wtorek, 10 czerwca 2014

Nigdy nie mów, że przegrałaś życie.



Witam wszystkich, którzy tu do mnie zaglądająOstatnio biegam wciąż po gabinetach lekarskich, bo coś się stale we mnie psuje, hi, hi. Niedawno poznałam wspaniałą dziewczynę, która czekała ze mną w kolejce, na jednej z poczekalni. Opowiedziała mi swoja historię, a ja postanowiłam o tym napisać.


To prawdziwa historia.


"Nigdy nie mów, że przegrałaś życie."

Ten koszmarny weekend, zapamiętam do końca swojego życia.

 Marek, miał totalnego bzika na punkcie szybkich motorów. Już od najmłodszych lat myślał o kupnie takiego pojazdu. W końcu zrealizował swoje największe marzenie, sprawił sobie taką zabawkę , którą ja przeklinam do dziś.
W sobotni poranek, przyjechał pod mój dom i głośno zatrąbił klaksonem.
Wyjrzałam przez okno.
- Kaśka, zbieraj się!! Krzyknął, jeżdżąc w kółko swoim jednośladem.
Nie czekając na powrót mamy z nocnej zmiany, skreśliłam tylko parę słów na kartce, że jadę z Markiem na wycieczkę i z radością wsiadłam na motor.
- E.... ta pilotka, przygniecie mi fryzurę – powiedziałam do mojego chłopaka, który podał mi kask.
- Nie marudź, tylko trzymaj się mocno! – Zawołał i dodał gazu.
Zamknęłam oczy z przerażenia. Marek jechał z dużą szybkością. Krzyczałam do niego, żeby zwolnił, ale kask i przeraźliwy warkot motoru, tłumił moje wołanie.
Nagle na ostrym zakręcie, motor kierowany przez niego kierowany, przechylił się niebezpiecznie i Marek stracił nad nim panowanie.
Obudziłam się w szpitalu. Nie mogłam poruszać nogami, byłam sparaliżowana.
- Mamo – co się stało? Zapytałam.
- Mieliście wypadek córeczko – odpowiedziała, nie patrząc mi w oczy.
- Mamusiu..... ja nie czuję nóg, Boże! Nie czuję nic od pasa! Zawołałam, wybuchając spazmatycznym płaczem.
- Kasiu... nie myśl teraz o tym, ważne że żyjesz – powiedziała mama, ocierając łzy.
I tak zostałam kaleką. Marek wyszedł z wypadku bez szwanku, poza kilkoma zadrapaniami, nic mu się nie stało. Do dziś nie wiem, gdzie przebywa. Już tej samej nocy kiedy mieliśmy wypadek, przepadł jak kamień w wodę.
Podobno jego rodzice, w wielkim pośpiechu, wysłali go za granicę do rodziny, chroniąc tym syna, przed poniesieniem zasłużonej kary, a ja zostałam z najwyższym wyrokiem. Niepełnosprawna do końca swoich dni.
Nie chciało mi się wtedy żyć. Leżałam w łóżku jak kłoda i płakałam. Rodzice stawali na głowie, załatwiali najlepszych rehabilitantów, ale ja wyrzucałam ich, zaraz jak tylko pojawiali się u nas w domu.
Mimo, ze lekarze dawali mi szansę na odzyskanie sprawności, bo kręgi nie zostały przerwane do końca i była nadzieja, że stanę kiedyś na własnych nogach, nie godziłam się na żadne zabiegi. Uważałam, że to tylko takie obiecanki. Miałam wstręt do siebie, kiedy mama zmieniała mi pampersy.
Pewnego dnia weszła do mojego pokoju, jak co dzień ze śniadaniem.
- Dzień dobry córcia, wstajemy – powiedziała odsuwając story w oknie. Mam dla ciebie niespodziankę – dodała stawiając tacę na stoliku obok. Wyobraź sobie – mówiła, nie dając sobie przerwać - przyznali ci sanatorium w Lądku Zdrój, pojedziemy tam razem – cieszysz się?
- Nigdzie nie jadę – burknęłam spod kołdry.
- Pojedziesz moja droga, pojedziemy tam razem. Już dzwoniłam i zamówiłam pokój dwuosobowy, za dwa dni wyjeżdżamy – powiedziała stanowczo, nalewając mi kawę do filiżanki.
