piątek, 10 stycznia 2014

"Spełnione marzenia"(fragment 4)



















- Już powiedziałem panienko, czuję się jak w niebie - mając przed sobą anioła.
 - Widzę, że wraca pan do zdrowia - przyniosłam śniadanie. Czy potrzeba jeszcze czego?
- Zapytała, zmieszana jego słowami.
- O tak! Chłopak podniósł głowę z poduszki - proszę tu jeszcze chwilę ze mną zostać.
- Myślę, że nadużywa pan naszej gościnności ,mówiąc to dziewczyna pospiesznie opuściła pokój, zamykając z trzaskiem drzwi. Na moment stanęła w holu i opierając się o ścianę, próbowała uspokoić silne bicie serca.
Dlaczego zrobił na mnie takie wrażenie? - Myślała schodząc po schodach. Już dawno tak się nie czułam, jednak przyznam, że było to przyjemne uczucie – pomyślała.
- No... jak tam nasz chory? Z zamyśleń wyrwał ją głos ojca.
- Dochodzi do siebie tatku - gorączka już spadła.
- To dobra wiadomość moje dziecko, bo już miałem wzywać medyka.
 ////////////////////////////////////////////////////////////////////////// 
 W tym momencie pod wpływem żaru, kawałek palącego się drewna upadł prosto pod moje stopy. Czyżbyś Antonino nie chciała bym poznała twoją tajemnicę? Pomyślałam, podnosząc z podłogi osmalony kawałek drzewa. Dobrze, zostawmy na razie twój rodzinny dom. Zobaczymy teraz, co dzieje się u twojej córki.
 ////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////
 Konstancja skończyła właśnie  przyszywać ostatnią  falbanę do wzorzystej sukienki dla swojej lalki Odstawiła igłę z nicią i ubrała lalę, zadowolona ze swojego dzieła. Do pokoju weszła służąca.
- Pora na kolację panienko.
////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////
 - A cóż to? Nie jemy dzisiaj kolacji? Zapytał Zbyszek schodząc po schodach.
- No tak! Pora  już najwyższa, zaraz coś przygotuję - uspokoiłam męża.
Wieczorem oglądaliśmy jakiś film w telewizji, ale był taki nudny, że zabrałam się do czytania książki. Telewizor działał na Zbyszka jak środek usypiający. W połowie filmu mój małżonek zasnął kamiennym snem. Mnie też kleiły się oczy, odłożyłam książkę i próbowałam zasnąć. Ale przed oczami miałam wciąż tamto miejsce w które zabrała mnie Grażyna. Przeklęte miejsce.
Rano Zbyszek zarządził, że trzeba zebrać jabłka. Poszliśmy więc do ogrodu zaopatrzeni w skrzynki, które stały w składziku na drewno.
- Może po obiedzie zrobimy sobie wycieczkę rowerową? - Co ty na to?- zapytał mąż.
Przystałam na jego propozycję. Mieliśmy okazję zwiedzić okolicę. Samochodem nie wszędzie można dojechać, ale rowerem właściwie w każde miejsce.
Ustaliliśmy wspólnie, że wybierzemy się do lasu. Podczas jazdy na polnej wyboistej drodze, zaczęłam już żałować, że zgodziłam się, na tę wycieczkę. Wszystko mnie już bolało, a szczególnie tam gdzie plecy kończą swoją  nazwę. Zatrzymaliśmy się tuż przed lasem. Zsiadłam szczęśliwa z tego, nie zbyt wygodnego pojazdu, masując obolałe miejsce. Bary cały czas nam towarzyszył, tylko od czasu, do czasu znikał na chwilę w gęstym lesie.
- Jak tu pięknie – powiedziałam czując zapach sosnowych drzew. Rowery zostawiliśmy na małej polance i ruszyliśmy przed siebie. Co jakiś czas Zbyszek z wielkim entuzjazmem oznajmiał mi, że znalazł grzyby na które ja prawie weszłam. Po prawie pół godziny, mój podręczny plecaczek zapełnił się, kurkami, prawdziwkami i kozakami. Usiedliśmy zmęczeni na pniu ściętego drzewa i wsłuchiwaliśmy się w odgłosy tętniącego życiem lasu.
W powrotnej drodze postanowiłam, że poprowadzę rower, bo nie miałam zamiaru już tak cierpieć. Mąż co jakiś czas zawracał dogadując mi, że chyba płynie we mnie błękitna krew, skoro jestem taka delikatna.
I rano znów miałam zakwasy.
- Cholera, zaklęłam pod nosem, już nigdy nie dam się namówić na żadną rowerową wycieczkę.
Zbyszek znalazł sobie następne zajęcie, a ja poszłam na ławeczkę do leszczynowego zagajnika
 /////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////
Na miejscu które teraz zajęłam, siedziała kiedyś Antonina. O czym myślała? Uruchomiłam swoją wyobraźnię... i zamknęłam oczy.
Zobaczyłam kobietę trzymającą w ręku tamborek, czyli drewniane kółko z mocno naciągniętym materiałem. Jej sprawne palce zaopatrzone w igłę z kolorową nicią, misternie wyszywały na płótnie prześliczne ornamenty z kwiatów. Tuż obok na zawieszonej między dwoma drzewami huśtawce, kołysała się dziewczynka, tuląc do siebie lalkę.
I niby wszystko w porządku, piękny widok matki z córką, wyglądają na szczęśliwe, lecz to tylko pozory. Antonina co jakiś czas przerywa wyszywanie i patrzy na swoją córkę. Na chwilę zamyśla się. Czy wspomina teraz swojego ukochanego? Czy on ją jeszcze pamięta? Obiecał, że wróci, obiecał, że się z nią ożeni. Wraca do wyszywania. Jej palce są w tej chwili niezgrane, kwiatowy ornament nie idzie po wytyczonym torze, widać złość na jej twarzy, zakłuwa się igłą, kropla krwi plami biały materiał. Kobieta odkłada  zniecierpliwiona kółko, po czym już nieco uspokojona wraca do haftu.
Konstancja kołysze się na huśtawce, o czym marzy dziewczynka? Jest taka samotna mimo, że matka kocha ją nad życiejednak brakuje jej dzieci, roześmianych dzieci, brakuje jej koleżanki z którą mogłaby się pobawić lalkami.
Jakie to przykre - poczułam napływające do oczu łzy.
Konstancja zatrzymała huśtawkę, spojrzała w stronę bramy, przed którą podjechał powóz, zerwała się wystraszona i utykając pobiegła w stronę domu nie oglądając się za siebie.
Antonina odłożyła robótkę i podeszła do bramy, za którą stała jej matka.
Witaj córko - powiedziała kobieta.
Witaj matko - co cię do nas sprowadza ?Zapytała otwierając żelazną bramę.
