poniedziałek, 6 stycznia 2014

"Spełnione marzenia"(fragment 2)

Co dowiem się w okolicznej Parafii? Czy poprzednie właścicielki dworku, spoczywają na starym cmentarzu?
Mam nadzieję, że jutro po mszy otrzymam odpowiedź na te pytania.
Teraz z siostrą odpoczywamy w leszczynowym zagajniku.
Zapraszam na drugą część mojej powieści.

* Spełnione marzenia*













Rano wstałam kompletnie rozbita. W salonie panował przejmujący chłód. Nasunęłam kołdrę wysoko pod brodę i przypomniałam sobie swoje ciepłe, przytulne mieszkanko w Krakowie. Dworki są piękne i tajemnicze, ale mają jedną wadę, wymagają wielkich nakładów finansowych aby je ogrzać. Zasoby drzewa do kominka topniały jak śnieg w składziku na opał. Z przerażeniem uświadomiłam sobie, w jak zastraszającym tempie ubywają i topnieją również nasze pieniądze na koncie. Zbyszek miał rację mówiąc, że wartość tej posiadłości wzrośnie wielokrotnie. Coraz częściej nachodziły mnie myśli, czy nie popełniłam błędu, decydując się na taki krok. Jednak było już za późno, musiałam się z tym pogodzić. Odgoniłam od siebie dołujące myśli.
Czas wstawać, pomyślałam i z niechęcią wysunęłam stopę z pod ciepłego posłania. Brr... jak tu zimno i wilgotno! Zarzuciłam welurowy szlafrok i udałam się do kuchni. Deszcz przestał padać i powoli zaczęło się rozpogadzać. Czas wracać do miasta - stwierdziłam i włączyłam ekspres do kawy.
 Na szczęście burza nie wyrządziła wielu szkód. Oprócz kilku połamanych gałęzi owocowych drzew, nic więcej nie ucierpiało po wczorajszej ulewie. Sprawdziliśmy dokładnie czy wszystko w porządku i ruszyliśmy w powrotną drogę.
- Nareszcie w domu - powiedziałam do męża siadając w wygodnym fotelu - tak tu cieplutko.
- A cóż to? Nie lubimy już naszego domku na wsi - powiedział mój mąż z nieukrywaną ironią.
Zbagatelizowałam tę jego wypowiedź, nie miałam nastroju na niepotrzebne dyskusje.
- Wanda! Telefon dzwoni ci w torebce - zawołał Zbyszek.
Uporałam się z zamkiem mojej przepastnej torby i odszukałam komórkę.
- Tak słucham?
Po drugiej stronie usłyszałam głos Lucyny.
- No  co tam? Przeżyliście burzę? Zapytała siostra.
- A...  daj spokój, koszmar! Miałam niezłego boja. Myślałam, że wszystko się zawali i pochłonie nas ziemia.
- Cha, cha - siostra czytasz za dużo kryminałów, może weź się za jakieś romansidło - powiedziała Lucyna wyraźnie rozbawiona.
 Od poniedziałku pogoda wyraźnie się popsuła, padał deszcz i było bardzo zimno. Postanowiliśmy z mężem że zostajemy w Krakowie. Ja miałam parę ważnych spraw do załatwienia na miejscu, a Zbyszek obiecał teściowej że odmaluje jej pokój.
- Uporasz się z tym do końca tygodnia?- zapytałam męża.
- Nie mogę ci tego obiecać, raczej nie licz na to, że pojedziemy na naszą posesję w tym tygodniu.
- Ale zapowiadają poprawę pogody - powiedziałam zawiedziona.
- Nie możesz  po prostu jechać busem? Zadzwoń do Lucyny, może będzie miała ochotę wybrać się tam  z tobą.
- To dobry pomysł wezmę Barego - powiedziałam.