Dziś się tego wstydzę, ale wtedy nie przebierałam w słowach. Krzyczałam na nią jak opętana, że nigdzie nie jadę i niech mi da w końcu święty spokój, bo mam dosyć jej troski i współczucia.
Ale moja matka, była nieugięta. Spakowała nas i załatwiła z kolegą z pracy większy samochód, bo w naszym nie mieścił się wózek inwalidzki.
Całą drogę milczałam, byłam wściekła na swoją bezsilność, ale nie miałam innego wyjścia, przecież nie mogłam uciec? Bo jak?
Kiedy dotarliśmy na miejsce, mama poszła nas zakwaterować, a ja zostałam sama, przed wejściem do sanatoryjnego budynku..
Było upalne popołudnie. Chciałam ukryć się w cieniu, ale krawężnik tuż przy rozłożystym starym dębie,  był za wysoki, a ja nie miałam jeszcze wprawy w kierowaniu wózkiem.
- Pomóc ci ? Usłyszałam tuż za plecami.
Boże - jakiś dobrodziej się znalazł – pomyślałam zaciskając pięści.
- Pytałem, czy pomóc ci wjechać pod to drzewo, bo widzę, że sama nie dasz rady –  nieznajomy, ponowił swoje pytanie, stając tym razem naprzeciwko mnie.
- Skoro nie odpowiedziałam to nie znaczy, że jestem głucha, tylko nie życzę sobie żadnej pomocy.
- A ja mimo wszystko, zrobię po swojemu – powiedział i nie patrząc na moją zbuntowaną minę, nachylił wózek i swobodnie umieścił go, wraz ze mną pod drzewem. Miłego dnia! Krzyknął na odchodne i wszedł do budynku.
Kiedy już zostałam sama, odetchnęłam z ulgą. Słońce tak mi dogrzało, że z radością mogłam się w końcu ochłodzić pod dębem. Złość mi przeszła, ale tylko na chwilę. Chłopak ujął mnie swoją troską, ale nie mogłam znieść, tego, że zrobił to z litości nad biedną kaleką. Uderzyłam rękami z całej siły w bezwładne nogi i rozryczałam się na dobre.
- Dziecko, jak mogłam tak cię tu zostawić - biadoliła mama. Ale widzę, że sobie poradziłaś. Dobra robota Kasiu – dodała, cofając wózek.
- Po co mnie tu przywiozłaś? Zapytałam podniesionym głosem. Czy widzisz tu kogoś na wózku?
- Tak widzę, ciebie – odparła spokojnie mama i otworzyła drzwi do naszego pokoju, który przydzielili nam na parterze.
- Chcesz się położyć? Zapytała mama, kładąc nasze walizki na podłodze.
- Tak, zmęczona jestem – odparłam zgodnie z prawdą.
Kiedy już zostałam sama, bo mama poszła zorientować się, gdzie mamy miejsce na jadalni, zamknęłam oczy i wróciłam myślami do tego chłopaka.
Wciąż czułam zapach jego wody toaletowej, był taki delikatny. Mój wybawca, miał jakieś metr siedemdziesiąt wzrostu. Dobrze zbudowany i świetnie opalony. Mocno kręcone czarne loki, niesfornie opadły mu na czoło. Co takie ciacho tu robi? Pomyślałam.  
Moje rozmyślania przerwała mama, która po chwili wróciła do pokoju.
- Mamy stolik pod oknem, kazałam odstawić krzesło – powiedziała siadając na łóżku obok mnie.
- Posiłki będę jadać tu – oznajmiłam tonem nie znoszącym sprzeciwu.
- Mowy nie ma – odparła mama. Teraz ja tu rządzę i zrobisz córeczko, tak jak ja zadecyduję. Dosyć użalania się nad sobą.
Na nic zdały się moje protesty, musiałam się poddać, bo mama była strasznie uparta..
O osiemnastej zawiozła mnie na kolację. Na ironię losu, chłopak, który przestawił mój wózek, miał stolik obok nas.
- Dobry wieczór – powiedział wstając od stołu. Pozwolą panie ze się przedstawię. Karol Wierzbicki.
- Miło nam pana poznać – odpowiedziała mama. Jadwiga Zielińska, a to moja córka Katarzyna – dodała, podając mu rękę na powitanie.
Ja nawet nie spojrzałam w jego stronę, a on specjalnie się tym nie przejął, tylko skupił się na kolacji. Nie dawało mi spokoju, co ten facet robi w takim miejscu. Wyglądał jak model z żurnala i zupełnie tu nie pasował. Ale kiedy ukradkiem spojrzałam w jego stronę, zauważyłam jak drżą mu dłonie.
