czwartek, 9 stycznia 2014

"Spełnione marzenia"(fragment 3).


















- Jak Pani widzi - Powiedziałam, zapraszając gościa do salonu, do obronnego psa to mu jeszcze daleko.
Kiedy ja szykowałam aromatyczną herbatę i układałam kawałki sernika na małych deserowych talerzykach, moja siostra zabawiała w tym czasie panią Grażynę rozmową.
- To fascynujące, że jest pani pisarką! – powiedziała pani Grażyna.
- No jakoś tak wyszło - Lucyna zmieszała się lekko, machając przy tym ręką, ale muszę pani zdradzić, że Wanda też nieźle pisze - za moją namową postanowiła spróbować swoich sił - a powiem, że nawet jak na amatorkę, nieźle jej to wychodzi.
- Szkoda, że przyjechała Pani samochodem - chciałyśmy uczcić to spotkanie ginem - powiedziałam
- Oj! Gdybym wiedziała?
- No cóż trudno, pozostała mi w takim razie ta  pyszna herbatka.Tak więc, my z siostrą sączyłyśmy cierpki trunek z kryształowych szklanek, a nasza znajoma musiała zadowolić się bezalkoholowym płynem. Po chwili plotkowania na różne tematy, postanowiłyśmy mówić sobie po imieniu.
- Myślę Grażynko, że czas na twoje informacje - podniosłam się z krzesła i podeszłam do pokojowego kredensu na którym stały dwa świeczniki. Zapaliłam świece. W salonie panował już półmrok i zrobiło się naprawdę nastrojowo Usadowiłyśmy się wygodnie na sofie. W kominku leniwie palił się ogień, a trzaskające po wpływem żaru drewno, wpływało na nas wyjątkowo kojąco.
Grażyna zaczęła w końcu swoją opowieść, na którą czekałyśmy z niecierpliwością.
- To wszystko co usłyszycie teraz dziewczyny, może być prawdą ale może też być tylko przypuszczeniem, że tak właśnie było. Jak to w życiu bywa, plotka przekazywana z ust do ust, czasami zmienia fakty. Ale zawsze można z tych wiadomości wyciągnąć przypuszczalne wnioski.
- Grażynko! Nie trzymaj nas tak długo w niepewności - powiedziałam poprawiając się na sofie - opowiadaj jak to było.
- Dobrze - więc słuchajcie. Antonina pochodziła ze szlacheckiej rodziny. Wraz z rodzicami i bratem mieszkali w pięknym dworze, którego niestety nie będziecie miały okazji zobaczyć, bo został  całkowicie spalony w czasie pierwszej wojny światowej. Jak wiemy z historii, takie dwory w tym okresie były wykorzystywane przez stacjonujące tam wojska. W tym właśnie czasie dwór w którym mieszkała rodzina Antoniny, zajęli legioniści z pułku Józefa Piłsudzkiego. Nasza szlachcianka miała wtedy jakieś siedemnaście lat. Na piękną dziewczynę zwrócił szczególną uwagę jeden z legionistów - tak opowiadała służba zatrudniona w tym dworze. Młodzi zakochali się od razu w sobie. Chłopak miał niezwykłe zdolności manualne, rzeźbił w drzewie przepiękne figurki dla swojej ukochanej, były to przeważnie ptaki. Dziewczyna była tak zauroczona legionistą, że nie zwracając uwagi na konsekwencje, wymykała się ukradkiem przy każdej okazji, żeby spotkać się z ukochanym. Lecz wojna była okrutna, wojsko otrzymało rozkaz do wymarszu i nadszedł czas na rozstanie. Chłopak zapewniał Antoninę, że wróci tu po nią jak tylko skończy się wojna i poprosi o jej rękę. Na ,pożegnanie wyrzeźbił  jej piękne serce z lipowego drewna. Kiedy opuścił dwór, dziewczyna zamknęła się całkowicie w sobie.Ojciec był bardzo zaniepokojony jej zachowaniem, lecz nie domyślał się w żaden sposób, co było powodem, że córka tak się zmieniła
Jednak stało się to najgorsze. Antonina uświadomiła sobie, że jest w ciąży. Do pewnego czasu udawało się jej ukrywać swój sekret przed rodzicami, ale matka jak to kobieta, odkryła tajemnicę swojej córki. To był najgorszy okres w życiu naszej szlachcianki. Wzburzony ojciec, aby uniknąć wstydu przed rodziną, wywiózł dziewczynę do ubogich krewnych na czas rozwiązania.