 Siostra  z entuzjazmem przyjęła zaproszenie na weekend. W sobotę zaraz z samego rana spotkałyśmy się na przystanku. Moja siostra ubrana na sportowo jak przystało na turystkę, zjawiła się o określonej porze. Spojrzałam na nią i starłam się ukryć moje rozbawienie. Prawdziwa turystka - pomyślałam. Sztruksowe rybaczki, zielona ortalionowa kurtka, adidasy, plecaczek i...... dyndające w uszach kolczyki z perłą. Lucyna nie przywiązywała wielkiej wagi do makijażu, jest zwolenniczką naturalności, ale jej uszy musiały być zawsze ozdobione. Kochała wszelkiego rodzaju zawieszki i kolczyki, Miała ich niezliczone ilości. Zawsze mówiła, że jak sobie ich nie założy, to czuje się naga. No cóż do tego sportowego stroju te ozdoby z perłą pasowały jak kwiatek do kożucha.
Nadjechał  w końcu bus. Denerwowałam się bardzo czy kierowca zabierze nas z psem.
- Podeszłam do mężczyzny, który zrobił sobie przerwę na papierosa. Czy zabierze nas pan z psem? Zapytałam.
 Bary stał ze spuszczonym łbem obrażony na cały świat z powodu kagańca, który najwyraźniej go denerwował.
- Ma pani szczęście, dziś jestem prawie pusty i istnieje taka możliwość. Jedziecie panie do końca? Zapytał.
- Tak, do samiuśkiego - odpowiedziałam z ulgą w głosie.
- To proszę zająć miejsca na końcu, bo po drodze zabieram innych pasażerów.
Szczęśliwe usadowiłyśmy się na ostatnich siedzeniach. Bary na nasze szczęście, mimo, że wyglądał na wilczura, był dużo drobniejszy od oryginału.          

 Wysiadłyśmy  na małym rynku, obok starego drewnianego kościółka.
- Wanda! Lucyna złapała mnie za rękę - chodźmy do tego kościółka- powiedziała zaaferowana - może dowiemy się czegoś na temat twojego dworku i jego prawowitych właścicieli.
Była dopiero dziesiąta rano, więc miałyśmy mnóstwo czasu. Dlatego bez oporu przystałam na jej propozycję. Niestety kościół był zamknięty a  na drzwiach widniał napis, że msza odbywa się tylko w niedzielę i święta o godzinie dwunastej.
- Trudno - powiedziała Lucyna - skoro tu już jesteśmy, to zwiedzimy cmentarz – dodała.
Przywiązałyśmy psa do jednej z ławek przy kościele i ruszyłyśmy w stronę cmentarza.
Na nasze szczęście brama była otwarta. To był stary cmentarz. Według dat na nagrobkach już od dawna nie chowano tam zmarłych. Moja siostra przystawała przy każdym grobie.
- Zobacz - wskazała ręką na mały grobowiec z wykutym w kamieniu aniołem, który w dłoniach trzymał owalne zdjęcie przedstawiające twarz małej dziewczynki.
Pod spodem wykuto napis, który z wiekiem wytarł się już w paru miejscach.
Lucyna ubrała okulary i nachyliła się nad grobem czytając na głos.

Powiększyłaś grono aniołów kochana córeczko, nam zostawiłaś tylko ból.
                        Ur. 15 IV 1900 r.  Zm. 3 VIII 1903.
Obserwowałam kątem oka, moją siostrę, była bardzo wzruszona. Odwróciła się i wytarła oczy chusteczką.
- Siora - płaczesz? – zapytałam.
- Chyba sobie żartujesz – odpowiedziała. Łzawią mi oczy. Ostatnio często siedzę na komputerze i to dlatego.
Wiedziałam, że to nie prawda. Lucyna jest bardzo wrażliwa i każda rodzinna tragedia tak ją wzrusza.
Zwiedzanie cmentarza zajęło nam dobre dwie godziny, przystawałyśmy nad każdym grobem. Lucynie zabrakło już chusteczek na jej zmęczone komputerem oczy. Musiałam to przerwać.
