czwartek, 24 kwietnia 2014

Nie poddałam się




 
Zapraszam na opowiadanie, dla tych kobiet które jeszcze nie czytały. Nie jest to temat na czerwcową akcję różowej wstążki, ale temat który
 nas zawsze przerażał i nadal przeraża. To opowiadanie napisałam w oparciu 

Od roku, byłam szczęśliwą mężatką.


Zbyszka poznałam na wakacjach, w niezwykłych okolicznościach. Dzień był wyjątkowo upalny, więc rodzice zostali w pokoju hotelowym, a ja poszłam opalać się na plażę. Po godzinie leżenia na prażącym słońcu, postanowiłam ochłodzić się w morzu. Weszłam do wody i zanurzyłam po szyję. Nagle złapał mnie skurcz. Nie mogłam się ruszyć, próbowałam krzyczeć, ale szum fal zakłócał moje wołanie o pomoc. Poczułam jak pochłania mnie woda. Nagle ktoś chwycił mnie za rękę. Brakowało mi tchu. Tylko przez mgłę, widziałam chłopaka, który holował moje bezwładne ciało do brzegu.

- W porządku? Usłyszałam głos pochylającego się nade mną mężczyzny, kiedy leżałam na piasku.
Kręciło mi się w głowie, w gardle piekło niesamowicie od słonej wody i z trudem łapałam oddech. W koło mnie, zebrała się grupka gapiów.
- Proszę się rozejść – powiedział mój wybawiciel – dziewczyna musi mieć więcej przestrzeni dodał.
Chłopak okrył mnie ręcznikiem i rozcierał moje drżące dłonie.
- Dobrze się już czujesz? Zapytał.
- Tak, dzięki – odparłam szczękając zębami.
- Jestem Zbyszek – powiedział ściskając moją dłoń.
- Jadzia - Jeszcze raz ci dziękuję.
Ktoś zawiadomił moich rodziców, którzy natychmiast przybiegli na plażę. Mama ze łzami w oczach dziękowała chłopakowi za ratunek. Resztę dnia spędziłam już w pokoju hotelowym.
Ten wakacyjny ratownik, jest dziś moim mężem.
Kiedy wspominamy tamten dzień, to Zbyszek mówi z uśmiechem.
- Wyrwałam cię syrenko, z objęć Neptuna. Teraz muszę uważać, bo on tak szybko nie odpuści. Dlatego wszelkie kontakty z morzem odbywać się będą, tylko w moim towarzystwie.
Byłam bardzo szczęśliwa. Miałam kochanego mężczyznę, dobrą pracę, przytulne mieszkanie, aż do momentu, kiedy nagle zawalił się cały mój świat. Mąż, marzył o dziecku i coraz częściej wracał do tego tematu. Ja jednak jeszcze nie byłam na to gotowa i ciągle go zwodziłam.
- Mamy jeszcze na to czas, tłumaczyłam. Dziecko to przecież duży obowiązek. To nieprzespane noce, pieluchy – próbowałam go zniechęcić. Ale Zbyszek był nieugięty. W końcu się poddałam.
- Dobrze – powiedziałam pewnego dnia, przy śniadaniu. Daj mi czas na odpowiednie przygotowanie się. Muszę porobić wstępne badania i jakoś ustawić się w pracy.
Zaczęłam od ginekologa.
- Nie widzę przeciwwskazań, jest pani zdrową i młodą kobietą. Zrobimy cytologię i do dzieła, pani Jadwigo – powiedziała lekarka.
Wyniki miałam odebrać za tydzień. Do końca życia nie zapomnę tego dnia, kiedy zadzwoniła do mnie pielęgniarka z Ginekologii z wiadomością, że mam natychmiast stawić się w gabinecie.
- Nie mam dla pani dobrych wieści – powiedziała lekarka. Badanie wykazało, że ma pani raka szyjki macicy i potrzebna jest natychmiastowa operacja – dodała nie patrząc mi w oczy.
Spojrzałam na nią zdziwiona.
- Boże, co pani mówi, jaki rak? Nic mi nie jest, czuję się bardzo dobrze, to musi być pomyłka, to przecież niemożliwe! – krzyknęłam i wybiegłam z płaczem z gabinetu.
