niedziela, 25 maja 2014

Spełnione marzenia odcinek 23


W życiu spotykają nas nie tylko miłe niespodzianki.
Czy dowiem się kiedyś, co było w pamiętniku Konstancji?
Zapraszam na kolejny fragment



Po obiedzie, postanowiłam poświęcić swój czas na sprawy związane z ślubem synów. Zbyszek miał odebrać od krawcowej moją kreację. Został mi tylko jeszcze stosowny kapelusz i buty, ale miałam jeszcze prawie miesiąc, więc zdążę się z tym uporać.
Właśnie przestało padać i pokazało się słońce. Ponieważ Lucyna nie schodziła na dół - pewnie usnęła, wyszłam z Barym do ogrodu.
Z przyjemnością patrzyłam na moje kwiaty i krzewy. Nigdy nie przypuszczałam, że na starość stanę się ogrodniczką. Kiedyś praca w ziemi  wcale mnie nie interesowała, ale teraz aż się palę do roboty. Denerwowało mnie tylko to zadaszenie, bo psuło wystrój mojego pięknego, zaczarowanego ogrodu.
Ale zaraz po weselu wszystko zlikwidujemy i będzie tak jak dawniej.  Jednak mimo pięknych kolorowych rabatek, fontanna była moim oczkiem w głowie. Czerwone róże, fantazyjnie oplotły dziewczynkę z konewką. Zielone liście krzewu, owinęły się wkoło kapelusika, który trzyma  Rozalka – czyli dziewczynka z fontanny. Takie imię dała jej Lucyna.
Tak się rozmarzyłam, że zupełnie zapomniałam o obiedzie. Pobiegłam do kuchni i dosłownie w ostatniej chwili, uratowałam ziemniaki. Wygotowała się prawie cała woda.
- Co tu tak śmierdzi – usłyszałam za plecami głos mojej siostry.
- A... wyszłam na chwilkę do ogrodu i masz babo placek. O mało nie spaliłam ziemniaków – wyjaśniłam.
- Może nie spaliłaś, ale będą słone – powiedziała Lucyna, nabijając na widelec mały ziemniaczek.
- I co? Słone? – zapytałam.
- Ałaaa!! Sparzyłam sobie język – zawołała siostra, machając rękami.
- A mówiłam ci już nie jeden raz, że nie znoszę pomagierów w kuchni. Masz nauczkę na przyszłość - nie wtrącać się w moje gotowanie, hi, hi.
- Dobra, to co planujesz po obiedzie? Zapytała Lucyna.
- Powinnam trochę oplewić ogródek i podpiąć róże przy fontannie, bo puściły się samopas.  Pomożesz?
- E..... Coś ty siora, ja mam chory kręgosłup i nie dla mnie robota w ogrodzie.
- Tak myślałam, że się wywiniesz. I kto tu jest hrabianką? Na pewno nie ja. No dobra, niech ci będzie. Potem sprawdzę listę naszych gości, czy do wszystkich wysłaliśmy zaproszenia – dodałam.
Wiedziałam, że Lucyna ma problem z kręgosłupem, a ostatnio coraz częściej narzekała na lewy bark. Ale wygnać ją do lekarza, to tak jak zmusić ślimaka, by wyszedł ze swojej muszli. Nie znosiła doktorów, a  właściwie kolejek do nich.
- To ja zabiorę Barego na spacer – powiedziała siostra. Pójdziemy na łąkę pozbierać polne kwiaty. Co ty na to?
- Dobrze, możecie iść – odparłam.
Miałam chwilę czasu, więc usiadłam w salonie na wygodnej sofie i postanowiłam zajrzeć do pamiętnika. Jakie było moje zdziwienie, kiedy po otwarciu przypadkowej strony, zastałam pustą wyblakłą kartkę. Z przerażeniem sprawdziłam pozostałe. Niestety potwierdziły się moje obawy. Wszystko co było tam napisane, po prostu znikło.  Dlaczego tak się stało? Co wpłynęło na to, że zapiski Konstancji  w jakiś dziwny sposób wyparowały. Ogarnęła mnie złość, że nie wpadłam na pomysł zrobienia kopii , lub sfotografowania tekstu w chwili gdy zauważyłam, że coś się dzieje niepokojącego. Byłam bezradna.
Przybliżałam i oddalałam strony pamiętnika, patrzyłam przez szkło powiększające, jednak bezskutecznie. Pozostała tylko stara skórzana oprawa i puste pożółkłe kartki.
Poczułam dziwny dreszcz na ciele na myśl o tym, że właśnie z jakiegoś powodu straciłam możliwość rozwikłania kolejnej wiadomości z tamtych lat. To było straszne. Odłożyłam pamiętnik na stół i  jak mała dziewczynka, zwyczajnie się rozpłakałam.
Włączyłam komputer i postanowiłam sprawdzić na Internecie, wszystko związane z zanikającym pismem. Taką wiadomość odczytałam.
Atrament sympatyczny to substancja bezbarwna w momencie pisania lub tracąca barwę w szybkim czasie.
Atrament nakłada się na powierzchnię za pomocą pędzla, stempla, pióra wiecznego, wykałaczki lub palca zamoczonego bezpośrednio w cieczy. Powinien być niewidoczny po wyschnięciu.