 - Ufff... muszę się napić, bo zaschło mi w ustach - mówiąc to Grażyna    przechyliła filiżankę z niedopitą herbatą.
Kiedy nadszedł czas porodu - kontynuowała, wezwano miejscową akuszerkę. Wszystko właściwie przebiegało dobrze. Mieszkające w tym domu kobiety, pomagały jak tylko potrafiły w narodzinach dziecka.
Po kilku godzinach na świat przyszła Konstancja. Radość była tak wielka, że kobiety przekazywały sobie dziewczynkę, z rąk do rąk. I wtedy stało się nieszczęście. Jednej z kobiet dziecko wyślizgnęło się z objęć i upadło na podłogę. Na całe szczęście żyło. Natychmiast posłano po okolicznego doktora,który stwierdził na miejscu, że dziewczynka ma złamany obojczyk. Lekarz zaopatrzył złamanie tak jak potrafił, lecz nie zrobił tego profesjonalnie, co okazało się później. Rodzice Antoniny na wieść o porodzie przyjechali po córkę próbując ją przekonać do oddania dziecka bezdzietnej rodzinie. Rozżalona dziewczyna, nawet nie chciała słyszeć o przekazaniu córeczki w adopcję. Zażądała od rodziców części swego spadku, obwiniając ich za to, że gdyby została w domu, dziecko przyszłoby na świat w lepszych warunkach i można było uniknąć nieszczęścia, jakie ją spotkało. Nie pomogły tłumaczenia ojca i płacz matki, że wszystko można jeszcze naprawić, że znajdą jej wspaniałego kandydata na męża i urodzi jeszcze nie jedno dziecko. Antonina jednak była nieugięta.
-To straszne!- powiedziała Lucyna, dopijając resztą ginu. Tak prawdę mówiąc to były okropne czasy - cholerna ciemnota i zakłamanie. Jak można było tak postąpić?
-To prawda - powiedziała Grażyna. Najważniejszy był honor, reszta się nie liczyła. 
- Słuchajcie! Może zrobimy krótką przerwę – powiedziałam. Skoczę do kuchni i przygotuję coś na ząb, co wy na to? – zaproponowałam.
W czasie, kiedy szykowałam tuńczyka z kukurydzą i majonezem, moją popisową sałatkę, Lucyna z Grażyną wyszły na zewnątrz rozprostować kości.
Przy kolacji zapytałam Grażynę, czy ma kogoś znajomego, co mógłby za oczywiście odpowiednią opłatą, doglądać domu w czasie naszej nieobecności.
- Wanda! Po co mamy szukać, przecież ja z wielką przyjemnością zajmę się twoim dworem i to całkiem za darmo. Przecież tu mieszkam i mam samochód.
- Naprawdę? Podniosłam się gwałtownie z krzesła, które z wielkim hukiem przewróciło się na podłogę. Bary wybudzony z drzemki, zerwał się na równe nogi i z podkulonym ogonem uciekł do kuchni.
- Nie wiedziałam, że jesteś taka narwana..
- jak tak dalej pójdzie, to zniszczysz wszystkie meble, i nie będzie czego pilnować, - powiedziała Grażyna, śmiejąc się przy tym serdecznie.Po skończonym posiłku, wróciłyśmy do salonu, na dalszą część opowieści.
- Antonina postawiła na swoim i została u krewnych - kontynuowała nasza znajoma. Konstancja dorastała wśród biednych dzieci, ale nie to było najgorsze.
Źle zrośnięty obojczyk spowodował duże zniekształcenia kręgosłupa. Na plecach dziewczynki pojawiał się garb, który z latami był coraz bardziej widoczny, a na dodatek tego dziewczynka utykała na jedną nogę. To były najgorsze lata życia Konstancji. Okoliczne dzieci śmiały się z jej kalectwa, nazywając ją garbuską i kulawką. Dziewczynka, aby uniknąć szykan i drwin, prawie nie opuszczała swego pokoju. Kiedy skończyła dziesięć lat, Antonina nie mogąc znieść cierpienia swojej córki, postanowiła się wyprowadzić. Kupiła dworek w odludnym miejscu i kazała postawić wysoki mur w koło domu, aby jej córka mogła spokojnie dorastać. Zatrudniła kucharkę i służącą, oraz guwernantkę, która zajęła się jej edukacją.
- To wszystko wyjaśnia.... Ta jej ułomność była skutkiem nieszczęśliwego wypadku, a nie jakiejś dziedzicznej choroby jak z początku myślałam - Lucyna splotła dłonie na kolanach i na moment się zamyśliła.- O! Rany! Grażyna spojrzała na zegar - to już dziesiąta?