Oszołomiona tą wiadomością, szłam przed siebie, obijając się o przechodzących ludzi. Nie słyszałam odgłosów ulicy, wszystko w koło wirowało. Rak szyjki. Ma pani raka szyjki, potrzebna jest natychmiastowa operacja, słowa kobiety natrętnie wracały.
Usiadłam na pobliskiej ławce i próbowałam się jakoś uspokoić. To musi być jakieś koszmarne nieporozumienie, myślałam gorączkowo. Pewnie pomylili próbki i tyle. Zrobię badanie jeszcze raz, tylko już nie w tym gabinecie – pomyślałam, i nieco uspokojona wróciłam do domu, gdzie czekał na mnie bardzo zdenerwowany mąż.
- Gdzie ty byłaś? Zapytał drżącym głosem. Dzwoniła tu kilka razy doktor Kozłowska i prosiła o kontakt – dodał.
- Niech sobie dzwoni, nie mam zamiaru już tam się leczyć. Głupia baba, wymyśliła. Przecież ja sama wiem co mi jest, nie mam żadnych objawów. Nie wrócę już tam – powiedziałam.
- Jadziu, nie poznaję cię, jesteś przecież inteligentną kobietą. Wyniki mówią za siebie – dodał.
- Co, już ci wszystko wypaplała – wykrzyczałam. Podam ją do sądu, za niedochowanie tajemnicy lekarskiej.
- Kochanie o czym ty mówisz? Jestem twoim mężem, a ona martwi się o ciebie. Musisz tam wrócić natychmiast – powiedział Zbyszek i próbował mnie przytulić.
Odepchnęłam go ze złością i wyszłam do pokoju, trzaskając za sobą drzwiami.
Usiadłam w fotelu z podkulonymi nogami i dziękowałam Bogu, że nikt mi teraz nie przeszkadza. Po kilkunastu minutach wszedł mąż. Usiadł przy mnie i delikatnie mnie objął. Już się nie broniłam. Wtuliłam się w jego ramiona i próbując opanować płacz, powiedziałam.
- Dlaczego ja? Dlaczego mnie to spotkało? Co ja takiego zrobiłam, że tak mnie los potraktował. Czy ty wiesz co to oznacza? Nie będziemy mogli mieć dzieci.
- Nie myśl o tym, teraz ty jesteś najważniejsza dla mnie i tylko ty się liczysz – powiedział Zbyszek całując mnie w policzek.
- A dziecko? Przecież tak bardzo chciałeś. Musimy się rozwieść, nie mogę cię unieszczęśliwić - zwróciłam się do męża.
- Przestań histeryzować! – krzyknął Zbyszek i mocno mną potrząsnął. Kocham cię, rozumiesz? Jesteś dla mnie wszystkim, o jakim unieszczęśliwieniu ty mówisz? Jutro idziemy razem do lekarza i koniec dyskusji. A teraz może byśmy coś zjedli, bo burczy mi w brzuchu – powiedział, zmieniając temat.
Nazajutrz w towarzystwie męża, udałam się do lekarza. Na biurku czekało już na mnie skierowanie do szpitala.
- Cieszę się, że pani wróciła – powiedziała lekarka. Jutro rano przyjmujemy panią na oddział. Wykonamy badania i myślę, że już w czwartek zrobimy zabieg – dodała takim tonem, jakby mówiła o opieczeniu ciasta na święta.
- Pani doktor, a jakbym poczekała na operację do przyszłego roku? Zapytałam nieśmiało. Planujemy z mężem dziecko, a potem to niech mi już wszystko usuną.
- Do pani należy decyzja, ale muszę uprzedzić, że hormony podczas ciąży, sprzyjają gwałtownemu rozwojowi komórek nowotworowych, czy chce pani świadomie narazić się na śmierć? - Powiedziała lekarka, patrząc mi prosto w oczy. Zapewniam panią, przedwcześnie wykryty nowotwór jest całkowicie wyleczalny – dodała.
Nie miałam już więcej pytań, wyszłam z gabinetu z płaczem. Na poczekalni czekał Zbyszek.
- Jedziemy do sklepu, muszę kupić sobie, szlafrok, piżamę i nowe pantofle – zwróciłam się do męża, ukrywając załzawione oczy.
Wybrałam wszystko w kolorze niebieskim, bo niebieski to nadzieja, a mnie ona teraz była bardzo potrzebna.