Obie kobiety weszły do salonu, matka Antoniny, usiadła ciężko na krześle, jej twarz pokryta była licznymi zmarszczkami, zamaskowanymi  gęstą warstwą pudru. Z spod dużego słomkowego kapelusza, wystawały siwe, ale bardzo gęste włosy.
- Chciałam zobaczyć co u was, jak sobie radzicie? I czy......
Radzimy sobie dobrze matko i niczego nam nie trzeba – odparła Antonina przerywając matce w pół słowa.
Chciałabym zobaczyć wnuczkę - czy mogę?
Mario - idź po panienkę - Antonina wydała polecenie służącej.
Po chwili do salonu weszła Konstancja.
Dzień dobry babci - powiedziała dygając w stronę starszej pani.
Witam cię kruszynko. Kobieta ze łzami w oczach, przytuliła do siebie swoją wnuczkę. Jak ty wyrosłaś i wypiękniałaś. Jak tam twoje nauczanie? Słyszałam, że robisz duże postępy. Kobieta zadawała pytanie za pytaniem, gładząc dziecko po główce i nie dając możliwości na jakąkolwiek odpowiedź.
Uczę się dobrze babciu - dziewczynka w końcu została dopuszczona do głosu. Lubię malować i szyć stroje dla moich lalek. Mogę ci zaraz pokazać jaką ostatnio uszyłam sukienkę dla mojej ulubionej laki i nie czekając na odpowiedź, pobiegła pokonując z trudem schody prowadzące do jej pokoju.
Starsza pani splotła dłonie i ukryła w nich swoją twarz.
Boże, westchnęła - ona jest taka mądra, to nasza wina, wybacz mi córko - powiedziała, wybacz mi!
Czasu nie da się cofnąć matko, ja też kiedyś popełniłam błąd, zawiodłam was! Ale byłam taka młoda. Teraz za to pokutuję i muszę sama płacić za swoje błędy. Jedno wiem, że nie żałuję niczego, nie żałuję, że pozostawiłam swoją córkę przy sobie. Antonina prawie wykrzyczała te słowa, była tak wzburzona ,że nie zauważyła jak w salonie pojawiła się Konstancja.
Dziecko moje, ty nie wiesz wszystkiego, powiedziała matka do córki. Antonino, ty nie wiesz wszystkiego!
Starsza kobieta ocierając łzy, wstała z krzesła i oznajmiła.
No cóż myślę, że na mnie już czas. Ojciec nie wie, że tu jestem. On nie jest taki zły, uwierz mi. On tylko chciał twojego dobra.
- Do widzenia Konstancjo - bądź grzeczna i słuchaj swojej mamy, odwiedzę cię już niedługo. Kobieta przytuliła dziewczynkę, która kurczowo trzymała za sobą lalkę, ubraną w nową, uszytą przez nią sukienkę. Ale jej babcia ocierając tylko łzy chusteczką, wsiadła do powozu i  odjechała.
- Mamusiu, dlaczego babcia płacze? Czy coś ją boli? Bo nawet nie spojrzała na moją lalkę.
- Tak córeczko, jak to bywa z ludźmi w tym wieku, pewnie ją coś boli. Musimy jej wybaczyć- chodźmy już do domu bo zmierzcha.
 ///////////////////////////////////////////////////////////////////////////
 Zrobiło się chłodno, wstałam z ławki, żeby przynieść sobie z domu jakiś sweter. Kiedy byłam już na schodach werandy, usłyszałam odgłos podjeżdżającego samochodu.
- Dzień dobry – powiedział nieznajomy.
Podeszłam do bramy.
- W czym mogę pomóc?- Zwróciłam się do przyjezdnego, otwierając szeroko żelazną bramę.
- Można zająć chwilkę? Zapytał.
Zaprosiłam gościa do zagajnika i wskazałam miejsce przy stole.
- Piękna okolica - powiedział rozglądając się wkoło, od dawana tu pani mieszka?
- Od jakiegoś czasu - odpowiedziałam zgodnie z prawdą, ale czy mogę poznać cel pana wizyty? Zapytałam
- Jestem właśnie na kupnie działki i powiem, że to miejsce najbardziej by mi odpowiadało - powiedział mięśniak zaciągając się mocno papierosem. Mam dla pani propozycję nie do odrzucenia - zwrócił się do mnie z hollywoodzkim uśmiechem.
Kiepska robota – pomyślałam, patrząc na jego śnieżnobiały garnitur zębów. Musiał to wykonać jakiś partacz?- stwierdziłam. Zawsze zwracam baczną uwagę na uzębienie, po prostu skrzywienie zawodowe. Pracowałam w stomatologii dwadzieścia osiem lat i potrafię rozpoznać fuszerkę.
- Nie rozumiem? Może pan jaśniej?
- Chciałbym kupić od pani tę działkę i proponuję niezłą sumkę, co pani na to?
 Krew uderzyła mi do głowy. Zacisnęłam mocno pięści, starając się opanować wzburzenie.
- Nie jestem zainteresowana pana propozycją, działka nie jest do sprzedania - powiedziałam podnosząc się z ławki, dając tym do zrozumienia, że rozmowa zakończona. Myślę, że się pan spieszy, wobec tego nie zatrzymuję już dłużej pana - dodałam z przekąsem.
-Cha, cha, do gościnnych to pani nie należy - mężczyzna spojrzał na mnie rozbawiony. Nie usłyszała pani jeszcze ceny? Mam zamiar postawić tu pensjonat, oczywiście po wyburzeniu tej kupy gruzu, ale niech to będzie moja strata - powiedział, machając przy tym ręką. Proponuję pół miliona i myślę, że taka okazja już się pani nie trafi.
- Kupa gruzu! Krzyknęłam! - co sobie pan wyobraża? - Kim pan jest, żeby tak mówić. To zabytek młody człowieku. Pewnie kiedy o tym uczyli w szkole, pan wagarował - mam rację?
- Widzę, że mamy gościa - usłyszałam głos Zbyszka, który pojawił się na werandzie.
- Pan właśnie wychodzi – zwróciłam się do męża, kierując kroki w stronę bramy.
- No cóż rozumiem. Taką decyzję trzeba przemyśleć. Osiłek podniósł się z ławki i sięgnął do portfela. To moja wizytówka - proszę do mnie zadzwonić, jak się pani  zdecyduje. Mówiąc te słowa położył kolorowy kartonik na blacie stołu i ruszył do swojego czarnego  BMW.
Zamknęłam bramę za intruzem i wróciłam do męża. Poirytowana, przedstawiłam mu w skrócie cel wizyty naszego gościa, używając przy tym niecenzuralnych słów.
- Pół miliona? to spora sumka - Zbyszek zapalił papierosa, a co ty na to? Zapytał.
- Nie było rozmowy! - Rozumiesz? - Zapomnij. Nawet gdyby to był cały milion, nie mam zamiaru sprzedawać dworu.