Faktycznie, nawet nie zauważyłyśmy, że czas tak szybko upłynął. Mimo naszych prób nakłonienia jej do pozostania jeszcze jakiś czas, odmówiła. Musiałyśmy się poddać.
Na pożegnanie nasza nowo poznana koleżanka obiecała, że wróci jeszcze do tej historii przy następnym spotkaniu. Odprowadziłyśmy ją do bramy. Kiedy samochód ruszył, Bary przeciskając się między moimi nogami puścił się pędem, za oddalającym się srebrnym nissanem.
- Bary!- Krzyknęłam przerażona - wracaj!
Ale po psie nie było już śladu, zapaliłam światło na werandzie i wypatrywałam jego powrotu, lecz bezskutecznie. Było już bardzo ciemno i zbliżała się noc, a pies nie wracał. Za namową siostry wróciłam do domu zmartwiona zachowaniem Barego.
- Wróci - Lucyna próbowała mnie pocieszyć. Zobaczysz, że wróci.
- No, nie jestem tego taka pewna - powiedziałam ze smutkiem w głosie, z nami też tak było. Wtedy także pobiegł za naszym samochodem. Jeszcze chwilę stałam w oknie wypatrując uciekiniera, jednak na próżno. Zrezygnowana poszłam do łazienki. Chciało mi się płakać, bo przyzwyczaiłam się do tego sympatycznego psiaka.

- Wanda - usłyszałam wołanie mojej siostry - długo tam będziesz?
- Możesz, dać mi chwilę spokoju - powiedziałam łamiącym się głosem.
- A mogę na moment do ciebie wejść?- Lucyna nie czekając na odpowiedź, uchyliła lekko drzwi, przez które Bary próbował wcisnąć swój śmieszny pysk.
- O ty powsinogo! Gdzie byłeś? Zawołałam próbując opanować cieknące ze szczęścia łzy.
- Mówiłam ci, że wróci - powiedziała Lucyna. On tylko, jak przystało na dobrego gospodarza, odprowadził gościa do domu. Bekso, przestań się już mazać i wychodź z łazienki, bo usnę tu pod, drzwiami tak jak stoję.
W tę noc nie mogłyśmy usnąć z nadmiaru wrażeń minionego dnia. Próbowałyśmy sobie wyobrazić ten salon, w którym ponad sto lat temu, mieszkały matka z córką. Lucyna nagle poderwała się z sofy i wyszła do kuchni.-Co tam szukasz-? Zapytałam, zdziwiona jej zachowaniem
 - Zaraz ci pokażę - usłyszałam odpowiedź.
Po krótkiej chwili wróciła na miejsce z wahadełkiem w ręku. Była dokładnie dwunasta w nocy.
- Sprawdzimy to miejsce - powiedziała podnosząc rękę do góry z srebrzystym przedmiotem.
- Zobacz jak szaleje! - siostra wpatrywała się z uwagą w wirujący przedmiot.
- I co z tego? Spojrzałam na nią ziewając.
- Uruchom swoją wyobraźnię dziewczyno, takie zachowanie wahadła świadczy tylko o jednym, że to miejsce przepełnione jest niesamowitą aurą - kumasz?
Zamknęłam na moment oczy i próbowałam sobie wyobrazić jakąś scenę z tamtego okresu. Nie wiedziałam przecież jak wyglądały te kobiety, więc trochę pofantazjowałam.

