolni.
- Teraz jest już za późno.
- Mamo, masz sześćdziesiąt lat. Dość żałoby. Widziałam jak na ciebie patrzył. On nadal cię kocha, nie zmarnuj tego uczucia.
Po tygodniu zadzwonił do nas pan Kazimierz. Rozmawiali  bardzo długo z mamą. Widziałam jak się uśmiecha. Czy coś będzie z tego? Trudno powiedzieć, ale zaprosiła go do nas na drugi dzień Świąt Bożego Narodzenia.
Stara miłość nie rdzewieje i  jak widać, nigdy nie jest za późno na naprawę błędów młodości.
Prześlij komentarz