Żeby opanować nerwy, zabrałam się za przygotowania do obiadu. Kupa gruzu, znalazł się znawca, tuman cholerny! Mamrotałam pod nosem.
- Co ty tam mruczysz kochanie? Zbyszek podszedł do mnie wyraźnie rozbawiony. Nie złość się, bo to urodzie szkodzi - powiedział przytulając mnie czule. Co jemy dziś na obiad? Zapytał, aby rozładować napięcie.
Przez resztę dnia staraliśmy się nie wracać już do tematu. Jednak wspomnienie wizyty tego człowieka nie dawało mi spokoju. Nie podobał mi się, miał wygląd cwaniaczka z grubą forsą, co można było wywnioskować z jego markowego ubrania i grubego złotego łańcucha zawieszonego na owłosionym torsie. Czułam, że tak szybko nie odpuści, już widziałam jak wraca tu z grupą podobnych do niego mięśniaków z żądaniem haraczu. Jednak postanowiłam zachować swoje obawy dla siebie, nie chcąc denerwować męża. Wieczorem zadzwoniłam do Lucyny i opowiedziałam jej o wizycie nieznajomego.
- To mamy pasztet! siostra była mocno zaniepokojona moją relacją. Czy nigdy nie będzie spokoju? Tyle w koło miejsca, a on musiał sobie upatrzyć akurat twoją posesję! Lucyna prawie krzyczała do słuchawki. Wyrzuć po prostu tą wizytówkę i zapomnij o całej sprawie radziła.
 Dopiero teraz przypomniałam sobie o małym kartoniku, który zostawił mężczyzna. Z telefonem przy uchu poszłam na miejsce, gdzie leżała pozostawiona przez mężczyznę wizytówka.
- Jesteś tam? - Usłyszałam pytanie w słuchawce.
- Tak jestem, właśnie sprawdzam kto to taki.
Na wizytówce było zdjęcie samochodu, a pod spodem dane właściciela.

                                    Robert Motyka
Komis samochodowy telefon- 686 18 56 19 ul Wiślana 12.
Kupno i sprzedaż samochodów, profesjonalna, obsługa możliwość negocjacji.

- A to ci się trafił klient, siostra! - nie mogłaś trafić gorzej. Lucyna była wyraźnie zaniepokojona. Coś mi mówi to nazwisko. Wydaje mi się jakbym gdzieś czytała, o jakiejś aferze samochodowej. Ale to może tylko moje przypuszczenia. Jak was będzie nachodził to musicie to zgłosić na Policję, dodała.
- Mam nadzieję, że już tu nie wróci bo dałam mu wyraźnie do zrozumienia, że nie jestem zainteresowana jego propozycją.
Wieczorem nie mogłam zasnąć w przeciwieństwie do mojego męża, po którym ta dzisiejsza sytuacja spłynęła jak po kaczce. W końcu zmęczona usnęłam. Tej nocy przyśniła mi się Antonina. Była wyjątkowo uśmiechnięta. Wracała z łąki z naręczem polnych kwiatów. Jej kolorowa, wykonana z delikatnego tiulu sukienka, unosiła się fantazyjnie pod wpływem lekkiego wiatru. Na  spotkanie z kobietą wyszła mała dziewczynka i  utykając na jedną nóżkę, podeszła do matki. Kobieta odłożyła kwiaty i porywając Konstancję w swoje objęcia, zatoczyła koło wokół swojej osi, śmiejąc się przy tym serdecznie. Po chwili postawiła bezpiecznie dziecko na ziemi i trzymając jej malutką rączkę w swojej dłoni, udały się do dworu.
 Rano obudziłam się całkiem rozbita. Wydarzenia poprzedniego dnia zepsuły mi zupełnie nastrój. Jednak przypomniałam sobie mój sen, był taki optymistyczny. Może to jakiś znak od Antoniny, że wszystko dobrze się skończy. Była taka spokojna i szczęśliwa. Przyjęłam to jako dobry znak i postanowiłam już o tym na razie nie myśleć.
Wróciliśmy do Krakowa. Przez następne dwa tygodnie lało jak z cebra, dlatego uzgodniliśmy z mężem, że odłożymy wyjazd do dworu, do momentu, jak poprawi się pogoda.
Właściwie zapomniałam już o facecie z komisu samochodowego kiedy zadzwonił telefon.
- Halo! Robert Motyka z tej strony, czy rozmawiam z panią Wandą?
Ciarki przeszły mi po plecach, nie odpuścił – pomyślałam. Jak on zdobył mój numer telefonu? – Kurcze mafia jak nic.
- Tak słucham pana - powiedziałam próbując opanować drżenie rąk.
- Czy zastanowiła się pani nad moją propozycją? -Zapytał.
Przełknęłam ślinę, bo zaschło mi w gardle ze strachu. Muszę coś zrobić, ale co? Uruchomiłam swój mózg na szybkie myślenie.
-Halo! Jest tam pani - zapytał zniecierpliwiony.
-Tak jestem panie Robercie, ale muszę pana rozczarować. Nie zmieniłam zdania. Dworek nie jest na sprzedaż - powiedziałam. Jednak mam dla pana świetną wiadomość. Zmieniłam zupełnie swój ton. Szczebiotałam jak młódka, nie dając mu możliwości dojścia do głosu. Układałam w głowie niewinne kłamstewko. Uznałam, że to było jedyne wyjście aby uśpić jego czujność.
- Cóż to za wiadomość? - Zapytał.
- Mam dla pana świetne miejsce na pensjonat, jakieś cztery kilometry od mojej posesji. Panie Robercie niech mi pan wierzy, cudowny kawałek ziemi. Blisko lasu, wspaniały dojazd -  tam kiedyś stał stary dwór i na pocieszenie nic po nim nie zostało, oprócz kupki kamieni - powiedziałam jednym tchem. Zostanie trochę kasy w kieszeni, którą musiałby pan wydać na rozbiórkę. Czy to nie rewelacyjna okazja? Zapytałam.
- Hm.. musiałbym to zobaczyć - usłyszałam głos w słuchawce.
- Oczywiście - udawałam całkiem spokojną, chociaż moje dłonie były mokre z nerwów. Jak tylko poprawi się pogoda, zawiozę tam pana.
- Dobrze - proszę do mnie zadzwonić, ale mam nadzieję, że nie zmarnuję czasu, bo jestem naprawdę bardzo zajęty. Czekam na telefon.
Po tych słowach, na moje szczęście rozłączył się.
Łyknął przynętę, więc nie jest źle - pomyślałam.