- Idziemy - zwróciłam się do siostry. Mamy dwa kilometry do pokonania pieszo, jutro po mszy tu jeszcze wrócimy.
Poddała się. Opuściłyśmy cmentarz i skierowałyśmy swoje kroki na znaną nam już drogę do mojej posiadłości.
My kobiety z miasta miałyśmy problemy z dotarciem do celu. Już w połowie drogi nogi odmawiały nam posłuszeństwa.
- Wanda! Zatrzymajmy się na chwilkę, buty mnie otarły i nie mam już siły - powiedziała Lucyna, siadając na brzegu przydrożnej kapliczki.
Sama byłam zmęczona, ale nie było innego wyjścia, musiałyśmy tam jakoś dotrzeć.
            - Dobrze - może złapiemy jakąś okazję - pocieszyłam siostrę.
Ale jak na złość nikt nie jechał w tym kierunku.
Nagle w oddali zauważyłam zbliżający się samochód. Zdesperowana wybiegłam na środek drogi machając nerwowo rękami. Samochód zatrzymał się z piskiem opon.
- Co to? Życie pani nie miłe!- powiedział kierowca przez uchylone okno.
- Bardzo pana przepraszam, ale mamy jeszcze sporo drogi do domu. Czy mógłby nas pan podrzucić?
- Nie ma sprawy - mężczyzna zaprosił nas do środka.
- Ale nie jesteśmy same - wskazałam na psa który właśnie załatwiał swoją potrzebę fizjologiczną.
- Niech wskakuje, też mam psa w domu.
- A gdzie panie mieszkacie?
W tym starym dworku na wzniesieniu - wyjaśniłam.
Lucyna była szczęśliwa. Usadowiła się od razu po stronie przystojnego kierowcy, nie dając mi możliwości wyboru.
- To panie nie boją się mieszkać na takim pustkowiu? Zapytał nasz wybawca.
- A dlaczego miałybyśmy się bać? Zapytałam.
- To odludne miejsce, a ludzie raczej wolą mieć kogoś w pobliżu - tłumaczył. Ten dworek nie miał wielu chętnych, dlatego bardzo mnie dziwi, że takie niewiasty spędzą tam noc.
Po tych słowach dostałam gęsiej skórki na całym ciele. Co miał na myśli? Czy coś wie? Ale Lucyna zareagowała natychmiast na jego słowa.
- Czy wie pan coś na temat tego miejsca? - zapytała
- Właściwie niewiele, tylko tyle co dowiedziałem się od teściowej. Podobno mieszkała tu kiedyś matka z ułomną córką - kontynuował. Kobieta kazała sobie postawić wysoki mur, nie wiedzieć dlaczego. Nie przyjmowały gości, a każdy komiwojażer został przepędzany. Nikt z okolicznych mieszkańców nie widział na oczy córki właścicielki dworu.
- To naprawdę ciekawe - ale niech nam pan powie - czy nikt tu nikogo nie zamordował? Zapytałam.
- Cha, cha! Kierowca był wyraźnie rozbawiony moim pytaniem.
- Spokojnie - umarły śmiercią naturalną - dodał zatrzymując samochód tuż przed wzniesieniem gdzie stał mój dworek.
Podziękowałyśmy za podwiezienie i dotarłyśmy w końcu do celu. Otworzyłam żelazną bramę. Dopiero teraz zauważyłam, że mur okalający posesję jest tak wysoki, że nikt z zewnątrz nie mógł widzieć co dzieje się na dziedzińcu.
Zaraz napaliłyśmy w kominku. W salonie panowała wilgoć i trzeba było trochę poczekać, aż ogrzeje się całe pomieszczenie. W Krakowie zrobiłam kotlety na obiad, ziemniaki były, ogórki kiszone były i gin z tonikiem mroził się w lodówce. Co nam jeszcze brakowało - pogaduszek, tak po prostu zwykłych pogaduszek. Nadawałyśmy  z  siostrą na tych samych falach, dlatego nigdy nie nudziłyśmy się w swoim towarzystwie.