Pewnie pijak na odwyku – pomyślałam.
Po kolacji, wszyscy kuracjusze mieli stawić się u lekarza, na rozplanowanie zabiegów.
- No.... to od jutra zaczynamy Kasiu – powiedziała mama kiedy wróciłyśmy do pokoju.
Rano, mama wstała z bólem głowy. Miała bardzo wysokie ciśnienie.
- Co za pech – powiedziała. Przyjechałam tu z tobą jako opieka, a tak właściwie, to ja jej potrzebuję.
- Mamo – na szczęście mam jeszcze sprawne ręce, sama sobie poradzę. Po tych słowach, zabrałam skierowanie na pierwszy zabieg i wyjechałam z pokoju.. Już na korytarzu, pojawił się pierwszy problem. Nie wiedziałam gdzie jest sala numer 6, w której miałam mieć kąpiel siarkową. Na złość, nie było nikogo w pobliżu, żeby się zapytać.
 Kołowałam swoim wózkiem, od pokoju do pokoju i ryczeć mi się chciało na swoją bezsilność.
Nagle w korytarzu zobaczyłam Karola.
- Masz jakiś problem? – zapytał.
Mimo oporów powiedziałam mu o mamie i poprosiłam, by zawiózł mnie na zabieg.
Od tego dnia, Karol był  moim nieodłącznym towarzyszem w sanatorium. Odwiedzał nas często w pokoju, a mama wciąż udawała, że ma ochotę na samotność i zostawiała nas samych.
Kiedyś po obiedzie, jak zwykle przyszedł po mnie.
- Porywam pani córkę na spacer – powiedział stojąc w drzwiach. Dziś nie ma takiego upału i już nie pada deszcz, więc ruszamy panno Katarzyno.
To było wspaniałe popołudnie. Karol obwiózł mnie po okolicy.
- Teraz pokażę ci kościół świętego Rocha – powiedział tajemniczym głosem.
- A co w nim takiego ciekawego? Zapytałam.
- To miejsce cudownych uzdrowień – dodał i zablokował koła mojego wózka, na dziedzińcu starego kościoła.
- A ja myślałam, że tylko dewotki zajmują się takimi pierdołami – zwróciłam się do niego ironicznym tonem.
Puścił moje słowa mimo uszu i krótko opowiedział mi historię patrona kościoła.
Roch pochodził z Francji. Mając dziewiętnaście lat, stracił oboje rodziców.  Po ich śmierci, sprzedał cały swój majątek i rozdał ubogim. Wtedy wyruszył do Rzymu. Tam zastała go epidemia Dżumy. Nie patrząc na zagrożenie, zgłosił się do opieki nad chorymi i w tym włoskim mieście spędził trzy lata, gdzie podobno dokonał wielu cudownych uzdrowień.
Kiedy on to wszystko opowiadał, doszło do mnie w jakim celu mnie tu przywiózł. Zrobiło mi się głupio. Ja wciąż żartowałam i drwiłam z niego, a on wcale się tym nie przejmował, tylko nadal kontynuował swoją opowieść.
- Wyobraź sobie, że kiedy zaraził się tą straszną chorobą, zaszył się gdzieś w lesie, by nikogo nie narażać. W przekazach z tamtych lat pisano, że wytropił go jakiś pies, który przynosił mu pożywienie. Podobno został wtedy cudownie uzdrowiony. Ale w powrotnej drodze do Francji, zatrzymano go na granicy i uznano za szpiega. Umarł w więzieniu i nikt z obecnych przy jego śmierci go nie rozpoznał.
- No dobrze – zwróciłam się do Jakuba. Ale nadal nie widzę związku, z naszą wizytą w tym kościele.
- Pozwolisz, że tam wejdziemy? Zapytał ignorując moje pytanie.
Kiwnęłam głową na zgodę i już po chwili, znaleźliśmy się wewnątrz.
O tej porze nie było tam nikogo. Jakub usiadł w jednej z ławek i  w całkowitym milczeniu siedział nieruchomo, wpatrzony w ołtarz.
Nagle poczułam dziwny przypływ energii. Jakaś magia tego miejsca sprawiła, że przeszła mi  zupełnie, nagromadzona przez ostatnie dni złość.
Po wizycie w kościele, Kuba zawiózł mnie do lasu.