Tak jak mówiła, w czwartek zawieźli mnie na salę operacyjną. Podano mi zastrzyk i wtedy przestałam się już bać. Powoli zanikały rozmowy, krzątającego się w koło mnie personelu. Nagle znalazłam się na plaży, a obok klęczał Zbyszek, coś do mnie mówił, ale obraz powoli zanikał i zapadłam w głęboki sen.
Po operacji, czułam się wyjątkowo dobrze, nawet dziwiłam się innym kobietom, że tak wydziwiają, jednak najgorsze było dopiero przede mną. Po tygodniu wróciłam do domu. Teraz czekała mnie chemia i naświetlanie. Pomyślałam, że dam radę, bo mam nadzieję w przyszłości na dziecko. Lekarka powiedziała, że nie usunęli mi całej szyjki macicy i jeśli wszystko pójdzie dobrze, to mam szanse zajść w ciążę. Oczywiście prawdopodobnie, będę leżała w szpitalu całe dziewięć miesięcy.
Po kilku chemiach nie miałam żadnych ubocznych objawów, jednak ten stan trwał krótko. Już w trzecim tygodniu, pojawiły się uporczywe wymioty, zawroty głowy i chudłam w oczach. Moja cera zmieniła kolor na żółty, a oczy całkiem wyblakły. Mama na czas mojej choroby przeprowadziła się do nas. Gdyby nie jej opieka, nie wiem jak bym to wszystko zniosła. Zbyszek był bezradny, widziałam jak ukradkiem patrzył w moją stronę. Na jego skroniach pojawiły się siwe włosy. Wiedziałam jak bardzo się martwi, jak bardzo to przeżywa i byłam zła, że to wszystko przeze mnie.. Z przerażeniem patrzyłam jak wypadają mi włosy.
- Nie martw się kochanie, kupimy ładną perukę – powiedział mąż, widząc jak ściągam z grzebienia kolejne pasma włosów. Tak się zastanawiam, czy w rudym kolorze będzie ci do twarzy – powiedział, udając rozbawionego.
Ze złością rzuciłam w niego grzebieniem.
- To nie jest zabawne! – krzyknęłam. W żadnym kolorze nie będzie mi dobrze, i przestań udawać, że nie czujesz do mnie wstrętu.
Byłam totalnie załamana, złe samopoczucie i zmiany w wyglądzie, sprawiły, że straciłam ochotę do życia. Prawie całymi dniami leżałam w łóżku i nie chciałam z nikim rozmawiać. Myślałam tylko o śmierci. Nie wyjdę z tego, powtarzałam sobie w kółko.
Mama gotowała mi siemię lniane i kisiele, bo po naświetlaniach trzeba było nawilżać uszkodzone jelita.
- Dlaczego każesz mi pić te gluty! Wrzeszczałam. Czy nie rozumiesz, że to wstrętne?
- Wiem Jagusiu, ale to dla twojego dobra – mówiła, wciskając mi do ręki garnuszek z kleistą cieczą.
Pewnego popołudnia, mąż wrócił jak zwykle z pracy. Słyszałam jak cicho rozmawiali z mamą w kuchni.
- Mamy dla ciebie niespodziankę – powiedział, trzymając w ręku reklamówkę.
W środku była peruka.
- Przymierz dziecko – powiedziała mama.
- Dajcie mi spokój! Nie będę nic przymierzać i zostawcie mnie w końcu w spokoju – krzyczałam jak opętana.
Wyszli z pokoju, zostawiając mnie samą. Na stole leżała ruda peruka. Odwróciłam się i nie chciałam patrzeć w tamtą stronę. Po co mi ona? Powtarzałam w myślach, czy to coś zmieni jeśli ją założę? Ale.... może lepsze to, niż ta cholerna chusteczka? Pomyślałam. W końcu się przełamałam. Wstałam z łóżka i na trzęsących się nogach podeszłam do stołu. Dotknęłam miękkich, lśniących włosów, były jak prawdziwe. Drżącymi rękami założyłam perukę i spojrzałam w lustro. W tym momencie uświadomiłam sobie, jak bardzo się zmieniłam. Usiadłam na łóżku i wyciągnęłam kosmetyczkę, której dawno nie używałam. W środku był puder do twarzy i róż na policzka. Delikatnie nałożyłam warstwę pudru na twarz, opuszkami palców, zaznaczyłam lekkie rumieńce. Potem błyszczkiem nawilżyłam spierzchnięte usta.
- Nie jest źle – pomyślałam, oglądając się w lustrze.