Po obiedzie udałyśmy się do leszczynowego zagajnika zaopatrzone w szklanki z ginem rozcieńczonym tonikiem i kostkami lodu. Na nasze szczęście pogoda była wymarzona. Świeciło słońce i nic nie zapowiadało, że się popsuje.
- Co ty na to co powiedział ten facet? - zagadnęła mnie siostra przechylając szklaneczkę z jej ulubionym trunkiem.
Bo jeżeli chodzi o gin z tonikiem, to raczyłyśmy się nim w wyjątkowych okazjach. Lucyna jest pisarką wydała już kilka książek i każda z nich była oblewana tym właśnie trunkiem. Teraz też była okazja. Miałyśmy zadanie do wykonania. Musiałyśmy sprawdzić wszystko to, co jest związane z tym miejscem.
- Nie wiem – odparłam.
- Wiesz, to naprawdę ciekawa historia z tą ułomną córką. Czy była aż tak szpetna, że matka się jej wstydziła? - powiedziała Lucyna obracając w dłoni kryształową szklankę.
- Sama nie wiem – odpowiedziałam.
Doszłyśmy do wniosku, że jutrzejsza msza pomoże nam w odnowieniu duchowym i być może dowiemy się czegoś na temat tej kobiety i jej córki.
Resztę dnia spędziłyśmy na zwykłym leniuchowaniu. Lucyna czytała książkę, a ja zebrałam w tym czasie kosz gruszek z myślą, że jutro zrobię z nich mus.
Przed nocą sprawdziłyśmy wszystkie drzwi czy są pozamykane. Nie ukrywam że słowa naszego rozmówcy, zasiały w nas ziarno niepokoju.
Przeżycia minionego dnia i trunek którym raczyłyśmy się do wieczora sprawił, że nie miałyśmy problemów z uśnięciem.

Rano obudził mnie gwar rozśpiewanego za oknem ptactwa. Spojrzałam na  siostrę, która przykryta po sam czubek głowy spała kamiennym snem.
Uśmiechnęłam się pod nosem widząc wystające ucho z kolczykiem. Dama pod każdym względem - pomyślałam, nawet w łóżku. Nie chciało mi się wstawać, ale ktoś w tym towarzystwie musiał pełnić obowiązki służby. Dziś to ja byłam ta nisko urodzona, a szlachcianką była oczywiście dama z perłą. Poszłam szybko do łazienki żeby włączyć farelkę. Znając skłonności mojej siostry do częstego zapalenia pęcherza, wolałam nie ryzykować. Zamknęłam drzwi żeby ciepło nie uciekało i udałam się do kuchni.
Bary podniósł łeb ze swojego posłania i zamerdał na powitanie ogonem.
- Cześć psiaku- chcesz siusiu?
Pies zerwał się natychmiast i podbiegł zadowolony do wyjścia.
- Idź - powiedziałam otwierając szeroko drzwi.
Poranny chłód wdarł się do środka, ale niebo było czyste, co zapowiadało ładny dzień.
Włączyłam ekspres do kawy i zabrałam się za robienie kanapek na śniadanie.
- Jak tu zimno! - usłyszałam głos z salonu. Wanda może zapalisz w kominku?
- A nie poprzewracało się w główeczce? – zapytałam patrząc na siostrę która szczelnie okryta kołdrą, wciąż marudziła.
- Niestety musimy oszczędzać proszę pani. W łazience zagrzano, czas na poranną toaletę, bo śniadanie czeka.
Po tych słowach wróciłam do swoich zajęć. Bary szczekał pod drzwiami, informując mnie że załatwił to co trzeba.
- Wygląda na to, że musimy wyjść dwie godziny wcześniej żeby dotrzeć tam na dwunastą - powiedziała siostra z pełnymi ustami.
- Myślę, że jest na to rozwiązanie. Piotrek z Marzeną przywieźli tu swoje rowery. Pojedziemy tam na dwóch kółkach - co ty na to? – zwróciłam się do siostry.