Piękna kobieta siedząca na wygodnym wyściełanym fotelu, prowadzi rozmowę ze swoją córką.
- Jak minął dzień? Konstancjo – czy pani Róża jest zadowolona z twoich wyników w nauczaniu.
- Tak matko - nawet dziś miałam pochwałę.
W salonie panował półmrok. Obok matki, na skórzanej otomanie siedziała dziewczynka. Upięte wysoko włosy perłową klamrą, dodawały jej szczególnego uroku. Konstancja była bardzo podobna do matki, ale duże brązowe oczy, wyrażały niesamowity smutek. Wyglądało na to, że rzadko się uśmiecha. Poza, w której siedziała Konstancja, wskazywała na jakieś problemy w postawie. Dziewczynka miała duże zniekształcenie prawego barku. Jej kolorowa, welurowa sukienka była mocno naciągnięta w jednym miejscu.
- Jadę dziś do miasta, masz jakieś życzenie?- Chciałabyś dziecko żebym ci coś kupiła? Zapytała matka podnosząc się z fotela.- Nie mam żadnych życzeń, matko - odpowiedziała ze smutkiem w głosie dziewczynka.

- Wanda, co ty śpisz? Lucyna położyła rękę na moim ramieniu.
- Mówiłaś żebym uruchomiła swoją wyobraźnię - prawda? Właśnie przeniosłam się w czasie i jestem teraz z Antoniną i Konstancją. Mówiąc to zamknęłam ponownie oczy. Pojawiła się kolejna scena. Ktoś zapukał do drzwi.
- Proszę - powiedziała kobieta.

Do salonu wszedł odświętnie ubrany młody mężczyzna. Jego śnieżnobiała koszula z wysokim, mocno wykrochmalonym kołnierzem, znakomicie komponowała się z ciemną karnacją młodzieńca. Całość stroju uzupełniały, kremowe obcisłe spodnie i wysokie do kolan skórzane buty tak wybłyszczone, że można by było spokojnie się w nich przejrzeć jak w lustrze
- Konie zaprzężone jaśnie pani - powiedział mężczyzna nisko się przy tym pochylając.
Antonina wstała z fotela i zarzuciła na plecy pelerynę, w kolorze ciemnej zieleni, która współgrała idealnie z atłasową suknią, o barwie zielonego groszku, przyozdobioną licznymi falbankami.
- Czy naprawdę nic nie chcesz Konstancjo? Bo następna moja podróż do miasta, będzie dopiero za jakiś miesiąc, zastanów się.
Dziewczynka podniosła się z sofy i wyginając nerwowo palce swoich dłoni, spojrzała na matkę.
- Bo ja..., no... bo ja... chciałabym.. no...
- A wyduś, że dziecko, w końcu, o co ci chodzi, bo tracę już cierpliwość! - Powiedziała matka podniesionym głosem.
-Jeśli mama pozwoli, to chciałabym kawałek materiału - wyrzuciła z siebie jednym tchem wystraszona dziewczynka, widząc zniecierpliwienie swojej matki.- Aha, to o to ci chodzi? Potrzebujesz po prostu materiału, na nową sukienkę dla swojej lalki? Oczywiście, że ci przywiozę. Pójdę do pani Adeli, wiesz – tej, co szyje dla nas stroje i poproszę ją o to. Na pewno, znajdzie jakieś resztki materiałów w swoim magazynie.
- Klemensie - kobieta zwróciła się do stojącego obok chłopaka, jaką mamy dziś pogodę?- Zapytała.
- Świeci słońce jaśnie pani i nie wygląda na to, że będzie padało – odpowiedział.
- Konstancjo proszę cię, wyjdź do ogrodu - jesteś taka blada.
Dziewczynka odprowadziła matkę do powozu i chowając się za wysokim murem obserwowała jak odjeżdża.
W salonie panował zaduch. Podeszłam do okna, aby je uchylić. Na kominku dogasały palące się świece. Odwróciłam się, żeby je zdmuchnąć i stanęłam przerażona. Świece były zgaszone. Po plecach przeszły mi ciarki. Jak to możliwe? Przecież jeszcze przed chwilą się paliły? Wróciłam do sofy i koniecznie chciałam podzielić się tym zjawiskiem z Lucyną, ale ona spała jak suseł z książką w ręku. Jeszcze przez chwilę nasłuchiwałam jakiś odgłosów, jednak oprócz głośnego chrapania Barego nic już nie usłyszałam.