Czyli coś innego spowodowało zniszczenie tekstu, ale co?
Zniecierpliwiona wypatrywałam Lucynę, jednak nadal nie wracała.
Zrezygnowana wróciłam do salonu i spojrzałam na bezużyteczne znalezisko.
Nagle dostałam dziwnego olśnienia.
Skoro Konstancja ukryła swoje zapiski, to miała w tym jakiś cel. Może nie chciała, by ktokolwiek to czytał. Jakie sekrety ze swojego życia tam spisała?
To co się wydarzyło było sygnałem stamtąd, że pamiętnik nie powinien trafić w obce ręce, a skoro już trafił, to stał się nieczytelny.
Nasza ingerencja w życie tej dziewczyny skończyła się porażką i należy się z tym definitywnie pogodzić. Jednak żal i niedosyt mimo wszystko zostanie.
- Patrz Wanda, jaki mam dla ciebie piękny bukiet – usłyszałam głos Lucyny na werandzie. Co jest? Ducha zobaczyłaś? Boś blada jak papier – powiedziała, kładąc kwiaty na stole.
Nie mogłam wydobyć z siebie głosu. Gestem dłoni wskazałam jej pamiętnik.
- O co chodzi? Wyczytałaś coś ciekawego? A miałyśmy razem to zrobić. Boże!! Tu nic nie ma – dodała szeptem.
Siostra usiadła na fotelu i spojrzała na mnie zakłopotana.
- Jesteśmy winne temu co się stało. Trzeba było przede wszystkim zrobić zdjęcia każdej strony i nawet miałam się tym zająć po powrocie ze spaceru.  Ale cóż, już jest na to za późno.
- Też o tym myślałam – powiedziałam. To wielka nieodpowiedzialność z naszej strony. Miałyśmy w rękach stuletni dokument i jak widać, nie potrafiłyśmy go odpowiednio zabezpieczyć.
Siedziałyśmy z siostrą w zupełnym milczeniu. Żadna z nas nie miała nic na swoje wytłumaczenie. Po prostu stało się.
Pierwsza odezwałam się ja.
- Pomyślałam, że jeśli ten pamiętnik został w ten sposób ukryty, to autorka, czyli córka Antoniny nie chciała by ktokolwiek go znalazł. Widocznie miała ku temu powody.
- Ale jakie? Zapytała siostra. Co mogło tam być, czego Konstancja nie chciała wyjawić przypadkowym osobom?
To pytanie pozostało jak na razie bez odpowiedzi.
Obiad zjadłyśmy w zupełnej ciszy. Lucyna tłumacząc się bólem głowy, poszła do pokoju na górę, a ja udałam się do zagajnika.




Prześlij komentarz