- To świetny pomysł. Lucyna była wyraźnie zadowolona z takiego obrotu sprawy.
-  Zabiorę aparat - powiedziała. Zrobimy parę zdjęć - co ty na to?
- Dobry pomysł. Ten kościółek jest wart uwiecznienia.
Sprawdziłyśmy dokładnie rowery. Lucyna dopompowała koła i ruszyłyśmy w stronę rynku.
Kiedy dotarłyśmy na miejsce, kościół wypełniony był już wiernymi. Msza trwała około trzydziestu minut. Po ogłoszeniach parafialnych, okoliczni mieszkańcy powoli opuszczali to piękne zabytkowe miejsce.
- Idziemy - powiedziałam się do siostry, która biegała po dziedzińcu robiąc niezliczoną ilość zdjęć.
W środku oprócz kościelnego, który gasił po kolei wszystkie świece, nie było już nikogo.
- Szczęść Boże - zwróciłam się do mężczyzny odwróconego do nas plecami.
- Szczęść Boże - odpowiedział starszy pan. Czy mogę w czymś pomóc? zapytał.
Przedstawiłyśmy w skrócie cel naszej wizyty. Mężczyzna wysłuchał nas dokładnie i kazał poczekać, po czym udał się do zachrystii.
Po około piętnastu minutach wrócił z uzyskaną zgodą na rozmowę z obecnym proboszczem. W kancelarii parafialnej czekał na nas sympatyczny ksiądz. Wyglądał na jakieś osiemdziesiąt parę lat.
- Witam panie - Ignacy mówił, że macie jakąś sprawę do mnie - powiedział poprawiając się wygodnie na krześle.
Po krótce wyjaśniłam o co nam chodzi. Proboszcz kiwał głową ze zrozumienie i stwierdził, że nie może nam pomóc.
- Dlaczego? Zapytałam zawiedziona.
- To są archiwalne dane - nie mam uprawnień do ujawniania ich osobom postronnym - wyjaśnił.
Byłam nieugięta i próbowałam przekonać duchownego o naszych jak najlepszych zamiarach. W końcu kiedy pokazałam akt własności dworku, pomogło.
Wydał dyspozycje kościelnemu instruując go, z jakiego okresu ma wyszukać księgę. Po paru minutach, które wydawały się wiecznością, Ignacy wrócił z pokaźną w rozmiarach, starą oprawioną w skórę księgą.
Staruszek wertował pożółkłe kartki mrucząc coś pod nosem, a my z Lucyną siedziałyśmy z wypiekami na twarzy, czekając na jakieś wiadomości.
 W końcu na jednej ze stron zatrzymał swój wzrok i kościstym zniekształconym artretyzmem palcem zaznaczył umieszczony tam wpis.
- Właścicielką tego dworu, była Antonina Bilewska oraz jej córka Konstancja.
 Poczułyśmy z siostrą niesamowity przypływ adrenaliny. W końcu miałyśmy pierwsze interesujące nas fakty.
- Czy są pochowane na tym cmentarzu?- zapytałam.
- Tak - Ignacy zaprowadzi panie na grób - powiedział staruszek zamykając delikatnie księgę.
Pożegnałyśmy sympatycznego staruszka, który wstając od biurka, dał nam do zrozumienia, że czas wizyty dobiegł końca.
Grobowiec znajdował się na samym końcu  cmentarza. Był bardzo zaniedbany i widać było że czas zrobił swoje. Napis na płycie nagrobnej z powodu minionych lat, prawie nie nadawał się do odczytu. Poznany przez nas kościelny, tłumacząc się obowiązkami oddalił się w stronę kościoła.
Stałyśmy z siostrą nad grobowcem w całkowitym milczeniu. Cisza panująca na cmentarzu przerywana była od czasu, do czasu, pięknym, a zarazem żałosnym śpiewem ptaka, który stosownie do miejsca dostosował swój koncert.