Przypomniałam sobie, jak co rano przed pracą, wykonywałam te czynności i zdałam sobie sprawę, jak bardzo było mi to potrzebne. Od razu poprawił mi się humor.Weszłam do kuchni, gdzie siedzieli moi bliscy.
- O rany! Popatrz mamo, jaką mam piękną kobietę – zawołał mąż. Zawsze wiedziałem, że dobrze jej będzie w rudych włosach – dodał z prawdziwą szczerością. Stanęłam przed nimi i zakręciłam pukiel włosów na palcu, patrząc uwodzicielsko na męża.
- Chciałeś, rudą, to masz rudą – powiedziałam. Przepraszam was za wszystko, wybaczcie mi, jestem taka nieznośna, a wy chcecie dla mnie jak najlepiej. Zbyszku, ta peruka to dobry pomysł, dziękuję ci bardzo i przepraszam, za moje zachowanie.
- Nie ma sprawy – powiedział mąż i przytulił mnie serdecznie.
- Nie ma sprawy – zawtórowała mu mama, choć w jej ustach ten młodzieżowy zwrot zabrzmiał komicznie.
Od tego dnia, postanowiłam zmienić swoje nastawienie do mojej choroby. Nie poddam się, będę walczyć i dam radę. Dość użalania się nad sobą. Z tym pozytywnym nastawieniem, rozpoczęłam walkę z rakiem. Zaczęłam od zmiany garderoby, bo wszystko na mnie wisiało. Postanowiłam chodzić na spacery, a łóżko służyło mi już tylko do spania. W pogodne dni, zaraz po pracy, Zbyszek zabierał mnie na długie piesze wycieczki. W pobliskim parku, znałam na pamięć prawie każdą alejkę. Mieliśmy swoją ulubioną ławkę, na której siadaliśmy, kiedy poczułam zmęczenie. Z radością obserwowałam ruchliwe wiewiórki i upajałam się śpiewem ptaków. Te chwile spędzone na łonie natury, pozwalały mi zapomnieć na moment, o mojej chorobie. Kiedy pojawiłam się na oddziale w swojej nowej peruce, pacjentki były zachwycone moim wyglądem.
- Dosyć tego, to ja tu dyktuję warunki i żaden gad nie będzie panoszył się w moim ciele – oznajmiłam moim towarzyszkom doli i niedoli. Ale nie było tak wesoło jak sobie to wyobrażałam. Kolejne naświetlania i chemia trawiąca moje ciało, sprawiły, że miałam niejedną chwilę załamania. Jednak szybko wracałam do swoich zapewnień, że nie mogę się poddać. Dzięki wsparciu rodziny, czułam się silniejsza, co dawało mi nadzieję, że pokonam tę straszną chorobę.
Skończyłam kolejną serię zabiegów, a moje wyniki z dnia na dzień ulegały poprawie. Pojawiła się nadzieja, że leczenie odnosi oczekiwany skutek. Byłam taka szczęśliwa, kiedy zauważyłam jak odrastają mi włosy. Moja twarz nabierała rumieńców i przestałam się już mieścić w swoich nowych ciuchach. To był dobry sygnał.
- Mamy sukces pani Jadwigo – powiedziała lekarka na kontrolnej wizycie. Koniec chemii i naświetlań. Jest pani zdrowa – dodała.
- Naprawdę! Zawołałam szczęśliwa i rzuciłam się jej na szyję. To mogę planować dziecko? Zapytałam, próbując opanować łzy.
- Spokojnie, bo mnie pani udusi – powiedziała doktor Kozłowska, uwalniając się z moich uścisków. Na dziecko przyjdzie czas, teraz musi pani zadbać o siebie. Do macierzyństwa trzeba się odpowiednio przygotować. To tak jakby pani chciała posadzić kwiaty, na spalonej słońcem ziemi. A przecież, żeby coś urosło, musi być odpowiednie podłoże, czyż nie mam racji?
Dalszym etapem mojego leczenia, był wyjazd do sanatorium. Po tych wszystkich miesiącach spędzonych na oddziale, pobyt w uzdrowisku był dla mnie balsamem na moje ciało i duszę. Zbyszek odwiedzał mnie co tydzień, zachwycając się moim wyglądem. Nawet nie była mi już potrzebna peruka, włosy na tyle odrosły, że mogłam spokojnie z niej zrezygnować. W sanatorium dostałam pokój z dwudziestodwuletnią dziewczyną. Od roku żyła z przeszczepionym sercem. Któregoś wieczoru, kiedy leżałyśmy już w łóżkach, opowiedziała mi swoją historie.