Teraz muszę tylko znaleźć kogoś do pomocy, sama nie dam rady przeforsować mojego diabelskiego planu. Lucyna niestety nadal była zajęta, a na męża nie miałam co liczyć, bo tylko by wszystko zepsuł. Jest bardzo porywczy i mogło się to skończyć kłótnią. Zadzwoniłam więc do Grażyny i przedstawiłam jej swój plan. Zgodziła się mi pomóc. Ponieważ przestało w końcu padać, uzgodniłam z panem Robertem termin spotkania na niedzielę o godzinie piętnastej.
Moja znajoma przyjechała dużo wcześniej, żeby omówić wszystko przed jego przyjazdem.
Kiedy zjawił się  pan Motyka, mocno  spóźniony, zaprosiłam go do salonu. Zbyszek przepraszając gości, opuścił nas tłumacząc się obowiązkami.
Podałam herbatę w małych filiżankach i świeżutkie kremówki.
Przedstawiłam Robertowi moją przyjaciółkę, który na jej widok zmienił się z drapieżnego lwa, w małego kociaka. Zerkał co jakiś czas na atrakcyjna kobietę, zapominając przy tym o dobrych manierach przy stole. Mieszał herbatę srebrną łyżeczką tak głośno, jakby wzywał wiernych na Anioł Pański, po czym oblizał ją i położył na moim czystym obrusie. Ale to nie wszystko. Walczył jak lew z wierzchem kremówki, która tańczyła po całym talerzyku, a puder rozsypywał się na wszystkie strony. Boże! - Gdzie on się chował? - Pomyślałam. Żal mi się go zrobiło, więc postanowiłam przerwać jego cierpienia i dałam sygnał  do wyjazdu. Bary oczywiście był chętny jechać z nami.
Pojechaliśmy tam dwoma samochodami, ja z Grażyną swoim, a on swoją be -emką. Na miejscu moja znajoma poprosiła mnie, żeby dać jej wolną rękę, mrugając porozumiewawczo oczami.
Nasz przystojniak wyszedł z samochodu i jak baletnica, próbował omijać zwały błota, pozostałość po ostatnich opadach. Patrzyłam jak Grażyna zmiękcza naszego mięśniaka.
- Powiem panu, że to miejsce jest magiczne – powiedziała moja znajoma. Jak mam chandrę, to tu przychodzę. Niech pan spojrzy na te widoki! - czyż nie jest piękne? - Chodźmy tam do góry - mówiąc to chwyciła jego dłoń i ruszyła przed siebie. Pan Motyka był jak w letargu, prawie unosił się niczym motyl, podążając za nią. Wcale mu się nie dziwię. Grażynka to piękna kobieta. Na dzisiejsze spotkanie ubrała się na sportowo. Miała na sobie białe obcisłe rybaczki, wrzosowy polar z kapturem i liliowe adidasy. Patrzyłam z zazdrością na jej długie, sięgające do ramion blond włosy i niebieskie oczy w ciemnej oprawie łukowatych brwi. Miała czterdzieści lat, ale nie wyglądała na swój wiek. Obserwowałam z zaciekawieniem teatr dwóch aktorów, w którym główną rolę grała moja znajoma i byłam pod wrażeniem jej zdolności aktorskich Robercik ugotowany! Pomyślałam.
- Robertowi podoba się to miejsce - powiedziała Grażyna. Obiecałam mu, że zaraz pojedziemy do mojej kuzynki, która pracuje w Urzędzie Gminnym i przedstawimy jej sprawę. Wrócisz sama do domu? – Zapytała.
Nasz przystojniak jednorazową chusteczką, próbował usunąć błoto ze swoich nowiuśkich adidasów, a my w tym czasie miałyśmy czas aby wymienić parę słów na osobności.
- Nie boisz się wsiadać z nim do samochodu? - Zapytałam zaniepokojona.
- Spoko, nic mi się nie stanie, -  pracuję w Policji i mam za sobą szkolenie z samoobrony. Takie grabie -  sory, Motyka na pewno mi nie zagrażają - dodała z rozbrajającym uśmiechem.
- Pracujesz w Policji - nic nie mówiłaś?
- Hi, hi, a po co miałam mówić? - nie jestem detektywem, tylko policyjnym psychologiem – wyjaśniła i ruszyła w stronę jego samochodu.
Przywołałam Barego i ruszyliśmy w powrotną drogę.
 - Policyjnym psychologiem? Zbyszek  spojrzał na mnie zdziwiony. A to dopiero nowina! 
- To jak jej w takim razie poszło z naszym natrętnym kupcem?
- Znakomicie! - jadł Grażce  z ręki - odpowiedziałam.
Zrelacjonowałam mężowi przedstawienie, na którym byłam jedynym widzem. Zbyszek był mocno ubawiony, aż w końcu powiedział.
- To chyba mamy go z głowy? - Możesz być już spokojna o swój dworek, prawda kochanie?
-  No jeszcze nic nie wiadomo, zależy jak im pójdzie u kuzynki Grażyny. On jeszcze nie powiedział ostatniego słowa, dlatego nie ma się co cieszyć za wcześnie.
- A Baruś jak się spisywał? Powiedział Zbyszek głaskając natrętnego psiaka, który stęskniony za panem domagał się pieszczot.
- Oprócz tego że pogonił kilka zajączków i skopał panu Motyce pokaźną część działki, to był grzeczny- powiedziałam.
Zostań w zagajniku, mąż spojrzał na mnie tajemniczo. Zaraz do ciebie wrócę.
Nie wiedziałam co kombinuje mój małżonek, ale z chęcią przystałam na jego propozycję, z racji tego, że pogoda była piękna, a zagajnik dawał zbawienną osłonę przed palącym słońcem.
Zamyśliłam się na moment i wróciłam do moich hrabianek.
Czy tak było? Nie wiem, ale tak ja to przedstawiam w mojej wyobraźni.
///////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////
-Konstancjo! Jesteś gotowa? Czas na nas, powóz czeka – zawołała Antonina.
Na werandzie pojawiła się mała dziewczynka. W ręku miała swoją ulubioną lalkę. Była bardzo szczęśliwa. Kochała wycieczki do lasu w towarzystwie matki i swojej guwernantki.
Antonina zabierała córkę często do lasu. Dziecko musiało od czasu do czasu opuszczać mury swojego więzienia. Po każdej takiej wycieczce, wracała zadowolona z kieszeniami pełnymi leśnych skarbów. Zachwycała się każdym napotkanym zwierzątkiem, słuchała z zaciekawieniem śpiewu ptaków i trudno było ją namówić do powrotu.
/////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////
 - Czy życzy sobie pani do obiadu białe, czy czerwone wino?
Otworzyłam oczy i spojrzałam w stronę męża, który stanął przy mnie w kuchennym fartuchu, trzymając w ręku dymiącą wazę z aromatyczną zupą grzybową.
- A.... to ta niespodzianka. Ucieszyłam się na widok mojego kelnera, bo tak szczerze mówiąc byłam głodna jak wilk, a tu na świeżym powietrzu, apetyt dopisywał mi bardzo, co też było moim utrapieniem w związku z przybywających w zastraszającym tempie, kilogramów.