Grób jak na tamte czasy, kamienny, popękany w kilku miejscach, krył w sobie tajemnicę, którą chciałyśmy koniecznie poznać. Lucyna po zrobieniu kilku zdjęć przystąpiła do odszyfrowania prawie niewidocznego napisu. Po usunięciu zeschłych liści, zaopatrzone w małą lupkę próbowałyśmy odczytać prawdopodobne daty urodzenia i śmierci kobiet.
- Spójrz - wygląda na to, że Konstancja, córka Antoniny zmarła pierwsza - powiedziała Lucyna.
Na płycie nagrobnej zachowała się część imienia dziewczyny i końcówka jej daty urodzin. Wyglądało na to że urodziła się w1915 r. Datę śmierci na nasze szczęście, można było bez najmniejszego trudu odczytać. To był maj 1937 r.
- To straszne - powiedziałam wzruszona naszym odkryciem. Ona miała  tylko dwadzieścia dwa lata. Co się musiało stać, że tak młodo zmarła. Może to jakaś dziedziczna choroba?
- Ten facet mówił, że Antonina urodziła ułomne dziecko – powiedziała siostra.
Lucyna miała rację. Z tego co opowiadał poznany przez nas mężczyzna wynikało, że w dworku mieszkała matka z chorą córką.
Po chwili zadumy, przeszłyśmy do rozszyfrowania napisu umieszczonego poniżej. Tu zaopatrzone w lupkę, przesuwając palcami po zagłębieniach napisu, udało nam się odczytać wyrytą datę ur. i śmierci Antoniny.
Matka Konstancji urodziła się w 1897 roku a zmarła w 1939 r. mając 42 lata.
- Popatrz - zmarła dwa lata później - to takie tragiczne i wzruszające - powiedziała Lucyna.
Kiedy tak stałyśmy nad grobem analizując fakty, podeszła do nas kobieta która od pewnego czasu przyglądała nam się z uwagą.
- Widzę, że spotkałam tu, w tym szczególnym miejscu pokrewne dusze -powiedziała wyciągając dłoń na powitanie.
- Nazywam się Grażyna Masłowska - przedstawiając się uścisnęła po kolei nasze dłonie. Zastanowiło mnie to, dlaczego jesteście panie zainteresowane tym grobem który i ja często odwiedzam.
- To znaczy że ma pani jakieś informacje na temat tych kobiet? -zapytałam.
- Coś, niecoś  wiem, tyle co  opowiadała mi babcia, a jej przekazała prababcia.
- To znakomita wiadomość! Lucyna aż krzyknęła, zasłaniając usta z przerażeniem, uświadamiając sobie, że nie jest to miejsce na takie głośne zachowanie.
Wyjaśniłam nowo poznanej znajomej, że jestem teraz właścicielką dworku w którym mieszkały Antonina z Konstancją.
- To teraz wszystko jasne - kobieta uśmiechnęła się pokazując przy tym śnieżnobiałe zęby. Widzę, że mamy te same zainteresowania, to moje klimaty. Musimy się kiedyś spotkać i porozmawiać o tamtych zamierzchłych czasach.
- A co pani sądzi o dzisiejszym wieczorze? - zapytałam z nutką nadziei. Zapraszam do siebie, jeżeli nie ma pani oczywiście innych planów?
- To dobry pomysł - powiedziała pani Grażyna.
- Czy odpowiada osiemnasta? Zapytałam.
- Oczywiście, może być osiemnasta.
Pożegnałyśmy naszą znajomą i po zapaleniu kilku zniczy na grobie, ruszyłyśmy w powrotną drogę.

Ostatkiem sił dotarłyśmy w końcu do domu. Nie da się ukryć, że skończyłyśmy z siostrą już dawno osiemnaście lat i takie rowerowe eskapady dla starszych pań, to nie lada wyczyn. Bary oparty przednimi łapami o wejściową bramę szczekał radośnie na nasze powitanie.
- Cześć Baruś - stęskniłeś się za pantusią - zwróciłam się do podskakującego śmiesznie psiaka.