Rano, przy śniadaniu opowiedziałam siostrze, co przydarzyło mi się w nocy.
- Mamy na to dwa wyjaśnienia - powiedziała Lucyna dopijając kawę. Świece mogły zgasnąć od podmuchu wiatru, jak otwierałaś okno, albo.... Ściągnęłaś tu nieświadomie dusze tych dwóch kobiet.
- Przestań! Nie wierzę w duchy, choć…… nie przypominam sobie, żeby w nocy był wiatr.
- No właśnie - czyli druga wersja jest jak najbardziej możliwa. Z tego co dowiedziałyśmy się od Grażyny, w tym dworku rzadko gościła radość. Raczej sądząc z przekazów, nie było to szczęśliwe miejsce. Mieszkała tu przecież samotna, nieszczęśliwa matka z córką. Odgrodziły się od świata tym wysokim murem, nie przyjmowały żadnych gości. Teraz ten dom tętni życiem, dzięki naszej rodzince. Myślę, że te dwie kobiety są ci wdzięczne za to, że ożywiłaś to miejsce - powiedziała Lucyna.- Powiedzmy, że masz rację, ale wolałabym osobiście, żeby ten dom nie nawiedzały jakieś duchy. No! Czas, się zbierać, bo daleka droga przed nami- zakończyłam temat.
Po dokładnych sprawdzeniu czy wszystko jest w porządku, zamknęłyśmy bramę i ruszyłyśmy w powrotną drogę.
Na nasze nieszczęście padał deszcz, nie miałyśmy ze sobą parasolek i w połowie drogi byłyśmy już całkowicie przemoczone. W pewnej chwili z piskiem opon, zatrzymał się samochód. Przez uchylone okno, wyjrzała znajoma twarz poznanego w dniu przyjazdu mężczyzny.
- Witam panie! Zawołał - jedziecie do Krakowa? Zapytał.
- Tak! Odpowiedziałyśmy, prawie jednocześnie.
- To zapraszam do środka, powiedział otwierając drzwi samochodu. Właśnie też się tam wybieram i z miłą chęcią zawiozę panie na miejsce.
Zostałyśmy wybawione. Szczerze mówiąc wizja powrotu busem z przemoczonym psem, nie wyglądała optymistycznie. Rozłożyłam dyżurny kocyk na  tylnym siedzeniu. Bary wskoczył zwinnie do środka i ułożył się w swojej ulubionej pozie. Lucyna zajęła miejsce obok kierowcy. Po drodze zrelacjonowałyśmy Piotrowi, bo tak miał właśnie na imię nasz znajomy, spotkanie z Grażyną i streściłyśmy w skrócie historię, którą nam opowiedziała. Oczywiście przemilczałyśmy sprawę zgaszonych świec na kominku, żeby nie narazić się na śmieszność. Mężczyźni raczej podchodzili sceptycznie do takich zjawisk, co innego my kobiety obdarzone dużą wyobraźnią, mogłyśmy na różne sposoby interpretować takie wydarzenia.