- Zależy co mamy na drugie? Powiedziałam nalewając zupę do talerza.
- Pstrąg z grila, proszę pani - odpowiedział
- To w takim razie poproszę białe, schłodzone wino - dodałam zajadając ze smakiem pyszną zupką.
Po południu odwiedziła nas Grażyna. Poinformowała nas, że Motyka jest zdecydowany na kupno tej działki i nie będzie żadnych problemów z załatwieniem formalności. Podobno Robercik wpadł w oko jej kuzynce, która obiecała zająć się w pierwszej kolejności jego sprawą.
- Dziękuję Grażynko, jesteś wielka!
- Nie ma o czym mówić - odpowiedziała skromnie, to naprawdę nie było trudne.
Czyli wyglądało na to, że problem mam z głowy. Poczułam w końcu ulgę. Miałam tylko malutkie wyrzuty sumienia, że wskazałam mu miejsce, które dla mnie było przeklęte. Ale przecież tam ma powstać pensjonat, nie dom dla rodziny, czyli właściwie nic się nie stało. Próbowałam jakoś się usprawiedliwić.
Po odjeździe Grażyny, poszliśmy z Barym na spacer, a Zbyszek w tym czasie wrócił do rozpoczętej wcześniej pracy.
Pies był bardzo szczęśliwy, co jakiś czas przynosił mi pod nogi patyki i czekał aż mu rzucę. Kochał wszelkiego rodzaju dziury w ziemi. Potrafił tak długo kopać, aż znikał cały w takim tunelu. Bałam się, że ziemia kiedyś się osunie i może to się dla niego źle skończyć.
Wracając do domu, zauważyłam Zbyszka na werandzie. Czyżby coś się stało? Pomyślałam.
- Dobrze, że jesteś - musimy wracać do Krakowa – powiedział
- Dlaczego? Przecież mieliśmy zostać dłużej. Co się stało?
 Dzwoniła mama. Ma jakiś poważny problem z piecykiem łazienkowym i prosiła, żebym przyjechał, bo nie może znaleźć żadnego fachowca – wyjaśnił Zbyszek.
Nie byłam zadowolona z takiego obrotu sprawy. To był już koniec lata i chciałam wykorzystać ostatnie słoneczne dni na wsi. Dość się jeszcze nasiedzę w mieście.
- To jedź, ja nie będę wam tam potrzebna.
- Chcesz tu sama zostać? Bo ja już dzisiaj nie wrócę.
- Nie zostaję sama, mam przecież  Barego. Muszę się powoli przyzwyczajać, nie zawsze będę z tobą - prawda?
- No dobrze, skoro tak uważasz. Ja wrócę jutro w południe.
Pożegnałam mojego męża i zamknęłam dokładnie bramę. Zostaliśmy z Barym na gospodarstwie. Powoli zbliżał się wieczór, zapaliłam lampę na werandzie i udałam się do salonu. W telewizji nie było nic ciekawego, więc zabrałam się za pisanie mojej książki. Na zewnątrz zerwał się silny wiatr, zamknęłam wszystkie okiennice i wróciłam do pisania. Nagle zgasło światło. Salon pogrążył się w całkowitej ciemności. Jeszcze mi tego brakowało - pomyślałam przerażona. Po omacku, trafiłam na świecznik, dobrze że zapałki były obok. Drżącymi rękami zapaliłam świeczki. W całym domu nie było światła, a ja pierwszy raz, tak naprawdę się bałam. Spojrzałam na zegar, dochodziła jedenasta w nocy. Wydawało mi się, że ktoś chodzi na górze. Słyszałam wyraźnie czyjeś kroki. Boże - dlaczego nie pojechałam do Krakowa? jak ja przeżyję tę noc?
- Bary -  choć tu do mnie - zawołałam.
Pies leniwie podszedł do mnie, wdrapał się na sofę i wtulił nos pod kołdrę. Teraz było mi już raźniej, jednak mimo wszystko trzęsłam się jak galareta. Na dworze zerwała się prawdziwa wichura. Przytuliłam się do Barego i próbowałam usnąć, ale nie było to łatwe. Byłam dosłownie sparaliżowana strachem. Cały czas słyszałam jakieś odgłosy na górze. Modliłam się, żeby ta koszmarna noc w końcu się skończyła.
- Antonino, pomóż mi – wyszeptałam.
I w tym momencie w salonie zapaliło się światło. Poczułam ulgę. Czyżby ona mi pomogła? -  Nie wiem czy miałam się cieszyć tym zjawiskiem, czy martwić, że mieszkam z duchami. Próbowałam sobie wytłumaczyć, że to tylko moja wyobraźnia tak działa i nie ma tu żadnych duchów. Zgasiłam szybko światło i zdmuchnęłam świece. Jedyne co przyszło mi do głowy, to próbować zasnąć.
Rano uświadomiłam sobie, że spałam w ubraniu. Byłam cała zdrętwiała, bo Bary zajął prawie całą sofę. Najważniejsze, że jest już ranek i ustał wiatr. Zaparzyłam kawę i usiadłam do komputera. Jakież było moje zdziwienie, kiedy spojrzałam na monitor. Wszystko co wczoraj napisałam gdzieś zniknęło. Pewnie z tego strachu nie nacisnęłam klawisz zapisz. Tylko takie znalazłam wytłumaczenie.
 - No to miałaś niezłego boja, powiedział mój mąż, kiedy skończyłam swoja relację z minionej nocy . Chyba nie myślisz, że to Antonina ci pomogła, to tylko twoja literacka wyobraźnia. Myślę, że już nie będziesz taka chętna zostać sama, prawda?
- Na pewno!- powiedziałam.
Mąż wytłumaczył mi że światło zgasło, bo prawdopodobnie wiatr uszkodził linię elektryczną.
- Wandula! Pozwól tu na górę
- O co chodzi? Weszłam do pokoju który wybrał sobie Piotrek.
- Chciałem pokazać ci twojego ducha – Zbyszek wskazał ręką w stronę ściany pod oknem.
W rogu pokoju siedział wystraszony gołąb, na mój widok zerwał się do lotu. Okazało się, że w czasie wczorajszej wichury, dostał się tu przez otwarte okno. Poczułam ulgę. Te odgłosy które słyszałam, były dziełem tego nieszczęśnika. Mąż złapał ptaka i wypuścił go na wolność, a ja byłam się trochę zawiedziona, że w tak prosty sposób zostały wyjaśnione moje nocne przeżycia.
Lucyna obiecała, że przyjedzie do nas na dwa dni. Uzgodniłyśmy, że zaprosimy Grażynę na dalszą część opowieści o Antoninie. Zbyszek postanowił wyjechać do Krakowa, żeby zrobić zakupy.