Mój pupil  podbiegł w podskokach do drzwi dając nam do zrozumienia, że czas zająć się jego miską.
- O matko! Padam z nóg - powiedziała Lucyna siadając na sofie w salonie.
Ja także ledwo powłócząc nogami, dołączyłam do niej  rozcierając obolałe łydki. Nasza wczorajsza piesza wycieczka pozostawiła totalne zakwasy.
- To nie dla mnie – stwierdziłam - czas pomyśleć o jakimś małym samochodziku.
- To prawda - musiałaś się z tym liczyć, nabywając dom w tak odludnym miejscu - powiedziała siostra.
- Myślałby kto?- Ty pewnie wszystko robisz według ustalonego szablonu  - odparłam z przekąsem.
Ale ona miała rację. Decydując się na kupno domu w takim miejscu, powinnam o tym pomyśleć. Nie było czasu na rozczulanie się nad sobą, mamy przecież gościa  wieczorem i mimo tego, że chętnie przystałabym na mały odpoczynek, musiałam o tym zapomnieć.
- Pomożesz mi z tymi gruszkami? - zwróciłam się do siostry.
- A mam jakieś wyjście?- Lucyna podniosła się z sofy i suwając ledwo nogami, usiadła z miną męczennika na stołku w kuchni.
Bary stał w drzwiach, przekrzywiając komicznie głowę. Na nasz widok ożywił się trącając pyskiem pustą miskę.
- I na dobitkę jeszcze ten głodomór. To mnie przerasta - powiedziałam wsypując do miski suchą karmę.
Pies z wielkim apetytem pochłaniał w zastraszającym tempie pachnące kuleczki, na koniec chlipiąc głośno, wypił prawie wiadro wody, rozlewając jej sporą część na podłogę.
- No cóż - zwróciłam się do psiaka - średnio tu pasujesz kochany. Twoje maniery pozostawiają wiele do życzenia - powiedziałam czochrając go miedzy uszami.
Nawet szybko uporałyśmy się z pracą. Gruszki na nasze szczęście, były bardzo dojrzałe i szybko się rozprażyły. Nagle zadzwonił telefon, to był Zbyszek.
- Halo!- Jak tam panie sobie radzicie? - Zapytał
Opowiedziałam mężowi w telegraficznym skrócie o naszej wizycie w kościele i poznanej na cmentarzu kobiecie.
- To znaczy, że nie wracacie dziś?- zapytał
- Odłożyłyśmy powrót do jutra, taka okazja już się może nie zdarzyć - dlatego umówiłyśmy się z panią Grażyną na dzisiejszy wieczór – wyjaśniłam mężowi.
- To żałuj, że nie wracasz. Szykuję właśnie kolację przy świecach - ale skoro wolisz spędzić czas w babskim towarzystwie, a nie z mężczyzną twojego życia to trudno. Będę musiał sobie kogoś zaprosić, żeby nic się nie zmarnowało.
- Cha, cha! Myślałby kto - a gdzież ty znajdziesz taką jak ja?- zapytałam wyraźnie rozbawiona przechwałkami mojego lubego.
- To fakt - takiej jak ty szukać ze świecą. Bo muszę przyznać, że życie z tobą, może nie jest zbyt bezpieczne, ale zabawne na pewno.
- Z kim ty tak długo pytlujesz?- zapytała Lucyna wchodząc do kuchni z ręcznikiem na głowie.
Gestem podniesionej ręki dałam jej do zrozumienia, że już kończę rozmowę.
- Zapomniałem ci powiedzieć że dzwonił wczoraj Wojtek - kontynuował dalej rozmowę mąż.
Wojtek to brat Zbyszka. Trzynaście lat temu wyjechał z żoną do Stanów Zjednoczonych. Kupili tam mieszkanie i pracują w małej fabryce kosmetycznej.