Tam uświadomiłam sobie, jakie jest piękne życie. Ptaki w tym dniu, wyjątkowo pięknie śpiewały, drzewa szumiały i od czasu do czasu, słuchać było kukułkę.
- Policz ile razy zakuka – zwróciłam się do Jakuba. Podobno to jej kukanie, ma oznaczać jak długo będziesz żył.
- To chyba dożyję sędziwych lat bo ona wciąż kuka, jakby się zacięła. Hi, hi, zaśmiał się serdecznie.
- Czy mogę cię o coś zapytać? – powiedziałam.
- Pytaj....
- Co tu robisz? Bo mnie nikt nie musi o to pytać,  bo to widać na załączonym obrazku. Ale ty?
Jakub usiadł obok mnie na pniu drzewa i nie patrząc mi w oczy - powiedział.
- Jestem chory na SM. Dowiedziałem się o tym rok temu. Jak się orientujesz to nieuleczalna choroba, ale można ja spowolnić. Dlatego tu jestem – powiedział.
Poczerwieniałam ze wstydu. To ja go podejrzewałam o alkoholizm, te trzęsące się dłonie i chwiejny chód. Boże jaka ze mnie idiotka!
- Jak to? Stwardnienie rozsiane jest nieuleczalne? Zapytałam.
- Niestety tak. Ale dosyć o mnie. Powiedz teraz co z tobą?
Nie wiem jak to się stało, czy to św. Roch maczał w tym swoje cudowne palce, ale bez żadnego oporu, opowiedziałam Kubie o wypadku i chłopaku, który uciekł, zostawiając mnie ranną na drodze. Na koniec oświadczyłam, że przegrałam swoje życie.
- A to sukinsyn! Krzyknął Jakub. O... przepraszam cię za to słownictwo, ale nie mogłem się opanować, jak mi o tym opowiedziałaś – powiedział całując mnie w dłoń. Nigdy więcej nie mów, że przegrałaś życie, bo to nie prawda.
Kiedy się nachylił nade mną , znów poczułam ten zniewalający zapach jego wody toaletowej i dziwne uczucie w brzuchu.
- Mamo, chyba się zakochałam – powiedziałam, kiedy Kuba odstawił mnie do pokoju i opowiedziałam o naszym dzisiejszym dniu.
- No widzisz kochanie, nie zawsze opakowanie świadczy o zawartości. Na oko widać, że nic mu nie jest, ale po czasie, nie będzie dało się tego ukryć – powiedziała mama smutnym głosem. On kiedyś wyląduje na wózku, a ty masz szansę z niego zejść. Ale to tylko zależy od ciebie córeczko. Dlaczego walcz o to, bo warto.
Od następnego dnia, ostro zabrałam się za swoja rehabilitację. Jakub zabierał mnie na codzienne zwiedzanie tego uroczego małego miasteczka.
Po powrocie z sanatorium, Jakub był u nas częstym gościem w naszym domu. Zostaliśmy parą, mimo, że mama nie była z tego taka szczęśliwa. Tłumaczyła mi, że jego niepełnosprawność będzie się pogłębiać z każdym dniem.
- Czy czujesz się na siłach, by kiedyś się nim  opiekować? Zapytała pewnego dnia.
- Kochamy się mamuś, czy to ci nie wystarczy? Zrobię wszystko, żeby Kubie pomóc, bo jestem mu to winna. Kiedy ja się poddałam, on był przy mnie i dzięki niemu,  moje życie nabrało barw.
Dziś już chodzę na własnych nogach. Czy uzdrowił mnie św. Roch? Nie wiem, ale coś w tym jest. Po powrocie z Lądka Zdroju, właśnie ten święty został moim patronem.
Teraz skupiłam się na moim chłopaku. Zaangażowałam się w akcję pomocy ludziom z SM. Szukamy sponsorów, którzy pomogą chorym na dodatkowe zabiegi i drogie leki które nie są refundowane z Funduszu Zdrowia.
Kuba chodzi już o lasce, ale mimo wszystko dzielnie się trzyma, a ja mu w tym pomagam z całych sił. Mama pogodziła się już z moją decyzją. W tym roku planujemy ślub. Kuba już się do nas sprowadził. Mieszkamy w dużej kamienicy, która jest naszą własnością. Już poczyniłam wszelkie działania, na zrobienie podestu dla wózków, bo zdaję sobie sprawę z tego, że za jakiś czas będzie on potrzebny Jakubowi.
Prześlij komentarz