Grażynę przywiózł Krzysiek i obiecał, że przyjedzie po nią o dziesiątej wieczorem.
Zrobiłyśmy sobie odpowiedni nastrój. Zapaliłam jak poprzednim razem świece i usiadłyśmy ze szklaneczkami ginu z tonikiem, czekając na dalsze informacje na temat życia hrabianek.
 Wyobraźcie sobie - Grażyna odstawiła szklankę na stół, że podobno zaraz po wojnie, ten chłopak przyjechał do posiadłości Antoniny. Tak jak jej obiecał, chciał prosić o jej rękę. Jednak zaborczy ojciec, wymyślił historię o jej śmierci, nie dając mu żadnych złudzeń. Biedna dziewczyna, w tym czasie mieszkała u kuzynostwa z córką i nie miała pojęcia że jej ukochany dotrzymał słowa.
- To straszne! Lucyna postawiła ze złością szklankę na stół, rozlewając przy tym przeźroczysty trunek - jak można było tak postąpić!
-To prawda - ten człowiek nie miał żadnych skrupułów – powiedziała Grażyna.
- Czyli  chłopak nie wiedział, że ma córkę, a Konstancja nigdy nie poznała ojca - powiedziałam.
- Na to wygląda. Ojciec dopiero na  łożu śmierci, wyznał wszystko Antoninie i przekazał jej listy od ukochanego. Chłopak pisał do niej, ale nigdy nie dostał żadnej odpowiedzi.
- Wyobrażam sobie co ona wtedy czuła, jak musiała cierpieć z powodu kłamstw swoich rodziców - powiedziała Lucyna.
- Powiedz Grażynko, dlaczego Konstancja tak młodo zmarła?
W dalszej części opowiadania dowiedziałyśmy się że, dziewczyna chorowała na gruźlicę, a w tych czasach ta choroba dziesiątkowała ludność, bo nie było odpowiednich leków.
- Jednak mimo tak krótkiego życia, Konstancja zaznała odrobinę miłości - Grażyna kontynuowała swoją opowieść. Młody lekarz, który opiekował się nią w czasie choroby, zakochał się w dziewczynie. To była krótka, ale gorąca miłość. Kiedy Konstancja zmarła, chłopak bardzo rozpaczał i podobno nigdy się nie ożenił.
- To takie smutne, Lucyna była bardzo wzruszona. Los nie oszczędzał tych kobiet.
- To prawda, obie były bardzo nieszczęśliwe - powiedziała Grażyna.
Zbliżała się godzina dziesiąta. Pod bramę podjechał Krzysiek. Pożegnałyśmy znajomą i wróciłyśmy do salonu.
Lucyna poszła do łazienki, a ja  przeniosłam się w czasie.
 //////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////
- Jest dzisiaj piękne słońce Konstancjo, zabieram cię na spacer- powiedział mężczyzna do dziewczyny, która czesała swoje gęste rude włosy.
Zakochana para skierowała swoje kroki na polną drogę. Młodzi trzymali się za ręce, byli tacy szczęśliwi. Antonina stojąc na werandzie obserwowała swoją córkę.
Spacer trwał jednak krótko. Konstancja dostała ataku kaszlu, na haftowanej chusteczce, pojawiła się krew. Matka zaprowadziła córkę do pokoju i podała jej ciepły napar z lipy.
- Mamo czy ja umrę? - dziewczyna spojrzała przez łzy na matkę.
- Wyzdrowiejesz kochanie, wyzdrowiejesz - powiedziała Antonina, ukrywając smutek, jaki malował się na jej twarzy.
Młody medyk usiadł na brzegu łóżka swojej ukochanej i pogłaskał ją po drobnej bladej twarzy. Wiedział że choroba postępuje w zastraszającym tempie, nic nie mógł zrobić, był zupełnie bezradny.
Konstancja czuła się coraz gorzej, już praktycznie nie wstawała z łóżka, aż przyszedł ten najgorszy w życiu dzień. Do salonu wbiegła zapłakana służąca.
-Jaśnie pani! - panienka nie żyje!
-Antonina zerwała się z fotela i pobiegła do pokoju córki. Dziewczyna leżała nieruchomo na łóżku, wyglądała jakby spała.
-Boże - dlaczego mi ją zabrałeś? Matka tuliła swoje dziecko, dlaczego?
/////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////
 Przerwałam swoje rozmyślania, być może tak było? Być może tak właśnie przedstawiała się scena z życia tych kobiet. Nie wiem, ale tak sobie to wszystko wyobraziłam, to było prawdopodobne.
Z werandy usłyszałam wołanie Zbyszka, który rozmawiał przez telefon z Marcinem.
Mąż oddał mi słuchawkę.
- Cześć mamuśka - co tam u was?
- Wszystko w porządku odpowiedziałam, a co u was?
- Mamo chcielibyśmy z kolegami zrobić sobie pożegnanie lata.
- To świetny pomysł – powiedziałam. Przyjeżdżajcie, wszystko przygotuję.
- Mamo z całym szacunkiem, ale to nie jest impreza dla was.
Przyznałam Marcinowi rację. Młodzi chcieli być sami, a nam pozostało spakować się i wrócić do miasta. Nie byłam z tego zadowolona, bo akurat na naszym osiedlu budowali nowy blok. Hałas młotów pneumatycznych i
przekrzykujących się robotników, doprowadzał mnie do szału. Tu na wsi naprawdę odpoczywałam, takiej ciszy na pewno nie zaznam w mieście.
Zostaliśmy w Krakowie dwa dni, które poświęciłam na sprzątanie mieszkania.
W poniedziałek zaraz z samego rana pojechaliśmy z mężem do naszej oazy spokoju. Bałam się co tam zastanę po imprezce moich synów, ale byłam pozytywnie zaskoczona. Mój kochany dworek zastałam taki, jaki zostawiłam. Wszystko było uprzątnięte i tylko dwa worki śmieci, wskazywały na to, że ktoś tu był.
Bary też kochał to miejsce. Tu mógł sobie biegać do woli, a w mieście miał tylko trzy przymusowe spacery. Dlatego jak wracaliśmy na wieś, pół dnia spędzał na dworze i trudno było go zagonić do domu.
Usiedliśmy z mężem w kuchni przy kawie. Przez okno obserwowałam szczęśliwego psiaka, który zawzięcie kopał dołek, w leszczynowym zagajniku.
Nagle usłyszałam przeraźliwy skowyt. Poderwałam się z krzesła i razem z mężem, pobiegliśmy w stronę zagajnika. Bary szczekał żałośnie. Kamienna ława leżała na ziemi, przygniatając mu jedną z łap.
- Spokojnie piesku - spokojnie, zaraz ci pomożemy - powiedziałam przerażona.
