czwartek, 13 lutego 2014

Walentynkowe opowiadanie


Szczęśliwe Walentynki.

14 Luty to dzień zakochanych. W sklepach roiło się od przeróżnych gadżetów, na tę okazję. Pluszaki z serduszkami na brzuszkach, bombonierki, pozytywki z romantycznymi melodyjkami i mnóstwo zakochanych par krążących po mieście.
Za moich czasów tego nie było, a szkoda.


Była godzina piętnasta, kiedy dotarłam na przystanek tramwajowy. Usiadłam obok młodej pary, którzy szczebiotali do siebie i co jakiś czas się całowali, nie zwracając uwagi na ludzi czekających na tramwaj. Z początku byłam nieco zgorszona ich zachowaniem, ale pomyślałam, że w takim dniu można im wybaczyć. Obok ławki stały dwie zniszczone torby podróżne i plecak. Chłopak co jakiś czas wstawał i wyglądał oczekiwanego autobusu.
Podjechał mój tramwaj, więc wsiadłam i w trakcie jazdy uświadomiłam sobie, że zapomniałam zabrać z pracy telefonu. Nie pozostało mi nic innego jak tylko wrócić do zakładu.
Zabrałam komórkę i żartując do portiera, wyjaśniłam, że to pewnie ten magiczny dzień tak na mnie wpłynął.
Kiedy podeszłam na przystanek, zobaczyłam stojące tam nadal bagaże, jednak pary nie było w pobliżu. Gdzie oni mogli się podziać, czyżby pozostawili to wszystko bez opieki? Może poszli jeszcze do pobliskiego sklepu, tylko razem? Nie było to możliwe. Mijały kolejne minuty, odjeżdżały kolejne autobusy i tramwaje, a chłopak z dziewczyną nadal nie nadchodzili. Sprawdziłam na rozkładzie jazdy, gdzie mogli się wybrać. Wyczytałam kilka górskich miejscowości, lecz nie miałam bladego pojęcia do której mogli pojechać, bo wyglądało na to, że zapomnieli zabrać bagaży. Z przerażeniem zauważyłam, jak dwóch bezdomnych kręci się w pobliżu przystanku. Jeśli odjadę do domu, to oni się już odpowiednio zajmą pozostawionymi torbami. Prawie godzinę czekałam z nadzieją, że młodzi zaraz się pojawią, ale nadal nikt nie zgłaszał  się po zgubę. Zadzwoniłam po pana Józia, naszego ochroniarza z prośbą o pomoc.
 - Wszystko panu wyjaśnię – powiedziałam, gdy zabierał bagaże do naszej szatni zakładowej.
- Cha, cha, musieli być bardzo zakochani, skoro zapomnieli o całym świecie – zaśmiał się Józiu. Co pani teraz ma zamiar z tym zrobić? Zapytał.
- Napisze informację na kartce i przykleję na przystanku. Pewnie się wrócą, bo cały ich dobytek jest przecież u nas. Ale jak odjechali daleko, to już problem... gdybym miała jakieś namiary, to wystarczyłby jeden telefon i sprawa załatwiona. Nadal nie mam pojęcia co robić.
- Oj pani Krysiu, mało ma pani swoich problemów? Zapytał ochroniarz.
- Żal mi się ich zrobiło, bo nie wyglądali na bogatych. Wystarczy spojrzeć na te torby.
- To może zajrzymy tam komisyjnie? Zaproponował Józiu, który wyraźnie przejął się roztargnioną parą.
- Miałam duże obiekcje, lecz było to jedyne wyjście w tej sytuacji.
Rozsunęłam zamek na klapie plecaka, jednak oprócz chusteczek higienicznych, nic tam nie znalazłam. Przejrzeliśmy z Józiem pozostałe dwie torby. Dopiero na koniec, zauważyłam w jednej z nich boczną przegródkę. W środku leżało małe czerwone pudełeczko. Nie trzeba było długo się zastanawiać, co było w środku.
W wyściełanym atłasowym wnętrzu puzderka, leżał delikatny złoty pierścionek z cyrkonowym oczkiem.
Spojrzeliśmy z Józiem na siebie i nic już nam nie mogło przeszkodzić w  dalszych poszukiwaniach.