Zadzwoniłam do Zbyszka z wiadomością, że będę wcześniej w domu i żeby po mnie nie przyjeżdżał, bo znajomy podwiezie mnie pod sam dom. Mój mąż nawet się ucieszył z takiego obrotu sprawy, bo rozbierała go właśnie grypa i wolał zostać w domu.
Rozstałam się z Piotrem i Lucyną, która na pożegnanie, szepnęła mi do ucha.
- Nie uważasz, że to dziwny zbieg okoliczności,? Akurat w momencie, kiedy wracałyśmy, pojawił się Piotr - czuję tu opiekę Antoniny - powiedziała mrużąc znacząco oczy na pożegnanie.Zadzwoniłam domofonem, ale nikt nie odbierał. Trochę się zaniepokoiłam, bo przecież miał nigdzie nie wychodzić. Bary pierwszy pokonał przedpokój i pobiegł do męża, który leżał w łóżku przykryty kołdrą po same uszy i nie patrząc na ubłocone łapy wskoczył na wersalkę, zostawiając brudne ślady na jasnej pościeli.
Przywitania nie było końca. Zbyszek zasłaniał się ze wszystkich stron przed szczęśliwym psem, który za wszelką cenę chciał uraczyć go swoimi buziakami.
- Bary! Krzyknęłam, schodź, natychmiast!
Pies skulił się i z wyrzutem w oczach, opuścił w końcu mojego męża chowając się pod stół. Patrzył na mnie zdziwiony, bo nie wiedzieć, czemu pantusia tak go nakrzyczała.
- No tak, nie było mnie w domu tylko dwa dni, a ty przez ten czas zdążyłeś się rozchorować. Gdzie się tak załatwiłeś?
- Robiłem, przy samochodzie do samego wieczora i nawet nie wiem kiedy mnie zawiało – wyjaśnił.Zbyszek pozostał jeszcze dwa następne dni w łóżku, ale dzięki mojej fachowej, opiece wracał szybko do zdrowia.
W piątek zadzwoniła Grażyna z wiadomością, że jej mąż bardzo chętnie zajmie się dworkiem w czasie naszej nieobecności. Powiedziałam jej, że w sobotę tam będziemy i zaprosiłam ich do siebie na kawę, żeby wszystko omówić. Lucyna niestety nie mogła z nami jechać, dostała z wydawnictwa swoją książkę do korekty i musiała się z tym szybko uporać, a takie poprawki zajmują czasami więcej czasu niż napisanie całej książki.
Krzysiek, mąż Grażyny okazał się całkiem sympatycznym facetem.Z rozmowy wynikało, że to dusza towarzystwa. Podczas spotkania zabawiał nas różnymi, zabawnymi historyjkami. Nie pamiętam już, kiedy tak się uśmiałam.
Grażyna dopijając resztkę kawy, zaproponowała mi wycieczkę.
- A gdzie mnie zabierasz?- Zapytałam
- Niespodzianka - odpowiedziała tajemniczo.
Zostawiłyśmy naszych panów i zabierając ze sobą Barego, który stał już w progu drzwi, ruszyłyśmy do samochodu. Po drodze moja znajoma milczała, co wzbudzało we mnie narastającą w czasie jazdy ciekawość, na myśl o obiecanej niespodziance. W pewnym momencie zatrzymała samochód.
- Dalej musimy iść pieszo - powiedziała.
Przed nami rozciągała się polna droga. Po obu jej stronach mijałyśmy mniejsze lub większe domy. Niektóre z nich wyglądały jak piękne pałace.
W końcu Grażyna zatrzymała się i wskazała ręką kępkę drzew jakieś parę kroków dalej.
- Tu mieszkała Antonina - powiedziała.
Podeszłyśmy bliżej. Tak jak nam wtedy opowiadała, z dworu zostały tylko jego marne szczątki. Gdzie, nie gdzie można było zauważyć resztki wystającego muru, zarośniętego dzikimi chaszczami.
Patrząc na to opuszczone i zniszczone miejsce, poczułam lekkie ukłucie w sercu. Próbowałam sobie wyobrazić tamte czasy, w których żyła Antonina. To w tym miejscu ponad sto lat temu zakochała się w młodym legioniście i to z tego właśnie miejsca rozgniewany ojciec wywiózł ją, kiedy okazało się, że jest  w ciąży. Zrobiło mi się smutno. Jak się musiała wtedy czuć ta biedna dziewczyna po rozstaniu z ukochanym.