Zbyszek usiłował podnieść ciężką ławę, a ja w tym czasie uspakajałam cierpiącego psa. Udało się uwolnić Barego z pułapki. Mąż pobiegł do samochodu po apteczkę. Ułożyliśmy zranioną łapę na małej deseczce i owinęliśmy bandażem. Teraz trzeba było jechać jak najszybciej do weterynarza.
Bary był bardzo dzielny, po drodze tylko cichutko piszczał i próbował sobie lizać bolącą łapkę.
Na miejscu okazało się, że nie jest to złamanie ale pęknięcie. Lekarz założył opatrunek gipsowy, podał lek przeciwbólowy i zalecił kontrolę za tydzień.
Wróciliśmy do domu. Zbyszek wniósł Barego na rękach i położył na posłaniu. Pies zmęczony nadmiarem wrażeń od razu usnął.
- Jak to się mogło stać? - zapytałam męża
- Sam nie wiem - ale ostatnie deszcze, pewnie podmyły te ławy, a nasz kopacz zrobił resztę - powiedział
Poszliśmy zobaczyć miejsce wypadku. Kamienna ława leżała na boku. Zobaczyliśmy spore pęknięcie. W jednym miejscu odpadł kawałek kamienia.
- Popatrz! – ta ława jest w środku pusta - powiedziałam.
- Faktycznie - to dziwne? – wygląda jakby zrobiono ją z dwóch części - stwierdził mąż.
Spojrzałam na drugą ławę, była inna niż ta uszkodzona. Wykonano ją z całości, a tę uszkodzoną, ktoś jakby scalił z dwóch części. Próbowaliśmy ją podnieść. W trakcie dźwigania, pęknięcie powiększyło się i ława rozpadła się na dwie części. To co ujrzeliśmy, zaparło nam dech w piersiach. W środku leżała żelazna szkatuła.
Moje serce zaczęło bić w nienaturalnym tempie. Spojrzałam na męża. Był tak samo zaskoczony jak ja.
- Znaleźliśmy skarb? - powiedział.
- To się okaże – odpowiedziałam siadając na drugiej ławie.
W ty momencie nie byliśmy w stanie nic zrobić. Patrzyliśmy tylko na nasze znalezisko i żadne z nas nie miało pomysłu co dalej. Pierwszy przemówił Zbyszek.
- Wanda - pada deszcz, musimy wracać do domu
- Tak masz rację, musimy wracać do domu - powiedziałam.
Mąż nie zwracając na mnie uwagi, zabrał szkatułę i skierował swoje kroki do domu, a ja niczym potulny baranek, podążyłam zaraz za nim. W kuchni rozłożyłam ceratowy obrus na stole, a Zbyszek umieścił na nim nasz skarb. Otworzył kuchenny kredens i wyciągnął z niego butelkę dobrego koniaku, oraz dwa kieliszki.
- Myślę, że to szczególna chwila - powiedział napełniając koniakówki złocistym płynem. Za nasze hrabianki! Powiedział i  podniósł kieliszek do góry.
- Za nasze hrabianki - odpowiedziałam.
Nie wiem czy lampka mocnego koniaku, czy nadmiar wrażeń, spowodował, że rozbolała mnie głowa. Miałam mieszane uczucia , czy mamy takie  prawo ingerować w tamte czasy, czy mamy takie prawo? otworzyć tę szkatułę.
Pytania kłębiły się w mojej głowie. Byłam bezradna i nie wiedziałam co robić.
- Co dalej? - spojrzałam na męża. To zabytek, może to gdzieś zgłosimy?
- O czym ty mówisz kobieto! Co mamy zgłosić! Nasz dworek, nasza ziemia i wszystko co tu jest to nasze - pojęłaś!
- Zaraz wracam , idę po jakieś narzędzia, żeby to otworzyć, a ty weź się w garść! dodał.
Zostałam na chwilę sama, patrzyłam na żelazną skrzyneczkę, która za moment miała nam ujawnić tajemnicę z prze stu lat.
- Jestem! Mój mąż wrócił właśnie z małym metalowym dłutkiem i młotkiem.
- To co? Zaczynamy?
Nie czekając odpowiedzi, Zbyszek zabrał się za otwieranie szkatuły. Patrzyłam na jego zmagania, zamek nie chciał się otworzyć, po chwili coś drgnęło. Wieko pod naporem metalowego dłuta puściło. Chciałam być pierwsza, otworzyłam żelazną pokrywę. W środku były prawdziwe skarby. Sięgnęłam ręką do środka skrzyni i wyjęłam dwa piękne medaliony, kilka bransolet wykonanych prawdopodobnie ze szczerego złota, parę pierścionków, dwa z pięknymi opalami, a reszta z kamieniami których  nie znałam. Otwarłam jeden z medalionów. W środku znajdowało się zdjęcie pięknej kobiety, wyglądało na to, że to zdjęcie przedstawia Antoninę.  W Drugim medalionie , było zdjęcie małej dziewczynki o gęstych kręconych włosach, to pewnie zdjęcie Konstancji. Ręce drżały mi z przejęcia. Miałam przed oczami, wizerunki kobiet które tu kiedyś żyły. Ale było jeszcze coś, na dnie zobaczyłam zwinięty rulon z dobrze wyprawionej skóry, związany skórzanym rzemieniem.
- A to co? Zapytałam męża
- Zaraz się dowiemy - odpowiedział i ostrym nożem przeciął supeł  rzemienia. W środku znajdowały się listy. Te z zewnątrz były sklejone i tekst prawie się był rozmyły, ale następne utrzymały się w miarę dobrym stanie. Papier był nieco pożółknięty, lecz można było z powodzeniem odczytać ich treść.
- No kochana! Teraz już na pewno nie będę miał z ciebie pożytku. Te listy odsuną twojego męża na drugi tor – mam rację? Powiedział Zbyszek przechylając lampkę koniaku.
Jego słowa słyszałam jak z oddali, nie reagowałam, byłam jak w letargu. Dla mnie w tym momencie, liczyła się tylko Antonina i Konstancja. Dlaczego ukryła to wszystko? Ktoś musiał o tym wiedzieć. Kto pomógł jej w przygotowaniu takiej skrytki? Jaki miała cel by to wszystko tu zostawić? Znalazłam tylko jedno wytłumaczenie na obecną chwilę. Antonina po śmierci swojej córki żyła jeszcze dwa lata, tak przynajmniej wynika z dat na grobowcu. Nie miała żadnych spadkobierców, dlatego postanowiła zostawić swoje kosztowności ludziom, którzy chcieliby zamieszkać w jej dworku. Ale wiedziała, że chętnych nie było wielu. Pomyślała, że jeśli ktoś tu zamieszka, będzie próbował odrestaurować dom i wszystko w koło, wtedy dostanie od niej pomoc. Czy mogło tak być? Mogło - odpowiedziałam sobie sama na zadane pytanie.
Włożyłam wszystkie kosztowności z powrotem do żelaznej szkatułki i powiedziałam do męża.