- Jest!!! Jest!! Jakiś kalendarzyk – krzyknęłam.
W środku ktoś zapisał kilka telefonów. Ale pod jaki numer zadzwonić? Było ich tam sporo.
- To co panie Józefie, który telefon pan obstawia? Zapytałam.
- Ja myślę, że te wytarte, to pewnie jakieś stare, więc poszukajmy coś  wyraźniejszego – powiedział z powagą w głosie, detektyw Józiu.
Wybraliśmy pierwszy z brzegu. Wykręciłam numer. Po chwili odezwał się w słuchawce kobiecy głos. Wyjaśniłam co się wydarzyło i zapytałam, czy zna dziewczynę lub chłopaka opisując, jak tylko potrafiłam ich wygląd.
Kasia, bo tak przedstawiła się moja rozmówczyni, nie mogła opanować śmiechu. Uspokoiła mnie, że zna ich bardzo dobrze, bo chłopak to jej zakręcony brat. Prosiła, bym się na moment rozłączyła. Po dziesięciu minutach zadzwoniła moja komórka.
- Przepraszam - czy to pani jest w posiadaniu naszych bagaży? Usłyszałam męski głos.
- Zgadza się, jest pod moją opieką – odpowiedziałam. Przepraszam z góry, ale musiałam trochę poszperać w waszych osobistych rzeczach, bo innego sposobu nie było.
- Ależ nic się nie stało!! Jesteśmy pani bardzo wdzięczni. Właśnie dojeżdżamy do ośrodka i gdyby nie telefon mojej siostry, nadal byśmy nie wiedzieli, że zostawiliśmy wszystko na przystanku. Tylko co teraz?
- A w jakiej będziecie miejscowości? – Zapytałam.
- W Piwnicznej – odpowiedział.
- Spokojnie, zaraz sprawdzę następny kurs i przekażę kierowcy wasze bagaże. Na miejscu sobie je odbierzecie, tylko pewnie trzeba będzie zapłacić za przewóz.
- To świetny pomysł – powiedział chłopak.
- Jak oddam wasze torby, to zdzwonię – powiedziałam na zakończenie rozmowy.
- Kolejny autobus do Piwnicznej miał być za dwadzieścia minut. Pan Józiu tak się przejął sprawą, że nie patrząc na ryzyko w związku z opuszczeniem stanowiska pracy, osobiście sprawdził rozkład jazdy.
Torby pojechały, a ja w końcu wróciłam do domu.
Późnym wieczorem zadzwonił telefon. Chłopak o imieniu Jarek dziękował mi z całego serca, potem oddał słuchawkę swojej dziewczynie.
- Dobry wieczór. Mam na imię Basia. Dzięki pani, nasze zaręczyny w tym pięknym ośrodku, zapamiętam do końca życia. Mój chłopak do końca ukrywał swoje zamiary. Na szczęście udało nam się załatwić rezerwację na Walentynki.
Czy pani wie, że w torbie był pierścionek zaręczynowy na który Jarek odkładał pieniądze przez długi czas. Oboje wychowaliśmy się w domu dziecka, więc nie było nas stać na wiele. Na ten wyjazd zarobiliśmy, dając korepetycje.
- Widziałam czerwone pudełeczko - powiedziałam oblewając się rumieńcem, ale nie śmiałam  go otwierać – skłamałam.
- Zaraz po powrocie, chcielibyśmy się z panią spotkać, aby podziękować za wszystko, co pani dla nas zrobiła – powiedziała dziewczyna.
- Ależ nie ma o czym mówić, każdy by tak postąpił – wyjaśniłam.
- O, to się pani myli. Ludzie patrzą teraz końca własnego nosa, a takich osób jak pani jest niewiele – powiedziała Basia.
 I wszystko dobrze się skończyło. Chłopak oświadczył się swojej dziewczynie, a ja byłam z siebie bardzo dumna, bo wzięłam czynny udział w tym romantycznym, walentynkowym dniu.



https://drive.google.com/file/d/0B8IX6_ERplcGNXBVakk3UnFOTDg/edit?usp=sharing

https://drive.google.com/file/d/0B8IX6_ERplcGNV85UEdBZzF2UkU/edit?usp=sharing
https://drive.google.com/file/d/0B8IX6_ERplcGVGt1YzY0eGNLTUE/edit?usp=sharing







Prześlij komentarz