- O.. czym myślisz Wanda? - zapytała Grażyna.
- O niej - odpowiedziałam zgodnie z prawdą. Chodźmy już.... To miejsce mnie przygnębia - powiedziałam zrywając białą stokrotkę, rosnącą, między omszałymi kamieniami, pozostałością po zapewne pięknym murowanym dworze.
W powrotnej drodze moja znajoma miała wyrzuty sumienia, że mnie tam zabrała. Zapewniałam ją, że ta zmiana nastroju nie ma nic wspólnego z jej pomysłem odwiedzenia tego miejsca. Tłumaczyłam się bólem głowy. Oczywiście musiałam skłamać, żeby nie zrobić jej przykrości.
Pożegnaliśmy naszych miłych gości, przyjmując zaproszenie na następne spotkanie w ich domu. Zbyszek poszedł na górę, bo miał zamiar uszczelnić okna, a ja usiadłam przy kominku i próbowałam sobie wyobrazić dom, w którym dorastała Antonina. Zerwaną stokrotkę wsadziłam do książki, żeby ją zasuszyć na pamiątkę tamtego miejsca, do którego już nigdy nie chciałam wracać.Czy tak było? Nie wiem, ale tak sobie to wymyśliłam, korzystając z uzyskanych informacji. Przeniosłam się w czasie.........

 /////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////

W dworze panował chaos. Żołnierze, przemieszczali się z miejsca na miejsce, rozmawiając przy tym bardzo głośno. Jedni czyścili broń, inni pisali listy do swoich rodzin, a reszta po prostu wypoczywała. Nie wiadomo, kiedy przyjdzie czas wymarszu, dlatego każdy z nich wykorzystywał ten postój na swoje potrzeby.
- Antonino - postawny mężczyzna zwrócił się do krzątającej się w salonie córki.
- Tak, tatku - dziewczyna dygnęła przed ojcem jak przystało na dobrze wychowaną pannę.
- Twoja matka jest teraz zajęta w kuchni przygotowaniem posiłku dla naszych żołnierzy, zanieś to śniadanie do pokoju temu młodzianowi, co to wczoraj miał wysoką gorączkę. Musisz sprawdzić, co z nim, bo jeszcze mi tego potrzeba, żeby w moim domu, ktoś sobie pomyślał, że jesteśmy bezduszni i niegościnni.
- Dobrze tatku, już tam idę - powiedziała Antonina zabierając ze stołu przygotowaną już wcześniej przez kucharkę, tacę ze śniadaniem.
Zapukała delikatnie do drzwi - pytając.
- Czy można? Lecz po drugiej stronie nie było odpowiedzi.
Weszła do pokoju zaniepokojona. Na łóżku leżał młody mężczyzna. Był bardzo blady, usta miał spierzchnięte od gorączki.
Dziewczyna podeszła bliżej i położyła dłoń na wilgotnym czole chorego. Wyglądał na jakieś osiemnaście lat. Jego czarne kręcone włosy, zlepione były od potu. Chłopak otworzył szeroko oczy i powiedział.
- Czyżbym był w niebie? Bo widzę anioła.
- Mówiąc te słowa, położył swoją dłoń na ręce dziewczyny.
Antonina cofnęła się spłoszona, jej twarz oblała się rumieńcem.
- Tatko kazał spytać jak się pan dzisiaj czuje - powiedziała drżącym głosem, unikając wzroku przystojnego młodzieńca.


CDN.
Prześlij komentarz