- Ja mam osobiście dość! Myślę, że nie nadaję się już do niczego, czas do snu - stwierdziłam i nie patrząc na mojego lubego poszłam do salonu. Zbyszek pościelił już nam sofę. Po wieczornej toalecie położyłam się w świeżej pościeli i usnęłam jak dziecko.
Obudziłam się w środku nocy i zaczęłam się zastanawiać, czy to wszystko mi się śniło, czy to możliwe, że znaleźliśmy skarb? Przewracałam się z boku na bok. Uznałam, że nie ma sensu tak się męczyć. Cichutko wyszłam z łóżka i udałam się do kuchni. Zapaliłam lampę naftową, bo elektryczne światło mogło rozbudzić mojego męża i usiadłam przy stole. Spojrzałam na podłogę gdzie stała metalowa szkatuła, to nie był sen, to naprawdę się wydarzyło.
Myślałam co dalej robić. Kiedy to zgłoszę w Gminie, stracę wszystko. Stracę przede wszystkim cenne dla mnie osobiście, dwa medaliony z fotografiami kobiet z którymi tak naprawdę, zżyłam się już od pewnego czasu. Nie wspomnę już o tym, że pieniądze ze sprzedaży tych kosztowności pomogłyby w znacznej części na renowację tego dworku. Zrobiłabym to również dla Antoniny i Konstancji. Pamiętam  jak pisali czasami w gazetach o znalezionych skarbach, które trzeba było zwrócić Państwu, bo to co w ziemi to własność Państwa. Ale ja nie znalazłam tego w ziemi, to zostało ukryte w kamiennej ławie, ktoś miał jakiś cel w tym, żeby tam schować  kosztowności. Zamknęłam oczy i próbowałam podejrzeć tamte czasy, usiłowałam sobie wyobrazić jak wyglądało życie Antoniny po śmierci córki.
 //////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////
- Klemensie, poproś wszystkich do salonu, chciałabym wam coś oświadczyć- powiedziała kobieta w czerni.
Antonina usiadła w głębokim wyściełanym  fotelu, była bardzo blada, jej podpuchnięte i zaczerwienione oczy wskazywały na to, że często płakała. Do salonu prawie bezszelestnie, weszli wszyscy którzy mieszkali w tym dworku. Dwie służące, kucharka, guwernantka i Klemens stangret.
- Wezwałam was tu - powiedziała ze smutkiem w głosie Antonina, bo jak wiecie sami, po śmierci mojej kochanej córki, nie potrzebuję już waszej pomocy. Jestem bardzo z wami związana, ale teraz zostałam sama i wystarczy mi jedna z was i Klemens. Myślę, że Maria zostanie ze mną, bo to ona do ostatniej chwili życia mojej córki była przy niej. Oczywiście każda z was dostanie odpowiednią odprawę na dalsze życie. Wiem, że ze znalezieniem sobie innej pracy nie będziecie miały żadnego problemu, bo ja byłam bardzo zadowolona z waszych usług.
W salonie panowało całkowite milczenie, tylko Maria ocierała łzy chusteczką, starając się ukryć swoje wzruszenie.
- Jutro Klemens odwiezie was do waszych rodzinnych domów. Po tych słowach Antonina wstała z fotela i podchodząc do każdego po kolei, wręczała zwitek banknotów, dziękując za dotychczasowa pracę.
Salon opustoszał i kobieta została sama. Wszyscy wiedzieli, że teraz nie należy jej przeszkadzać, że trudno było jej podjąć taką decyzję, ale to musiało kiedyś nastąpić. Antonina podeszła, do sekretarzyka i wyjęła z niego plik listów, który przytuliła do piersi, mówiąc.
- Kochany, dlaczego tak szybko ze mnie zrezygnowałeś? Dlaczego tak szybko się poddałeś. Czekałam na ciebie, czekała na ciebie twoja córka. Dlaczego tak łatwo uwierzyłeś mojemu ojcu?
////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////
 Do kuchni wszedł zaspany Zbyszek, usiadł przy mnie i położył dłoń na mojej ręce.
- Nie miała baba kłopotu, to znalazła skarb - powiedział
- To prawda - nie mogę się jeszcze oswoić z tym wydarzeniem – stwierdziłam. To wszystko jak na razie mnie przerasta, ale jedno wiem, nie oddam nikomu tego, co uważam, że zostało dla nas przeznaczone.
- Nareszcie - w końcu zrozumiałaś, że to jest przeznaczenie, że to ty właśnie odnalazłaś to miejsce i to właśnie tobie należy się ten spadek - powiedział mąż. Chodźmy spać, bo rano będziemy nieprzytomni. Jutro też jest dzień.
Zaraz po śniadaniu zadzwoniłam do Lucyny. Moja siostra piszczała ze szczęścia do słuchawki i obiecała, że zrobi sobie dwa dni odpoczynku i jak najprędzej do nas przyjeżdża. Zawiadomiłam też Marcina i Piotrka. Obiecali, że postarają się załatwić na jutrzejszy dzień urlopu i zaraz po pracy przyjadą. Ja natomiast rzuciłam się w wir kulinarnej pracy, miałam przecież mieć gości, a tak poza tym tylko takie zajęcie, pomogło mi oderwać się na chwilę od wydarzeń z wczorajszego dnia. Pierwsza przybyła Lucyna, rzucając mi się na szyję i powiedziała.
- Ja to czułam, ja czułam, że tu są dobre fluidy. Śmiałaś się z mojego wahadełka, jednak coś w tym jest - dodała.
- Siostra te twoje fluidy to dla mnie jak na razie kłopot.
- Kłopot? -  O czym ty mówisz - znalazłaś skarb dziewczyno. Nie ważne ile jest wart - dochodzi to do ciebie. Czy tak często ludzie coś znajdują. Skarby znajduje się w bajkach, a ty jesteś w posiadaniu znaleziska z przed stu lat. Więc nie pojmuję czym ty się martwisz. Dobra - pokaż mi to, bo pęknę z ciekawości.
- Musimy jeszcze chwilę poczekać - ostudziłam szybko zapał mojej siostry. Zaraz przyjadą chłopcy, zrobimy to jak będziemy wszyscy w komplecie.
- Biedny Baruś -  Lucyna podeszła do psa, który kuśtykając próbował ją przywitać. Narobiłeś niezłego bigosu swojej pantusi - powiedziała głaszcząc go po karku.
- A o której oni przyjadą? – Zapytała siostra.
- Myślę, że do godziny powinni być - powiedziałam zapraszając ją do salonu.
 Zbyszek zajął się w tym czasie Lucyną, a ja kończyłam obiad.
- Przyjechali! Zawołała Lucyna.
- Cześć chłopaki - dobrze, że już jesteście - bo wasza ciotka ma chyba dwieście ciśnienia – oznajmiłam moim synom.

CDN
Prześlij komentarz