- Jestem jedynaczką, i moi rodzice wiele ze mną przeszli – wyznała Monika. Miałam wszystko czego pragnie każda dziewczyna w moim wieku. Markowe ciuchy, komórka z najwyższej półki, wakacje w egzotycznych krajach. Ale nie potrafiłam tego docenić. Ciągłe imprezy, powroty do domu nad ranem, spędzały sen z powiek mojej mamie. Tato pracował za granicą, więc tylko ona mnie wychowywała. Kiedy zrobiłam sobie pierwszy tatuaż, o mało nie dostała zawału. Nawet sięgałam po narkotyki. Kiedyś przedawkowałam i wylądowałam w szpitalu. Mama załamywała ręce, błagała mnie, żebym się opamiętała, ale ja sobie nic z tego nie robiłam. Któregoś dnia w drodze na zajęcia, zasłabłam na ulicy. Ktoś zadzwonił po pogotowie i znalazłam się w szpitalu. Okazało się, że mam poważną wadę serca. Co było dalej, to już może się pani domyślić. Zostałam zakwalifikowana do przeszczepu serca, ale wciąż nie było dawcy. Leżałam podłączona do sztucznego serca i modliłam się, żeby ten koszmar się skończył. Miałam szczęście, dostałam od Boga jeszcze jedną szansę na nowe życie. Teraz już wiem, że nie mogę jej zmarnować. To nowe serce zmieniło mnie diametralnie. Często myślę, do kogo należało? Nawet próbowałam się tego dowiedzieć, ale przepisy zabraniają ujawniania takich wiadomości. Wiem jedno, bez względu kto był dawcą, czy to była kobieta, czy mężczyzna, wiem, że był to na pewno dobry, wrażliwy człowiek, bo ja taka teraz jestem – powiedziała Monika, chowając głowę w poduszkę.
- Nie płacz, najważniejsze, że zrozumiałaś swoje błędy. Widocznie tak miało być, ktoś oddał ci swoje serce, a ty teraz musisz je pielęgnować, jak największy skarb – powiedziałam, przytulając ją ciepło do siebie.
- Pani Jadziu, marzy pani teraz o dziecku, jeśli to będzie dziewczynka, oby nie była taka jak ja, bo moja mama przeszła ciężką drogę, wychowując mnie. Tak bardzo ją kocham i staram się już jej nigdy nie zawieść. Wróciłam na studia, dużo jej pomagam w domu i teraz jesteśmy najlepszymi przyjaciółkami. Gdyby tylko się dało, wymazałabym tamte dni, ale to niemożliwe – powiedziała dziewczyna, wycierając zapłakane oczy.
- Jeśli będę miała dziewczynkę, to chciałabym, by była taka jak ty. Każdy popełnia błędy, jesteśmy tylko ludźmi, ale najważniejsze jest, żeby się do nich przyznać. To nie nowe serce cię zmieniło, to ty Moniczko się zmieniłaś.
- Naprawdę tak pani sądzi? Dziewczyna spojrzała na mnie z nadzieją, że tak jest.
- Oczywiście, że tak sądzę, ale teraz chodźmy już spać, bo rano... wory pod oczami i przysypianie na śniadaniu – powiedziałam klepiąc ją po ramieniu. Długo nie mogłam jeszcze usnąć, myślałam o tej dziewczynie. Jest taka młoda a do końca szycia, musi brać leki, ale przecież żyje i to się teraz liczy.


Po kuracji w sanatorium, w końcu mogłam wrócić do pracy. Siedzenie w domu tak mi obrzydło, że z wielką przyjemnością zajęłam się swoimi obowiązkami. Teraz znów jestem w szpitalu, ale już nie z powodu choroby. Jestem w czwartym miesiącu ciąży. Doktor Kozłowska jest cały czas przy mnie. Wiem że znalazłam się w dobrych rękach, co daje mi poczucie bezpieczeństwa i spokoju. Będę miała córeczkę i dam jej na imię Marysia, bo takie imię nosi moja lekarka. Zapomniałam już przez co przeszłam. Zaczynam nowy etap w moim życiu. Teraz liczy się tylko malutka Marysia.
Prześlij komentarz