- Kiedy mu powiedziałem o naszym zakupie – kontynuował mąż, to od razu mnie wkurzył. Wyobraź sobie, zaczął mi prawić morały. Mówił, że to nierozważne i widocznie nie mamy na co wydawać pieniędzy.
- Niech sobie te uwagi zostawi dla siebie - powiedziałam zdenerwowana, to nasza sprawa na co wydajemy swoje pieniądze.
- Spokojnie! Nie wiesz jeszcze wszystkiego - kiedy opowiedziałem mu o naszym dworku i za jaką cenę go kupiliśmy, zmienił zdanie i zobowiązał się do przesłania pewnej sumki na nasze konto.
- To super! Zapiszczałam do słuchawki - proszę cię idź do tego sklepu, gdzie widzieliśmy tę komodę i zarez......
Mój mąż przerwał mi w pół słowa.
- Hola, hola! Kochana - zapomnij o swojej komódce. Idzie zima i trzeba zabezpieczyć dom i kupić opał - powiedział Zbyszek.
Miał rację. Zachowywałam się jak rozpieszczone dziecko. To on w naszym związku myślał na szczęście racjonalnie, ja natomiast miałam wiecznie zwariowane pomysły, które mój małżonek delikatnie wybijał mi z głowy.
- O której jutro będziecie? Bo wyjadę po was samochodem - Zbyszek delikatnie zmienił kłopotliwy temat.
- Myślę, że o dwunastej będziemy w Krakowie.
- To do jutra - pa!
Lucyna zdjęła ręcznik z głowy i przesunęła palcami po krótko ostrzyżonych na jeżyka włosach.
- Ja już jestem gotowa, a ty? - Wyglądasz tragicznie w tym wyplamionym fartuchu, a czasu zostało niewiele - stwierdziła.
Rzeczywiście spojrzałam na zegar, dochodziła siedemnasta, a ja w polu - pomyślałam.
- Nie bądź taka mądra - kiedy ty siedziałaś w łazience, ja musiałam mieszać owoce żeby się nie przypaliły. Miałaś dziewczyno czas na toaletę - prawda?
- Byłam tam tylko chwilkę, bo jako kobieta prześlicznej urody nie potrzebuję żadnych dodatkowych zabiegów kosmetycznych, w przeciwieństwie do ciebie – hi, hi.
- Zaraz ci przyłożę jak nie przestaniesz! Powiedziałam machając ścierką nad jej głową.
Zrezygnowałam z mycia włosów, bo w przeciwieństwie do siostry potrzebowałam więcej czasu na fryzurę. Ograniczyłam się tylko do pogrubienia tuszem rzęs i przypudrowaniem nosa.
Wróciłam szybko do kuchni, żeby sprawdzić co mamy w lodówce na przyjęcie naszego gościa. Na szczęście zostało jeszcze trochę ginu i spora część sernika.
- Nie jest źle - powiedziałam do siostry, która układała w wazonie polne kwiaty w błękitnym kolorze i delikatnym zapachu. Przyznam, że ten skromny bukiet prezentował się pięknie w zestawie, z kremową mocno wykrochmaloną serwetką od Lucyny, na wiśniowym lśniącym blacie stołu w salonie.
Bary zerwał się z poobiedniej drzemki i szczekając głośno podbiegł do drzwi.
Wyjrzałam przez kuchenne okno, właśnie nadjeżdżał  jakiś samochód.
- Przyjechała!- krzyknęłam w stronę salonu - Lucyna musisz jej otworzyć bramę!
Siostra potykając się o psa który jak zwykle musiał być pierwszy, podbiegła do bramy. Pani Grażyna stała w bezpiecznej odległości od wejścia osłaniając się torebką.
- Czy on gryzie?- zapytała mocno wystraszona.
- Proszę się nie obawiać - Lucyna starała się uspokoić kobietę - najwyżej zaliże panią na śmierć - to naprawdę poczciwe psisko. Po chwili zastanowienia, nasz gość witał się serdecznie, z naszym pożal się Boże obrońcą.

CDN.




Prześlij komentarz